Nathian z uwagą przysłuchiwał się słowom starca. Po chwili zastanowienia ciągnął dalej, chciał wiedzieć wszystko zanim skusi się na wyprawę tam. Wiedział, że ojciec będzie bardzo się martwił jeśli nie wróci na czas.
- Ciekawi mnie bardzo skąd wiesz o tej jaskini starcze.... Jak daleko stąd jest położona? Kiedy byłeś tam ostatnio? Jesteś pewien, że nikt nie pokonał zombi i nie wziął całego łupu? - to "najważniejsze" pytania jakie nasuwały się na język Nathianowi, a było ich sporo.
Staruch - choć wydawało się to być niemożliwym - wyszczerzył się jeszcze szerzej.
- Gdybym powiedział ci, że jestem Okulikiem, pewnie byś mi nie uwierzył, co? - zarechotał - I całkiem słusznie, bo tego skurwiela już dawno robaki gryzą gdzieś pod murami Doreinburga. Zamęczono go, jako rzekłem, wraz z większością bandy... oprócz mnie, haha! Długo by o tym jednak bajać, a żaden stary kruk nie odkrywa wszystkich swoich kart przed czasem, czyż nie?
Ton starca zmienił się. Z wypowiedzi "miłego bajarza - dziadka" niewiele pozostało. W tej jednej chwili Nathian gotów byłby uwierzyć nawet w to, że za młodu dziadyga podpalał wioski, gwałcił i mordował.. po prostu coś takiego było w jego głosie.
- Dobra, synku, powiem ci tak. Okiwałem Okulika swego czasu. Część łupów schowałem osobno, co pozwoliło mi przeżyć wiele ładnych lat.. teraz jednak pieniądze się skończyły, a ja chcę dostać się do głównego skarbu. Pech jednak chce, że jestem w takim wieku, jaki widać, a ostatnia osoba, jaką tam zaprowadziłem stała się umarlakiem. - charknął przeciągle i splunął na trawę - Zaprowadzę cię tam, to jakąś godzinę drogi stąd, w lesie, który mijałeś po drodze. Ale jeśli uda ci się pokonać umarłego, nie licz, że zgarniesz cały łup sam, jasne?
W świetle całości wypowiedzi, słowa "jeśli uda ci się" zabrzmiał wyjątkowo złowrogo.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian słuchając kolejnych słów dziadka zdziwił się, że udało mu się odgadnąć choć częsciowo przeszłość dziadka. Wydałoby mu się to bardzo zabawne gdyby nie złowrogi ton głosu dziadka.
Zmienił swoją postawę w stosunku do starucha. Przestał już być w jego oczach miłym dziadygą lubiącym opowiadać bajki przy kominku.
"Trzeba mieć się na baczności" - pomyślał - "dziadek jak dziadek ale pewnie zna parę sztuczek z młodości..."
-Dobrze więc, ale zanim wyruszymy zadam ci jeszcze jedno pytanie.. Czy aby na pewno nie zmienię się w zombi gdy przełamię klątwę pokonując pozostałe umarlaki, które bronią skarbca? - Nathian powiedział to stanowczym tonem, dał znać dziadkowi, że nie da się tak łatwo wrobić. - Pozostałe pytania zadam ci po drodze. Chodźmy.
Rzekł do dziadka, powstał i przygotował konia do drogi.
- Pójdziemy pieszo.. - rzucił jeszcze zanim rozpoczął marsz. - Prowadź.
Staruch podnosząc się z ziemi przy pomocy kostura pokręcił przecząco głową.
- Powiem ci jedno, synku - zaczął, wyraźnie ostrożnie dobierając słowa. Bardzo dało się odczuć, że zależy mu na tym, by przypadkowo nie zniechęcić Nathiana od wędrówki - zabezpieczeń skarbca dokonał osobiście Okulik wraz z wynajętym magiem. Nikt z nas, przy czym mam tu na myśli członków naszej bandy, nie wiedział, co tam naprawdę jest. Ale powiem ci tak: Okulik ni w chuja ni w ząb nie miał pojęcia o magii, tak? A sam kochał złoto, taka jego mać. W jaskiniach na pewno więc znajdują się sposoby, by w jakiś niemagiczny sposób ominąć magiczne zabezpieczenia, tak?
Podszedł do konia, głaszcząc jego sierść.
- Zawsze możesz się rozmyślić. - rzucił niby to obojętnie - Ale, wyobraź sobie, że od paru dni niewiele jem, i bardzo mi zależy na tym, by ktoś wreszcie mi pomógł pozbyć się zombi. Nawet ryzykując, że później spróbuje zrobić to ze mną...
Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby dziadek uważał to za oczywiste i był na to przygotowanym. Ale może to tylko takie złudzenie?
Tak czy inaczej Nathian przygotował się do drogi tak, jak to zaplanował. Na wzmiankę o pieszym marszu, dziadek obruszył się wyraźnie.
- Jaja se robisz? Czy ja wyglądam na piechura? - nad podziw zręcznie wskoczył na konia - Pakuj się za mną, mały! Ta szkapina poradzi sobie z nami dwoma. Jestem lekki - zarechotał ponownie w swój charakterystyczny, starczy sposób.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian stoczył krótką walkę w duchu. Zostać czy jechać z dziadkiem? Iść pieszo czy zaufać staruszkowi i wsiąść na konia? Idąc mógłby go mieć stale na oku, ale jeśli dziadek samemu by jechał, mógłby ukraść mu konia.... Jednak zdecydował się na jazdę konną. Wsiadł z tyłu za dzadygą, ponieważ bał się, że ten ukradkowo może przebić go nożem. Może to wszystko było przesadne, ale ostrożności nigdy za wiele. Ojciec zawsze tłumaczył mu, że nie wolno ufać nieznajomym.... Właśnie, ciekawe co powie ojciec na ten jego wybryk... Juz wyobrażał sobie jak krzyczy na niego : "Mogłeś zginąc! Co ty sobie wyobrażasz, ile ty masz lat, pamiętaj, że to ja się tobą ciągle opiekuję!".
Po krótkiej walce sam ze sobą przeważyła żądza przygody.
- Nie zamierzam rezygnować ze złota, z tego co mi opowiadałeś Okulik to naprawdę gruba ryba. Na pewno zostawił mnóstwo łupów. Przecież nie wydał tego w sklepach Dorienburga! Jak myślisz ilu zombi może tam być?
Przerażała go trochę myśl o walce jaką przyjdzie mu stoczyć, nie wiedział ilu będzie przeciwników, jacy będą silni i czy dziadek tego wogóle nie zmyślił żeby zaciągnąc go w las i po kryjomu zabić i ukraść jego łupy....
Nathian usiadł za starcem na koniu. Tak jak planował, wciąż trzymał go na oku, by ten przypadkowo poznany towarzysz podróży nie pchnął go zdradziecko nożem. Póki co jednak na to się nie zanosiło. "Dziadek" całkiem zręcznie - mimo swego wieku, żylastych i chudych dłoni - radził sobie z lejcami i kierowaniem wierzchowcem. Obecnie kierowali się wstecz drogi, którą do tej pory jechał Nathian. Po parunastu minutach wjechali w las.
- Nie... w Dorienburgu, to tylko go poćwiartowano - zarechotał zagadnięty o Okulika były bandyta - pieniądze wydawał, owszem, głównie na kobiety i broń. Pewnie kilka ładnych egzemplarzy wciąż można tam znaleźć... Okulik nie zdołał mimo wszystko wydać nawet części tego, co zrabował, uwierz mi. Za marne ochłapy ja przetrwałem w tej okolicy ponad dziesięć lat. A tam jest główny łup! - starzec wydawał się być niezwykle podekscytowany myślą czekających go bogactw.
Dróżka odchodząca z gościńca była wąska i piaszczysta. Nierzadko zarośnięta i poprzecinana żyłami korzeni. Widać było, że jeśli była używana, to dość rzadko. Droga nie była łatwa, a stała się jeszcze trudniejsza, gdy zjechali z dróżki, zagłębiając się w matecznik.
Przez chwilę Nathian gotów byłby przysiąc, że jego niewesołe myśli się sprawdzą - że to tylko wymyślna pułapka, a on popełnił błąd, ufając swemu przewodnikowi. Na szczęście, ku jego uldze, nagle spomiędzy drzew wyłonił mu się dość niezwykły widok - ukryta między dwoma rozłożystymi dębami i zarośnięta mchem i wielkimi liśćmi paproci ciemna przerwa, która po bliższym przyjrzeniu okazała się być dołem o średnicy niecałych dwóch metrów.
Dziadek zszedł z konia i nakazując gestem ciszę podszedł nieco bliżej. Kopnął coś leżącego w mateczniku.
- Tu były drzwi - szepnął - wyłamane, już niepotrzebne. Nikt tu nie zagląda. Miejsce ma dość złą sławę w okolicznych wsiach. Nawet w dzień tu nie przychodzą... co w sumie jest błędem, bo w dzień zombi są ospałe i otępiałe. - wyszczerzył się złowrogo - To jak? Już udowodniłeś, że masz jaja, młody.. nie zmuszę cię, byś tam zlazł.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Trochę przeraziła Nathiana wiadomość o pobliskich wsiach. Na bank znalazło się pełno głupców z chęcią zagarnięcia łupu dla siebie lub poprostu przeżycia przygody. Nie uśmiechało mu się walczyć z wieloma zombi naraz. Mimo tego, że jest dzień i monstra są słabsze wciąż przerażały Nathiana. To jak zrealizowanie się najgorszych jego koszmarów. Ale chciał również udowodnić samemu sobie, że potrafi pokonać swoje słabości i będzie wstanie walczyć. Założył odpowiednio swoją tarczę i wyciągnął miecz z pochwy. Dźwięk zgrzytającej stali dodał mu otuchy.
- Klątwa zadziała zaraz za drzwiami? Jeśli tak musimy jakoś wywabić stąd te poczwary. Inaczej sami się w nie zmienimy! Jak myślisz ilu ich tam jest? - szepnął do starca ustawiając się w pełenj gotowości bojowej za dziadkiem czekając na jego sygnał.
- Nie, nie zaraz za drzwiami. Tam, w dole, jest przedsionek. Mała jaskinia, mająca jakieś 10 metrów powierzchni. Ona jest bezpieczna. Klątwa działa już w następnym korytarzu. Jeśli jednak się nie mylę, gdzieś w przedsionku powinien znajdować się sposób na jej wyłączenie. Ja w każdym razie spędziłem masę czasu na szukanie w tutejszej okolicy i nic nie znalazłem. A do środka, wstyd przyznać, boję się złazić...
Splunął nad zwyczaj celnie do dołu, ziejącego ciemnością i jakimś trudnym do zidentyfikowania, stęchłym odorem.
- Po za tym, uprzedzę cię zawczasu, że nie dasz rady ich stamtąd wyciągnąć. Klątwa na zawsze związała je z tym miejscem. Nigdy nie wyjdą. Na pewno jest ich tam dwóch... tylu w każdym razie widziałem na własne oczy - rozejrzał się wokoło, jakby spodziewając się, że za chwilę zza drzewa wypadnie jakiś nieumarły - ale nie będę kłamał, może ich tam być więcej. Nawet za dnia są niebezpieczne, skurwiele.
Cisza jaka zapadła w okolicy po słowach dziadka była tak gęsta, że miecz Nathiana mógłby ją kroić na równiutkie części.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian bardzo się zafrasował perspektywą walki z kilkoma zombi na tak małej powierzchni. Miał cichą nadzieję, że mógłby ich jakoś ztamtąd wywabić i walczyć przy świetle słońca z możliwością okrążenia ich.
- Przydałaby się jakaś pochodnia dziadku. Bo ty raczej nie będziesz brał udziału w walce prawda? Ale przydasz się, myślę, że nie będą bardzo zadowolone z widoku ognia. - rzekł po chwili do starca. - Jestem pewien, że w przedsionku da się w jakiś sposób wyłączyć klątwę. Z tego co mi opowiadałeś o Okuliku można tak wnioskować.
- Nie. Zostanę tu. W razie czego musisz mieć kogoś, kto pomoże ci wyjść na powierzchnię. Samemu, z potworami na karku byłoby to dość trudne.
Chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad ewentualnym źródłem światła.
- Od biedy można by nawet moimi starymi ubraniami owinąć jakiś konar.. sęk w tym, że nie mam hubki i krzesiwa. Może ty coś masz? Inaczej nie rozpalimy żadnego ognia. - mruknął - W przedsionku światła dostarczy ci słońce padające do wejścia. W dalszej części skarbca na ścianach wiszą pochodnie.. weźmiesz jedną, przyniesiesz tu i jakoś ją rozpalimy, pocierając patyki może... - dziadek zdawał się dobrze wiedzieć, jaki ma plan. Był przygotowany na każdą ewentualność.
Otwór wciąż czekał, aż ktoś odważny się weń zapuści. Z miejsca, w którym stał Nathian nie dało się jednak dokładnie ocenić, ani jak jest wielka sala, do której prowadził, ani jak dobrze jest ona oświetlona.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Dobrze więc, wiem wszystko co mi potrzeba. Miejmy nadzieję, że w przedsionku jest wystarczająco słońca. Walka z zombi po ciemku... - rzekł do starca zbierając się do wejścia.
Podszedł do otworu ziejącego pośród gęstwiny. Poprawił wszystkie częsci pancerza po kolei, nie miał zamiaru ryzykować, że podczas walki pancerz mu się odepnie. Ścisnął mocniej miecz i zanim wszedł do groty rzucił do dziadka :
- Zaraz wracam - powiedział to żeby po trochu pocieszyć samego siebie.
Zagłębił się w mrok bacznie wyszukując wzrokiem nawet najdrobniejszy ruch. Przypuszczał, że o tej porze zombi nie będą zbyt aktywne i schowają się gdzieś w ciemnym koncie, ale ostrożności nigdy za wiele. Starał się ocenić pomimo zmroku wygląd komnaty.
Nathian podszedł do krawędzi otworu w ziemi. Z tego, co zdołał zauważyć, w jego bezpośrednim pobliżu nie było żadnego niebezpieczeństwa. Nie wahając się więc, sprawdził po raz ostatni swój ekwipunek i zeskoczył w dół.
Piaszczyste wnętrze jamy znajdowało się jakieś dwa metry poniżej poziomu matecznika lasu. Światło padające z góry, zza pleców bohatera dawało mu całkiem niezły wgląd we wnętrze "komnaty" w której się znalazł. Pod wieloma względami zgadzała się z opisem, jaki zafundował mu starzec. Była pogrążona w półmroku, o piaszczystych ścianach i brudnym odorze, duszącym oddech.
Nigdzie jednak Nathian nie widział przejścia do "korytarza" dalej. Ba, widział całkiem dobrze całe pomieszczenie. Nie licząc kupy starych szmat - jak mu się przynajmniej wydawało - leżącej w kącie, jakieś cztery metry od niego wnętrze jaskini było całkiem puste.
- Uważaj, by nie zniszczyć pancerza, Leili - rzucił z góry dziadek - jest trochę wart.
Po czym komnata zatonęła w ciemności. Staruch przykrył jedyny otwór wychodzący na zewnątrz płytą drzwi, którą nie tak dawno temu kopał. Teraz Nathian nie widział praktycznie nic. Pojedyncze promienie światła przechodzące przez szpary w drewnie dawały tyle światła, by nie oszaleć i wiedzieć, gdzie jest. Lecz zdecydowanie za mało, by wypatrzyć w porę ewentualne zagrożenie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian spojrzał zdezorientowany w górę, gdy dziadek zamknął wejście drewnem.
No tak... - pomyślał - Dałem się wrobić jak ostatni idiota. Mogłem posłuchać ojca i nie ufać nieznajomym. Ach, o tej porze pewnie bym był już w mieście!
Rozjerzał się po mrocznej sali. Ocenił, z tego co pamiętał, w którym rogu leżała kupa starych szmat. Przeczuwał, że to właśnie Leili. Nieumarły. Dlatego udał się w najdalszy róg pokoju. Tak aby mieć po obu stronach ściany. Skoro nie widzi swojego przeciwnika, łatwiej będzie mu ocenić z której strony nastąpi atak pomimo ciemności jeśli skupi się tylko na jednym kierunku. Wiedział, że mogą to być jego ostatnie chwile, ale pomimo tego, nie bał się aż tak bardzo. Przeczuwał, że zmieni sie to kiedy zobaczy swojego przeciwnika.
Postawił sobie teraz tylko jeden cel. Musi pokonać zombi. Potem będzie już łatwiej. Dziadek na pewno zejdzie, aby zebrać łupy. Wtedy Nathian go zabije. Tak, musiał to zrobić. Jak można być tak niegodziwym? Gdy już ustawi się w rogu, zasłania tarczą serce, wyczekując ruchu zombi. Inicjatywa należała do jego przeciwnika. Miał nadzieję, że będzie tylko jeden...
Mimo trudnej sytuacji Nathian nie stracił trzeźwości umysłu. Powoli, acz systematycznie, trzymając się ściany dotarł do upatrzonego miejsca w najdalszym kącie sali. Mając w miarę bezpieczne oparcie o obie sąsiadujące ściany, zasłonił się asekuracyjnie tarczą i zamarł w oczekiwaniu.
Długo nie musiał czekać.
Zgodnie z jego przewidywaniami to, co początkowo wziął za kupę szmat, poruszyło się, formując dziwaczny, bulwiasty kształt. Ciemności uniemożliwiały dokładne przyjrzenie się. Więcej mówiły mu jednak inne zmysły. Kształt zabulgotał obrzydliwie, jakby próbując ślinę, jednocześnie nie posiadając części przełyku. Również każdemu jego ruchowi towarzyszył słodki, mdły odór rozchodzący się po całym wnętrzu pomieszczenia.
Z chwilą, gdy kształt ruszył w stronę Nathiana i przeciął nieliczne, wąziutkie promyki słońca wpadające przez szpary w drewnianej płycie drzwi, ukazał się w całej swej obrzydliwej okazałości młodzieńcowi.
Był obrzydliwy. Na wpół rozłożony. Mdlący. Powolny. Ale nadal groźny, posiadający przewagę w swym terytorium. Od Nathiana znajdował się obecnie niecałe trzy metry. Chwile dzieliły obu od wymiany pierwszych ciosów. Jasnym było, że w tej walce nikt nie poprosi o litość.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian z odrazą wpatrywał się w ruchy potwora. Marzył, żeby zatkać sobie nos, ale to był w tym momencie jego najmniejszy problem. Gdy zombi podszedł do snopków światła spadających do groty jego źrenice rozszerzyły się z przerażenia. Jednak uczucie było chwilowe, w jego sercu urosło coś nowego, żądza przetrwania.. Nie chciał umierać w taki sposób. Okantowany przez jakiegoś dziadygę. Gdy monstrum zbliżyło się na odległość 3 metrów, Nathian zasłaniając się tarczą z lewej strony doskoczył do poczwary szybkim ruchem, zaś prawą ręką starał się wymierzyć cios mieczem poprzecznie przez korpus. Nie widział swojego przeciwnika zanadto, lecz mógł obserwować jego ruchy i w miarę ocenić jego położenie. To chwilowo mu wystarczyło. Obawiał się pierwszego ciosu swojego wroga, dlatego jeśli jego cios się uda lub nie, odskakuje z powrotem na swoją pozycję w rogu pomieszczenia. Przeczuwał, że jeśli cios przebije pancerz Nathiana, może wdać mu się niezłe zakażenie od zgniłego ciała zombi. Długo by w takim stanie nie pociągnął...
Nathian był szybszy i zwinniejszy od swego wroga. Mimo tego, że walczył w jego pogrążonym w mroku, zgniłym "królestwie", to do niego należała inicjatywa wyprowadzenia pierwszego ciosu. Tak jak zamierzał, jednym szybkim skokiem znalazł się tuż przy gnijącym ciele i wyprowadził cios.
(k20: 3 + 4 = 7) ST: 8 / - / 12
Niestety, mimo tego, że cel był niemrawy i dość spory, nerwy wzięły chyba górę nad Nathianem. Miecz minął potwora o centymetry, ale jednak, minął. Na szczęście dla bohatera, zdołał w porę się otrząsnąć, gdy przyszło mu unikać łap zombi.
(k20: 10 + 3 = 13) ST: 17 / 20 / 27
Bestia machnęła nimi niezgrabnie, starając się pazurami dosięgnąć twarzy młodzieńca. Ten jednak zdołał w porę odskoczyć do tyłu, zajmując pozycję wyjściową. Pierwsza wymiana ciosów zakończyła się bezkrwawo.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2007-11-17, 16:02, w całości zmieniany 1 raz
Nathian mimo swojej kiepskiej sytuacji był zły na to, że nie trafił w tak wielki i niemrawy cel. Spodziewał się, że zombi również w ataku nie wykaże jakiejś wyjątkowej inicjatywy. Ale każdy cios może być niebezpieczny.
Tym razem skupił się dokładnie na swoim celu, pchnięcia za wiele mu nie dadzą bo zombi raczej nie poczuje bólu lub nie uszkodzi mu jakiegoś organu...
Ponownie zdecydował się na poprzeczne cięcie. Lecz tym razem nie odskakiwał, był pewny siebie, może zanadto? Jednak po udanym lub nie ciosie przygotował się na blokowanie ataków.
To okazało się nad podziw skuteczne. Miecz z skiem i głuchym mlaśnięciem przejechał przez całą szerokość brzucha potwora. Człowiek, którym niegdyś zombi niewątpliwie było po takim ciosie z pewnością leżałby na ziemi, starając się rękoma trzymać umykające z ciała flaki. Ale nie umarły. Ten jęknął jedynie głucho pod wpływem jakiejś dziwacznej namiastki bólu, jaki odczuł i sam ruszył z wyciągniętymi szponami do ataku.
Nathian zdołał jedynie dojrzeć błyskawiczny - jak mu się zdawało - ruch łap potwora. Później bok głowy rozbłysł mu w oślepiającej fali bólu i tępego pulsowania. Zupełnie, jakby oberwał młotem kowalskim, dajmy na to. Siła ciosu cofnęła go dwa kroki do tyłu tak, że znów oparł się plecami o ścianę i aby zaatakować, musiał podejść do wroga, zaś przed oczyma latały mu rozbiegane mroczki, utrudniające orientację.
Po boku głowy, aż za kołnierz pancerza czuł, jak spływa mu lepka i ciepła rzecz. Z trudem przychodziło mu uświadomienie sobie, że to jego własna krew. Cały bok głowy pulsował tępym bólem. Teraz jednak nie był w stanie ocenić, na ile rozległe są jego obrażenia.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian cofnął się do ściany opierając się i oddychając szybko mimo smrodu jaki unosił się w komnacie. Chciało mu się wymiotować. Tępy ból ograniczał jego zdolności...
Pragnął wyjść jakoś z tego śmierdzącego pomieszczenia. Może to tylko jakiś przykry koszmar? Może obudzi się za chwile w cieplutkim łóżku z śniadaniem na stole?
Niee, nie zgnije tutaj. Musi walczyć... Musi.
W zrywie rozpaczy, amoku starał się dosięgnąć mieczem swojego śmierdzącego woga. Z krzykiem na ustach ruszył do szarży. Chciał czuć jak jego ostry miecz przechodzi przez mlaskające ciało zombi. A potem, będzie nareszcie bezpieczny...
Przezwyciężając ból, bohater ruszył do kolejnego ataku.
(k20: 1 + 4 = 5) ST: 8 / - / 12
Czy to jednak wina bólu, wciąż pulsującego z boku głowy? A może to wina panujących ciemności? Strachu? Smrodu wypełniającego pomieszczenie? Ciężko określić.
Tak czy inaczej miecz Nathiana sromotnie minął swój cel, zaś sam wojownik pod wpływem sił ciosu stracił równowagę i upadł z chrobotem żwiru pokrywającego podłogę na ziemię. Dla potwora była to znakomita okazja.
Całym ciężarem swego zgniłego cielska wylądował na Nathianie, zionąc nieziemskim smrodem wprost w jego twarz. Gęsta, lepka ślina wypływała z jego pyska, gdy starał się dosięgnąć zgniłymi resztkami zębów gardła młodzieńca, jednocześnie pazurami szukając zawzięcie czegoś w okolicach jego żeber.
Na szczęście Nathian zdołał tarczą odepchnąć od siebie pysk zombi. Niestety, tym samym odsłonił dolne parte swego ciała. Z jego ust wydobył się mimowolnie jęk bólu, gdy poczuł, jak pazury zombi natrafiają na miejsce nie chronione przez pancerz i boleśnie wbijają się w bok jego ciała, tnąc skórę i mięśnie.
Walka przybierała coraz gorszy obrót dla młodego bohatera. Czy tak miał wyglądać jego koniec?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Tym razem cios nie zrobił na nim większego wrażenia. Głowa bolała go tak mocno, że dodatkowy ból w pasie nie był aż tak uciążliwy. Czuł jak krew przepływa przez otwartą ranę w brzuchu i jak przesiąka od niej ubranie.
- ZDYCHAJ - ryknął i zamachnął się prawą dłonią w której trzymał miecz.
"Tego już chyba nie spudłuję" - przemknęło mu to przez myśl.
Nie zważając na wynik pierwszego ciosu próbował wbić swoje ostrze po raz kolejny. Smród jaki wydobywał się z paszczy monstrum i ból w rannych częściach ciała sprawiał, że chłopak o mało co nie zemdlał.
Z pozycji, w jakiej się obecnie znajdował Nathian nie w sposób było nie trafić. Jedną ręką odpychając od siebie przy pomocy tarczy pysk zombi, drugą wyprowadził dwa mordercze pchnięcia w bok zgniłego ciała.
1: (k20: 16 + 4 = 20) ST: 8 / - / 12
(k10: 5 + 9 = 14)
2: (k20: 12 + 4 = 16) ST: 8 / - / 12
(k10: 4 + 9 = 13)
Miecz z głuchym mlaśnięciem wbił się dwukrotnie w bok potwora aż po rękojeść. Ten zaryczał głośno, zionąc ponowną falą smrodu na bohatera. Już, już wydawało się, że jego szczęki ponownie ruszą do ataku w stronę szyi młodzieńca, gdy zombi stęknął w potworny, ludzki sposób i.. znieruchomiał.
Jego ciało samo zsunęło się z Nathiana i z głuchym sapnięciem spoczęło na piachu obok młodzieńca.
Tym razem monstrum na pewno było martwe. Przyznać jednak trzeba było, że zanim doszło do tego momentu, bardzo dał się odczuć we znaki młodemu wojownikowi. Rany, jakie zadał, pulsowały tępym bólem i utrudniał oddychanie oraz orientację. Ponadto, wciąż ciekła z nich krew a i nie było pewnym, czy nie wda się w nich z czasem zakażenie. Sytuacja wciąż była trudna, tym bardziej, że w sali wciąż panował mrok. Jedno niebezpieczeństwo zostało zażegnane, lecz wcale nie oznaczało to końca kłopotów.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Korzystając z chwili wytchnienia Nathian powoli powstał z ziemi i oparł się o najbliższą ścianę. Zajął się zdejmowaniem pancerza, po tej czynności ostrożnie obejrzał ranę na boku. Sycząc z bólu odjął koszulę od rany i korzystając z nikłych promyków słońca obejrzał ją z niesmakiem.
Wiedział, że za chwilę czeka go kolejna walka, nie tak wyczerpująca jak z zombim, ale nie wolno lekceważyć przeciwnika. Tego go nauczyła ta przygoda. Jeśli to przeżyje będzie miał co opowiadać swoim wnukom...
Zdjął ostrożnie koszulę starając się nie zawadzić o ranę na boku głowy. Nie mógł jej obejrzeć i wolał nie dotykać żeby nie pogorszyć sprawy. Obwiązał się w pasie ubraniem zakrywając dokładnie ranę. Starał się chociaż częściowo zatamować krwawienie.
Na ten prowizoryczny opatrunek ponownie założył zbroję i zapiął ją dokładnie. Miał plan.
Mimo swojego obrzydzenia, bólu, smrodu i ciemności. Po omacku złapał za martwe ciało zombiego i zaciągnął je na jego stertę szmat. Wolał żeby dziadek po powrocie nie zobaczył martwego potwora i nie zostawił Nathiana w dziurze, bez możliwości wyjścia.
Nathian po tych czynnościach odszedł jak najdalej od śmierdzącego ciała ponownie w róg w którym rozpoczął walkę i tam usiadł jak najwygodniej opierając się o zimne ściany lochu. Wszystko co miał było w kulbakach więc teraz pozostało mu jedynie czekać na wracającego dziadka.
Zbierał siły na kolejną walkę. Cieszył się, że udało mu się wyjść w miarę w jednym kawałku z tej opresji ale nie był pewien co do przyszłości. Przy takich obrażeniach może być ciężko dostać się z powrotem do farmy jego ojca...
Na tyle ile zdołał ocenić Nathian, rana z boku głowy nie była aż tak groźną. Po chwili nawet poczuł, jak kark i polik pokrywają mu się warstwą skrzepu, a krew przestaje wypływać - siłą rzeczy musiała być ona dość płytka. Gorzej było z raną na boku. Po zdjęciu pancerza - czemu towarzyszyła kolejna fala bólu - Nathian zdał sobie sprawę, że bez pomocy lekarskiej rana ta może go nawet wykrwawić. Pazury zombi dosięgnęły go w tym miejscu głęboko, zostawiając trzy ślady w ciele młodzieńca. Nie były one może szczególnie duże, lecz sięgały głęboko. Kłopoty, jakie Nathian miał z oddychaniem świadczyły, że oberwało na tym najbardziej płuco.
Mimo to młodzieniej był silny i wytrzymały. Wiedział, że będzie w stanie nadal walczyć a nawet konno dojechać do Dorienburga, czy wrócić na farmę. Warunek był tylko jeden.
Nie dać się zranić ponownie.
Nathian nie miał żadnego doświadczenia w zakładaniu opatrunków. Mimo to koszula z dobrego materiału, jaką użył za prowizoryczną ochronę powinna była przez jakiś czas spełnić swoje zadanie. Gdy tylko ponownie założył na siebie pancerz, przesunął w odpowiednie miejsce truchło potwora i usiadł w wybranej pozycji w kącie sali, jego uszu dobiegł podejrzany dźwięk dochodzący z góry.
Faktycznie, po kilku chwilach ktoś odsunął pokrywę drzwi z otworu. Fala światła szeroką strugą wlała się do lochu, oślepiając nieco Nathiana. Mimo to wiedział z własnego doświadczenia, że w miejscu, gdzie siedział, nie powinien zostać przez nikogo zauważonym.
Ktoś opuścił w głąb otworu drewnianą drabinę.
- I jak tam, moja droga? Jak nasz mały łup? - zagulgotał staruch, powolutku, szczebel po szczeblu schodząc w dół.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nathian uśmiechnął się w duchu. Dziadek był pewien, że zombi go pokonał. Nie wiedział, że za chwilę wpadnie w pułapkę. Nathian czekał w spokoju bezgłośnie przygotowując swój rynsztunek. Miał nadzieję, że dziadek nie sprawi mu większych kłopotów. Za to co mu zrobił ten stary złodziej, nie zasługuje na żadne skrupuły. Po cichu powstał czekając na to, aż dziadek zejdzie na sam dół. Nie da już rady wejść ponownie, gdy mu się uda się Nathianowi go dopaść. Gdy dziadyga zejdzie Nathian sprintem dobiego do niego i próbuje pchnąć go w brzuch swoim mieczem.
"Pora to kończyć..." - przemknęło przez myśl zdeterminowanemu Nathianowi...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum