Dzień był ciepły i spokojny. Chmury wędrowały leniwie po błękitnym niebie sprowadzając od czasu do czasu odrobinę cienia na ziemię. Atmosfera ta udzielała się także leśnym zwierzętom wylegującym się w cieniu drzew i ptakom które śpiewały łagodne melodie lasu. Rzec by można idealny dzień by zmarnować go wylegując się na polanie przegryzając źdźbło trawy lub przygrywając na liściu.
W takim też nastroju znajdywał się wojownik leżący pod drzewem będąc w stanie półsnu. Siedział tam już dobrą godzinę robiąc przerwę w wędrówce która nie miała jeszcze określonego celu. Jego kruczoczarne włosy były rozwiewane raz o raz przez delikatne powiewy wiatru.
Nagle idealna cisza została przerwana. Wojownik usłyszał zbliżający się tentent konia a po chwili jego rozpaczliwe rżenie i głośny huk uderzenia czegoś ciężkiego o podłoże. Hałas ten dochodził zza Reggirta i jak orientował się wojownik z okolic gościńca który miał się rozciągać wzdłuż lasu około dwadzieścia metrów dalej.
- A kogo to tak gna na złamanie karku? - powiedział sam do siebie, po czym powoli podniósł się z ziemi...
Reggirt popatrzał w stronę z której dochodziły ogłosy konia...
- Śpiesz się powoli jak to mówią...
Mężczyzna wypluł przeżuwane źbło trawy, wziął plecak na ramię i nucąc melodie starej przyśpiewki ruszył w stronę źródła hałasu...
Nie przeszedł nawet trzydziestu kroków kiedy dojrzał zza krzaków dwóch mężczyzn walczących ze sobą. Jeden miał na sobie białą koszulę i czarne skórzane spodnie, drugi zaś nosił zszarzały płaszcz i czarny ubiór pod nim. Reggirt dojrzał także po chwili trzeciego który leżał w bezruchu na ziemi. Nagle biała koszula nabrała barwy czerwonej w okolicach klatki piersiowej. Mężczyzna osunął się na ziemię ukazując zakrwawiony sztylet drugiego.
Reggirt zatrzymał się i szybko wyciągnął naręczne ostrza z kabur. Przykucnął w pozycji z której mógłby bez problemu ruszyć na przeciwnika. Jednak z uwagą przyglądał się osobnikowi w zszarzałym płaszczu i czekał, jak rozwinie się sytuacja.
Osobnik w czarnym płaszczu zaczął przeszukiwać juki u siodła rannego konia. Kiedy Reggirt podszedł bliżej i wsłuchał się mogły dotrzeć do niego słowa rozmowy.
- Gdzie...? Gdzie jest pergamin śmieciu? - powiedział wyrzucając z juków racje żywnościowe które tam się znajdywały.
- Głupcze! - powiedział krztusząc się krwią leżący mężczyzna. - Nie wiesz nawet do czego jest zdolny jego posiadacz. Zginiesz zaraz po tym jak otworzysz...
- Mów gdzie pergamin albo zapewniam cię że umierając zobaczysz jeszcze przed oczyma swoje bijące serce.
Reggirt spoglądając na sytuację z bezpiecznej odległości, pomyślał to co zawsze - Nie mój interes - Jednak po usłyszeniu o magicznym zwoju, doszedł do prostego wniosku - Potężny zwój równa się sakiewka pełna złotych monet - Chęć zarobku była potęgowana przez ostatnie dwie srebrne monety schowane w lewym bucie.
Reggirt powoli zaczął przemieszczać się do miejsca znajdującego się za plecami osobnika zajętego przeszukwianiem juków. Starał się iść powoli i uważał gdzie stąpa.
Reggirt z powodzeniem zakradł się na odległość trzech metrów od męższyzny w szarym płaszczu. Osoba leżąca na ziemi zauważyła go wcześniej lecz nie zareagowała, próbując w dalszym ciągu zatamować ręką upływającą krew. Nagle mężczyzna w płaszczu odwrócił się.
- Gdzie jest do... - powiedział po czym dojrzał intruza w postaci Reggirta. - Co do.. Nie wiem ktoś ty ale znalazłeś się w złym miejscu.
- Mógłbym to samo powiedzieć o tobie - odrzekł Reggirt i uśmiechnął się.
Wojownik korzystając z bliskiej odległości, bez namysłu zaatakował nieznajomego. Szybko zrobił dwa kroki aby zbliżyć się do przeciwnika po czym prawym ostrzem pchnął w kierunku klatki piersiowej mężczyzny , a lewym wyprowadził cięcie celując w brzuch.
Przeciwnik zdołał się uchylić przed obydwoma ciosami choć uniknięcie uderzenia w brzuch było raczej łudem szczęścia niż pokazem umiejętności. Jako że atak Reggirta był nagły i wyprowadził mężczyznę w czarnym płaszczu z równowagi jego atak również był chybiony. Jednak szybko znalazł środek ciężkości i spojrzał gniewnie na wojownika szykując sie do kolejnego ataku.
Tym razem Reggirt miał nieco więcej szczęścia. Prawą ręką która sprytnie sfingowała cios odwrócił uwagę bandyty lewą zaś pchnął prosto w brzuch przeciwnika. Ten musiał odczuć boleśnie ten cios gdyż jęknął żałośnie nie mając okazji zwrócić te uderzenie przeciwnikowi. Jednak chwile jego oszołomienia ciosem nie trwały długo. Zaczął nacierać sztyletem na klatkę piersiową wojownika.
Reggirt starał się uchylić przed ciosem, uskakując w prawo zasłaniając swoją klatkę piersiową po czym wyprowadził kontratak atakując ponownie tułów przeciwnika
Reggit zdołał uniknąć ciosu choć sztylet przechodził minimalnie obok jego ciała. Dwa szybkie ataki wojownika były tym razem zabójczo skuteczne sprawiając że z okolic klatki piersiowej przeciwnika popłynęła na zewnątrz ciepła gęsta, czerwona ciecz. Mężczyzna osunął się na ziemię.
Widząc poległego przeciwnika Reggirt odetchnął z ulgą i przykucnął przy nim. Miał się już zabierać za przeszukiwanie ciała martwego mężczyzny, ale przypomniał sobie o innej osobie leżącej na ziemi. Szybko rozejrzał się i widząc zarys leżącego człowieka obok poległego konia zawołał w tamtym kierunku:
- Jeśli jeszcze oddychasz to powiedz mi w jakim jesteś stanie, i kto cię zaatakował.
Następnie wytarł krew z ostrzy wycierając je o płaszcz pokonanego wroga, po czym wstał i schował ostrza do kabur. Spokojnym krokiem podszedł w kierunku pojękiwań...
Mężczyzna oddychał ciężko. Stracił wiele krwi. Zbyt wiele. Spojrzał powoli na wojownika lustrując go. Sięgnął za pas i wyciągnął zwinięty w rulon papier chroniony przed otwarciem pieczęcią.
- Masz. Weź to i zanieś magowi o imieniu Erraxus - zakaszlał wyrzucając z ust kropelki krwi. Ostrze musiało uszkodzić płuca. - Pod żadnym pozorem jednak nie wolno ci złamać pieczęci. Zawartość tego listu jest przeznaczona tylko i wyłącznie dla oczu Erraxusa... - zakaszlał ponownie. Krew obficie opuszczała już jego usta. - Dostarcz wiadomość i strzeż się sług La... - Nie dokończył. Jego oczy zmętniały a płuca przestały się unosić.
Reggirt wyciągnął zwój spod zimnych palców mężczyzny.
- Nie otwierać, hę... - powiedział patrząc w kierunku ciała - no niech to uznam za twoją ostatnią prośbę. Tylko gdybym wiedział gdzie ten ... Erektus mieszka. No trudno.
Wojownik został wychowany tak by szanować zmarłych, nawet jeśli zginęli z jego ręki. Przeszukał wszystkie trzy ciała- Żywemu przyda się to bardziej - po czym złożył je obok siebie, wpierw zamykając ich powieki.
- Spoczywajcie w spokoju
Następnie obrócił się i wyruszył w kierunku najbliższego znanego gościnca
Reggirt znalazł przy napastnikach dwa sztylety, przy mężczyźnie który oddał mu zwój zaś długi miecz. Dodatkowo gdyby zliczyć zawartość trzech sakiewek które znalazł byłoby tego dwadzieścia pięć srebrnych monet. Wojownik po oddaniu czci zmarłym nie musiał ruszać w kierunku najbliższego gościńca ponieważ ścieżka na której się znajdował była jego odpowiednikiem. Podążając na południe trafiłby do Broln zwanego również Miastem Magów, zaś idąc w kierunku północnym zawitałby w Roeen.
Reggirt spojrzał na położenie słońca aby określić jak daleko będzie w stanie dojść przed zapadnięciem zmroku. Następnie ruszył w kierunku Broln - tam pewno znajdzie się ktoś kto będzie kojarzyć tego Erektusa czy jak mu tam było... - pomyślał. Natępnie wiedząc że wyruszył w stronę miasta magów popatrzał na swoje poparzone ręce... - I może znajdę też coś więcej...
Reggirt po przejściu około kilometra miał ochotę otworzyć zwój. Wyciągnał go nawet zza pasa, po czym kciukiem delikatnie dotknął pieczęci... Nagle zrozumiał co robi i szybko schował zwój spowrotem na jego miejsce... - Nie wiadomo co za cholerstwo będzie w tym siedzieć... -powiedział sam do siebie po czym ruszył żwawszym krokiem na południe...
Słońce nie zamierzało zbyt wcześnie kłaść się za zachodnimi wzgórzami więc przemierzało leniwie błękitne niebo. Gościniec wkrótce przybrał postać nieco przyjaźniejszego dla podróżujących nim karawan ponieważ wyłożony był równo ułożonymi kamiennymi kostkami. Oznaczało to że miasto nie może być zbyt daleko i być może przed zmrokiem da mu się do niego dotrzeć. Nagle tuż przed wojownikiem wydostały się spod ziemi kłęby fioletowego dymu. Unosząc się powoli odsłonił sylwetkę mężczyzny w czarnych szatach z białymi zdobieniami. Reggirtowi wydawało się nawet że prowizoryczne naramienniki zrobione są z kości łopatkowej choć nie mógł być tego pewien do póki nie zobaczyłby tego z bliska.
- Jestem Furon, uczeń trzeciego Kręgu Śmierci, na usługach mojego mistrza Xervona. Oddaj mi zwój a wybaczę twoją nietaktowność którą uczyniłeś zabijając tamtych dwóch głupców.
Pojawienie się mężczyzny zaskoczyło Reggirta jednak ten szybko się opanował. Przypatrując się nekromancie przypomniał sobie o kompanie z dzieciństwa. - Ssorc również fascynował się śmiercią... - Szybko jednak powrócił do sytuacji w jakiej się znalazł.
- Jesteś kiepsko poinformowany, bo nie zabiłem dwóch tylko jednego - rzekł z uśmiechem Reggirt. Następnie przyjrzał się dokładniej Furonowi, szczególnie szukając czegoś co ułatwi mu ewentualną walkę. Gdy spotkał się oczyma ze wzrokiem nekromanty uśmiech zniknął z jego twarzy po czym zapytał:
-Po co twojemu mistrzowi ten zwój?
- To już nie twój problem. - rzucił arogancko mag - Nie mam zamiaru marnować kolejnego dnia dla tego zwitka papieru. Oddaj zwój pókim cierpliwy.
Furon nie miał na sobie praktycznie żadnej zbroi która mogłaby go ochronić. Jedynie czarna szata i białe zdobienia. Nie miał nawet hełmu czy chociażby kaptura ukazując swoje krótkie czarne jak węgiel włosy.
- Skoro nie masz zamiaru marnować czasu po ten świstek to po co tu przyszedłeś? - odpowiedział wojownik. - Chyba, że wiesz gdzie mieszka niejaki Erektus. W takim wypadku będziesz mógł ten zwój odebrać od niego gdy już do niego dotrę - Reggirt powoli zaczął ruszać w dalszą drogę udając że nekromanta wogóle go nie interesuje. Jednak w każdej chwili był gotowy zareagować wyciagnięciem ostrzy odpowiadając na każdy podejrzany gest Furona...
- A więc to do Erektusa miał go zawieść posłaniec. Hmm.. Interesujące - powiedział do siebie - Skoro jesteś na tyle głupi by sprzeciwiać się mi będziesz musiał poznać bliżej moje sługi.
Mag wypowiedział pod nosem nieznane wojownikowi słowa po czym nagle ziemia pękła w trzech miejscach. Wyłoniły się z niej trzy sylwetki posturą będąc podobne do siebie. Przygarbione o zielonkawo brązowej skórze, pożółkłych ślepiach i niepełnym pogniłym uzębieniu. Niektóre nawet nie miały części ciała ukazując nienaturalne dziury. Stworzenia te zwano zombi. Żywe trupy. Mag uśmiechnął się sarkastycznie kiedy te ruszyły w stronę Reggirta.
Reggirt gdy zauważył wyłaniajcych się z ziemi nieumarłych zrzucił plecak aby łatwiej było mu się poruszać. Następnie wyciągając ostrza z kabur starał podbiec jak najbiżej nekromanty, omijając powolne zombie...
Zanim wojownik zdążył dobiec do maga ten z nieopuszczającym go sarkastycznym uśmiechem wypowiedział kolejną magiczną interakcję sprawiając że jego otoczenie zostało pokryte strefą ciemności. Jeden z zombi zamachnął swoją ręką niebezpiecznie blisko wojownika kiedy ten zmierzał w stronę maga. Pozostałe dwie istoty zmierzały w jego kierunku.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum