Do najpiękniejszych cnót człowieka należy zdolność przebaczania. Zemsta niszczy zarówno wroga, jak i nas samych, nas samych o tyle groźniej, że pustoszy naszą duszę, gdy wrogowi możemy odpłacić tylko szkodą cielesną. Przebaczenie nas pomnaża.
— Jan Parandowski
Bez skrupułów
Kroniki Nathiana
Co można było powiedzieć o tamtych dniach? Że wypełniał je ból? Żal po stracie bliskich? Raniące bolesnym cierniem wbitym głęboko w ciało poczucia winy? Że nic nie było już takie same? Że samotność była niczym piętno rozżarzonego żelaza przytkniętego do skóry?
Oni odeszli!
Dlaczego?
Czy można było temu zapobiec?
Dlaczego, dlaczego, dlaczego...?
Na żadne z tych pytań nie znał odpowiedzi. Jedyne odpowiedzi jakie posiadał, to krótki liścik o enigmatycznej treści, tajemnicza kulka wypełniona czerwoną mgiełką i własne przeświadczenie o tym, że ktokolwiek stał za tym, co się stało, poniesie zasłużoną karę. Mimo to Nathian był sam, zaś wróg pozostawał nieznany, potężny i groźny.. gotów do ataku z niewiadomego powodu w każdej chwili.
Od tragicznych wydarzeń na farmie minął dzień. Dzień, spędzony na bezczynności, na tępym włóczeniu się bez celu, noc przespana pod gołym niebem. Rozmyślania, planowanie, budowanie w sobie gniewu...
Był zimny, mglisty poranek. Nathian wstał już, zjadł śniadanie i gotów był do drogi w dowolnym kierunku. Znajdował się gdzieś w połowie dystansu między Dorienburgiem a rodzinną farmą, choć tak naprawdę mógł skierować się gdzie tylko kopyta Płomienia go poniosą. Coś ze sobą zrobić musiał.
Najpierw, ogolić się. Potem, zastanowić nad zemstą. A jeszcze później jakoś zarobić, o czym rozpaczliwie przypominała świecąca pustką i pięcioma monetami sakiewka.
Niekoniecznie w tej kolejności.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ostatnio zmieniony przez Pelios 2007-12-12, 22:47, w całości zmieniany 11 razy
Nathian poklepał Płomienia po szyi. On tylko jeden został jego domu. Był rad, że zdołał go uchować przed zagładą, co by było jakby musiał iść tyle kilometrów do Dorienburga o własnych siłach. Wzdrygnął się, poranek nie należał do najcieplejszych. Wsiadł na konia i kłusem ruszył w kierunku Dorienburga. Miał za sobą już pokaźny kawał drogi, a koń był wypoczęty, dlatego chłopak był pewien, że Płomień da sobie radę z kłusem do końca drogi.
Podczas jazdy Nathian zastanawiał się wielokrotnie dlaczego magowie właśnie jego wybrali jako swój cel. Wielokrotnie otwierał i zamykał wymięty już kawałek papieru wciąż odczytując te same słowa :
"Zlokalizowano chłopca. Tym razem nie ma wątpliwości, to na pewno on. Jest na farmie Merrika pół dnia drogi na południe od Dorienburga, łatwo ją znajdziecie. Jego imię to Nathian. Chcę go mieć żywego. Co do świadków pozostawiam wam wolną rękę.
Nie zawiedźcie mnie!
E."
Kim może być ten tajemniczy "E"? Dlaczego właśnie on? Nie znał na nie odpowiedzi. Ale miał nadzieję, że spotka w stolicy swoich przeciwników. Trochę się ich bał w głębi duszy, ale dlatego, że mogą go zaskoczyć w chwili kiedy nie będzie miał przy sobie broni. Nie bał się pojedynku oko w oko. Jednego już pokonał. Wiedział, że ten mag był strasznie głupi porywając się na niego z ręką - nożem, lecz ten sukces strasznie dodawał mu otuchy.
Zamyślony wciąż podróżował w kierunku miasta. Nie miał pojęcia gdzie uda się najpierw. Pierwsze co zaświtało mu do głowy to kowal - znajomy ojca. Tak. To dobry pomysł. Może się zlituje i przyjmie go do pracy, a poza tym odda zadatek jeśli jeszcze go nie roztrwonił. 5 złotych monet drogą nie chodzi.
Nathian wsiadł na konia i lekkim kłusem ruszył w stronę miasta. Cała jazda trwała krótko. Zaledwie mgnienie oka, jak się pogrążonemu w myślach młodzieńcowi wydawało.
Mgnienie oka...
Mgła podniosła się, rozpływając w niebyt, zaś słońce złocistą kulą poczęło ogrzewać świat. Dzień szykował się pogodny i ciepły. Białe, ogromne chmury toczyły się leniwie po niebie.
Niemal tak samo leniwie posuwała się do przodu długa na strzelenie z łuku kolejka przed bramą miasta. Kilkanaście wozów kupieckich czekało na swoją kolej do kontroli. Strażnicy choć uwijali się jak w ukropie nie mogli być w wielu miejscach jednocześnie.
Nie było innej rady - trzeba było czekać.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian po dojechaniu do bram miasta bacznie obejrzał się po czekających. Mało go obchodzili zwykli kupcy czy inni chłopi. Stał się podejrzliwy i wiedział, że wróg może czaić się za każdym rogiem, dlatego wolał się upewnić zanim ponownie pogrąży się w myślach. Spojrzał na najbliżej stojącego. Nie wiedział, czy to normalny ruch w stolicy czy coś się stało, rzadko tutaj bywał dlatego wolał się upewnić.
- Witaj panie, za czym stoi ta kolejka? - burknął nieśmiało.
Zdjął rękawice, które męczyły spocone ręce i otworzył kulbakę w poszukiwaniu racji żywnościowych. Miał ochotę coś przekąsić.
Nathian postanowił sobie, że napisze swoje wspomnienia na kartkach, które są bardziej trwałe od zawodnej pamięci. Chciał upamiętnić ten dzień chociaż w taki sposób. Potrzebne mu było pióro, kałamarz i zwój. Tak, to dobry pomysł.
Nathian pochylił głowę w zamyśleniu czekając w kolejce.
Stojący nieopodal chłop w słomianym kapeluszu, drewnianych chodakach i lnianym ubraniu podniósł ogorzałą od słońca i pracy w polu twarz wysoko, by móc spojrzeć na jeźdźca. Stojący przy nim dwukołowy, ręczny wózek wypchany płodami rolnymi nie pozostawiał wątpliwości, że mężczyzna zmierzał do Dorienburga z zamiarem ubicia jakiegoś drobnego handlu.
- Eeej panie..! - wyszczerzył się, prezentując imponujące braki w uzębieniu - Widno mi się widzi, że z daleka jadzieta! Dziś w mieście dzień targowy! Mrowie ludu do miasta ciungnie! A skoro mrowie, to i kolejka, zasrana mać długa bedzie!
Uznawszy to za wystarczające wyjaśnienie, popchnął wózek nieco do przodu, gdyż kolejka, niczym ospałe monstrum również przesuwała się w stronę bram.
Korzystając z chwili postoju Nathian mógł dokładniej przyjrzeć się i miastu.
A było czemu.
Dorienburg, jako stolica Imperium musiał wyglądać tak, by każdemu zagranicznemu posłowi oko zbielało na sam jego widok. I - na demony i diabły! - tak właśnie było. Mawia się, że Essendia jest najpiękniejsza nocą, gdy wszystkie światła rozpraszają mroki nocy, czyniąc z niej miasto, które nigdy nie śpi. Mawia się, że w Broln klimat nauki, czar magii i powaga majestatycznej Wieży Hathira górującej nad miastem nadaje mu niepowtarzalną atmosferę. Ale, wierzcie mi, lub nie, Dorienburg był większy zarówno od Broln jak i od Essendii, nigdy nie zasypiał a do tego można znaleźć w nim było wszystko.
Szukasz określonego towaru? Pracy? Rozrywki? Sensu życia? Kieruj swe kroki do Dorienburga!
Wysokie na ponad dziesięć metrów, grube na tyle, by mogły na nich mijać się dwa załadowane po brzegi wozy mury okalały zwartym pierścieniem cały majestat metropolii. Baszty rozstawione co pięćdziesiąt metrów wyglądały jak mityczni Strażnicy - golemy zaprogramowane przez potężnych magów do pilnowania im tylko znanej tajemnicy. Z miejsca w którym stał Nathian strażnicy spacerujący za blankami wyglądali jak liliputy. Nad ogromem murów i dachami najwyższych budynków górował Zamek Królewski, położony w centrum miasta. Wewnętrzna forteca w fortecy. Labirynt korytarzy, moloch kolejnych murów, strzelistych wieżyczek, ostro zakończonych łuków okiennic. Flagi z herbem królewskim powiewały wszędzie.
Brama z podniesioną kratą wyglądała jak paszcza potwora, do którego ust ludzie sami chętnie się pchają.
Podniosły efekt psuł jedynie wschodni wiatr, który przywiał nieco smrodu znad miejskiego wysypiska.
Wreszcie, kolejka doszła do Nathiana.
- Zsiąść z konia, pokazać ekwipunek, wymienić uzbrojenie.. - z wyraźnym grymasem znudzenia na twarzy odezwał się opancerzony i uzbrojony w halabardę strażnik, podczas gdy drugi podszedł by zbadać juki i plecak bohatera.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian podziękował chłopowi za wyjaśnienia poczym zerknął na bramy miasta. Bywał tu wiele razy jednak wciąż zaskakiwał go monumentalizm i wspaniałe wykonanie miasta i murów. Ciekawił go ile może tam żyć ludności. Wiedział jedno, drugie tyle przewala się tutaj jak przyjezdni lub wczasowicze i inni turyści. Miasto tętniło życiem, fascynując Nathiana. Chłopak znał zaledwie parę procent tego miasta, która i tak była okazała dlatego nagle przestał martwić się o pieniądze. Mało tu intryg lub opryszków, których trzeba by było na zlecenie unicestwić? Wystarczy wejść do pierwszej lepszej brudnej karczmy i popytać szynkarza, który z pewnością zna wszystkie problemy i plotki w swojej części miasta.
Nathian skierował konia w stronę strażników kierujących przejazdem, kiedy już kolejka doszła do niego. Z ciekawości zanim zajął się kontrolą obejrzał się do tyłu, aby zobaczyć ile ludzi przez ten czas zdołało się uzbierać.
Chłopak bez zbędnych ceregieli zlazł z konia, wiedział, że strażnikom się spieszyło i jemu się spieszyło dlatego pokazał cały swój ekwipunek wyliczając kolejno na palcach. Chcąc nie chcąc musi zapłacić cło.
Jeśli gwardziści uznają, że Nathian może jechać dalej po zapłaceniu, chłopak wsiada na Płomienia i udaje się do kowala Delverta. Miał nadzieję, że tam znajdzie ukojenie i kogoś kogo zna. Kogoś kto wysłucha go w ciszy i pocieszy. Brakowało mu rodzinnego ciepła i miłości jaką obdarzali go rodzice. Mimo, że pragnął zemsty i był bezlitosny dla swoich wrogów to w głębi duszy wciąż był tym samym chłopakiem sprzed kilku dni. Ukradkiem otarł łzę, która ni stąd ni zowąd pojawiła się na jego policzku. Spiał konia do prędkości na jaką pozwalała mu ruchliwa uliczka.
Sprawy urzędowe okazały się jednak nieco bardziej skomplikowane, niż początkowo Nathian przypuszczał. Strażnik skrupulatnie zbadał zawartość bagażu młodzieńca.
- Imię, nazwisko, tytuł? - pytał - Dokumenty jakieś są? Jeśli są, myto wynosi 4 monety, jeśli nie ma, 6. Ponadto widzę tu... taaak... miecz, długi i sztylet. Na terenie miasta wolno posiadać dwie sztuki broni, lecz podlegają one szczególnemu cłu, lub konfiskacie. Hmm.. razem, bez dokumentów wyniesie to... hmm... - chwilę wodził palcem po księdze rozstawionej na pobliskim stole - 10 złotych monet. Tylko tyle, gdyż nie widzę tu więcej rzeczy wymagających oclenia.
Chwilę szperał w plecaku Nathiana.
- A co to jest? - zapytał, wyjmując zeń kryształową kulę.
Nathian ku swemu zakłopotaniu zauważył, że nie posiada takiej sumy przy sobie. Jakie miał szczęście przy ostatnim wjeździe do miasta, że towarzyszyli mu strażnicy i nie musiał nic płacić! Ceny myta tutaj były potwornie wysokie. A znikąd pomocy?
- Hej, to ty dzieciaku! - odezwał się nagle drugi strażnik. Nathian poznał go od razu, to z nim wczoraj odbierał nagrodę za starucha Zarra. To był ten "milszy" z dwójki konnych - Znowu szukasz kłopotów? - zagadnął nad wyraz towarzysko, co było dość dziwnym, jeśli wziąć pod uwagę rosnącą kolejkę.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian z niesmakiem wpatrywał się w żoładaka szperającego w jego rzeczach. Nie znał ceny za cło dlatego nie spodziewał się tak wysokiej sumy. Prawdę mówiąc, aż go zatkało. Bez miecza nie może pokazać się w mieście, bo magowie tylko na to czekają. To tak jakby króliczek sam przyszedł pytając czy łaskawie mogą go upiec.
Bąknął, że nie ma takiej kwoty i że bez miecza nie wejdzie do miasta oraz, że nie ma żadnego tytułu i papierów. Zaraz. Miał jakiś tytuł, bo jego ojciec był szlachcicem. Jednak usilne starania Nathiana spłynęły na niczym, pamiętał, że ojciec wielokrotnie powtarzał mu ten tytuł, lecz chłopak nigdy nie przykładał do tego zbytniej wagi. Teraz mamlał przekleństwa pod nosem i gdyby całkowity przypadek musiałby stąd odejść.
Na widok strażnika, z którym spotkał się wczoraj, aż podskoczył z radości. Kamień spadł mu z serca, liczył chociażby na obniżkę ceny do 4 zm w najlepszym przypadku, lub chociaż wejście do miasta "na kreskę".
Nathian zastanowił się przez chwilę i pomyślał, że warto jest szukać sobie tutaj przyjaciół, nie miał pomysłu gdzie się ma udać poza Dorienburgiem dlatego postanowił opowiedzieć swoją historię strażnikowi. Potrzebował jedynie bezpiecznego przejścia przez bramę z całym inwentarzem i strażnika na osobności. Przecież nie będzie rozpowiadał o wszystkim na wejściu, gdy zanim rośnie coraz większa kolejka przeklinająca jego obecność.
- Bogowie cię tu sprowadzili! - wykrzyknął radośnie na widok żołdaka. - znasz kowala Delverta? Muszę się z nim koniecznie spotkać jednak jak widać nie jestem przy złocie. Jedyne to co mam to 4 złote monety...
Stał się straszny wypadek, musimy o tym porozmawiać na osobności, proszę! - zwrócił się do niego błagalnie.
Najwyraźniej o żadnym "na kreskę" nie było mowy. Strażnik najwyraźniej dojrzał zmieszanie jakie ogarnęło Nathiana. Co gorsza, był to typ strażnika - służbisty, tępo trzymającego się martwej litery prawa.
Bo i kto, cholera, ustala takie ceny? Każda rozsądna osoba mijałaby stolicę szerokim łukiem, gdyby wiedziała, jakie tu panują warunki.
- Nie ma myta? - pytał, żywo gestykulując trzymaną w ręku kulą - To co czas zabiera, zaraza! Kolejka na strzelenie z łuku a ten stara się, kurwa mać, bez zapłaty wejść! No co za dzień, ludzie!
Atmosfera w przejściu wyraźnie zgęstniała. Tłumek dobijający się swej kolei do "obsłużenia" zaczął wyraźnie się irytować i szemrać coraz głośniej.
- Spokojnie, Navik, oddaj mu rzeczy, znam go - niespodziewanie wstawił się za Nathianem drugi strażnik - młody w porządku jest, wczoraj odebrał nagrodę za starucha Zarra. Wiem, bo sam przy tym byłem.
Navik niechętnie wsadził kulę do plecaka i wraz z mieczem oddał ją Nathianowi.
- Nie licz na szczęście drugim razem, chłystku - warknął, patrząc z ukosa na swojego kompana.
- Zmykaj, chłopcze - ponaglił go strażnik - nie mam czasu, jak widzisz, na żadne rozmowy na osobności. Dziś dzień targowy i, cholera, nie obsłużymy tej kolejki do południa chyba.
Najwyraźniej tym razem nieco szczęścia wojownikowi dopisało. Ale powinien na przyszłość pamiętać, by nie wydawać ostatniego grosza i zawsze mieć coś przy sobie. Droga do wnętrza miasta stała przed nim otworem.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian spojrzał na Navika jak na wielkiego obślizgłego robala, który przylepił się do buta, poczym odwrócił wzrok na swojego "kamrata".
- Więcej takich ludzi i świat będzie lepszy - pomyślał patrząc z uśmiechem na jego życzliwą twarz. - Już drugi raz spotyka mnie i ratuje z opresji. Zrządzenie losu? Przeznaczenie? Zostawię to filozofom.
- Dziękuję po stokroć panie gwardzisto, już po raz drugi ratujecie mi skórę, a nawet nie znam waszego imienia, naprawdę nie wiem jak wam dziękować! - zwrócił się do niego i jednocześnie poklepał po ramieniu w bardzo przyjacielskim geście - niestety w drogę mi, ty jak widzę też masz nawał pracy, dlatego muszę już jechać. Jestem pewien, że jeszcze się spotkamy i będę mógł odpłacić się za pańską bezinteresowną pomoc tym samym. Do zobaczenia.
Nathian zabrał wszystkie swoje rzeczy i skurpulatnie spakował do plecaka, tak, żeby wszystko było na swoim miejscu. Chłopak rozumiał pośpiech strażników, ale dlaczego oni nie szanują czyjejś własności?
W dzień targowy na pewno będzie pełno ludzi dlatego chłopak schował pieniądze do kulbaki konia, którego trzymał za uzdę. Trzymanie pieniędzy w kieszeni lub plecaku nie było najlepszym pomysłem jeśli uwzględni sie ilość złodziejaszków i innych kieszonkowców na ulicach Dorienburga. Trzymając Płomienia za uzdę i pilnując bagaży, Nathian udał się w kierunku pracowni kowala Delverta. Nie miał innych pomysłów, gdzie może się udać, to wydawało mu się jedynym sensownym miejscem. Po drodze rozglądał się po zabudowaniach miasta dla zabicia czasu. Podziwiał ich piękno i malowniczość. Starał się omijać większe zgromadzenia ludzi i iść raczej bocznymi uliczkami ale nie slumsami. Nie chciał uczestniczyć w dniu targowym, nie widział w nim nic pożytecznego.
Miasto od wewnątrz było niczym wielkie mrowisko. Wąskie uliczki jak mrówcze korytarze. Ludzie pędzący we wszystkie strony w sobie tylko znanych celach niczym mrówcze robotnice. Gdzieś uzbrojeni strażnicy. A w centrum tego wszystkiego jądro "gniazda" i mrówcza królowa.
Nathian przezornie schował sakiewkę do juków konia.
Przy pierwszej lepszej okazji odbił w jakąś boczną uliczkę, chcąc uniknąć przepychania się przez główny tłum. Miało to ten plus, że podróżował szybciej, niż gdyby miał jechać głównymi drogami. Miało to zaś ten minus, że niezbyt się orientował w rozkładzie wszystkich miejskich uliczek. Mimo to jakoś sobie radził.
Omijając grupki bawiących się i wrzeszczących dzieci, przejeżdżając pod sznurami z rozwieszonym praniem pomiędzy kamienicami, unikając mydlin wylewanych z okien na bruk ulicy jechał w - jak mu się wydawało - odpowiednim kierunku. Z grubsza na pewno jechał dobrze.
Ku centrum.
Trzy prostytutki prezentując wysoko zadarte spódnice, robiąc buzie w ciup i uśmiechając się zalotnie starały się za wszelką cenę przyciągnąć jego uwagę w którejś z kolei uliczek.
- Hej, rycerzu! Nie potrzebujesz rozbudzenia się na dobry początek dnia w ramionach kobiety? - wołały.
Cóż. Młody, uzbrojony i konno. Miały prawo myśleć, że jest znacznie bogatszy niż faktycznie był.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian podczas jazdy cały czas nerwowo badał czy cały swój ekwipunek jest na swoim miejscu. W takich uliczkach aż roi się od złodziejów, a on nie ma zamiaru tracić jego dobytku. Marnego, ale zawsze lepszy wróbel w garści.
Ciekawiła go reakcja Delverta, co powie mu kowal po opowieści. Czy będzie w stanie mu jakoś pomóc, teraz kiedy tej pomocy potrzebował najbardziej...
To dobry człowiek, bardzo lubił mojego ojca znali się od lat, na pewno pomoże, dobrze wybrałem jadąc tutaj. Tu jest moje miejsce póki co. Nad dalszymi losami zastanowię się potem, teraz muszę się dostać do kuźni.
Przejeżdżając obok prostytutek uśmiechnął się z pogardą. Ojciec ostro wymagał dobrego wychowania, czasami nawet paskiem, dlatego Nathian miał dobrze pojętą wiedzę o tym co jest dobre a co złe. A to było bardzo niemoralne. Nawet nie zamierzał się do nich odezwać, przejechał obok demonstracyjnie, patrząc z pogardą na ich starania.
Myśli..
W jego głowie kotłowało się setki niewyjaśnionych pytań i aspektów. Jednym z najważniejszych było bardzo trzeźwe pytanie, kiedy po niego przyjdą? Wczoraj w nocy obudził się z krzykiem na widok mężczyzny w długiej szacie powoli idącego w jego stronę z wyciągniętym, okrwawionym sztyletem. Gdy wreszcie zasnął, śniła mu się łuna pożaru...
Nie bał się walki oko w oko, przerażała go jedynie myśl, że mogą przyjść w nocy, kiedy on będzie smacznie spał i poderżną mu gardło.
Bez słowa, wyniośle mijane kurwy poczuły się najwyraźniej obrażone.
- Wielki pan, zaraza!
- Impotent!
- Wynoś się stąd, eunuchu!
Dalszych okrzyków Nathian jednak nie słyszał, już skręcał w kolejną uliczkę.
A w kolejnej uliczce natknął się na zbira. W sumie było to do przewidzenia, gdy wybrało się najmniej uczęszczane drogi do centrum, jadąc konno i generalnie wzbudzając uwagę wśród biedoty. Nie były to co prawda slumsy, gdzie konni giną za rogiem od bełtów kuszy - a nawet jeśli w tym momencie przesadzam, to niewiele - ale zawsze biedota.
- Witaj, mości rycerzu - tragikomicznie ukłonił się przed nim zasłaniający własnym ciałem wąski przesmyk między wysokimi kamienicami chudy, kościsty mężczyzna, opierający się na trzymanym oburącz toporze - pan wybaczy łaskawie, ale chciałbym poprosić o pańską sakiewkę.
Ostatnie zdanie aż nazbyt wyraźnie opatrzone było groźbą.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian nie tylko nie zwrócił uwagi na prymitywne obelgi ze strony ulicznic ale jeszcze wynioślej podniósł głowę, wskazując przez to, że z ludźmi takiego pokroju nie ma zamiaru się zadawać i w ogóle go nie obchodzą. Gdy skręcił w kolejną alejkę spojrzał ze zdziwieniem na zbira.
"Co za zbieg okoliczności - pomyślał - ja się zastanawiam nad tym co będę robił w mieście, jaki zawód jest mi przeznaczony, a tu miasto wskazuje mi same swoje "uroki", no po prostu żyć nie umierać. A mogłem zostać na farmie"
W tym miejscu serce ukłuło go boleśnie na wzmiankę o rodzinnym domu. Miał do tego nie wracać, ale to było jak bumerang. W tej chwili pragnął tylko jednego, wyładować na kimś, lub czymś swoje emocje. Cel sam przyszedł, świetnie.
"Ale nie zrobię tego bez odpowiedniej taktyki, nie mogę się narażać na cios z jego strony, rana po takim toporze nie byłaby najprzyjemniejsza, zwłaszcza, że nie mam za co opłacić opieki medycznej."
- Tylko spokojnie mości zbirze, nikt nie chce żeby się coś stało, już podaje mieszek, mam go w kulbakach, dlatego teraz powoli zejdę z konia i ci go podam. Tylko spokojnie - przemówił do bandziora, teatralnie udając przestraszonego przy tym manewrze. Nie spodziewał się zbytniej inteligencji po napastniku.
Powoli, obserwując ruchy zbira zsiadł z konia. Rozpiął zamknięcie od kulbak i pogmerał w nich powoli. Obie ręce miał wsadzone do pojemnika tak, aby zbir nie zobaczył co on tam robi.
"Teraz, albo nigdy - pomyślał ściskając sztylet, który znalazł przy staruchu"
- Już mam! - krzyknął do bandziora i w tym samym momencie cisnął weń sztyletem.
Nie bacząc na wynik ciosu Nathian wyjmuje miecz i tarczę oraz lekkim odepchnięciem sugeruje Płomieniowi, aby się usunął i nie przeszkadzał młodzieńcowi podczas walki jaka go czekała.
Stanął w pozycji defensywnej czekając na ruchy przeciwnika.
Zbir uśmiechnął się paskudnie widząc udawane przerażenie Nathiana. Wojownik nie umiał dobrze udawać, brakowało mu charyzmy do oddanego i pełnego przekonania odgrywania scen, ale na potrzeby tej jednej sytuacji udało mu się to nawet nieźle.
W każdym razie na tyle, by nie niepokojonym zejść z konia i sięgnąć do sakwy.
Zbir, jak to zbir. Stał w miejscu. Może był zbyt głupi, by sieknąć Nathiana przez plecy, gdy ten spojrzał w głąb sakw? A może jakieś resztki honoru wciąż w nim kołaczące zabroniły mu tego zrobić? Czy też może jeszcze nie chciał ryzykować walki - i ewentualnej rany - skoro ofiara sama i z chęcią wręcz oddawała mu swój dobytek?
Zajedno.
Liczył się efekt. A ten był taki, że ułamek sekundy później sztylet poszybował w stronę bandyty. O dziwo, mimo iż Nathian nie miał wprawy w posługiwaniu się tą bronią, sztylet błyskawicznie i z wielką siłą trafił bandytę prosto między oczy...
...rękojeścią. Cóż, cudów nie ma. To tylko sztylet, a nie specjalnie wyważona do rzucania broń.
Zbir zawył, w nagłym przypływie mądrości (ani chybi wpływ uderzenia w głowę) rozumiejąc, że Nathian, mówiąc obrazowo, go ochujał. Nie pozostało mu nic innego, jak pokręcić gwałtownie głową, opanować ból, chwycić mocno topór w ręce i ruszyć do szarży.
Te dwie sekundy wystarczyły Nathianowi, by dobyć miecza i sięgnąć po tarczę.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian zaklął pod nosem widząc efekt, nie liczył na to, że trafi w głowę, tak po prawdzie nie miał pojęcia jak się rzuca nożami, ale z takiej odległości był pewien trafienia. Cóż, ważne, że teraz może popisać się swoimi niemałymi umiejętnościami posługiwania się mieczem. Mocniej ścisnął rękojeść swojej broni i jednym susem doskoczył do przeciwnika zasłaniając się tarczą, gdy jednak był tuż przy nim lekko odsunął swój wierny kawałek drewna i mocnym pchnięciem zaatakował zbira.
Jeśli inicjatywa zamroczonego przeciwnika pozwoli mu na kolejny atak, Nathian atakuje ponownie, w ten sam sposób.
Wielki topór wroga mógł z łatwością zablokować jego sieczne ciosy dlatego chłopiec wolał pchać swoim ostrzem, w ten sposób, aby ominąć ewentualne gardy. Mocny cios w narządy wewnętrzne z pewnością załatwi sprawę.
"Sam tego chciałeś szczure - pomyślał - naprawdę nie chcę tego robić, ale muszę, sam się o to prosiłeś"
Nathian zareagował błyskawicznie, dokładnie tak, jak go uczono i jak sam wielokrotnie ćwiczył. W jednym skoku znalazł się tuż przy zbirze, wyprowadzając ostre pchnięcie z bliskiej odległości i dziwnego, nienaturalnego skrętu ręki. Miecz zawył w powietrzu. Zawył też bandyta.
To nawet nie był prawdziwy zbir. Ot, rzezimieszek, bez pancerza, z zardzewiałą bronią, trudniący się straszeniem i łupieniem dziwek, którym wystarczy pokazać broń, by zrobił, co tylko się od nich zechce.
Ale sztuczki te nie działały na prawdziwych wojowników.
Miecz z głuchym sykiem rozdzieranego materiału przeszedł przez ubrania bandyty, by po jednej tysięcznej sekundy z głuchym mlaśnięciem wbić się w jego trzewia, nieco niżej lewego płuca, przechodząc przez wątrobę i buchając gęstą czerwienią na rękojeść miecza i dłoń Nathiana.
Zbir był tak otumaniony nagłym bólem, że cios, jaki wyprowadził nie przedstawiał żadnej wartości bitewnej. Młodzieniec nie miał żadnych problemów z uniknięciem go.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian z pogardą zapatrzył się w konającego zbira i nagle sobie coś uświadomił. Przecież jeszcze tak niedawno o tym mażył. Chociaż to było przerażające, wcale się nie zraził patrząc na buhającą krew z rany przeciwnika. Czyżby to było jego powołaniem?
Odrażające.
Potem się nad tym zastanowi, teraz trzeba dobić biedaka.
Złapał miecz w dwie ręce i wbił go w rozmachem w pierś człowieka.
Jeśli to nie poskutkowało, poprawił.
Stał się obojętny.
Nawet chwile się nie zastanowił nad tym czy przeszukiwanie zakrwawionego mężczyzny jest niemoralne. Po prostu to zrobił, potem skurpulatnie wytarł miecz o jego łachmany.
Po raz kolejny coś się zmieniło w jego życiu. Przecież ten człowiek nie miał niczego wspólnego ze śmiercią jego rodziców, nie miał nic wspólnego z magami, którzy go prześladowali, jednak go zabił.
Wzruszył ramionami sam do siebie i pogłaskał delikatnie Płomienia, jego jedynego przyjaciela w tułaczce. Teraz już nic nie zostało za nim, wszystko było przed nim.
Pora ruszać.
Wskoczył na konia i trącił go delikatnie piętami, zmuszając do truchtu w kierunku pracowni kowala Delverta. To była jego ostoja, przynajmniej tak przypuszczał...
Nawet największych wojowników gubi czasami jeden błąd. Czasami nawet pewna wygrana wymyka się doskonałemu dowódcy z rąk. Czasami nawet podana "na talerzu" dziewczyna obraża się o byle co i odchodzi, zostawiając kochanka w ciepłym jeszcze łóżku.
Powód?
Zbytnia pewność siebie.
Nathian był tak pewny wygranej, że planował już obszukać ciało zbira i ruszyć w swoją stronę. Tymczasem ofiara, którą tak pewien siebie chciał uśmiercić wciąż żyła. Ba, mimo potężnej rany, nadal była w stanie się odgryzać.
Było za blisko na cios ostrzem topora. Mimo to Nathian nagle poczuł, jak coś bardzo twardego ze sporą siłą uderza go w bok głowy, karząc odskoczyć na krok od mężczyzny i wyszarpnąć miecz z jego trzewi.
Co do cholery?
Trzonek topora. Zbir uderzył go trzonkiem. Jak dzieciaka, który podbierał jabłka z sadu.
Bandyta stoi teraz, dysząc potwornie, kołysząc na nogach, ledwo trzymając broń w ręce i pałając rządzą mordu..
- Skurwy.. syn.. - wycedził z zaciśniętych ust.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian prawdę mówiąc wcale się nie spodziewał takiego biegu wydarzeń. Był pewien, że to już koniec. Może zbytnio się pospieszył? Zlekceważył swojego przeciwnika, który całe szczęście odpłacił się tylko lekkim guzem.
Chłopak był zły. Zarówno na siebie, za swoją nieuwagę i lekkomyślność, jak i na zbira, który musiał wyjść akurat naprzeciwko niego. Jakby nie mógł sobie poczekać z pół godziny taka jego mać.
Ale to już jego problem.
Nie wiedział z kim zadziera.
Nathian zacisnął zęby za wszelką cenę starał się przełamać wstrząs wywołany uderzeniem trzonka o jego głowę i ruszył na przeciwnika z żądzą mordu.
Złość, chęć wyładowania emocji jakie wzbierały się w nim już od dłuższego czasu eksplodowała, domagając się wyładowania. Wszystko to co w sobie skrywał, żałość, tęsknota, cierpienie. Wszystko to właśnie w tej chwili obudziło się dwakroć zmuszając go do zemsty.
Zemsty Bez Skrupułów.
Chłopak wyprowadził dwa cięcia, jednym mierzył w tętnicę, drugie wycelowane było w brzuch. Chciał zabić i mieć całą tą sprawę już za sobą.
Miecz z sykiem przeciął powietrze, by po chwili z zauważalnie głośnym mlaśnięciem przejechać zbirowi po szyi. Trafiony zachłysnął się, wypuścił broń z ręki, która z metalicznym brzękiem upadła na bruk uliczki. Z całych sił chwycił się za gardło, starając bezskutecznie zatamować krwawienie.
Bezskutecznie.
Gorąca, buchająca rytmicznie czerwień przelatywała mu przez palce, wraz z uciekającym życiem. Osunął się na kolana, gulgocząc i charcząc rozpaczliwie. Najwyraźniej starał się coś powiedzieć, lecz przecięta gardziel nie pozwalała mu ani złapać oddechu ani cokolwiek powiedzieć. Buchająca krew zalała mu całą twarz, bruk przed nim, oraz ubranie.
Potem upadł. Ręce bezwładnie osunęły się na uliczkę, ukazując światu okropnie rozrąbane gardło, oraz błyskawicznie rosnącą kałużę krwi. Wydał z siebie dźwięk, jaki wydaje lejek, gdy przeleci przez niego cała woda.
Po czym znieruchomiał.
Szczęściem, nikogo w pobliżu nie było, choć zbyt długa obecność Nathiana w tym miejscu mogła skończyć się dla niego bardziej pechowo. Młodzieniec ze starcia wyszedł tylko z guzem na głowie oraz zakrwawionymi dłońmi (pozostałość po ciosie w brzuch). Fartownie, główny strumień krwi wytryskujący z rozrąbanej gardzieli, jakimś cudem go minął.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Jakoś na widok bryzgającej krwi Nathianowi odeszła ochota na przeszukiwanie go. Po poprzednim ciosie był pewny siebie bo krwi nie było tam zbyt dużo, teraz, bruk dookoła całego ciała był calutki czerwony.
Ale mieszek domagał się doładowania, za te marne grosze które mu tam zostały nie przeżyje zbyt długo. Nawet jeśli pójdzie do najgorszego baru w okolicy gdzie karczmarze plują w kufel żeby go umyć. A do takich warunków chłopak nie był przyzwyczajony, dlatego wolał ciężko się napracowac, ale wypić sobie dobre piwko w czystym kufelku, patrząc na ładną dziewkę karczemną.
Zbir tym razem już na pewno nie żył dlatego Nathian podszedł do niego blisko, zastanawiając się ile osób w ogóle obrabował ten człowiek. Wyglądał na amatora, ale bogate mieszczanki na pewno pójdą na numer z siekierą. Ale kto łazi po takich uliczkach z bogatych mieszczan?
Przeszukał kieszenie i cały pas w poszukiwaniu wszelakich kosztowności, pergaminów, może coś go zaciekawi, Zarr miał list gończy na samego siebie w kieszeni więc czemu nie?
Starał się to robić jak najszybciej, żeby się stąd zmyć zanim ktokolwiek zobaczy go pochylonego nad ciałem człowieka. Miał dość kłopotów jak na jeden poranek dlatego dalej już chciał jechać w spokoju.
Potem, gdy już zabrał to co trzeba skurpulatnie wytarł miecz o nieliczne suche skrawki ubrań swojego przeciwnika, to samo zrobił z dłońmi, które również były w posoce.
Nie wiedział co zrobić z ciałem dlatego zostawił je tutaj.
Potem obejrzał stan jego toporzyska, starał się ocenić jej wartościowość, jeśli to był zwykły topór do rąbania drewna, pewnie wyszczerbiony i zardzewiały to chłopak nie zamierzał bardziej obciążać swojego wierzchowca.
Po tych wszystkich czynnościach nareszcie mógł jechać do pracowni kowala.
Zbir w takiej dzielnicy jak ta... cóż, gdyby miał jakiś szczególnie dobry dzień, może byłby w stanie się dorobić. Kto wie, może gdyby miał jeszcze lepszy dzień, może byłby w stanie nastraszyć nawet jakąś szlachciankę.... ten jednak miał najwyraźniej szczególnie marny dzień. Do marnej jakości pasa miał co prawda przyczepioną skórzaną sakiewkę na monety, lecz obecnie ziała ona pustką.
Słowem, Nathian nie znalazł nic wartego uwagi.
Topór, którego używał bandyta nie był pierwszej jakości. Ba, gdyby tylko istniało takie określenie, pewnie nazwano by go jako "trzeciej" czy nawet "czwartej" jakości. Broń byłą niezadbana, brudna, wyszczerbiona w wielu miejscach i fatalnie wyważona. Ot, topór drwala przerobiony na broń szerzenia bólu i śmierci.
Z miernym efektem.
Nathian mógł co prawda zabrać broń, lecz chyba nie miał co liczyć na jakiś niesamowity zysk z jej sprzedaży. Poza nią bandyta był biedny jak ta mysz kościelna i nie posiadał nic wartego zabrania ze sobą. Jedyny efekt, jaki zyskał młodzieniec, było tym większe uwalanie sobie dłoni w jego krwi. Miecz wytarł zgodnie z planem o ubranie trupa. Dłoni zaś, mimo prób, nie udało mu się dokładnie wyczyścić. Nie bez wody i mydła.
Ale brudnych dłoni nikt nie powinien zauważyć, przynajmniej dopóty, dopóki dokładnie się nie przyjrzy.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian zaklął z cicha, tylko po to musiał wpatrywać się w zwłoki zbira, tylko po to babrał się w krwi żeby nic z tego nie mieć. Co za pech, nie dość, że stracił tylko czas, ochoty, siły to jeszcze nic za to nie dostał i musiał zabić kolejną osobę na swojej drodze, co wcale mu nie odpowiadało. Gdyby to był człowiek powiązany ze śmiercią jego rodziców sprawa wyglądałaby inaczej. Wtedy przeszukiwanie go sprawiałoby mu radość. Choć Nathian został wychowany religijnie, zabijanie ludzi to była najgorsza rzecz jaką mógł zrobić to jednak nic w tej chwili nie odebrałoby przyjemności z zemsty. Zemsty na ludziach, którzy zabrali mu wszystko co miał do tej pory. Zmienili go całkowicie o 180 stopni. Zasługują na śmierć i ją dostaną. Ale czemu winien był ten cholerny zbir?
Gdyby chłopak miał więcej czasu z chęcią by go pogrzebał lub chociaż zabrał w lepsze miejsce dal nieboszczyka, jednak teraz nie miał na to czasu ani ochoty. Ktoś mógłby go tu zobaczyć a to nie byłoby najlepsze dla niego. Zwłaszcza że straciłby na tym czas i pieniądze, których nie miał.
Dlatego Nathian postanowił jak najszybciej się stąd usunąć, przywołał do siebie Płomienia i wskoczył na niego pośpiesznie. Chciał nadrobić czas i popędził konia do kłusu, przynajmniej na tyle pozwalała ciasna uliczka, w której się znajdował. Ponownie skierował zwierzę w kierunku pracowni Delverta, jedynie to przychodziło mu do głowy.
Cóż, bandyta sam sobie wybrał swój los. Zdecydował się na rozbój doskonale wiedząc, że jeśli zostanie złapany, zostanie zabity, powieszony i w najlepszym wypadku jego ciało wyląduje w jakiejś gnojówce. Żałowanie go nie miało zbytnio sensu - sam właściwie był sobie winny.
Ostatecznie mógł walczyc lepiej. To on wszak pierwszy dobył broni, nie Nathian. Chłopak jedynie się broni. To musiało się skończyć śmiercią któregoś z nich.
Nathian nie tracąc czasu wsiadł na konia. Zgodnie z przewidywaniami, uliczka nie pozwalała rozpędzić jakiś niesamowitych prędkości, lecz w miarę szybkim stepem koń zdołał z niej wybrnąć. Szczęśliwie, nikt w nieodpowiedniej chwili nie wyszedł z domu, nikt nie zauważył ciała, nikt nie wezwał straży. Wojownik był w stanie szybko i sprawnie opuścić nieprzyjazną okolicę.
Na tyle, by wyjechać na główną ulicę, prowadzącą do głównego rynku w jedną stronę i do kuźni w drugą. Nathian widział już huczący stalą i płonący żywym ogniem budynek. Nie zmienił się on zbytnio od ostatniej jego tutaj wizyty. Nadal koni pilnował strażnik. Nadal panował tu hałas. Nadal ulica pełna była ludzi, obojętnie mijających Nathiana. Nadal czuło się wręcz ciepło bijące od kużni.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum