"Armia to porządek i ład. Wojsko nie może istnieć bez tego, tym dziwniejszy jest fakt, że wojna pod względem porządku i ładu do złudzenia przypomina ogarnięty pożarem burdel."
Jaskier - "Pół wieku poezji"
Andrzej Sapkowski
Bogowie umilkli. To był fakt, któremu nikt nie potrafił zaprzeczyć. To było tak nagłe, tak niespodziewane i tak druzgoczące, że wielu ludzi po tym wydarzeniu straciło wszelką wiarę. Wśród nich nie brakowało paladynów. Co tu dużo kryć, Zakon przeżywał swój kryzys. Tym bardziej budująca była postawa tych, którzy trwali w swych obowiązkach, na przekór wszystkiemu pozostając wiernym swoim ideałom.
Wanald był jednym z nich.
Zakon był dla niego całym życiem. To on go wychowywał, uczył, karmił, otaczał opieką. Paladyn długie lata spędził na doskonaleniu się w swoich umiejętnościach. Dziś nadszedł najbardziej oczekiwany dzień w jego dotychczasowym życiu - po zakończeniu wszystkich sprawdzianów i odbyciu pełnego treningu był gotów do otrzymania swojego świętego symbolu i pełni święceń na pełnoprawnego paladyna. Wreszcie przestanie być nowicjuszem, a stanie prawdziwym Rycerzem Aesira!
Co prawda, Wanaldowi nie dane było ukończyć Próby (specjalnego testu dla nowych paladynów), jako że wszystkie artefakty przenoszące w miejsce Próby od czasu umilknięcia Aesira przestały działać, lub został zniszczone, lecz nadal było to ogromne przeżycie dla młodzieńca.
Do uroczystości jednak pozostało nieco czasu. Zakon Strażników, położony na zachód od Miasta Magów - Broln żył swoim normalnym, powolnym tempem modlitw, psalmów i ćwiczeń. Wanald jadł właśnie skromne śniadanie we wspólnej stołówce wraz ze swoim rówieśnikiem, który również dziś miał zostać wyświęcony - Dellikiem.
- Zdenerwowany? - spytał kompan.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Ohh... Niewyobrażalnie zdenerwowany. Nie wiesz jak długo na to czekałem i wreszcie się doczekam. Aesir ma nas w opiece. - mówiąc to, u bohatera było można z łatwością wyczuć zdenerwowanie. Przeogromne zdenerwowanie.
To ślubowanie, które miał złożyć w najbliższym czasie było dla niego ważne. Bardzo ważne. Gdy wymówi słowa przysięgi będzie mógł nieść dobro i zwalczać zło we wszystkich zakamarkach Sorii. Jednak nie do tego został powołany. Został powołany do walki z smokami. Nie wiedział dlaczego. Takie dostał "polecenie" od Boga.
Towarzysze dokończyli posiłek. Prosty, lecz pożywny, jak to miał w zwyczaju zakonny kucharz serwować - chleb, ser, mleko. Ot, śniadanie, które miało zapewnić siły na pełen wrażeń nadchodzący dzień.
- Jeszcze jak - odparł Dellik, przełykając ostatni kęs jedzenia - mówię ci, najgorzej znoszę chyba to czekanie. Ślubujemy dopiero wieczorem, a ja nie umiem już teraz znaleźć sobie miejsca. Chyba marny ze mnie paladyn, skoro mam takie problemy z cierpliwością - rzucił pół żartem, pół serio.
Miał jednak nieco racji. W tym szczególnym dniu wszyscy nowo wyświęceni paladyni byli zwolnieni ze swoich obowiązków. Nie musieli pełnić wart, uczestniczyć w nabożeństwach, sprzątać kwater ani brać udziału w treningach. Meli cały dzień, aż do samej uroczystości do swojej wyłącznej dyspozycji, by jak najlepiej się przygotować.
Dellik wstał od stołu, zbierając talerz i sztućce, by odnieść je kucharzowi.
- Właściwie planowałem zrobić sobie małą wycieczkę po okolicy tak, dla zabicia czasu. Co o tym sądzisz, bracie?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Bardzo dobry pomysł Delliku. Przejdźmy się - powiedział przejęty paladyn.
Zastanawiał co zrobi po przysiędze. Wyruszy na spotkanie przygodzie? Smokom? Demonom? Nie przewidywał nic. Wiedział, że wszytko w rękach Aesira. W pełni poddawał się jego woli. Chciał mieć towarzysza w podróży, walce, przygodzie. Nie chciał stawiać sam czoła zadaniom, które powierzy mu Bóg.
- Chodźmy więc - powiedział zachęcająco do towarzysza. - A ty co masz zamiar zrobić po ślubowaniu? - zapytał Wanald.
Towarzysze odnieśli kucharzowi sztućce. Ten podziękował skinieniem głowy po czym powrócił do przerwanych czynności.
Pewnie pokonując doskonale znane korytarze Zakonu, opuścili najpierw stołówkę a później mury głównego budynku. Szacowny, kamienny gmach był jednym z najstarszych tego typu wzniesionych w całej Sorii.
Szeroki, równy, pokryty piaskiem dziedziniec zwyczajowo pełen był paladynów. Niektórzy prowadzili ćwiczenia w walce wręcz, inni popisywali się swymi umiejętnościami w posługiwaniu się bronią. Inni jeszcze spacerowali, kierując się ku ogrodom, które znajdowały się po drugiej stronie cytadeli. Na blankach murów okalających teren i tuż przy bramie kompani zauważyli większą niż zwykle - ale nie zaskakującą, ze względu na rangę dzisiejszego dnia - liczbę strażników.
Krążąca po okolicy plotka wspominała też, że strażników jest znacznie więcej od czasu, gdy w pewnym nieszczęśliwym incydencie z zakonu skradziona została pewna pilnie strzeżona relikwia. Ku uldze wszystkich została ona już odzyskana, przez jednego z braci.
- Nie zastanawiałem się nad tym zbytnio - odparł Dellik, kierując się w stronę bramy - nieco obawiam się samodzielnego podróżowania po świecie. Pewnie pozostanę jeszcze jakiś czas tutaj, wykonując zlecenia Mistrzów. A ty? Masz jakieś plany?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Ja się nad tym zastanawiałem. Zrobię co Aesir poleci - powiedział i skierował wzrok ku górze. - Też chyba pozostanę tutaj przez jakiś czas i zobaczę jak to się wszystko potoczy. Jednak chyba Bóg powierzył mi walkę ze smokami. To jest moje powołanie - stwierdził Wanald
Tak o było jego powołanie. Chociaż, to może nie było powołanie tylko chęć zemsty. Uczucie, które powinno być obcym dla paladyna, jednak pałał taką nienawiścią do smoków, że można było to nazwać nienawiścią. Czuł uraz do smoków z powodu jego rodziców. Oni walczyli z tymi bestiami i zginęli w walce z nimi. Jeśli on miałby przeżyć życie to chciałby je spędzić na walce ze smokami i umrzeć też z nimi walce.
- Zdecydowanie chcę zostać Łowcą Smoków - odpowiedział z dumą paladyn.
- Ze smokami? - w głosie Dellika dało się wyczuć lekką kpinę - Zostać Łowcą Smoków jest równie trudno, co łatwo jest o tym planować w dniu święceń, bracie.
Pod tym względem Wanald nie mógł odmówić towarzyszowi racji. Ze wszystkich ścieżek specjalizacji, najtrudniej uzyskać było paladynom status Łowcy Smoków i Inkwizytorów. Tych było w Zakonach naprawdę niewielu i cieszyli się wielką estymą wśród reszty braci.
Rozmawiając, doszli do bramy. Tej jak zwykle pilnował Hullin, zwany też przez niektórych Klucznikiem. Cała trójka doskonale się znała, co było dość naturalne zważywszy na fakt, że spędzili tu wspólnie ostatnich kilkanaście lat.
- Spacer przed wielką chwilą? - rzucił wesoło do Wanalda i Dellika, stojąc na murze tuż ponad dwuskrzydłowym wejściem na dziedziniec zakonny - Otworzyć bramę?
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Tego ja nie wybieram. Wybierze to nasz Bóg mój drogi. - powiedział ze spokojem do towarzysza.
Przyznawał rację Dellikowi ale nie chciał się do tego przyznać. Wiedział, że będzie trudno ale naprawdę chciał nim być. Teraz to nie było ważne. Najważniejsze było ślubowanie, które miało odbyć się jeszcze dzisiaj.
- Tak, spacerek - powiedział z uśmiechem paladyn do strażnika bramy. - Chcemy trochę ochłonąć z emocji. Otworzysz? - zapytał.
- Robi się - skinął głową Hullin, schodząc po drabinie z muru.
Z brzękiem kluczy otworzył towarzyszom małą furtę, umieszczoną w prawym skrzydle wielkiej bramy. Najwyraźniej uznał, że nie miało sensu otwieranie całości, skoro wychodziły tylko dwie osoby.
Na zewnątrz Zakon otaczał gęsty las. Jedyna piaszczysta droga prowadziła stąd na wschód w stronę głównego gościńca do Broln. Mimo to okolica była spokojna i cicha. Młodzi paladyni pół żartem, pół serio opowiadali sobie anegdotki, jak to wszystkich bandytów napadających na kupców w okolicy już dawno temu powybijał do nogi jeden z nich... Wanald jednak nie był w stanie sobie przypomnieć, o kim konkretnie była mowa.
Dellik wyszedł nieco na prowadzenie.
- Niedaleko stąd jest spore wzniesienie, znam ścieżkę. Stamtąd będziemy mieli doskonały widok na cały zakon. Co ty na to? - zaproponował.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Jeśli mówisz prawdę o tym pięknym widoku to się zgadzam - powiedział bohater i dziwnie przyśpieszył kroku. - Kto ostatni na wzniesieniu czyści cały ekwipunek wygranemu! - krzyknął i zaczął biec z całych sił, ponieważ nie chciał przegrać.
Nie chciało mu się myć pancerza, zwłaszcza po ślubowaniu. Jeszcze przecież on wymyślił ten zakład. Zdał sobie sprawę, że nie może przegrać.
Było ciepło. Las odurzał zapachem zieleni i roślinności. Każdy krok postawiony w mateczniku wzbudzał w powietrze chmarę owadów. Las żył.
Kompani też żyli. Byli młodzi, u progu nowego życia, o jakim ciągle marzyli. Mogli wszystko.
- No to czeka cię robota wieczorem, bracie - krzyknął Dellik, zrywając się do biegu.
Nie nosili na sobie zbyt wiele ekwipunku, więc mogli dać z siebie wszystko. Koniec końców, na szczyt wzniesienia jako pierwszy dobiegł Wanald, choć dosłownie minimalną przewagą i pewnie tylko dlatego, że ruszył do biegu pierwszy. Obaj porządnie zmęczyli się wysiłkiem, dysząc ciężko.
- Uff... miałeś szczęście. Ale gratuluję, bracie, ładny bieg - wysapał Dellik, siadając ciężko na porośniętym trawą szczycie pagórka.
Zaiste, widok stąd rozlegał się śliczny. Cytadela Zakonu, otaczające ją ziemie za murem, las, drzewa, Weża Hathira górująca daleko na wschodzie nad Broln wyglądała jak zapałka zatknięta na linii widnokręgu.
Czas zatrzymał się w miejscu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Oj tak. Wygrałem, ale się nie źle zmachałem - mówił łapiąc oddech - Prawie mnie wyprzedziłeś. Muszę poprawić kondycję - rzekł.
Nieźle się zmęczył, ale wygrał. Jego towarzysz co do pięknego widoku się nie pomylił. Było cudownie. Wart był tego biegu. Gdy paladyn dokładnie przyjrzał się cytadeli zdziwił się bo nie myślał że jest tak duża. Nie wiedział też, że tak pięknie jest wokół zakonu.
- Przepraszam, że się pytam - zaczął nie pewnie rozmowę. - ale dlaczego wstąpiłeś do zakonu?
Dellik położył się ciężko na trawie. Widać po nim było, że bieg i utrzymanie tempa w nim kosztowało go więcej sił niż Wanalda. Może był równie szybki, lecz pod względem kondycji znacznie mu ustępował.
- Tak jak my wszyscy - odparł, wzruszając nieznacznie ramionami - z chęci czynienia dobra. Z powołania. Z zewu misji, że tak powiem... - widać bardzo osobiste pytanie, jakie zadał mu Wanald, obudziło w nim wiele wspomnień - ...może też trochę z wrodzonej przekory? Sam nie wiem. Powodów było wiele, ale nie będę cię czarował głodnymi frazesami, że od samego urodzenia byłem do tego przeznaczony... bardzo ludzkie i źle o mnie świadczące, prawda?
Uśmiechnął się, jakby przepraszająco. Trudno się dziwić. Niewielu było paladynów, którzy potrafili na podobne pytanie odpowiedzieć zdecydowanie w jakiś określony sposób.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Prawda. Ja na przykład z powołania, lecz jeśli wychowanie w zakonie można nazwać powołaniem - powiedział po czym głęboko westchnął.
Wanald nie był skłonny do rozmyślania nad tym czy został paladynem z powołania czy z jakiegoś, którym mogłoby być wychowywanie w zakonie. Wolał myśleć że będzie paladynem z powołania.
- Nie ma co tu tak sterczeć bez celu - powiedział i wstał otrzepując tyłek z trawy. - Wiesz która godzina?
Dellik spojrzał wymownie na niebo. Słońce minęło już pozycję zenitalną i powoli miało się ku zachodowi.
- Akurat wrócimy do zakonu, zjemy coś i.. chyba się zacznie, jak sądzisz? - odparł - Ale masz rację, chodźmy już.
Towarzysze zebrali się do drogi. Tym razem bez biegu, spokojnie szli dróżką ze wzniesienia, aż dotarli do piaszczystej drogi prowadzącej do Bramy. Tym razem jednak nie byli na tej drodze sami. Ich oczom ukazał się samotny jeździec, zmierzający w tym samym co oni kierunku. Na widok młodzieńców zatrzymał się niecałe 10 metrów od nich i pozdrowił gestem ręki.
- Niech będą pochwaleni bogowie! - powitał ich, słusznie zakładając, że ma przed sobą paladynów - Daleko stąd do Zakonu Strażników, że tak spytam?
Nie był młody, ale nie był również stary. Wyglądał na mężczyznę w kwiecie wieku, lecz bardzo znużonego długą drogą, zupełnie, jakby ostatni tydzień spędził w kulbace.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Panie podróżniku to tuż tuż. Idziemy tam. Może pan dołączy? - zapytał.
Zdziwił się obecnością takiego podróżnika szukającego Zakonu. Nie wielu ich w życiu widział. Zastanawiało go co może tak długo jadącego podróżnika sprowadzać do paladynów.
- Z chęcią - odparł, uśmiechając się szeroko - jestem Baltazar Hagen - przedstawił się.
Chwilę szli obok konnego w milczeniu, jakby każdy oceniał siebie wzajemnie. Zwłaszcza podróżny nie odrywał praktycznie wzroku od młodzieńców. Stawało sie to wręcz niegrzeczne i natarczywe.
- Rozumiem, że natrafiłem przypadkiem na paladynów? - spytał wreszcie - Czy sir Gudenh jest w Zakonie? Mam do niego ważną sprawę..
Obaj wiedzieli doskonale, że Mistrz Zakonu jest u siebie - wszak to on miał poprowadzić ceremonię.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Miałeś słuszność Baltazarze sądząc, iż jesteśmy paladynami - odpowiedział konnemu Wanald, po czym dodał - Jestem Wanald. Nie jesteśmy jeszcze zaprzysiężeni. Dzisiaj odbędzie się uroczystość ślubowania nowych paladynów - przedstawił się.
Człowiekowi nie podobał się ten podróżnik. Był jakiś dziwny w odczuciu paladyna. Nie podobało mu się to. Miał nadzieję, że na jego drugie pytanie odpowie Dellik.
- Ha! Dziś dopiero zaprzysiężeni? Niesamowite! - wydawał się być niezwykle zafascynowany tą myślą - Eh, młodości... wspaniale, to znakomicie, gratuluję! - niemal krzyczał, w podekscytowaniu podskakując w siodle.
Właściwie Wanald musiał przyznać, że jego przypadkowo poznany kompan spaceru wygląda dość dziwnie. Był on mężczyzną w dojrzałym wieku nieco ponad 40 lat. Miał skromnej wielkości wąsy i twarz pooraną pierwszymi zmarszczkami. Ubrany był całkowicie na czarno, zaś na głowie miał czarny kapelusz z niewielkim rondem. W ręku, obok lejców trzymał również skórzaną torebeczkę. Tę, można by powiedzieć, ściskał niemal kurczowo.
- Wiecie już, panowie, co zrobicie po święceniach? Wieczna służba? Pokorne modlitwy? A może jakaś wyprawa? Znam kilka miejsc, gdzie bardzo brakuje paladynów.. - dodał, łypiąc zwłaszcza na Wanalda przenikliwymi oczyma.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Tak dzisiaj dopiero zaprzysiężeni - odpowiedział paladyn Baltazarowi. - Nie mam jeszcze konkretnych planów co do mej przyszłości. Na pewno będę służył Aesirowi.
Paladyna zaintrygował człowiek, tak ubrany ze skórzaną torebeczką, szukający Mistrza Zakonu. Nie podobało mu się to, lecz starał się ukrywać swoje uczucia.
- A ciebie co tutaj sprowadza Baltazarze? - zapytał.
Wanald nagle poczuł się dziwnie. Kręciło mu się w głowie, a przed oczami pojawiły mroczki. Zupełnie, jakby zbyt gwałtownie wstał po długim okresie leżenia na ziemi, lub gdyby ktoś go mocno uderzył w głowę.
Zapytany konny machnął lekceważąco ręką, zupełnie, jakby jego osoba i powód, dla którego się tu znalazł był tak błahy, że aż nie warty uwagi.
- Oh, to bzdura.. - rzekł, ponownie prezentując imponujący zestaw zębów, łącznie chyba z przedtrzonowcami - ..jestem tu, by was zabić.
To powiedziawszy, uśmiechnął się jeszcze szerzej, co dosłownie było niemożliwe.
Dellik krzyknął, gdy nagle niewidzialna siła wyniosła go pięć metrów ponad ziemię i tak zostawiła. Jedyne, co był w stanie młody paladyn zrobić, to... pomajtać nogami.
- Spokojnie, to nie potrwa długo - dodał nienaturalnie wyszczerzony Baltazar.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Ależ wręcz przeciwnie.. - zdawało się, że szczęka Baltazara za chwile wypadnie z tego okropnego uśmiechu.
Czterdziestolatek, ubrany na czarno, konno i ściskający w ręku skórzaną torebeczkę.. a wyglądał w tym momencie niczym demon z samego czarnego serca Otchłani.
Wanald błyskawicznie dobył miecza i wyprowadził mordercze cięcie. Ostrze pewnie i głęboko przejechało po udzie Baltazara. Ciemna, tak ciemna, że niemal czarna krew buchnęła gorącym strumieniem z rany na piaszczystą dróżkę.
Ten jakby tego nie zauważył.
- Wanaldzie, Wanaldzie... - rzekł swobodnie, jakby komentował pogodę - ...i ty chcesz zostać łowcą smoków? Na smoki polować, gdy nie umiesz sobie poradzić z własnym umysłem?
Bohater nie miał jednak pojęcia, o czym mówi nieznajomy. Po chwili poczuł, jak i on unosi się w górę, zawieszony w powietrzu tuż obok Dellika, mogąc jedynie pomachać beznadziejnie kończynami... Jego towarzysz oczy miał zamknięte i wyglądał, jakby spał... lub już nie żył. Tak czy inaczej nie odzywał się już od dłuższej chwili.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Agrhhh! - wrzasną Wanald po czym wstał. - Jeszcze się zdziwisz! - krzyknął wściekle.
Sfrustrowany paladyn począł się modlić do Aesira o pomoc w walce z tym ścierwem. " O Aesirze, wspomóż mnie w walce z tą demoniczną postacią. Czuje, że mu nie podołam."
Gdy już odmówił modlitwę starał się krzyczeć o ratunek, ponieważ taki po jego ostatnim wołaniu nie nadchodził. Starał się zrobić cokolwiek.
- Po co t robisz Baltazarze. My nic nie znaczymy w tym zakonie - wrzasnął do konnego.
- Paladyni.. jesteście tacy słabi.. - rzekł swobodnie, z wyraźnym rozbawieniem - tylko na to cię stać? Na wołanie o ratunek do braci i swojego boga? Twój bóg nie żyje, głupcze! Był tak samo słaby, jak i jego wyznawcy! Zabrakło go i co się dzieje? Paladyni stają się słabi i zagubieni niczym dzieci we mgle... jesteś żałosny, Wanaldzie.
Machnął ręką, jakby odganiał się od natrętnej muchy. Dellik nagle odleciał w bok, pchnięty olbrzymią siłą i z impetem uderzył o jakieś drzewo. Trzask łamanego kręgosłupa było słychać aż przy konnym. Odgłos ten brzmiał w istocie, obrzydliwie... a mimo to Baltazar uśmiechnął się, jakby sprawiało mu to przyjemność.
Krzyki i wołania o pomoc Wanalda zdawały się niknąć w okolicy. Nikt ich nie słyszał. Nikt nie nadchodził. Paladyn był zupełnie sam. Tylko on i jego przeciwnik.
- Dlaczego? - spytał konny - Oh, można powiedzieć, że dla rozrywki... - roześmiał się radośnie, niczym małe dziecko na widok pięknej zabawki. Śmiech ten zupełnie nie pasował do ciała czterdziestoletniego mężczyzny.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum