Wysłany: 2006-09-28, 14:24 Przejście (Kroniki Sagrina Dulnera - Wprowadzenie)
Wielokrotnie w dziejach Sorii pojawiali się Bohaterowie z przypadku. Wplątywali się w przeróżne intrygi, nie będąc nawet tego świadomym. Wystarczy tu wspomnieć takie imiona jak Ghein zwany Bojaźliwym, czy Lietier, zabójca Sardoka.
Nie o nich jednak opowiada nasza historia, zaczyna się jednak podobnie. W mieście Dornost, kupieckiej stolicy Ludzkiego Królestwa.
Miasto zaledwie kilka miesięcy temu uniknęło o włos katastrofy, straszliwego trzęsienia ziemi. Plotka głosi, że jakiś młody mag stoczył epiczny bój z potężnym demonem, Grandielem, gdy zaś wygrał, zmusił go do uratowania Dornost przed nadchodzącym trzęsieniem. Teraz jednak nikt nie byłby w stanie stwierdzić, że podobne wydarzenie miało kiedykolwiek miejsce. Ludzie także powoli już o tym zapominali, pieśni, historie i plotki jednak pozostały i pewnie na długo jeszcze pozostaną.
W tym właśnie mieście od kilku tygodni żyje pewien Złodziej. Imię jego brzmi Sagrin Dunler. Zaczynał podobnie jak inni przedstawiciele jego profesji. Nagła śmierć rodziców zmusiła go do zamieszkania na ulicy, gdzie jedynym sposobem na przeżycie była kradzież. Chłopiec okazał się pojętny, dzięki czemu szybko nauczył się sztuki kradzieży na zadowalającym poziomie. Gdy zawitał w Dornost, postanowił pozostać tu na dłużej. Miasto było wprost stworzone dla złodzieji, bogatych kupców było bez liku, tłumy na targowisku zaś wystarczające, by w jeden dzień całkiem dobrze się obłowić. Straży co prawda było dość dużo, jednak dla wprawionego złodzieja nie stanowiło to większego problemu.
Sagrin przechadzał się właśnie główną ulicą miasta, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, ludzi oraz przedstawicieli innych ras, na ulicach było jednak sporo. Minął właśnie karczmę z namalowanym na szyldzie małym czerwonym demonem gdy uwagę jego zwrócił idący z naprzeciwka srebrny elf. Wyglądał na nieco zdenerwowanego, szedł szybko, potrącając czasem jakiegoś przechodnia. Nie to jednak było dla Złodzieja najważniejsze. U pasa elfa ujrzał sporych wielkości pękatą sakwę.[/center]
Sagrin stał dłużej przypatrując się elfowi, przyglądał się mu dokładnie, mierzył całego, oceniał swój łup. W pewnym momencie uznał, że nadeszła pora. Wymijając wszystkich przechodniów szybkim krokiem, aczkolwiek niezbyt od czasu do czasu zwalniając aby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi, zbliżał się coraz bardziej do elfa. Gdy był dostatecznie blisko, podjął się zadania, które sobie wyznaczył. Dobył szybko swojego noża próbując niezauważalnie odciąć sakiewke elfowi.
Manewr udał się Bohaterowi doskonale. Sakiewka już po chwili znalazła się w jego rękach, zaś jej przyjemny ciężar radował nowego właściciela.
Elf najwyraźniej nic nie zauważył, parł dalej przed siebie potrącając kolejnych przechodniów. Z tego co zdołał dotychczas uświadczyć Sagrin, było to zachowanie nie pasujące do tak dostojnej rasy jak srebrny elf. Nie znał ich jednak za dobrze, gdyż zaczęli pojawiać się w Dornost nie tak dawno temu. Podobno przybyli z dalekiej północy, ze swych zaśnieżonych lasów.
Sagrin juz się odwrócił, by szukac kolejnego łatwego łupu, gdy wtem, targany jakimś nagłym i niespodziewanym impulsem odwrócił się i zaczął wodzić swymi oczami za elfem. Dopiero teraz dokładnie przyjrzał się, ujrzał jego majestat z nutką melancholii. Spostrzegł, że nie jest to zwykły elf, tylko ktoś, ktoś inny. Ni z tąd, ni z owąd do jego głowy wpadła jedna, czysta myśl - Srebrny Elf! Słyszał o nich w opowiastkach, ponoć ostatnim czasy pojawili się w tym mieście. Namyślił się jeszcze chwile. Ciekawość wzieła górę.
- A pal to licho! - powiedział do siebie ruszając szybkim i zdecydowanym krokiem za elfem będąc ciekawy jego zamiarom.
Bohater śledził Elfa przez dość długi czas. Nieznajomy wyraźnie kierował się na wschód miasta, gdzie, jak to dobrze wiedział Sagrin, były slumsy.
Właśnie tam się oboje wkrótce znaleźli. Elf krążył po uliczkach, dokładnie wiedząc gdzie zmierza.
Nagle przystanął na środku jednej z uliczek. Rozejrzał się po czym przyklęknął odsuwając na bok popękaną skrzynię. Sięgnął po sakiewkę...
Na sekundę zastygł bez ruchu, po czym wstał niczym rażony piorunem i począł szukać zguby.
Warknąl coś w niezrozumiałym dla Sagrina języku po czym ruszył...prosto na Bohatera.
Złodziej zdał sobie sprawę, że od miesca, w którym się czaił, prowadziły jedynie dwie drogi. Prosto do Elfa oraz z powrotem. Ta druga ewentualność wiązała się jednak z długą na kilkanaście metrów uliczką bez żadnych odnóg ani kryjówek. Dopiero kawałek dalej pojawiała się sporej wielkości skrzynia przy jednej ze ścian, zaś metr za nią uliczka odchodząca w prawą stronę.
Sagrin nie był jednak pewien czy zdoła dobiec do którejkolwiek z nich, nim Elf go zobaczy.
Sagrin ocenił trzeźwo sytuację. Rozejrzał się szybko dookoła siebie. "Cholera! To nie był dobry pomysł, aby za nim podążać!" - przez jego głową, niczym tornada przedarła się ta myśl. Wiedząc, że nie może zawrócić pozostała ucieczka gdzieś na bok. Wejścia w uliczkę po prawo? Nie, za daleko. Jedyną jego nadzieją jest skrzynia. Niewiele się zastanawiając porwał się do desperackiego biegu w jej kierunku. Sagrin, gdy był dostatecznie blisko wykonał długi skok, aby znaleźć się jak najszybciej za nią.
Złodziej przebiegł dzielącą go od skrzyni odległość niemal w dwie sekundy. Doskakując zrobił jednakże odrobinę hałasu. Nie wiedził czy Elf to usłyszał, czy go zobaczył, czy też nie. Zdołał sięjedynie ukryć za skrzynią, czuł jak serce mocno bije mu w piersi. Czekała go chwila niepewności...
Sagrin poczuł ogromną presję. Spojrzał na swe ręce - całe się trzęsły. Zrozumiał, że w tym momencie jego zachowania, nie odpowiada zachowaniu wprawionego złodzieja. Przymknął oczy na chwilę skupiając i wyczulając swoje zmysły. Poddał się całkowicie pozytywnej myśli, która poczęła krązyć wokół jego serca, zarazem zniewalając jego presję. Wyczulił swe zmysły i począł nasłuchiwać dobywając jednego z noży gotów na najgorsze.
Po paru zaledwie sekundach, które w odczuciu Sagrina wydawały się wiecznością, usłyszał on lekkie stąpanie, kilka metrów za sobą. Elf coś mówił, najprawdopodobniej do siebie. Złodziej nie był jednak w stanie rozróżnić pojedyńczych słów. Kroki zbliżały się, serce Bohatera zaś przyspieszyło nieco koncert.
Elf nie zwolnił, nie zatrzymał się by dorwać Sagrina. Przeszedł dalej nie zwracając na niego najmniejszej uwagi. Gdy przechodził obok, Złodziej zdołał dosłyszeć kilka słów z potoku który wymawiał pod nosem nieznajomy. Większość z nich była przekleństwami, jednak wyraźnie usłyszał również coś o kluczu i sakiewce.
Rozumowanie Sagrina wskazywała na jeden cel - "Klucz równa się więcej złociszy. Muszę go zdobyć!". Poczuł wewnętrzną siłę, która zawsze go rozpierała podczas chęci wykonania kolejnego zadania. Zastanowił się chwilę po czym ponownie ruszył za elfem wypatrując klucza. Był gotowy do powrotu, gdyż w jego głowie szykował się kolejny pomysł, ale wolał poczekać, co szykuje mu Przeznaczenie. Takim oto sposobem nie stracając z oczu elfa podążał za nim.
Bohater podążał za Elfem jeszcze przez chwilę. Ten ciągle coś do siebie mamrotał. W końcu jednak nerwy puściły. Kopnął leżącą w uliczce skrzynię po czym wykrzyknął na głos.
"Gdzie jest ten cholerny złodziej z moją sakiewką !" potem zaś nieco ciszej "Jak nie odzyskam klucza Theriel mnie zabije..."
Słowa te dały nieco do myślenia Sagrinowi.
Sagrinem drgnęła pewna olśniewająca myśl. Biegiem rzucił się spowrotem w kierunku skrzyni nad którą wcześniej ubelewał elf. Złodziej padł przed nią na kolana, zbadał ją wzrokowo, a nastepnie sięgnął do ukradzionej sakiewki sprawdzając czy jest w niej rzeczony klucz.
Sagrin wpadł do wąskiej uliczki, gdzie oprócz stert śmieci nie było nikogo. Skrzynia przy której klęczał Elf, została przez niego usunięta na bok. W niej samej nie było nic niezwykłego, może poza wyrytym rysunkiem płonącego kręgu.
Obok skrzyni natomiast, znajdywała się drewniana klapa z metalową rączką, dziurą od klucza oraz ledwo widocznym znakiem, identycznym jak na skrzyni.
Gdy zaś Bohater otworzył sakiewkę, jego oczom ukazała się całkiem ciekawa zawartość. Oprócz sporej ilości monet, które na oko dawały w sumie około 100 ZM, wewnątrz Sagrin zauwarzył srebrny, zdobiony klucz, oraz dziwny pierścień, również srebrny. Opatrzony był ciemno-czerwonym kamieniem szlachetnym, choć w ciemnym zaułku trudno było określić jego dokładny kolor.
Spojrzał dziwnie na pierścien, i przypomniał sobie wers pewnego wierszyka z dzieciństwa "Trzy pierścieni dla elfów pod otwartym niebem", uśmiechnął się lekko. Następnie niewiele się zamyślając wziął klucz i spróbował otworzyć nim klapę gotowy na wszystko.
Klucz gładko wszedł w otwór, przekręcił się także bez najmniejszych problemów. Zamek najwyraźniej był często używany lub całkiem nowy.
Za klapą zajdywały się strome schody, Bohater nie widział jednak gdzie prowadzą, gdyż ciemność spowijała wnętrze.
Ciemność ogarnęła Bohatera. Czuł pod stopami twarde schody, rękoma zaś wyczuwał, że przejście ma szerokość około 1,5 metra, wysokość zaś około 2 m. Z wnętrza unosił się dziwny zapach. Ciężko było Sagrinowi określić co czuje, przywodziło to jednak na myśl, nie wiedział czemu, spaloną ziemię.
Wymacując przejście zaczął kierować się dalej, wzdłuż korytarza czując wciąż narastający w nim niepokój. Pamiętał jednakże, że wciąż w ręce dzierżył sztylet, który w każdej chwili mógł mu znacznie pomóc.
Droga była wyjątkowo długa. Schody musiały prowadzić głęboko pod ziemię. Od pewnego momentu zaczynał jednak nieco widzieć, w korytarzu nie było jednak nic do oglądania.
Kawałek dalej, w głebi przejścia, ujrzał nikłe światło.
Gdy przeszedł jeszcze kilka kroków, na ścianie po lewej ujrzał niewielki wydrążony krąg.
Nic jednakże się nie wydarzyło. Krąg był jedynie wydrążonym symbolem, Sagrin nie zdołał odkryć w nim nic szczególnego.
Panowała całkowita cisza. Bohater musiał znajdować się głęboko pod miastem, w miejscu o którym prawdopodobnie, prawie nikt w Dornost nie wiedział.
Z przygotowanym sztyletem począł się zbliżać powoli, bardzo powoli, do miejsca skąd dochodziło światło. Czuł mocne bicie jego serca. Bał się niepewności, bał się tego co los mu przyszykuje. W pewnym momencie zatrzymał się, zaczął rozważać, wiedział, że może się jeszcze zawrócić - nie jest za późno. Ale ciekawość była większa. Ruszył ponownie w kierunku światła.
Gdy tylko chciał ruszyć dalej, stało się coś dziwnego. Poczuł ból oraz wstrząs. Nie był to jednak zwyczajny wstrząs, ten dotyczył jedynie jego umysłu. Siły poczęły opuszczać Sagrina, ciało się....zmieniało.
Nie umiał opisać, ni też wyjaśnić zjawiska, które nastąpiło, wiedział jednak, że niesie ono ze sobąpewne zmiany.
(dalsza częśc sesji kontynuowana dopiero po odnowieniu karty postaci)
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum