
|
TaL Tales and Legends
|
Znalezionych wyników: 4310
|
| Autor |
Wiadomość |
Temat: Zlot Talowy 2026 |
Pythonius
Odpowiedzi: 0
Wyświetleń: 10
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2026-04-08, 21:56 Temat: Zlot Talowy 2026 |
Otwieram ten wątek, po tym jak na naszej grupie facebookowiej zdecydowaliśmy spotkać się 10-12 lipca 2026 roku pod Żyrardowem. Uwaga ogólna: jak ktoś nie może pisać przez forum, to niech napisze mi e-maila: piotrkowalski60@wp.pl - na pewno odpiszę i udzielę informacji. Możecie mnie również zaczepić na LinkedIn: piotr-a-kowalski-5a438a2aa (https://www.linkedin.com/in/piotr-a-kowalski-5a438a2aa/) - akurat z tego medium ostatnio korzystam i wiadomości pojawiają mi się na poczcie.
Muad
Podejrzewam, że dostałeś ode mnie kiedyś wiadomość, bo wszedłeś na forum jakiś czas temu, ale tutaj to już tylko legendy, a reszta tala przeniosła się na facebook (gdzie sam przebywam incognito i stanowczo bardzo rzadko). Napisałem do Ciebie na LinkedIn, bo pamiętam jak się nazywasz, więc jak żyjesz to odezwij się - chętnie stuknę się z Tobą szkłem.
Kojot
Otrzymałeś pocztówkę? Super! Jak widać powyżej robimy zlot talowy i to nawet blisko Twojego matecznika, więc jak masz rower, to możesz wpaść. Serio, byłoby miło Ciebie zobaczyć na żywo, zwłaszcza z uwagi na liczbę oczu planowaną na zlocie. Napisz do mnie, a podam Ci więcej szczegółów.
Ant
Z tym gagadkiem w tym roku się nie zobaczymy, bo nie żyje.
FILIPCZAK FILIP, ur. 1991-07-18, zm. 2019-06-26, nr rzędu 16, grób 6, cmentarz komunalny w Szczecinie.
Możemy się za to napić za jego wieczny odpoczynek.
Altharis
Podobno Reggirt Cię już zwerbował, co cieszy i napawa nadzieją. Jak masz facebooka, to dołącz do naszego dziwacznego grona - nie grozi za to odpowiedzialność dyscyplinarna.
Asard
Mamy już kontakt SMS, teraz czas na kolejny krok - dołączysz do naszej grupki na facebooku, aby śledzić wydarzenia. Wiedz, że zlot to tylko jedno zdarzenie z kilku, które się zwykle w roku dzieją.
Panowie! W tym roku TaL będzie miał 21 lat, a to nie tylko pretekst, ale i powód, aby się spotkać. |
Temat: Erxen |
Pythonius
Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2026-02-13, 16:58 Temat: Erxen |
Dorzucam garść spisanych cytatów:
| Cytat: |
Idrin wybiera bonusu dla swojej postaci (od 1 do 3)
Pyton: Weź coś do Stefana Tertera.
Idrin: Stefan jest zerem!
Pyton: Możemy dopisać szczęście?
Far: Już byście chcieli?
Pyton: Bądź co bądź, ale wczoraj 4 godziny graliśmy.
Far: Pełzaliście, a nie graliście! Wyobraźcie sobie I Wojnę Światową, front zachodni. Armata strzela, pocisk wybucha i odrywa nogi żołnierzowi. On pełnie tak na rękach - to WY!
Stefan do Taigi: O co pani chodzi?
Idrin do Pytona: Rzuć na intuicję.
Far pokazuje obraz krasnoludki i pyta Darka: Co Fodrin o niej myśli?
Dark: Wygląda na wojowniczkę.
Pyton: Kurwa... Ruchałby czy nie?
Dark: Aktualnie jest mało wybredny.
|
|
Temat: Ostatnie poselstwo - akt II |
Pythonius
Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 151
|
Forum: Erxen Wysłany: 2025-12-31, 17:53 Temat: Ostatnie poselstwo - akt II |
21 Merris 380 OZE, świt w Krairechen.
O świcie, gdy nocne chłody ustępowały bladej poświacie dnia, zdołałem wreszcie poukładać w umyśle ciąg wydarzeń ostatnich dni. Chaos wspomnień ustąpił miejsca uporządkowanej narracji, w której każde zdarzenie znalazło swoje przyczyny i następstwa. Ku memu zaskoczeniu poranna rozmowa z panią Sokolov przebiegła spokojnie, niemal serdecznie; zdawało się, że oboje potrzebowaliśmy tej ciszy po burzy, by odzyskać zdolność do trzeźwej oceny.
Od Morany dowiedziałem się, że jej mąż, Svetko, służy jako żołnierz, co rzuciło nowe światło na jej powściągliwość i napięcie. Wojna rozrywa rodziny na odległość, a niepewność losu bliskich bywa ciężarem większym niż bezpośrednia strata. Ta wiedza skłoniła mnie do większej ostrożności w doborze słów i gestów, bo administracyjna formalność łatwo może stać się okrucieństwem. Lecz to nie było wszystko! Zdravko, pochodzący z tej osady, wracał w mojej pamięci jako człowiek waleczny, prostolinijny i bezpośredni, jeden z tych, których wojna zabiera bez wahania. Jego brak odczuwalny był niemal fizycznie, zwłaszcza gdy spojrzałem na jego siostrę Vladkę, stojącą w milczeniu pośród ruin. Jej obecność była niemym oskarżeniem wobec świata, który pozwala na takie straty.
Rozdałem sześć racji żywnościowych sześciu osobom, pilnując, by podział był równy i zrozumiały dla wszystkich obecnych. W takich chwilach władza objawia się nie w dekretach, lecz w chlebie i wodzie, które muszą trafić do rąk potrzebujących bez podejrzeń o stronniczość. Każda racja była jednocześnie obietnicą przetrwania i symbolem porządku, który próbowałem przywrócić.
Zidentyfikowano dwadzieścia trzy osoby zamordowane przez podjazd; liczba ta przestała być suchą statystyką, gdy każdemu ciału przypisano imię i historię. Najdotkliwszym odkryciem było potwierdzenie śmierci naszego przewodnika Alioszy, co zamknęło wszelkie nadzieje na inne wyjaśnienie jego zniknięcia. Ta strata miała również wymiar praktyczny, bo pozbawiała nas cennej wiedzy o terenie. Wszystkich pochowano w zbiorowym grobie, a ja odprawiłem ceremonię pogrzebową, starając się nadać jej godność mimo skromnych środków. Wygłoszona mowa była próbą przywrócenia sensu w miejscu, gdzie sens został brutalnie odebrany. W takich chwilach słowa muszą ważyć więcej niż zwykle, bo są jedyną walutą, jaką dysponuje pamięć.
Po pogrzebie wygłosiłem dla gospodyń wykład o prawie wojny, tłumacząc, jakie obowiązki ciążą na panach wobec ludności cywilnej i jakie prawa przysługują tym, którzy znaleźli się w oku cyklonu. W tym czasie Eric zasypywał ciała zamordowanych, wykonując ciężką, lecz konieczną pracę. Uznałem, że to połączenie nauki i czynu najlepiej utrwali w nim odpowiedzialność za skutki przemocy.
Zabitych wrogów pochowaliśmy osobno, w miejscu walki, bez ceremonii, ale z zachowaniem elementarnego porządku. Dwa zdobyte konie, Iskierkę i Behemota, postanowiliśmy zatrzymać jako niezbędne wsparcie logistyczne. Iskierkę oddałem pod opiekę Erica, uznając, że powierzona odpowiedzialność może być formą resocjalizacji.
Po południu ruszyliśmy w stronę Svart Juvet i dotarliśmy tam szybciej, niż zakładałem, co odczytałem jako dobry znak. Marsz pozwolił mi zebrać myśli i przygotować się na negocjacje, które miały nastąpić. Każdy krok oddalał nas od miejsca zbrodni, ale jej cień wciąż kładł się na decyzjach.
21 Merris 380 OZE, wieczór w Svart Juvet.
Na miejscu przywitał nas Yarom zwany „Pogromcą Dziewic”, którego zachowanie od pierwszej chwili było szorstkie i pełne demonstracyjnej wyższości. Jego gburowatość szybko przerodziła się w jawne lekceważenie, co zmusiło mnie do opuszczenia jego domostwa. Uczyniłem to bez żalu, bo doświadczenie nauczyło mnie, że z takimi ludźmi porozumienie bywa kosztowniejsze niż odejście.
Znacznie więcej uzyskałem od Orny, żony miejscowego wodza, która okazała się osobą rozsądną i skłonną do rozmowy. Od niej dowiedziałem się, że piętnastego dnia Merris krasnoludowie wyruszyli do Skrangen na wezwanie Omera Kaptura Orelssonna. Jej mąż, Zif, miał być jeszcze w drodze, co wprowadzało niepewność do naszych planów i terminów.
W trakcie rozmów ujawniły się także informacje o przeszłych wydarzeniach w Wiecznym Lesie, gdzie Eric Gavranich rozważał kwestie represji wobec krasnoludów. Okazało się, że w zeszłym miesiącu doszło do napaści na Zamlinskich, lenników Złotosulskich, po której nastąpił bezlitosny odwet. Te relacje ukazywały, jak cienka bywa granica między wojną a zemstą. Bandzie krasnoludów przewodził Siwogęby, a ich tropicielami i oprawcami był zakon Wiecznej Walki, działający z chłodną determinacją. Jeden z krasnoludów zdradził towarzyszy, prosząc o życie w zamian za wskazanie kryjówki; był nim Borko Krwawy. Fakt, że ocaliłem go niegdyś niedaleko Starego Sioła, dziś każe mi z goryczą rozważać granice miłosierdzia i cenę politycznej naiwności.
22 Merris 380 OZE, w drodze ku Landsbyen.
Tego dnia wyruszyliśmy dalej, kierując się ku Landsbyen, a droga, choć pozornie spokojna, wymagała czujności. Aby upewnić się co do właściwego kierunku marszu, postanowiłem wejść na pobliskie wzgórze i z góry ocenić ukształtowanie terenu. Była to decyzja rozumna, choć — jak się okazało — obarczona ryzykiem, którego w danej chwili nie doszacowałem.
Na zboczu wzgórza naruszyłem obszar gniazda dwugłowego latającego węża, zwanego lamią, który strzegł swoich jaj z dziką zawziętością. Bestia zaatakowała gwałtownie, lecz nie odniosłem obrażeń, gdyż moja zbroja, wykonana zgodnie z najlepszą sztuką, wytrzymała uderzenia jej kłów i pazurów. W takich chwilach człowiek uświadamia sobie, że dobra administracja zaczyna się jeszcze na etapie zaopatrzenia. Na pomoc ruszyli mi pan Żelazny oraz pan Gęba, których zdecydowana postawa zmusiła potwora do odwrotu. Gdy lamia podjęła ucieczkę, zdołałem oddać strzał z kuszy, który okazał się najcelniejszym i najlepszym w całym moim życiu. Widok martwej bestii był nie tylko ulgą, lecz także dowodem, że nawet urzędnik może, w wyjątkowych okolicznościach, dorównać polu bitwy. Niezwłocznie sporządziłem notatkę służbową, w której pochwaliłem waleczność pana Żelaznego, pana Gęby oraz jeńca Erika, którzy w tej chwili wykazali się odwagą i lojalnością. Uważam, że zasługi powinny być dokumentowane z równą starannością jak uchybienia, bo tylko w ten sposób buduje się prawdziwy autorytet. Wkrótce potem druga lamia zaatakowała wóz, na którym podróżowała pani Sokolov. Ku memu zaskoczeniu poradziła sobie z nią samodzielnie, spłoszywszy potwora bez pomocy z zewnątrz. Odnotowałem to w myślach jako fakt godny uznania, choć nie zmieniający mojej ogólnej oceny jej charakteru.
22 Merris 380 OZE, Landsbyen.
Niedługo później dotarliśmy do Landsbyen, gdzie przyjęła nas Irit zwana „Promykiem”, córka Amosa. To ona poinformowała nas, że miejscowy mehr krasnoludów wyruszył już do Skarengen, co potwierdzało pośpiech i napięcie panujące wśród klanów.
Na miejscu okazało się również, że pan Fodrin Żelazny musiał dostarczyć pakunek do Bordy zwanej „Królową” Ovinsdatter. Kobieta była ciężko chora, a zawartością pakunku były medykamenty; na jej prośbę natarłem jej nogi maścią na podagrę, co przyjęła z widoczną ulgą. Takie drobne gesty często otwierają więcej drzwi niż najdłuższe przemowy.
Borda skierowała mnie do Haldara, który przewodził grupie malkontentów niechętnych wyruszeniu do Skarengen. Rozmowa z nim i jego córką, Gerdą zwaną „Kamienną Twarzą”, była rzeczowa, choć wyczuwalna była rezerwa wobec spraw ludzi z nizin. Ostatecznie oboje obiecali zebrać swoich ziomków o świcie następnego dnia, aby wysłuchać mojej prośby o dołączenie do wojny.
W Landsbyen dowiedzieliśmy się także, że klan Lawinowców pozostaje w ostrym konflikcie z klanem Kościanej Kolczugi. Ta informacja była niepokojąca, bo wewnętrzne waśnie mogą zniweczyć nawet najlepiej przygotowane plany. Zanotowałem ją jako jeden z kluczowych czynników ryzyka, który będzie wymagał delikatnej, lecz stanowczej mediacji.
23 Merris 380 OZE - Landsbyen
Tego dnia udało mi się doprowadzić do rzeczy, która jeszcze wczoraj wydawała się co najmniej wątpliwa: krasnoludzcy malkontenci dali się przekonać, by dołączyć do wojny po naszej stronie. Nie było to zwykłe „tak”, lecz decyzja obwarowana koniecznością zebrania ludzi, przygotowania ekwipunku i uporządkowania wewnętrznych spraw klanowych. Uznałem jednak, że czas ten nie może się zmarnować, gdyż w wojnie bezczynność bywa grzechem cięższym niż pochopne działanie.
Postanowiłem więc wyruszyć do Slainbhale, by na własne oczy ustalić stan rzeczy i — jeśli nadarzy się sposobność — wezwać potencjalnego sojusznika do walki po naszej stronie. Towarzyszyli mi pani Sokolov oraz pan Gavrinich, których obecność uznałem za wystarczającą zarówno do zwiadu, jak i ewentualnego odwrotu. Dla zwiększenia szans powodzenia przedsięwziąłem fortel: przywdziałem zbroję po Kovacevichu i dosiadłem jego rumaka, przybierając rolę człowieka, którego imię i strach wciąż krążyły po tych ziemiach.
Podstęp okazał się skuteczny, gdyż natrafiliśmy na oddział Górskiego Gałgana, Zorana Izaplaniskiego, który nie nabrał podejrzeń co do mojej tożsamości. Slainbhale było już wówczas przejęte przez naszych wrogów, co tylko potwierdziło, jak dalece sytuacja się pogorszyła. Dokonałem zwiadu i rozmówiłem się z Gałganem, nie pokazując twarzy i modulując głos, co wymagało ode mnie większego skupienia niż niejeden wykład prawniczy. Z rozmowy dowiedziałem się rzeczy nader niepokojących: rozpoczęto oblężenie Vodenitska, a miasto objęto również blokadą morską. Była to informacja o znaczeniu strategicznym, która w jednej chwili zmieniła charakter naszej misji z werbunkowej w niemal ratunkową. Oznaczało to, że czas działa teraz wyłącznie na naszą niekorzyść.
Górski Gałgan, litując się nad losem „mojego” rzekomo rozbitego oddziału, przydzielił mi trzech ludzi do pomocy. Nie planowałem ich zabijania ani nawet ranienia, lecz wojna rządzi się prawami surowymi i pragmatycznymi: gdy znaleźliśmy się dostatecznie daleko w lesie, odebrałem im konie i ruszyłem ku moim krasnoludom. Było to działanie konieczne, choć moralnie niekomfortowe — jednak odpowiedzialność za miasto i całą wyprawę miała pierwszeństwo przed losem trzech zbrojnych.
Na osobną wzmiankę zasługuje zachowanie pani Sokolov, która w tej sytuacji wykazała się zadziwiającą inicjatywą i wdziękiem. Oświadczyła Górskiemu Gałganowi, że jest moją żoną, co nie tylko uwiarygodniło fortel, ale też znacząco ułatwiło rozmowę. Przyznaję z pewnym zaskoczeniem, że było to zarówno pomocne, jak i — w swoim osobliwym sensie — miłe.
Teraz ruszam dalej, przy swej „żonie” i w towarzystwie czterdziestu sześciu krasnoludów, którzy stanowią zalążek mojej przyszłej krasnoludzkiej armii. Nie jest to jeszcze siła zdolna przechylić szalę wojny, ale jest to fundament, na którym można budować. A fundament, jak każda dobra konstrukcja prawna i militarna, musi być położony we właściwym miejscu i w odpowiednim czasie. |
Temat: Ostatnie poselstwo - akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 4
Wyświetleń: 178
|
Forum: Erxen Wysłany: 2025-09-26, 00:06 Temat: Ostatnie poselstwo - akt I |
Usiadłem przy stole, rozłożyłem narzędzia i w świetle kamienia, który wypełniał izbę zimnym blaskiem, począłem rytuał. Najpierw pędzlem rozprowadziłem pianę, starannie, jak malarz nakładający pierwsze tło obrazu. Potem brzytwa – ostra, czysta, godna urzędnika – poprowadzona pewną ręką po policzkach, szyi i brodzie, każdy ruch prosty, równy, niemal ceremonialny. Woda parowała delikatnie, a kropelki spływały po mojej twarzy, jakby zmywając nie tylko brud podróży, ale i ciężar wczorajszych trosk. W ciszy, którą przerywał tylko stukot żelaza odkładanego na miednicę, poczułem, że w tym prostym geście przywracam sobie godność i porządek – fundament, bez którego żaden dzień nie może się rozpocząć. Pozbyłem się wyrastających z mej twarzy świadków wczorajszej tragedii, ale z tego koszmaru trudno będzie się uwolnić.
Gotowy do dnia.
A inni… no tak, to jeden krok do koszmaru – moi towarzysze leżący bez przytomności w chatce obok pana Żelaznego. Trzeba sprawdzić co z nimi. No tak. Najpierw pochyliłem się nad elfem, którego poprzedniego wieczora wyciągnęliśmy z pola walki z trzema bełtami wbitymi w okolice jamy brzusznej. Opatrunki, które założyłem nocą, były wilgotne od przesiąkania surowiczo-krwistego płynu, lecz nie nosiły oznak świeżego krwawienia. Palcami sprawdziłem twardość powłok brzusznych – nie było wyraźnych cech otrzewnowych, choć tkliwość przy palpacji wciąż pozostawała. Oddech elfa był miarowy, saturacja krwi zdawała się zadowalająca, a tętno na tętnicy promieniowej było wyczuwalne i równe, co dawało mi pewność, że nie doszło do krwotoku wewnętrznego w stopniu krytycznym. Mikstura lecznicza, którą podałem, musiała zahamować dalsze uszkodzenia tkankowe i przyspieszyć proces regeneracji. Z ulgą stwierdziłem, że pan Quin Złamana Tarcza ma wysokie rokowania na odzyskanie przytomności wraz z nadejściem dnia. Następnie zająłem się krasnoludem, który doznał rany ciętej w boczną ścianę klatki piersiowej. Ostrze musiało zejść po łuku, rozcinając skórę, tkankę podskórną i mięśnie międzyżebrowe, jednak bez penetracji jamy opłucnej – na co wskazywał brak odmy i brak szmerów oddechowych nieprawidłowych przy osłuchiwaniu. Rana była zszyta grubym szwem węzełkowym, założonym jeszcze wczoraj, a brzegi wyglądały na dobrze zbliżone. Wokół obserwowałem wyraźny krwiak podskórny, lecz bez objawów ropowicy czy martwicy. Oddychał ciężko, ale symetrycznie, a ruchy klatki piersiowej nie były zaburzone. Sprawdziłem perfuzję obwodową i choć kończyny miał chłodne, tętno było wyraźne i nieprzyspieszone. Także panu Twarda Gęba podałem wczoraj eliksir leczniczy, a teraz mogłem dostrzec pierwsze oznaki powracającej stabilizacji. Obaj leżeli nieruchomo, ale ich twarze, rozluźnione po nocnych trudach, świadczyły o tym, że głęboki sen przechodził w naturalny stan powrotu świadomości. Mikstury dokonały swego dzieła: ustabilizowały krążenie, wzmocniły procesy gojenia tkanek, a przede wszystkim powstrzymały infekcję, której się obawiałem. Moim zadaniem było teraz utrzymać czystość opatrunków, kontrolować parametry życiowe i czuwać nad tym, by przebudzenie nastąpiło w bezpiecznych warunkach. Wiedziałem, że z nadejściem pełnego światła dziennego obaj odzyskają przytomność, a wraz z nią – zdolność dalszej walki o życie, a być może i o sprawę, którą wspólnie nieśliśmy.
Koszmar…
Moi towarzysze zostali potyczce w bitwie, którą stoczyliśmy w Krairechen. To tutaj… wyjdę i jeszcze raz rzucę okiem. Wyszedłem o poranku przed chatkę i pierwsze, co mnie uderzyło, to powiew wiatru niosący w sobie świeżość wiosny, przemieszaną z ostrym chłodem nocy. Z daleka, z gór, które rysowały się wyraźnie na tle jaśniejącego nieba, docierał ku mnie subtelny zapach żywic drzewnych i wilgotnej ziemi, jakby sam Asterion otwierał przede mną księgę odradzającej się natury. Powietrze było rześkie, ożywcze, przeszywające, a jego strumienie igrały z połami mego płaszcza, przypominając, że mimo obietnicy wiosny, chłód nie rezygnuje tak łatwo ze swego panowania. A jednak ta naturalna woń mieszała się z bliższym, przyziemnym zapachem — od chat i klepisk unosił się swąd spalonego świniaka, drażniący nozdrza i przywodzący na myśl obraz nocy pełnej niedostatku i pośpiechu. Czułem, jak zapach dymu osiada na języku, przygaszając świeżość górskiego powietrza, jakby przypominał o ciężarze ludzkiego bytowania pośród zgliszcz, które będą historię tych, którzy wrócą do tego sioła. Chłód wdzierał się w dłonie i policzki, ale wraz z nim w serce wkradało się poczucie czujności – jakby ten poranek był zapowiedzią, że każdy krok, każda decyzja, będzie niosła wagę większą, niż zazwyczaj niesie zwykły dzień w murach mojego miasta.
Koszmar… batalia.
Nie, nie to było koszmarem. To było zaledwie preludium. Pani Sokolov pokłócona o łajno dzika wyjechała w kierunku skąd dosłyszeliśmy odgłosy. Wymieniła jakieś zdania, nic nas nie ostrzegła, więc zbliżyliśmy się do tych z którymi rozmawiała, a może po prostu słuchała. Dwóch szlachetnie urodzonych z czego pierwszy herbu Kovacevich – kwadratowe pole czerwono-białe, a w środku czarne kowadło. Drugi herbu Gavranich – w niebieskim polu złota syrena z ptaszkiem puszczonym z ręki. Z nimi tuzin zbrojnych maści wszelakiej. Ten herbu Kovacevich, jak się później okazało o imieniu Ivan, pochwycił mnie i obalił, gdy się witałem. Jego ludzie poczęli nas otaczać, w tym rzucili się na p. Żelaznego. Szybkim refleksem wykazał się p. Ivo Twarda Gęba, który stratował koniem tego zbrojnego, co chwycił p. Żelaznego, a p. Żelazny rozłupał trzymającego mnie oprycha Ivana. Doczołgałem się do niego i przystawiłem mu sztylet do gardła. Żądałem poddania się i groziłem, że zabiję dowódcę. Część uciekła, a pozostali stoczyli walkę. Nie widziałem tego jak p. Złamana Tarcza i p. Sokolov zostali ranieni. Dopiero poszlachtowanie p. Twardej Gęby stało się udziałem moich oczu. Trwało to ledwo chwilę, ale w tej chwili wydarzyło się bardzo dużo. Zabiliśmy w tej potyczce czterech wrogów, którzy jak okazało się służą po stronie Zlatnosŭrtskiego. Po potyczce pojmaliśmy jednego jeńca – Erica Gavranicha – młodego chłopaka, który został wciągnięty do oddziału Ivana i z nim przeszedł wojenny szlak do miejsca, w którym jego oddział został rozbity. Ivan odłączył się od armii 12 Merris tego roku, czyli już osiem dni przed rozbiciem jego oddziału. Wedle zeznań jeńca, Kovacevich działał z rozkazu lub przyzwolenia swoich zwierzchników, mając prowadzić podjazdy na terenie wiernym Nosyjeviciom. Oddział jego opuścił główne siły buntowników i przeprawił się przez Karlowy Most, uderzając z Szumskiej Doliny na drobne osady, które były słabo strzeżone. Tam rabował, porywał ludzi i gromadził zapasy. Działał w cieniu głównych operacji wojennych, starając się szerzyć popłoch i siać zamęt na zapleczu frontu. Właśnie w takich warunkach młodzian Eric został zmuszony do towarzyszenia im – jak mówił, przystąpili do tego, co sami nazywali „prawem wojny”, a co w rzeczywistości było zwykłą łupieżczą działalnością. Z relacji wynikało również, że z Szumskiej Doliny ruszyli dalej, ciągnąc ku północnym osadom, i to wtedy wybrali za cel Krairechen. Uważali je za łatwy łup – miejsce słabo chronione, leżące poza bezpośrednią linią działań wojennych. W praktyce ten podjazd oderwał się od głównych działań buntowników i przerodził się w samowolną bandę, która z wojną miała już niewiele wspólnego, a wiele ze zwykłym rozbojem i rzezią niewinnych.
Po bitwie, jeszcze nim przesłuchałem jeńca, opatrzyłem pierwszy raz rannych, lecz zdążyłem zająć się tylko swoimi ludźmi. Mam nadzieję, że nie będę żałować tego, że opatrzyłem p. Sokolov, gdyż w swym stanie zdrowia jest ona po prostu nie do zniesienia. Liczyłem trochę, że ranna będzie bardziej ugodowa, lecz najwyraźniej nie przywykła do krwawienia innego od menstruacyjnego, wobec czego okazało się, że jest w tym stanie jeszcze gorsza.
Tak, to już blisko do koszmaru.
Okazało się, że po zdobyciu sioła Kovacevich wymordował dwudziestu trzech mieszkańców, a ciała wrzucił do dołu. Poleciłem p. Żelaznemu zidentyfikować liczbę pomordowanych, a jeńcowi Ericowi przygotowanie ich pogrzebu. Jego ranni towarzysze spoczną w tej samej mogile. Kaci i ofiary, chyba że trzy niewiasty, które ocaliliśmy zechcą inaczej… tak. Przeżyły masakrę Jela, Morana i najmłodsza Vladka. Od nich dowiedziałem się, że przewodnik Aliosza został zamordowany, lecz na razie tego nie potwierdziłem. Będą musiały teraz od rana zidentyfikować ciała wszystkich pomordowanych. Eric jeszcze nie ukończył przygotowywania grobu, więc pewnie to potrwa cały poranek. Nie wydaje mi się, aby nasi ranni bardzo oponowali przed tym, aby w dalszą podróż ruszyć dopiero w południe. Odnośnie do czynów lubieżnych, których dopuścili się najeźdźcy, będę musiał dowiedzieć się czy uczestniczył w nich jeniec Eric, gdyż od tego zależy również żądanie grzywny, którą będzie musiał wypłacić niewiastom.
Mord na cywilach. Koszmar. Tak… ten koszmar widzę teraz i boli mnie bardziej niż cokolwiek, czego doświadczyłem od śmierci mej jakże pogubionej w życiu żony. Koszmar… spowity krwią i brudem. Mord na cywilach był tym co uwolniło koszmar. Prawdziwy koszmar.
MÓJ DZIENNIK ZOSTAŁ SPLUGAWIONY KRWIĄ!
Mord bandytów uaktywnił obsesję p. Sokolov, która poczęła obwiniać mnie o to, że kolejna osada została wymordowana z mojej winy. Bredziła! Przecież nie było nam dane tu dotrzeć przed napaścią. W ogóle obarczać mnie winą za jakikolwiek mord, to poważne nieporozumienie, które czynione jednak intencjonalnie winno spotkać się nie tylko z krytyką, lecz i karą, gdyż to czyn ze wszech miar karygodny. P. Sokolov bredziła i po opatrzeniu jej, gdy poczęła mnie szarpać uprzytomniłem jej, że wpiszę ten atak na urzędnika do dziennika, a ona otrzyma drugą krytyczną notatkę służbową. Nic sobie z tego nie zrobiła, lecz poczęła wyszarpywać mi dziennik do czasu, gdy odciągnął ją p. Żelazny. Umazała jednak stronę krwią, która, gdy sczernieje pozostawi obrzydliwy wymaz, który odznaczy się na krawędziach górnych kartek.
KOSZMAR!
Gdy p. Żelazny uspokajał histeryczkę wpisałem na stronie oznaczonej jej krwią notatkę służbową:
20 Merris 380 OZE, Krairechen,
Pośród zgliszcz i trupów, które pozostawili po sobie ludzie Kovacevicha, doszło do aktu zgoła niesłychanego. Pani Sokolov, zamiast zachować powagę wobec sytuacji i okazać szacunek dla powagi urzędu, pozwoliła sobie na jawne lekceważenie przy świadkach. W obliczu ocalałych wieśniaczek, na szczęście wówczas nieprzytomnego z wrażenia jeńca oraz własnych towarzyszy, na szczęście w większości nieprzytomnych od ran, zaczęła podnosić na mnie głos i czynić insynuacje, jakobym miał ponosić winę za mord w Krairechen. Tymczasem każdy, kto rozumie choć podstawy realiów wojny, przyzna, że nie sposób było nam dotrzeć do tej osady przed napaścią i powstrzymać rzezi, którą Kovacevich przeprowadził już zgoła wcześniej. Słowa pani Taiga Sokolov były więc nie tylko nietrafne, lecz także szkodliwe, albowiem podważały zaufanie do mojej osoby jako przewodniczącego delegacji.
Na tym jednak nie poprzestała. Gdy chciałem zająć się się notatkami urzędowymi, w których opisywałbym co powyżej – pani Sokolov podjęła próbę fizycznego szarpania mnie i wyrwania mi dziennika. Atak na urzędnika miejskiego w trakcie czynności służbowych, połączony z agresją wobec samego aktu urzędowej rejestracji! Tego rodzaju wystąpienie należy traktować z całą powagą. Pomimo ustnego napomnienia p. Sokolov dalej wyrywała dziennik, aż interweniował p. Żelazny, odciągając ją siłą.
Niestety, szkody zostały wyrządzone. Strony dziennika zostały umazane krwią – jej własną – i nawet po wyschnięciu pozostał na nich obrzydliwy wymaz. Każdy, kto w przyszłości otworzy ten wolumin, ujrzy ślad bezmyślnej napaści na urząd i na osobę go sprawującą. Nie tylko moją pamięć, lecz także kronikę publiczną, którą prowadzę, splugawiono w ten sposób. Wpisawszy niezwłocznie notatkę służbową na oznaczonej krwią stronie, utrwaliłem ten fakt, aby potomni wiedzieli, iż w Krairechen, obok zbrodni dokonanej przez buntowników, miał także miejsce czyn karygodny i haniebny – wystąpienie pani Sokolov przeciw porządkowi i urzędowi, którego żadna racja ani emocja usprawiedliwić nie może.
Patrzę teraz na mój dziennik w barwach wschodzącego słońca i me serce napełnia smutek. Jak tak można? Jak można być tak podłym? Jak można być tak wulgarnym i nikczemnym? Pani Sokolov wykazuje wyraźną skłonność do reakcji impulsywnych i afektywnych, które można zaklasyfikować jako zachowania o wysokiej labilności emocjonalnej. Jej układ regulacji emocji jest wysoce reaktywny, a tolerancja na frustrację — niska. W sytuacjach stresowych przejawia mechanizmy obronne o charakterze prymitywnym, przede wszystkim projekcję i przerzucanie odpowiedzialności na autorytety, zwłaszcza mnie jako osobę wiodącą w poselstwie. Charakterystyczna jest też jej dyspozycja do ruminacji — powracania obsesyjnie do wątku Sivo Brdo i utrwalania traumatycznych przeżyć, które ulegają w jej narracji zniekształceniu poprzez filtr emocjonalny. Zamiast racjonalnej analizy sytuacji, uruchamia schemat kozła ofiarnego, obciążając winą osoby znaczące, co świadczy o deficycie w zakresie poznawczej restrukturyzacji doświadczeń. Nie można jednak odmówić jej silnej orientacji na wartości moralne i postawy prospołeczne, choć przybierają one formę nieadaptacyjną. Posiada wyraźnie rozwinięty system przekonań normatywnych, który jednak cechuje sztywność poznawcza oraz brak zdolności do integracji sprzecznych danych. W kategoriach psychologii osobowości przejawia rysy neurotyczno–obsesyjne: nadmierne poczucie odpowiedzialności za innych, przekształcone w obsesję kontrolowania i krytykowania otoczenia. Jednocześnie można w niej dostrzec cechy egocentryzmu emocjonalnego — uznaje własne przeżycia i interpretacje za nadrzędne wobec faktów obiektywnych. Tego rodzaju profil psychologiczny czyni z niej osobę trudną we współpracy zespołowej, ale zarazem niepozbawioną szczerej motywacji etycznej, która mogłaby być właściwie ukierunkowana, gdyby uzyskała wsparcie w zakresie regulacji emocji i restrukturyzacji poznawczej. Ale to się przecież nie stanie! Ile lat treningu uczuć musiałaby przejść ta nieszczęsna, aby stać się prawdziwie pomocna? Nie mamy czasu na takie dziwactwa, a już szczególnie nie mamy zasobów, aby uczynić je nieszkodliwymi. Przecież w tym poselstwie pokłada się wielkie nadzieje. Może płonne, ale jednak. Jak miałbym zawieść pokładane we mnie zaufanie? Przecież moją maksymą urzędniczą zawsze było imperialne sformułowanie: feci, quod potui, faciant meliora potentes. I jak miałbym stanąć do ostatniego raportu, jeślibym zawiódł? Jak ona może być taka nikczemna? O co jej chodzi? Pomyślmy… skąd ten koszmar… Analizując zachowania pani Sokolov, dochodzę do konkluzji, iż jej nadmierna impulsywność wobec mnie, częste prowokowanie sporów, a także nieustanne powracanie w rozmowach do mojej osoby nie są wyłącznie wyrazem wrogości, lecz raczej przejawem reakcji ambiwalentno-emocjonalnych typowych dla osób doświadczających tzw. konfliktu afektywnego. Wiedza filozoficzna z obszaru psychologii relacji wskazuje, że nierzadko silna krytyka, gniew czy uszczypliwość są formą maskowania pozytywnego zaangażowania emocjonalnego, które jednostka nie potrafi wprost zamanifestować z powodu oporu intrapsychicznego lub lęku przed odrzuceniem. Mechanizm reakcji upozorowanej może tłumaczyć, dlaczego pani Sokolov obsesyjnie wraca do wydarzeń z Sivo Brdo i czyni mnie głównym punktem odniesienia swoich emocji. Jej zachowania wskazują na nieświadome przeniesienie afektu — inaczej mówiąc, obiektem jej uwagi i frustracji jestem dlatego, że stanowię jednocześnie przedmiot jej ukrytej fascynacji. W świetle powyższego nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jej postawa to klasyczny przykład zakamuflowanego zaangażowania uczuciowego, które, choć wyrażane poprzez pozorną wrogość, w istocie jest symptomem przywiązania i skrywanego afektu. Ona się we mnie zakochała.
Trzeba się obudzić. Już ranek. Nie! To już jawa, a nie koszmar… niech inni wstaną.
- Pobudka! Pora wstawać! |
Temat: Ostatnie poselstwo - akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 4
Wyświetleń: 178
|
Forum: Erxen Wysłany: 2025-09-26, 00:04 Temat: Ostatnie poselstwo - akt I |
Każda tragedia ma swój początek. Kto mnie budzi?
Trzeba zebrać myśli, aby uzmysłowić sobie ogrom koszmaru… Ojej moja głowa… czasem to mija chwila, nim zbiorę myśli… pan Żelazny. Dobra, coś mówi o tym, że jesteśmy jedynymi tutaj, którzy mogą nosić broń i czas na moją wartę. Przecież ja nie umiem nosić broni innej od paradnej. Chwila, niech tylko on nie zacznie tu panikować. Spokojnie. Trzeba wstać. O tak właśnie, spokojnie i dystyngowanie jak na urzędnika przystało. Tak… Obudziłem się nie od razu świadom, czy to ja powróciłem do rzeczywistości, czy też rzeczywistość zechciała ponownie uchwycić mnie w swoje palce. Pierwsze wrażenie było jak z akt kancelarii – porządek i klarowność, których jednak w tym miejscu nie mogłem się doszukać. Czułem twardość zwijanego posłania pod sobą, a chłód bijący od ścian chatki – prosty, niemal prymitywny, jakby z jakiegoś wiejskiego archiwum, którego nigdy nie odwiedziłem. Obok mnie spoczywali dwaj towarzysze w milczeniu głębszym niż sen: elf i krasnolud, których ranami zajmowałem się nim noc wymogła na mnie kapitulację. Jedynym światłem był bladoniebieski kamień, który swoim zimnym blaskiem wyznaczał sześciometrową sferę bezpieczeństwa, a poza nią – morze nieprzeniknionej ciemności. Gdy uniosłem powieki, spostrzegłem sylwetkę innego krasnoluda – wielkiego, postawnego, znużonego długą wartą. To jego ciężkie kroki i westchnienia przywróciły mnie światu, w którym do świtu pozostawały jeszcze cztery pełne świece.
- Dobrze, niech tak będzie. Proszę wypocząć panie Żelazny.
Trzeba zebrać myśli, aby uzmysłowić sobie ogrom koszmaru… Po co to powiedziałem? Przecież na pewno jestem jeszcze tak samo śpiący jak on. Gdzie my w ogóle jesteśmy. Dobrze, poznaję to miejsce. Ale chwila, tu trzeba wrócić do początku. Dziś jest… nie wczoraj był 20 Merris 380 OZE… zbyt późno, wróćmy wcześniej. Jak się tu znalazłem z panem Żelaznym? Panowie Gęba i Złamana Tarcza ranni. Niedobrze. Wróćmy do początku tego wątku. Wyjdźmy z tej chatki. Rześkość dnienia na pewno przywróci mi pamięć.
Po powrocie do miasta od razu rzuciłem się w wir obowiązków urzędniczych. Raport, który sporządziłem podczas wyprawy, musiał zostać przepisany na czysto i złożony w kancelarii. Poświęciłem kilka dni na uzupełnianie protokołów, porządkowanie notatek i sporządzanie odpisów dokumentów dotyczących odzyskanej broni, sierot oraz ukrytych filakteriów. Spotykałem się z przedstawicielami rady miejskiej i straży, by ustalić sposób rozdysponowania broni, a także z duchowieństwem, które objęło opieką dzieci przywiezione ze wsi. Wieczorami powracałem do pracy przy biurku, poprawiając kolejne wersje raportu, aby nie pozostawić w nim żadnych uchybień formalnych.
W kolejnych dniach musiałem także uczestniczyć w przesłuchaniach i naradach związanych z wydarzeniami w osadach przygranicznych. Rozważałem możliwość powołania ewidencji uchodźców, bo każdego dnia za bramy miasta napływały dziesiątki rodzin ze wsi, które szukały schronienia przed wojną. Na ulicach i w porcie panował ruch niespotykany od lat, a straż miejska miała pełne ręce roboty przy utrzymywaniu porządku. Do moich zadań należało także sporządzanie projektów zarządzeń związanych z wykorzystaniem wozów i zabezpieczeniem przepraw, aby w razie potrzeby wojsko mogło szybko przemieścić się przez rzekę.
W domu życie toczyło się zupełnie innym rytmem. Stara matka narzekała na zgiełk za oknem i nieustannie marudziła o brakujące w kuchni przyprawy, a ja cierpliwie słuchałem jej wyrzekań. Córka odwiedzała mnie regularnie, przynosząc jedzenie i dobre słowo, a jej obecność była dla mnie największą ulgą po godzinach spędzonych w magistracie. Kilkoro uchodźców ulokowanych w piwnicy kamienicy krzątało się po korytarzach i dziedzińcu, a ja starałem się nie dopuszczać, by ich obecność naruszała moją codzienną rutynę. Gdy wieczorem zamykałem księgi i wyciszałem myśli, przez otwarte okno docierał szum Erx i odgłosy werbli, które przypominały, że wojna nadchodzi coraz szybciej. Tak spędziłem dni od 11 do 18 Merris włącznie.
Trzeba zebrać myśli, aby nie musieć już więcej rozpaczać przy powrocie do tego aktu dramatu.
19 Merris 380 OZE obudziłem się u siebie i od rana wybrałem się do Magistratu, tak jak sumienny urzędnik powinien był zrobić. Byłem pierwszy, jak zwykle, stróż otworzył mi drzwi. Rano odbyłem rozmowę z Zlatanem Nosyjeviczem. Zawsze to lekki strach, aby zostać z nim sam na sam w gabinecie za zamkniętymi drzwiami, wszak ludzie mówią czemu mu się małżeństwo sypie… no fakt, że ludzie mówią również, żem impotent, więc ludzie wiedzą rzeczy nie wiadomo skąd wiadome. O czym… tak 16 Merris wróg sforsował rzekę Sivę. Broni się jedynie Kastel Dunmara, ale nasi zmierzają na północ do Vodenitska. Otrzymałem misję poselstwa w celu werbunku wojsk i poprowadzenia natarcia na wroga. Krasnoludowie z Svart Juvet, Lardsbjen i Skråningen są dla nas nadzieją na zdobycie głębokiego zaplecza wroga i odcięcia go od miasta. Zwerbować nawet pięć setek z żołdem miesięcznym 2 denary dla lekkiej piechoty, 4 denary dla ciężkiej, 8 dla dowódców, z premiami za walkę i zwycięstwo. Werbunek na kolejny miesiąc z szansą przedłużenia. Trzeba będzie w Krairechen znaleźć tropiciela Alioszę i z jego pomocą trafić do górskich warowni. Musiałem zebrać swój oddział, który miał być moją obstawą i pomocą w poselstwie. Wezwałem po pana Żelaznego, pana Twardą Gębę, pana Złamaną Tarczę i panią Sokolov, przy czym wszystkich kompetentnych zaprosiłem jeszcze na kolację do gospody "Pod Pečenom Svinjom" na wieczór, aby sprawdzić ich morale i uzgodnić kwestie wyprawy. Później przygotowałem pełnomocnictwa, a wezwani dotarli przed południem w kolejności pan Gęba, pan Żelazny oraz państwo Złamana Tarcza i Sokolov. Później była wizyta u burmistrza i wyjaśnienie roli natarcia na armię oblężniczą Kastelu Dunmara. Później musiałem jeszcze poprawić listy intencyjne, które zredagował w pożal się Asterionie jakości burmistrz. Czekało mnie jeszcze zamówienie koni, dwukółki, prowiantu, podarków i zaopatrzenia na wyprawę, ale to już szczegół. Podczas rozmowy nad wyraz aktywna była p. Sokolov, która wywęszyła spisek związany z brakiem uzbrojenia w zbrojowni. Oczywiście wszystko spaliła, ale nie można jej za to winić, jest po prostu bez-mózgiem o wyjątkowo wielkim ego. Nie mniej ciekawe rzeczy powiedziała, które sugerowałyby, że nasz wróg doskonale zaplanował wojnę na poziomie dywersyjnym i najpewniej miasto Vodenitsko zostanie oddane bez walki wobec złamania morale obrony. Czy zdrajcą jest Daveth Suilighear? Dowodów nie mam, ale przyjęcie założenia, że to on poczuł kierunek wiatrów historii wymusiło na mnie wyprowadzenie szanownej matki Sijeny zd. Ezertsevewy z domu, wraz ze wszystkimi cennymi rzeczami. Oddanie miasta bez walki to jedno, ale uszanowanie poddania go wrogowi to rzecz, która nie do końca może być przez tego wroga uszanowana, a nie po to oddawałem się nauce przez ostatnie lata, aby tracić w rabunku moją ręcznie spisaną bibliotekę. Raja przyjmie babcię. Mam nadzieję. W zasadzie wiele wskazuje, że przegramy wojnę, nim przybędą posiłki. Co dalej? Ja bym już dawno się poddał na warunkach, które jeszcze byłyby akceptowalne, ale nie ja decyduję o tym, aby się poddawać i najpewniej pertraktacje odbędą się wtedy, gdy już nie będzie po naszej stronie żadnych atutów, jeśli kampania będzie przebiegała w ten sposób.
Później jeszcze podbicie dokumentów, podpisy, wydanie upoważnienia dla p. Żelaznego i można było przystąpić do kolacji. W gospodzie zjawili się wszyscy zaproszeni i nawet ktoś nieproszony, ale po kolei. Pani Sokolov oczywiście się zachowywała w knajacki sposób, tarzała się po podłodze i wrzeszczała. Jeszcze mi zarzuciła, że nie potrafię tańczyć, a sama upodobniła się do szmaty, którą można czyścić podłogę. Ja bym jej powiedział, jak się tańczy!
Przecież porządny taniec zaczyna się od révérence basse — głęboki ukłon, wykonywany z kontrolowaną gracją, kolana lekko ugięte, tułów pochylony do przodu. Nie spieszyć się — ukazać świadomość gestu, rytmu i przestrzeni. Krok wprzód, wykonując dwa pas pavane — krok za krokiem, najpierw lewa, potem prawa, płynne przejścia, niemal bezszelestne. Sylwetka wyprostowana, ramiona opuszczone naturalnie wzdłuż ciała, wzrok skierowany ku przodowi — z typowym dla basse danse wyważeniem powagi i wdzięku. Czas na figury double gauche. Dwa wyraźne, ale miękkie kroki w lewo —stopy ledwie muskają podłoże. W ruchu nie ma szarpnięcia, wszystko jest jak woda — płynne, zsynchronizowane z rytmem muzyki. Następnie pojedynczy krok w prawo — single droit — niemal ledwie zaznaczony, z lekkim przeniesieniem ciężaru i sugestią symetrii. Potem nadchodzi najbardziej ozdobna sekwencja: branle tournant. Wykonać obrót wokół własnej osi, zataczając półkole, które domyka się powrotem do pozycji wyjściowej. W dalszej części następują pas glissés en arrière — ślizgowe kroki do tyłu i moment rozjaśnienia — sauts légers alternés. Ruch skromny, ledwie wyczuwalny, jakby powietrze samo podnosiło. Zaraz po tym — pas de bourrée couronné. Trójdzielny krok, po którym ręce unoszą się płynnie nad głowę, z lekkim złożeniem dłoni — gest koronacji, subtelny, teatralny i w sam raz. Wreszcie nadchodzi sekwencja końcowa. Dwa kroki w prawo — double droit avec révérence tournante — zwrot do spół-tancerza i niska révérence z obrotem. To ukłon nie tylko do damy, ale też do widowni, do przodków, do reguł. I na koniec — pas glissé vers l’avant z płynnym zatrzymaniem. Pozostaje się w bezruchu, z obniżonym wzrokiem, jakby zamknięty w kadrze miniatury iluminowanego manuskryptu.
Trzeba zebrać myśli, nim trafi się w nich na obraz tego koszmaru, nie o taniec tu chodzi. Niech Sokolov tańczy sobie ze Złamaną Tarczą. Może są konkubentami. Dopóki nie huczy od plotek, to mogą się bawić w te swoje romanse.
Ale ta wydra bez szkoły, Sokolov, jeszcze miała czelność mnie instruować jak się powinno tańczyć! Żadnego podręcznika nie przeczytała w tym temacie, co jest poniżające w swej gburowatości. Musiałem wyjść! Pan Żelazny wspomniał mi o swoich miłostkach, więc dla podniesienia jego woli realizacji misji postanowiłem wybrać się do krasnoludzkiego przybytku „Pod Złotym Młotem” i tam wymogłem w niełatwej dyskusji wysłanie z rana następnego dnia na rynek panny Kamienne Serce, która jest najwyraźniej bliska sercu mego najdzielniejszego kompana. Jak dobrze pójdzie, to uda się zrealizować zdanie zeswatania pana Żelaznego z tą niewiastą. On będzie szczęśliwy, ona będzie zachowywać się cicho i spolegliwie, a każdy na tym skorzysta. Korzystnym byłoby dla miasta, gdyby pan Żelazny wspiął się na szczyt cechy, bo dzięki temu można byłoby z poziomu miasta korzystać z krasnoludzkich technologii po atrakcyjniejszych kosztach. Serce krasnoluda nie jest jak kowadło, a bardziej jak dzwon. Uderzenie odpowiednim młotkiem może powodować przyjemny dla ucha dźwięk. Czas było wrócić do domu. Na szczęście hołota, która ściągnęła do miasta i koczowała na ulicach była zajęta swoją niedolą i nie zaczepiała inspektora magistratu, bo już nie miałem siły na kolejny wykład.
20 Merris 380 OZE obudziłem się u siebie i od rana dane mi było zjeść jeszcze śniadanie z matką. Nieodparte wrażenie widzenia jej ostatni raz miałem już kilka razy w życiu i tym razem również mnie to naszło. Tęsknota, która kiedyś zawita i już nigdy nie odejdzie. Ja odszedłem zgodnie z literą zadania, chociaż w mieście roznosiłem plotki o tym, że zmierzam z poselstwem do Ivanogorodu. Skoro wrogowie są już po tej stronie murów, to wydawało mi się to sensowniejsze niż mierzenie się z ewentualnym pościgiem lub dywersantem psującym papier, na którym miałem spisać kolejną historię sukcesu.
Na Asteriona, jak tu ponuro i ten swąd palonego świniaka. Surowy od góry, zwęglony od dołu. Nie przejmować się smrodem. Ogolić się trzeba. Tak, ogolić. Nie ma co tracić czasu, tylko lusterko, pędzel, mydło, osełka, skóra, brzytwa i ciepła woda. Gdzieś tu był kociołek… tak jeszcze ciepły. Ach… chyba nawet za bardzo. Odlejemy trochę i będzie po sprawie. Na początek naostrzyć brzytwę. Trzeba przygotować się do obecnego dnia.
Ale wczoraj… Briana „Kamienne Serce” zjawiła się zgodnie z wolą swego ojca, którą poprzedziła moja prośba. Cieszyłem się, chociaż nie okazywałem, że pan Żelazny zazna czegoś, co podniesie mu morale i sprawi, że będzie tym ofiarniej wykonywał moje rozkazy. Czy jestem zbyt utylitarny? Przecież lubię tego krasnoluda, ale nie od tego, że kogoś lubię będzie zależał sukces mojego poselstwa. Czy mu powiedzieć? Nie… nigdy. Jak się dowie, to będę zaprzeczał. Niech się cieszy nawet wtedy, gdy powodem do radości jest zwykłe kłamstwo. Okłamuję towarzyszy. Nie! To po prostu skuteczna narracja. Niech wżdy wiedzą, żem orator. Nawet nie musiałem się z tego spowiadać w kościele do którego wstąpiłem przed wyruszeniem w wyprawę.
Burmistrz Zlatan Nosyjević oraz biskup Valentin Svetoslavov też byli o poranku. Nie było to rozsądne pokazywać się tak w tłumie, zwłaszcza z tego powodu, że na takie osoby mogą czekać zamachowcy, którzy przez brak dopracowanej ewidencji ludności wojennej mogą łatwo przeniknąć za mury. Nie wnieśli oni jednak niczego nowego do kwestii wyprawy, prócz udekorowani pani Sokolov rangą „doradczyni ds. wiary”. Biskup Svetoslavov chyba nie przemyślał tej sprawy i chciał swoim autorytetem wprowadzić coś, co wyglądało poważnie, ale okazało się dość żartobliwe. „Doradca do spraw wiary”, skoro nie posiada umocowania w żadnym statucie, rejestrze czy dekrecie, nie może rościć sobie pierwszeństwa przed przewodniczącym delegacji poselskiej, gdyż jego funkcja ma wyłącznie charakter opiniodawczy, a nie decyzyjny. Delegacja poselska działa w imieniu miasta i podlega wyłącznie jego władzom, stąd jedyną osobą uprawnioną do podejmowania wiążących decyzji jest przewodniczący, który odpowiada za rezultat misji i ponosi pełną odpowiedzialność służbową wobec magistratu. Doradca – z samej definicji – nie kieruje, a doradza, i jego sugestie, choć mogą być wysłuchane, mają charakter pomocniczy, a nie nadrzędny. W praktyce oznacza to, że przewodniczący, nawet jeśli zasięgnie rady, ma pełne prawo jej nie uwzględnić, jeśli uzna ją za sprzeczną z celem wyprawy, interesem miasta bądź powierzonym mu mandatem. Tym samym nieformalny tytuł nie podważa hierarchii i nie może stanowić podstawy do narzucania przewodniczącemu jakichkolwiek rozstrzygnięć, gdyż w przeciwnym razie odpowiedzialność spoczywałaby na osobie, która nie ma ani legitymacji, ani obowiązków urzędowych.
Pora było ruszać, lecz nie wprost, gdyż w końcu „zmierzaliśmy do Ivanogorodu”, co chyba dostatecznie uwiarygodniłem tym, że opłaciłem tam podróż swojej szanownej matki. Aby poprzeć ten kierunek wybraliśmy się okrężną drogą po skompletowaniu drużyny, zapasów, koni oraz dwukółki, która była jedynym sensownym transportem dla p. Żelaznego. Niestety szybkie odchudzenie go nie wchodziło w grę, a zdanie się na jego, co prawda wytrwały, lecz powolny krok, było absolutnie nie do zaakceptowania wobec dynamiki poselstwa. Niestety poranek popsuła mi p. Sokolov ze swoimi już permanentnymi dąsami. Przyczepiała się o wszystko, począwszy od wizyty w kościele, przez uznanie hierarchii, a kończąc na tym, że musiałem wpisać pierwszą notatkę służbową:
20 Merris 380 OZE, Vodenitsko poza murami miasta,
Taiga Sokolov nie wykonuje polecenia odnalezienia kierunku na Stare Selo. Po trzecim poleceniu Taiga Sokolov zrozumiała rozkaz. Jej opieszałość naraziła drużynę na stratę czasu i dezorganizację marszu. Takie zachowanie świadczy o braku dyscypliny i lekceważeniu hierarchii służbowej. W przyszłości podobne uchybienia nie mogą być tolerowane w warunkach zagrożenia, a podkomendna winna otrzymać oficjalną naganę.
Na szczęście dotarcie do Staro Selo było bardzo łatwe, gdzie sołtys Bryn przyjął nas serdecznie i zaprosił na popas dla zwierząt. Rozmówiłem się z mieszkańcami, którzy donosili o ruchu na rzece, szczególnie w jej górę – zapewne spostrzegając uciekających przed wojną ludzi. Bryn nie bardzo chciał wierzyć, że zagrożenie zbliża się do jego spokojnej osady, a ja nie mogłem pozwolić, by ta złudna ufność naraziła jego lud na cierpienia. Przestrzegłem go więc, że miasto jest już przepełnione i nie przyjmie kolejnych uchodźców. Doradziłem, aby rozważyli przeniesienie się do Sivo Brdo – opustoszałego, położonego na wzgórzu i znacznie lepiej nadającego się do obrony. Starzec wahał się, powołując na złą reputację tamtejszej osady oraz strach przed gniewem swego pana. Wtedy wyłożyłem mu rzecz jasno: w prawie erxeńskim istnieje zasada nadrzędnej ochrony ludności wiejskiej w czasie wojny. Pan ma obowiązek bronić swoich chłopów i zapewnić im bezpieczeństwo, a jeśli tego uczynić nie może, nie ma prawa karać ich za to, że sami podejmą kroki, by ratować życie swoje i swoich rodzin. Prawo zwyczajowe, potwierdzane dekretami i normami, mówi wyraźnie, iż chłop w obliczu zagrożenia wojennego może czasowo opuścić ziemię, a wina za to spada nie na niego, lecz na zwierzchnika, który nie był w stanie należycie go zabezpieczyć. Mieszkańcy słuchali w skupieniu, a Bryn kiwał głową, jakby słowa te rozjaśniały mu horyzont możliwości. Powtarzałem, że apostaci w Sivo Brdo zostali już wybici, a herezja wykorzeniona, więc nie ma powodu, by trzymać się przesądów. Wyruszyliśmy niebawem w dalszą drogę, a ja pozostawiłem ludziom w Staro Selo nie tylko ostrzeżenie, ale i narzędzie prawne, dzięki któremu będą mogli podjąć rozsądną decyzję, a dzięki temu tym razem wioska otrzymała wskazówkę pewniejszą niż pogłoski i plotki.
Przyznam, że ten odcinek wyprawy, który był między Staro Selo, a Krairechen był dla mnie trudny, bo o ile liczyłem na to, że p. Sokolov się skompromituje i zabłądzi, o tyle okazało się, że lepiej poradziła sobie z drogą, niż sam byłbym w stanie to zrobić. Trochę mi wstyd, że lepiej zna się ona na orientacji w trudnym terenie, ale w końcu to ona została powołana na rolę zwiadowcy, a nie ja. Gdyby była ona posłuszna i zdyscyplinowana, to jej talenty byłyby nieocenione, lecz z uwagi na swój anarchistyczny, a przede wszystkim krnąbrny charakter, może okazać się w dłuższej perspektywie dla nas zgubą. Najgorsze jest to, że potrafi się ona pokłócić o byle łajno dostrzeżone na trakcie. Przeglądając się w lśniącym metalu mej naostrzonej brzytwy pozostaje mi zapytać sam siebie – co ona we mnie widzi? |
Temat: Erxen |
Pythonius
Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2025-07-16, 08:34 Temat: Erxen |
| Cytat: |
Podniosła chwila, MG dobiera nastrój tła do narracji
Farewell: Poczekajcie, puszczam muzykę...
REKLAMA: Czy wypróbowałaś już nową suszarkę (...)
Farewell: Jakim cudem? Przecież mam adblocka.
Podczas walki
Farewell: Czarni!
Ikku: Ja mam czarnuchów.
Pyton: U mnie we wsi też tak mówiliśmy.
Farewell: Na kogo?
Pyton: Na czarnuchów.
Ikku: Przynajmniej zwaliłam konia.
|
|
Temat: Na Przedpolach Kleks |
Pythonius
Odpowiedzi: 2
Wyświetleń: 97
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2025-06-01, 23:28 Temat: Na Przedpolach Kleks |
Trudelloch:
Mój dawny mentor, Jovin „Dębowy Topór” Brondssønn z klanu Abadarów, nie uważał za poprawne analizowanie wojny w kategoriach naukowych. Mawiał on, że wojna, choć nasycona technologią, logistyką i kalkulacją, w swej istocie pozostaje domeną nieprzewidywalności, decyzji podejmowanych w chaosie i konieczności reagowania na zmienne, których nie da się ująć w sztywny wzór. Przestrzeń walki nie jest równaniem do rozwiązania, lecz sceną, na której liczy się intuicja, wyczucie rytmu operacyjnego i zdolność odczytania intencji przeciwnika — często jedynie na podstawie niepełnych danych. Dlatego wojna bliższa jest sztuce niż nauce: dowódca przypomina kantora, który z ograniczonego zestawu melodii i słów tworzy dzieło dla zgromadzonych tu i teraz, gdzie każda nuta musi być odpowiedzią na zaśpiew i wezwaniem do kolejnego zaśpiewu. W tym nie wystarczy znać parametry sprzętu ani przeanalizować wykresy — trzeba umieć czuć przestrzeń walki, wyprzedzać przeciwnika nie tylko intelektualnie, lecz również emocjonalnie i moralnie. Równocześnie, choć wojna korzysta z narzędzi nauki i techniki — jak alchemia, inżynieria, materiałoznawstwo, przyrodoznawstwo czy kalkulacja — to sposób, w jaki decyzje są podejmowane, przypomina bardziej akt improwizacji niż wynik formuły. Dowodzenie w warunkach wysokiej niepewności i presji wymaga nie tyle algorytmu, co doświadczenia, wyobraźni i odwagi. Przeciwnik bowiem nie jest biernym obiektem badania, lecz myślącym, adaptującym się aktorem, który sam prowadzi grę. W takim układzie to narracja operacyjna, zdolność kreowania inicjatywy, rytmu i obrazu sytuacyjnego — stanowi klucz do zwycięstwa. Nauka daje podstawy, ale to sztuka czyni z tych podstaw skuteczne narzędzie przetrwania i dominacji.
Emeryk:
To zdaje się, że pochodzi z listu Brondssønna do księcia von Lichke. Podejście imiennika twego brata zdradza długą tradycję prowadzenia wojen waszego ludu i wysokiego namysłu nad ramami konfliktu. Dajmy dowód skuteczności tej myśli w tym, że wspomniany „Dębowy Topór” doskonale poprowadził kampanię przeciw orkom Czarnej Plamy, a siedemnastego dnia uśmiechu kwiatów sześćset trzydziestego szóstego roku ostatecznie starł klan Czarnej Plamy w bitwie nad rzeką Rich. Już ponad sto pięćdziesiąt lat południowe marchie nie muszą mierzyć się z większym zagrożeniem ze strony potomków Orkusa.
Kanut:
Nie mniej nie takie powinno być nasze zajęcie intelektualne. Ostateczną decyzję podejmie jego miłość, lecz nie liczyłbym na to, aby ta armia weszła do lasów, nawet jeśli uzasadniałoby to poszukiwanie tych Naczyń Krwi, o których wspomniał mistrz Hekehard. Pogódź się z tym Cwany krasnoludzie, że wojny z elfami nie będzie, chociaż po tysiąckroć byłaby ona lepszym rozwiązaniem, niż wojna między Malburgią a Rheinlandem.
Trudelloch:
Może wojny z elfami nie będzie, lecz próbować zawsze warto.
Kanut:
Do takiego żeś wniosku doszedł krasnoludzie? Paradne. Bacz na to championie, że bitwę nad rzeką Rich wygrała jazda Prinz-Generała Arnulfa von Zähringena. Niech nasz morus z gór tak nie obrasta w piórka za sprawą waszej mości von Richtenberg.
Johann:
Jużem słyszał o tej bitwie, co to zwiastowaniem nadejścia diabła była. Toteż wiem o tym, że to nasza jazda ścigała i dogoniła orków, a krasnoludy przyszły na gotowe. O tym Dębowym Toporze tudzież żem słyszał. Ale nie ukrywam, że ta alokucja krasnoluda przypadła mi do gustu.
Kanut:
To nie była alokucja. Prędzej perora.
Hekehard:
Wybacz wielebny, lecz wiele wskazuje na to, że wśród tych admonicji przegapiłeś bardzo rzadkie zjawisko jakim jest dowcip krasnoluda.
Narrator:
Kanut ponownie spojrzał na syna Krwawojatka, lecz tym razem próbował zlustrować jego mimikę, a nie tylko słowa. Krasnolud zachował jednak powagę i nie było sposobu dostrzec na jego twarzy uśmiechu, szczególnie, że każdy uśmiech ginąłby gdzieś pod bujną brodą przysłaniającą usta, a oczy krasnoluda wydawały się tak ponure jak zawsze. Johann i Emeryk zdawali się uśmiechać, podobnie jak zgromadzeni dookoła rycerze i inni zbrojni, którzy raczyli odpowiedziawszy raczej na uśmiech herolda pokazać, że oni też zrozumieli krasnoludzki dowcip. W istocie jednak czarodziej nie przewidział tego, że Trudelloch mówił absolutnie poważnie i starcie z elfami jest dla niego priorytetem.
Johann:
Ty się krasnoludzie znasz na prowadzeniu wojny?
Trudelloch:
Raczej nie. Mój brat za to jest biegły w tej sztuce i to on jest svaglarem krasnoludów, co zresztą już doskonale wiecie championie.
Emeryk:
Przypominam mości panowie, że nie zebraliśmy się tu na frywolne dyskursy, lecz w konkretnej sprawie. Pod naszymi stopami legł pokot zwierzoludziów, a niebawem jego miłość będzie potrzebował informacji do tego, aby podejmować decyzje w sprawie.
Kanut:
Racja jest po twej stronie heroldzie. Czas na konkluzje.
Hekehard:
Na pewno trzeba przekazać informacje o nocnej walce i o związku z zabitym tuertaurem nieopodal Virn.
Johann:
Do opowiedzenia jest wiele. Przecież to godzinę trzeba by snuć wyjaśnienia. Zwierzoludzie, elfowie i ich mroczne knowania, fałszywa flaga, spalenie mojego sioła, klan Opiłków z gór daleko na wschodzie, ten prorok szczur, no i oczywiście Ada Braun.
Kanut:
Chwileczkę championie. Zgodnie z regułami konwersacyjnymi, aby nie utopić rzeczy ważnych w tych błahych, należy dokonać zastosować probierz relewantności. Jego miłość musi otrzymać raport, który będzie konspektowany do przystępnej i odpowiednio krótkiej formy. Wśród wyliczeń dostaw jadła dla armii, doboru miejsc obozowania, lokowania rezerw, zużycia koni i inwentarza, danych dotyczących chorób i ryzyka dezynterii oraz informacji wywiadu, nie będzie czasu na długi monolog.
Johann:
No, ale wszystko jest ważne. Przecież ta intryga jest wielowątkowa i nie da się tego w jakiś wybiórczy sposób połączyć.
Emeryk:
Wielebny ma rację. Nie wszystkie rzeczy są pewne, a co za tym idzie, nie wszystko nadaje się do przekazania. Skupiając się na rzeczach ważnych i udowodnionych unikniemy konieczności wycofywania się ze swoich uwag w przyszłości. Źle poprowadzone rozważania mogą okazać się jałowe, jak sakiewka Cohena.
Johann:
Znaczy puste?
Hekehard:
Nie. Pierwsza opowieść o paladynie Cohenie, która okazała się fałszem, skupiła się na jego pościgu za myszą, która skradła mu sakiewkę. Nie było to odpowiednie wprowadzenie dla tej legendarnej postaci, stąd kroniki przewidziały alternatywny opis jego introdukcji do świata podań. Sakiewka Cohena to inaczej źle poprowadzona opowieść, z której trzeba się wycofać. Co do tego paladyna, to wolę jednak sformułowanie „stanąć jak Cohen przed Alleirą”, co oznacza być rozdartym między uczuciem i powinnością. Nie mniej heroldowi chodziło o to, aby nie musieć odwoływać później tego, co się zaraportowało.
Johann:
Dobrze, dobrze… rozumiem. Ale jak pominiemy coś naprawdę ważnego?
Emeryk:
Stąd właśnie trzeba wybrać rzeczy ważne. Jeśli coś jest rzeczą ważką, to możemy sobie pozwolić na pewne przypuszczenia, ale tu trzeba znać możliwe konsekwencje swoich spostrzeżeń. Tak jak wcześniej wspominał mistrz Hekehard, należy uprawdopodabniać swoje twierdzenia względem ich ważkości i ograniczyć się do tego, co jest najbardziej prawdopodobne.
Johann:
U mnie we wsi kiedyś kapłan Hans na kazaniu mówił, że jeśli ktoś czeka na dowody, to może przegapić możliwość poznania prawdy.
Kanut:
Rygor wojny, to nie rygor wiary. Mylicie światy championie. Podejmowanie ryzyka wiary jest istotne, gdy trzeba zdać się na łaskę Mymkrafta, ale tu stoimy przed ryzykiem ośmieszenia się. Nie po to jego miłość wezwał nas na swój dwór, abyśmy fabrykowali mniemania, lecz abyśmy znajdowali fakty. Dlatego też w przekazie skupimy się wyłącznie na faktach, a z tych możemy przekazać dobrą wiadomość, że stado, z którego zbiegł teurtaur, zostało zlokalizowane i zneutralizowane.
Johann:
A co z moim siołem?
Kanut:
To też jest fakt. Bestiaci mieli za zadanie sprowadzić animozje w armii, a w tym celu posłużyć się fałszywą flagą i przebrani za krasnoludów spalili sioło championa. Nieustaleni prowodyrzy bestiatów chcą wmieszać się w politykę.
Johann:
Ten klan z dalekich gór?
Kanut:
Do pominięcia.
Johann:
Jory?
Kanut:
Do pominięcia.
Johann:
Elfy?
Kanut:
Do pominięcia. Nic z tych rzeczy nie ma niczego prócz zarysu problematyki. Będziemy prowadzić dalej śledztwo w każdej z tych spraw, ale na wnioski będzie trzeba poczekać wtedy, gdy zostaną zgromadzone dowody.
Johann:
Te wypatroszone przez wielebnego truchło tertytera, który to okazał się krasnoludem, to słaby dowód?
Kanut:
Wypatroszone truchło to środek dowodowy, a dowodem jest treść, którą można ustalić na podstawie tego wypatroszonego truchła. Wiemy tylko o jednym krasnoludzie transmutowanym do formy bestiata. Może i te tutaj trupy dzielą ten los, co zauważył herold von Richtenberg podczas tej dysputy. Dowodu jednak nie mamy.
Johann:
Nie wiem po co to pomijać.
Emeryk:
Aby nie wprowadzić jego miłości księcia w klatkę Ervina.
Johann:
Co takiego? Jaką klatkę
Hekehard:
Długą opowieść, z której nie da się wyjść. Nazwa wzięła się z kronik Ervina Ichaera, który nie mogąc opuścić klatki musiał skupiać się w narracji na swoich przeżyciach wewnętrznych. Nie były one zbyt bogate. To taki związek frazeologiczny championie. Dotyczy on zbędnej części opowieści, którą można by streścić jednym zdaniem.
Johann:
Dobra. No to na razie pomijamy. A co z Adą Braun?
Kanut:
Nasza wiedza nie wzbogaciła się od czasu naszej ostatniej rozmowy na dziedzińcu Virnburgu. Wiedźma jest zapewne gdzieś aktywna, ale na tym się kończą nasze spekulacje. Pozostałe tropy trzeba sprawdzić.
Johann:
No to pozostaje bardzo niewiele. Moje sioło, fałszywa flaga i bitwa z odmieńcami. Dużo zyskamy na tym, że dowiemy się z czego pochodzą ci zasieczeni odmieńcy? To jest, czy to byli krasnoludowie.
Hekehard:
Zależy od perspektywy. W perspektywie krótkiej to ta wiedza nam się do niczego nie przyda, bo armia zmierza do części Siegvaardu, gdzie jedynymi krasnoludami będą nasi towarzysze broni. W perspektywie długiej sprawa wygląda zgoła inaczej. Po pierwsze nasi sojusznicy z Allenlandu będą musieli się zmierzyć z konsekwencjami ewentualnego zawłaszczenia klanu Opiłków przez mroczne siły. Po drugie te mroczne siły są nam wrogie. Po trzecie nie wiemy jakim materiałem żywym mogą one dysponować.
Johann:
No, ale ten podjazd jednak na razie został rozbity, a prócz tamtego zbiega, co z nimi podróżował lub podróżowała, to nie wydaje mi się, aby jeszcze było co robić. To są już drobnostki. Dobrze myślę heroldzie?
Emeryk:
Nie wiemy kim jest ten zbieg. To nie jest drobnostka, bo to kamrat mrocznych sił.
Johann:
Może w takim razie warto go wyśledzić?
Narrator:
Zapadło milczenie, chociaż zapowiadała się ledwo pauza, gdy zarówno herold Emeryk von Richtenberg, mistrz Hekehard z Zwischenbergu, doktor Kanut z Kröne oraz Trudelloch „Cwany” Grommilssønn z klanu Srogich Pięści popatrzyli trochę po sobie, aby wyśledzić swe reakcje, lecz widząc wzajemne kalkulacje, każdy skupił się na tym, aby zreflektować szanse i koszty jej pozyskania. Zadumę przerwał dopiero czarodziej, w momencie, gdy cisza stała się nieznośna.
Hekehard:
Jak daleko jest ostatni trop zbiega?
Johann:
Kilka świec drogi stąd. O w tamtą stronę. Tam odmieńcy mieli swój ostatni obóz, czy jak to tam zwał. Całość miejsca jeszcze nie została zbadana, bo wszyscy, którzy tam byli, no z wyjątkiem pewnie tego obutego, to zalegają na moim pięknym polu.
Hekehard:
Psy tropiące, nawet magia. Pewnie duży oddział trzeba oddelegować.
Emeryk:
Na razie i tak armia jest w trakcie marszu. Ludzi u nas pod dostatkiem, a w transporcie do blanek Hochburg Riegel nie potrzebujemy wszystkich mieczy. Dopiero wówczas zacznie się trudniejsza cześć wyprawy, bo zakończy się etap rzeczny i będzie trzeba z wolna dzielić rezerwy, aby odciążyć front od zbyt kosztownej logistyki.
Johann:
Nie minęła doba od zajścia, a wczorajsza mżawka trwała góra kilka świec. Psy sobie poradzą, jeśli zbieg popełnił jakieś błędy. Tutaj jest mało ścieżek, którymi można się wydostać poza tereny Kleks. Też niewiele, aby wyjść poza Nass, bo jezioro rozlewa się o tej porze roku na bagna. Dopiero od linii lasu zaczyna się od strony zachodniej suchy teren, a tu od rzeki, to suchych ścieżek jest naprawdę niewiele.
Emeryk:
Jeśli nasz zbieg nie jest niczym Hekke w „Ściganym”, to nie powinien sprawiać kłopotów pościgowi przez bagna.
Hekehard:
Wybaczcie heroldzie, że wejdę ci w słowo, ale zauważam, że korzystacie dziś z wielu nawiązań do Tales and Legends. Niektóre afiliacje wydają się trochę osobliwe. Czym jest to spowodowane?
Emeryk:
Wybaczam i proszę o wybaczenie, jeśli wydało się to pretensjonalne. Po naszej ostatniej rozmowie na dziedzińcu Virnburgu obecny tu champion stwierdził, że nauczy się tych opowieści i do końca kampanii będzie znał każdego bohatera tego zbioru. Oczywiście od tego czasu w oficjalnych rozmowach staram się wymusić na nim solidniejszą naukę przez wykorzystanie tej skarbnicy.
Johann:
No skoro mam rozmawiać z poważnymi ludźmi i krasnoludem, to muszę nauczyć się ich języka. Może jeszcze nie rozpoznaję wszystkich bohaterów, no i tym bardziej nie zapoznałem się ze wszystkimi opowieściami, ale kampania na szczęście jeszcze długa i już poczyniłem starania, aby czegoś się dowiedzieć.
Hekehard:
Jakie to starania poczyniliście championie zu Kleks?
Johann:
Poprosiłem Dimma Dvilfssønna, który prowadzi drużynę w krasnoludzkich regimentach, aby zapoznał mnie z opowieściami. Dowiedziałem się bowiem, że to pedofil i chętnie dzieli się swoją pasją.
Trudelloch:
Chyba bibliofil.
Johann:
No może tak. To chyba nie jest duża różnica, co? Ma on ze sobą „Miasto Ślepców” oraz „Obcy wśród swoich” z kronik Dalina Szalonego Topora oraz „Dom Cichej Pieśni” z kronik Kaerila Maarena. Niestety teksty spisane są w języku głazowym, więc nie mógłbym ich sam przeczytać. Obiecał jednak, że czterdziestego pierwszego dnia lata opracuje te teksty w języku siegvaardzkim, aby mi je przeczytać… znaczy przeczytać ich tłumaczenia na nasz. To jakoś teraz mógłby zacząć. Mam się z nim widzieć wieczorem. Wydaje mi się, że to dzisiaj, bo mówił wtedy o siedmiu dniach. Tak, na pewno chodziło mu o dzisiaj.
Trudelloch:
Według naszego kalendarza to dzisiaj. A kiedy poprosiliście o to championie Dimma?
Johann:
Jakoś dwa dni przed wyruszeniem w drogę, bo jak się dowiedziałem o tym, że kiedyś pożyczył on tobie… znaczy wam… krasnoludzie książki o tym Tales and Legends, to pomyślałem o tym, że i mi je pożyczy.
Narrator:
Trudelloch miał kłopoty, aby ukryć zdziwienie na twarzy, chociaż długa broda była w tym wypadku jego największym sojusznikiem. Nic nie wiedział o spotkaniu Johanna zu Kleksa z Dimmem Dvilfssønnem z klanu Bokobrodych, a to przecież spotkanie dowódcy drużyny z championem księcia z pominięciem sztabu Jovina „Czachotarcza” do którego należał.
Trudelloch:
Jak się natknęliście championie na mego rodaka z gór?
Johann:
Kazałem skrybie napisać wiadomość i zaprosiłem go na spotkanie przy młynach, bo miałem akurat duży objazd do wykonania. Przyszedł w towarzystwie dwóch ziomków, ponoć sztandarowego…
Trudelloch:
Zvina „Poskramiacza Orków” Bremborssønna.
Johann:
… chyba tak. I dowódcy skrzydła drużyny. Tego z dwoma piorunami pod każdym okiem.
Trudelloch:
Pewnie chodzi o runy sigiel. Torbar „Mściwy” Kardarssønn. W jakim towarzystwie byliście championie?
Johann:
O tu obecnych rycerzy: Gumberta, Odo i Siegera.
Trudelloch:
Kto jeszcze wiedział o tym spotkaniu?
Johann:
Co sugerujesz? Znaczy… co sugerujecie krasnoludzie?
Kanut:
Nie ma przypadków, są tylko znaki. Każde zdarzenie, nawet pozornie błahe czy niezrozumiałe, może stanowić formę komunikatu. W tym wypadku komunikat wydaje się dość oczywisty. Spalenie tego sioła nie jest przypadkowym kaprysem wroga, lecz intelektualną konsekwencją, tego co stało się jeszcze w Virn.
Emeryk:
Łuna z pożogi była wypatrzona przez warty. W normalnych okolicznościach zwiad by doniósł o zauważonym ogniu w zasięgu i sprawdził źródło. Dziś przed wieczorem byłoby wiadomo, przy powiedzeniu się fortelu, że to krasnoludowie, a stratny właśnie by ruszał na konfrontację z krasnoludem. Obecni tu rycerze są bez skazy, ich podejrzewać nie można, a przynajmniej nie wypada, bo każdy był honorowany kapitułą Ordo Sancti Ignis.
Kanut:
Widać to po twarzach. U żadnego nie wystąpił nawet grymas zawstydzenia ani strachu powodowanego denuncjacją. Nie nasi rycerze są tu winni.
Johann:
No, ale co to znaczy?
Trudelloch:
Mamy szpiega, który współpracował z odmieńcami. Szpiega, który dowiedział się, że champion umówiony był na dziś z Dimmem. I to, gdzie znajduje się sioło championa, bo bez tej wiedzy nie można by działać.
Emeryk:
Plan musiał być opracowany dość szybko. Bestiaci do drugiego sierpa podróżowali do rzeki, ale jak mogliby się dowiedzieć o tym spotkaniu, skoro byli wtedy daleko od młynów?
Trudelloch:
Zaklęcie telekomunikacji.
Emeryk:
To są te zwierciadła, którymi czarodzieje rozmawiają ze sobą na wielkie odległości? Widziałem kiedyś jedno z takich zwierciadeł. Nie są zbyt powszechne i na pewno ciężkie do transportu.
Hekehard:
Są bardziej subtelne czary, które mogą zapewnić telekomunikację. Więź mentalna, oniryczne przesłanie, szepty przez wiatr, obserwacja i wiele innych. Łatwiej wykorzystać te zaklęcia, gdy dwie strony korzystają z magii, lecz nie jest to warunek sine qua non. Inna rzecz mnie intryguje - wiedziano o martwym teurtaurze?
Kanut:
Jeśli tak, to rozpoczęto od ucieczki i zacierania śladów. Jeśli nie, to postawiono na szybkie przemieszczenie się na miejsce.
Hekehard:
Wedle relacji zacierano ślady do rzeki. Nie dostrzegam przy tym tego, aby tamci wiedzieli już wtedy o tym, że my wiemy to, co wiemy teraz. Zachowanie ich było pierwszo-poziomowe na skali zagnieżdżenia intencjonalnego. Wycofywali się na bezpieczną odległość, dopóki nie spłynęły do nich rozkazy lub po prostu informacje.
Emeryk:
Młyny są nieczynne, bo sezon mielenia ruszy dopiero na jesień wraz z wiatrem. Tam jest góra trzech kmieci, którzy mogli pilnować młynów i to widzieć. Kto widział spotkanie?
Johann:
Kto widział? Znaczy byliśmy w dworku u tej wdowy po zarządcy młynów. Jak jej tam… no Batylda. Podjęła nas naparem, bo sprawdzałem pieczęcie dostaw. Eeee… w sumie pytała mnie, gdzie znajduje się Kleks i jej powiedziałem.
Kanut:
Nie zadaliśmy sobie pytania co żarły te stwory, gdy tu zmierzały. Ktoś je musiał zaopatrzyć w prowiant, bo przez tyle dni by wszystkie padły z głodu albo po prostu zdezerterowały ruszając na ucztę po okolicznych wieśniakach.
Trudelloch:
Ucieczka teurtaura przed otrzymaniem aprowizacji. Jeden poszedł się pożywić.
Emeryk:
Tak, z młynów brano zaopatrzenie dla armii. Tam mogło dojść do kradzieży zapasów. Wdowa Batylda może być za to odpowiedzialna. Kobiety zwykły mieć diabła wplecionego w kołtuny, a wdowa o dziwo przejęła zajęcie starego zarządcy Geralda, nie dając mu wcześniej żadnego dziecka. Może się ona pałać wiedźmiństwem, a szczególnie trucicielstwem. Nikt tego nie sprawdzał.
Hekehard:
Całość tego pierwszego zaopatrzenia była testowana na obecność trucizn. Niczego nie wykryliśmy. Gdyby chcieli nas wykończyć, to by spróbowali zatruć pokarm. Gdyby to był nasz wróg, to by spróbował tym sposobem nas osłabić.
Kanut:
Chyba że wiedzieli o tym, że jedzenie będzie testowane przez obecnych w Virn magów. Wtedy zatrucie byłoby tylko przyznaniem się do spisku.
Emeryk:
Jest lista rzeczy, która była brana z młynów. Jeśli część wykradziono na potrzeby tych bestii, to mogło to zostać niedopatrzone. Wydaje się to sensowniejsze niż zatrucie jadła. Ono jest przecież porcjowane na oddziały, więc nawet przy zatruciu byłoby wiadomo skąd trafiło jadło, bo beneficjent tej aprowizacji byłby martwy.
Johann:
No to wypatroszymy te świniuki i zobaczymy czym były nażarte. Herold porówna z listą młyńską i dowiemy się czy to z młynów wzięto. A to nie jest może spisek tego Dimma? Wydaje mi się teraz podejrzany.
Trudelloch:
Nie ryzykowałby wbiciem umbo champiońskiej tarczy w głowę. Jego przyboczni też nie. To nie ten typ krasnoluda.
Emeryk:
Inkwizycja powinna zbadać młyny i szczególnie Batyldę. Nie mamy jednak na to środków, bo inkwizycja ściga Adę Braun w innych stronach Siegvaardu. Nie będzie szans na przeprowadzenie dogłębnego śledztwa, ale trop prowadzi do młynów.
Johann:
Co zrobić z tamtymi podejrzanymi?
Kanut:
Obserwować.
Johann:
To wiele dni drogi stąd. Tak daleko wzrok nie sięga.
Kanut:
Championie! Nie o wasze oczy tu chodzi.
Johann:
Dobra! Już wiem. To mam plan.
Emeryk:
Chyba już czas. Wydaj dyspozycje championie.
Kanut:
Popieram uwagę herolda.
Hekehard:
Ja również.
Trudelloch:
I ja popieram tę uwagę. Zamieniamy się więc w słuch i czekamy na to, aby champion księcia zdecydował co dalej zrobimy w tej kwestii.
Emeryk:
Śmiało championie. Ostatnio sobie doskonale poradziliście z tym, aby podjąć trafne decyzje.
Narrator:
Dopiero w tym momencie, po burzliwej wymianie uwag i zdań, rycerze Gumbert, Odo i Sieger zrozumieli, że byli przez chwilę podejrzewani o udział w okultystycznym spisku, lecz nie było się czego bać, gdyż szybko zdjęto z nich te podejrzenie. Kapituła Ordo Sancti Ignis nie przyznawała waloru rycerzom z uwagi na ich szczególne właściwości intelektualne, lecz na to, że byli naiwnie wierzący i gotowi w tej naiwności wypełniać rozkazy, które częściej, niż rzadziej, powodowały śmierć lub kalectwo. Sieger nawet zdążył ziewnąć osłaniając swój brązowy wąs ręką, aby oszczędzić widoku wybitych siekaczy w ostatnim turnieju księcia, który wygrał stojący przed nim champion. Johann natomiast chwilę się zamyślił, ruszył ręką w powietrzu jakby chciał przesunąć niewidzialne pionki na szachownicy różnych zdarzeń i w końcu przemówił.
Johann:
Zrobimy pościg za tym obutym kolegą odmieńców. Jeśli jest ślad, to zbieramy ćwierć pełnego regimentu i dajemy dwa dziesięć-dnie na to, aby dorwać skurwiela. Psy, konie, prowiant. Pierwsza grupa pościgu rusza teraz, kolejne dochodzą po zmobilizowaniu. Tym zajmę się ja. Eryk z Ortfeldu zbiera swoich i ruszamy tam, gdzie był ostatni ślad obutego. Do drugiego rzutu dołącza przynajmniej dwóch magików, którzy się znają na tropieniu magii i innych tego typu sprawach. W trzecim rzucie pójdą ci, co będą szukać i wypytywać po wioskach. W każdym rzucie ma być jak najwięcej Straży Szlaków, aby było komu szukać tropu. Do Virn rusza posłaniec z wiadomością o tym, aby pilnować tych od młynów. Co tam! Niech aresztują wdowę Batyldę. Ale nie z tego powodu, że podejrzewamy ją o magiczne konszachty, tylko o z tego, że po tym co dostarczyła cały oddział miał sraczkę, więc oskarżymy ją o trucicielstwo, a później się zmieni najwyżej… jak to się nazywa… podstawy zatrzymania. Osadzenie w wieży jej nie zaszkodzi, ale po tym jak trochę skruszeje, to trzeba ją przesłuchać zgodnie z duchem inkwizycji. Posłać do nich z wieściami. To w końcu ichniejsze zadanie, aby tropić kultystów. Przydałby się nowy zarządca młynów. Wielebny wypatroszy tych tutaj i określi dwie rzeczy: czy to też krasnoludy oraz czym się skarmili w ostatnich dniach podróży. Zrobi się z tego listę i porówna z tym, co pochodzi z młynów. Krasnolud natomiast wypłaci tym co stoczyli wczoraj bitwę żołd jak za bój. Jak wyjaśni się kwestia pościgu, to będę chciał poznać tych bitnych krasnali, a może nawet wziąć ich do zajęć odpowiedniejszych dla ich talentów. Punkt zborny dla drużyn pościgowych, to będzie Hochburg Riegel. No i wygospodarować będzie trzeba cztery tuziny głów do tego, aby ogarnąć mój dobytek. Coś czuję, że matula i żonka pójdą do mej ciotki. Raczej się ona nie ucieszy, ale co tam. Nie będę ich brał na front, bo to przynosi pecha. Heroldzie, wam pozostawiam wybranie grup do pościgu, byleby szybko, bo trop nam wietrzeje. Jak jakiś trop dziś się znajdzie, to od razu po wielebnego Kanuta, aby mógł oszacować czy to ślad Ady Braun. No i niech wielebny idzie zobaczyć co z tym wędzonym kmieciem. Ewald się nazywa, gdyby wdowa… to jest żona… nie umiała wymówić jego imienia z powodu żalu, który ściska gardło. Dobry to był kmieć, ale żył dobrze, więc nie musi obawiać się spotkania z najwyższym panem. Krasnoludy mogą wracać do kolumn marszowych, ale niech dziś podróżują wygodnie. A teraz zbieramy się!
Narrator:
Johann zu Kleks z pewnością w głosie i błyskiem w oczach spowodował szybkie reakcje adresatów jego rozkazów. Poranne słońce, coraz pewniejsze siebie, przebiło się przez resztki wilgotnych oparów, zalewając mokradła miękkim złotem. Krople rosy, jeszcze niedawno ciężkie i leniwe, teraz lśniły jak rozsypane kryształy na pajęczynach i brzegach zbutwiałych liści. Z bagiennych zarośli uniósł się cichy chór owadów, brzęczących na różnych tonach, jakby każdy krzew i kępa mchu miały swój własny głos. Gdzieś w oddali, nad wyniosłą kępą olch, zakołysał się bocian, a echo jego kląskania odbiło się leniwie od tafli ciemnej sadzawki. Powietrze nasyciło się zapachem torfu, ciepłej trzciny i rozgrzanego błota, w którym można było wyczuć słodką nutę gnijących ziół — przyjemną, choć gęstą jak tkanina. Złote promienie przecinały pole pod ostrym kątem, tworząc mozaikę blasków i cieni, które przesuwały się powoli po powierzchni pobojowiska. Johann mógł wziąć dopiero teraz uspokajający głęboki wdech i wpatrując się w ten poranny krajobraz mokradeł, doświadczając nagłej jasności i żywego pulsowania światła, poczuć w sobie ducha bolesnej sprzeczności. Piękno poranka kuło, jak zbyt jaskrawe światło dla zmęczonych oczu, lecz nie wylewał on przecież łez, które teraz mogłyby się mieszać tylko z popiołem. Spojrzał w kierunku swego dawnego domostwa czując, że nie będzie miał po wojnie do czego wracać i wszystko co go czeka w przyszłości musi zostać przez niego osobiście wyrąbane mieczem. Tak jak otrzymał on szansę od księcia, dzięki łasce Mymkrafta, tak teraz zacznie się etap, który zweryfikuje czy statystycznie jedyna możliwa szansa, będzie stopniem do chwały czy utraty stanu. Gdyby nie towarzystwo, to by właśnie teraz - pierwszy raz od puszczenia się matczynej sukienki, po prostu zapłakał. Ale dotarło wnet do niego, że nie mógł płakać, nawet w samotności, bo był championem, a championi nie płaczą. Popatrzył tylko na zgliszcza swego domostwa, na zniszczone zabudowania, na podnoszącą histerycznie głos żonę, która rozkazywała chłopom wykonywać sprzeczne ze sobą rzeczy, czym potęgowała chaos. W chwili zamknięcia oczu, tak potrzebnej do poukładania myśli przemknęła mu jeszcze raz wyliczanka wątków tragedii: zwierzoludzie kierowani przez złe moce realizujące scenariusz fałszywej flagi na jego szkodę i krzywdę, elfowie i ich mroczne knowania kierujące się do rozszerzonego samobójstwa wraz z jego krajem, krasnoludzkie ambicje i utrata klanu Opiłków z gór daleko na wschodzie, jorowie prowadzeni przez proroka, który może zbudować imperium na gruzach świata ludzi no i oczywiście Ada Braun, która w jakiś sposób łączy te wątki. Przez zaciśnięte zęby Johann wziął uspokajający oddech, który pełny był od resztek porannej wilgoci zmieszanej z dymem. Otworzył oczy patrząc raz jeszcze na zbierających się wykonać jego rozkazy i ludzi, i krasnoludów, a korzystając z tego, że wszyscy krzątali się już w pewnej odległości od niego zmarszczył swe czoło w grymasie złości i wycedził przez usta:
Johann:
Znajdę i dojadę tę kurwę.
Ciąg dalszy nastąpi… |
Temat: Na Przedpolach Kleks |
Pythonius
Odpowiedzi: 2
Wyświetleń: 97
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2025-06-01, 23:22 Temat: Na Przedpolach Kleks |
Hekehard:
Również łączę się z tobą championie w bólu po stracie. Lecz nim zwolnimy wielebnego do pomocy kmieciom, zajmijmy się sprawami ważnymi. Najwyżej zapewnimy kmieciowi ostatnią posługę i kir.
Johann:
Dziękuję czarowniku.
Kanut:
Zawierz w Mymkrafta i to, że niesprawiedliwości karze on po tysiąckroć. Synu mój w wierze i rozumie, nie lękajcie się ciemności, która dziś was otacza, albowiem w mądrości Najwyższego nie ma przypadku ni bezcelowego cierpienia — wszystko, co się dzieje, dzieje się z przyczyny, choć nie zawsze dana jest nam łaska ją pojąć. To, co nazywamy dziś złem, może być tylko cieniem dobra większego, jeszcze nieobjawionego, a to, co boli, oczyszcza i ku cnocie prowadzi. Czyż złoto nie wypala się w ogniu, a miecz nie hartuje w uderzeniach? Mymkraft, który nie stworzył zła, dopuszcza je, by z wolnej woli człowieka mógł narodzić się wybór — a z wyboru, chwała. Przeto, nie bluźnijmy dziś zwątpieniem, gdy ziemia drży pod stopami, nie przeklinajmy, gdy bliscy padają w popiele, lecz spójrzmy wzwyż i pomnijmy, że bóg, który rządzi światem, widzi dalej niż my, a z każdej próby może uczynić drogę ku zbawieniu. W chwili trudu dusza wzrasta, a wierność niewzruszona ma większą wartość niż tysiąc wygód bez walki. Idźcie więc, nasz championie, jak ci, co wierzą nie tylko w sprawiedliwość niebios, ale i w sens każdego bólu, który z ufnością został uniesiony.
Johann:
Wierzę, że dojedziemy tych skurwysynów wielebny ojcze. Z bożą pomocą oczywiście.
Trudelloch:
Już się zdążyliśmy dziś przywitać z championem. Nie ukrywam jednak, że moje słowa bledną w obliczu kunsztu herolda i wielebnego.
Hekehard:
Wiesz championie cóż tu mogło się wydarzyć?
Johann:
Skurwiele co tego minotryta, czy jak mu tam było, co pokotem położony na dziedzińcu w Virnburgu był, to jego komilitoni… dobra wróć, bo mnie herold poprawi... jeszcze raz. Minotryta czy tym tur tura ubili krasnoludowie, a później śladem jego podążyli: ten krasnolud, co tam z poparzoną łapą stoi i sześciu Strażników Szlaków. Dowodził Eryk z Ortfeldu, który tam przy koniu stoi. Ja już wszystko wiem. Drugiego dnia sierpa, gdy dniało to ruszyli oni z krasnoludem Pogorzelcem, jak go kurwa teraz rozumiem, i z uwagi, że był on nawet biegły w tropieniu i dostał polecenie pomagać, to poleźli z nim po śladach. Ogary chwyciły trop i jakoś im to poszło. Czwartego sierpa wyruszyła armia, a tropiciele byli wówczas przy rzece Rivdem. Bo zwierzoludzie nie kierowali się wtedy do brodu na rzece, tylko bardziej w kierunku południowym, tak jak szlak do Gründem prowadził, przy czym odmieńcy cały czas szli ostępami, a nie szlakiem. Tam się przy rzece z początku trop urwał i całe dwa dni szukali oni jak się tamci przeprawiali. A okazało się, że mieli tratwę no i spłynęli nią do rozlewiska przy Westenlodirn. No bo tam jest bród, więc pogoń przeszła i wtedy odkryto tratwę, bo tak by już wrócili z raportem. To pewnym było, że tamci nie będą podróżować rzeką, bo zbyt wiele osad jest po drodze, a kmiotki ciekawskie są i armii wyglądali przy robotach.
Emeryk:
To trochę zaskakujące, aby te bestie korzystały tak rozmyślnie z taktyk unikania gapiów, ale kontynuujcie championie.
Johann:
Siódmego sierpa wyminęli wieś Fäller i dalej po tej stronie rzeki tropili zwierzyniec. We wsi został jeszcze jeden ze Straży Szlaków, co z armią podróżował, ale mu się akurat dziecko rodziło, więc dostał dwa dni wolnego i konia, aby dobić do bagien Nass i tam wziąć przeprawę. No to zwerbował go Eryk i wtedy byli już w siódemkę oraz karzeł. Syna w ogóle ma. Później ósmego sierpa były wyraźne ślady i już wiedzieli nasi, że tamci ścigają armię, ale szybciej zdejmowaliśmy wartownie po tej stronie rzeki, niż oni, znaczy tropiciele, do nich dochodzili. Nasi nie mogli się przeprawić przez rzekę, bo tam nie ma gdzie. Dopiero wieczorem ósmego był pierwszy kontakt wzrokowy, bo ten duży, co jak psisyn wygląda trzymał się na tyłach. No, ale później wiatr był niekorzystny, więc nasi nie podchodzili. W nocy z ósmego na dziewiątego sierpa jak nasi obozowali tam na wschód, to dojrzeli łunę światła od mojej pożogi, więc się zebrali wszyscy i na koniach pognali. Gdy dotarli, to na placu boju było tylko sześciu karłów oraz te wszystkie trupy. Górale wybili tych zwierzoludziów, a ten z młotem co tam stoi, to rozwalił tego rogatego, który nimi dowodził.
Narrator:
Johann podszedł do jego z trupów i kopnął go. Był to urgon odziany w żelazną zbroję, która również ochraniała jego jeleniowatą głowę, a przy którym leżał długi miecz.
Johann:
Moi tu w lamenty i w ogóle, że ich krasnoludy napadły, bo te kurwie… o tu proszę… poprzebierali się za krasnoludów. Pewnie jeszcze te bronie co w zapasach mieli, to podrzucić chcieli, aby moi co przeżyliby pluli na karły. Matula cały czas mówi, że to były krasnoludy, ale to tych bestii, co tu truchła są, to się nie zbliża, bo mdleje jeszcze. Spalili mi sioło w operacji konspiracyjnej co się fałszywa flaga nazywa. No, a dziś mamy dziewiątego sierpa i trzeba tu zrobić porządek. Tropiciele mówią, że jak się jakieś dziadostwo jeszcze odłączyło od stada, to najwyżej jedna sztuka i na pewno nic w rozmiarze jak ten psisyn, bo wielkie ślady były tylko jedne, a co do reszty to patrzta… O tu i tu proszę i tam.
Narrator:
Johann pokazywał kopyta i bestii.
Johann:
Ten jeden to musiał się odłączyć i to wczorajszej nocy, przy czym nie był to zwierzoludź, bo oni wszyscy w kopytach, nawet ten psisyn, a tropiciele widzieli ślady butów.
Hekehard:
Ślad butów? A to nowość.
Johann:
No ja mówił przecież, że już wszystko wiem.
Hekehard:
To jeszcze powiedz, kto za to odpowiada.
Johann:
Już mówię.
Narrator:
Zapadła cisza, której nie śmiały nawet zakłócić lamenty od strony pogorzeliska, ani ptactwo bagienne. Wzrok skupił się na młodym championie, który z wielką pewnością siebie odpowiedział.
Johann:
Ada Braun.
Narrator:
Powiał lekki wiatr, który przewiał resztki porannej mgły zmieszanej z dymem między zgromadzonymi. Konie odsunęły się od championa, a jego własny trzymany za uzdę niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. Gdzieś w oddali ze strachem zaszczekał pies, a ukryte w gęstwinie po zachodniej stronie pola kaczki wzleciały stadnie w niebo. Przez chwilę słychać było jak pod żelaznymi i stalowymi zbrojami zgromadzonych tu zbrojnych biją ich serca, niczym bębny, a metal, który ich chroni tym razem tylko potęgował ten efekt. Na twarzy zaś niemowy krasnoluda Gromila pojawił się grymas trwogi, gdyż chociaż nie rozumiał on języka ludzi, to te dwa słowa były mu znane jako klątwa, która sprowadziła nieszczęście na klan Srogich Pięści. Krasnolud mocniej ścisnął urobione pracą dłonie na rękojeści buzdyganu, a jego nogi zadrżały. Wszystkich zaś okrył na moment cień, gdyż na tarczy słońca pojawiła się akurat chmura, przez co kolory wpierw zbladły, aby natychmiast przybrać ciemniejsze barwy. Zapadła nad wyraz długa i męcząca wszystkich cisza, którą ośmielił się przerwać dopiero uczony ze stolicy Malburgii.
Kanut:
Też o wiedźmie myślałeś wcześniej mistrzu Hekehardzie?
Hekehard:
Tak. To wydaje się na razie dość dobrze uzasadnione, lecz jeszcze nie udowodnione. Po prostu najłatwiej to uprawdopodobnić.
Johann:
Bo to wygląda tak, że suka robiła knowania przeciw krasnoludom i ma te bestie na usługach. Karły dowiedziały się o spisku i na pewno wie ona, że teraz to będą chciały ją tylko zabić. No i u nas stosik dla niej już cieplutki czeka, więc najbezpieczniej byłoby dla niej skłócić nas z krasnoludami. O to nie trudno przecie, bo gdym tylko z matulą się rozmówił, to mi ona od razu wygarnęła, aby bić krasnoludów. No, ale ja patrzę, że to nie krasnoludy leżą porozwalane, bo gdy tylko się jatka skończyła, to z naszych zwiadowców dwóch jeszcze w mroku pojechało nad rzekę z tym krasnoludem Pogorzelcem, co go dobrze rozumiem, znaleźli przeprawę i szybko do jego miłości. No, ale mnie przecie szybciej zbudzili, abym decydował jako champion co zrobić i sam zadbałem o dobry sen naszego miłościwie nam panującego i żem sam tu przybył wraz z tym krasnoludem z poparzoną ręką, i tym tu tropicielem ze Straży Szlaków. A drugi przy przeprawie czekał, bo od razu krasnoludowie, z tym tu Trudellochem się doczłapali. No i po was mości panowie posłałem, bo w sumie jako piąta kompania tu trafiliście. O czym to ja… tak. No, ale ja patrzę, że to nie krasnoludy leżą porozwalane, tylko te bestie, a nasi mi mówią, że dotarli na koniec walki i widzieli, że tych świniuków, bo tak ich nazywamy, nie upiększali. No i ja myślę sobie, jaki interes miałyby karły, aby palić mi sioło, i że matula chyba źle widziała, bo jak żem wziął jedną z tych bród, i pytam matuli czy taki krasnolud się kręcił, to powiedziała, że tak, ale to była przecie sztuczna broda.
Hekehard:
Dziękujemy ci championie za tak wyczerpującą relację.
Emeryk:
Czy to na pewno Ada Braun? Czy to ślady jej butów odnaleźli tropiciele?
Johann:
No właśnie tropiciele nie są pewni, bo ślad był mniejszy od stopy tu stojącego Eryka, ale nie tak mały jak u kobiety. No, ale przecież zła baba mogła ukraść komuś buty, aby zmylić pogoń.
Kanut:
Porównano głębokość śladu i wagę ściganego?
Narrator:
W tym momencie stojący obok Eryk nie odważył się pod srogim spojrzeniem wielebnego przemówić. Jego twarz zdradzała jednak niewiedzę, jakby nie wiedział o co chodzi.
Kanut:
Korzystając z metody nauk przyrodniczych, a dokładniej z punktu widzenia biomechaniki terenowej, głębokość zapadania się stopy w grząskim podłożu jest w przybliżeniu proporcjonalna do jednostkowego nacisku wywieranego przez tę stopę, a więc stosunku masy ciała do powierzchni styku podeszwy z podłożem. Jeśli założymy, że długość stopy koreluje liniowo z jej powierzchnią kontaktową — co przy zachowaniu podobnych proporcji budowy anatomicznej jest uzasadnione — wówczas powierzchnia stopy rośnie w przybliżeniu z kwadratem jej długości. Jeśli mamy tu do czynienia z dwoma osobnikami poruszającymi się z podobną prędkością marszową w identycznych warunkach terenowych, a pierwszy z nich, o masie ciała wynoszącej, jak patrzę na stojącego obok was championie Eryka, siedemdziesiąt dziewięć kilogramów i długości stopy równej, nich zmierzę… dwadzieścia siedem i pół centymetra, pozostawiłby w podłożu ślad o głębokości dajmy na to - dwóch centymetrów, to drugi natomiast, lżejszy osobnik, o masie zgodnie z opisem Ady Braun jaki mamy - pięćdziesięciu kilogramów i długości stopy, może w takim razie dwudziestu pięciu centymetrów, skoro to tylko trochę mniejszy but, ale jeszcze nie kobiecy, to wykazuje relatywnie mniejszy nacisk jednostkowy ze względu na niższy współczynnik masy do pola powierzchni podeszwy. Po przeliczeniu proporcji nacisku i przy założeniu podobnej struktury gruntu, głębokość zapadania w przypadku Ady Braun obutej w but o takiej długości, wynosi około jeden centymetr i czterdzieści sześć setnych. Gdy porównujemy dwie osoby, możemy obliczyć, jak głęboko zapadnie się stopa jednej z nich, znając dane drugiej – jej wagę, długość stopy oraz głębokość pozostawionego śladu. Wówczas głębokość śladu drugiej osoby wyznacza się proporcjonalnie do iloczynu jej masy i kwadratu długości stopy pierwszej osoby, a całość dzieli się przez iloczyn masy pierwszej osoby i kwadratu długości stopy drugiej. To zjawisko dobrze ilustruje zależność między mechaniką statyczną a anatomiczną skalą nacisku przy ruchu jednostajnym na podłożach miękkich. Skoro jednak tego nie uczyniono, to straciliśmy dowód na wykluczenie Ady Braun z kręgu osób, które osobiście prowadziły stado. Przypominam, że dowód przeciwny byłby tu jedynie poszlaką na rzecz wiedźmy, bo wiele osób może mieć podobne parametry ciała. Dodam również, aby nikt mnie źle nie zrozumiał, ale tylko ktoś ewidentnie od niej lżejszy by wykluczał tę wiedźmę z kręgu podejrzanych, bo może zdarzyć się tak, że obładowana tobołkiem wiedźma zostawiałaby ślady głębokie jak mąż.
Hekehard:
Dowodu więc nie mamy, ale co do sprawcy całego zamieszania, to bardzo prawdopodobne, że to Ada Braun. Miała powody i narzędzia.
Johann:
Gdyby okazało się, że to wiedźma Braun maczała w tym palce, to czy mógłbym od jej ojca żądać zadośćuczynienia?
Emeryk:
Musiałbyś wpierw wycenić swe krzywdy, ale najpewniej chodzi ci o odszkodowanie, bo tu doszło do damnum emergens. Krzywdy są tu akurat akcesoryjne. Gdyby jakimś sposobem baba Braun dziedziczyła po swym ojcu, to mógłbyś zaspokoić swoje roszczenia, tak jakby, z jego majątku. Osoby podległe jednak skazaniu, a szczególnie w procesie prawa kościelnego, nie mogą liczyć na spadkobranie, więc raczej grzechy ojca à rebours nie będą mogły się tu skrystalizować. Dylematu Farewella mieć nie będziecie championie.
Johann:
Czego dylematu?
Hekehard:
Raczej kogo. To akurat z „Grzechów Ojca” i oznacza zmierzyć się z trudnym, moralnie złożonym wyborem, w którym żadna z opcji nie jest wolna od cierpienia, poświęcenia lub zdrady własnych wartości, lojalności bądź uczuć. Znaczy tyle, że nie musicie championie wikłać się w jakieś działania, bo alternatywa do niedziałania w sprawie oznacza stratę.
Johann:
Najwyraźniej herold raczy się ze mną przekomarzać.
Emeryk:
Naprawdę tak uważacie championie? Może to tylko sprawdzian? A w każdym razie, to już kolejna zbrodnia, której się dopuściła wiedźma Braun. Ze swoimi knowaniami wraca do nas niczym Pelios ze śmierci.
Johann:
Nie rozumiem tego. To pewnie znów z tych podań.
Hekehard:
Tak, Pelios to postać z legend Sorii. Wielokrotnie był na granicy umierania i często tę granicę przekraczał. Niezależnie od tego czy zamieniony w kamień, czy podzielony na liczne kwadraciki jakoś wracał do żywych, aby dalej knuć swoje mroczne intrygi. Tutaj paralela dotyczy tego, że coś niedobrego powiela się po wielokroć.
Kanut:
Jakby podliczyć te zbrodnie, to będzie rzeczywiście całkiem długa lista. Zaczynając od tego, że w Mauerburgu zeszłej jesieni otworzono blisko sto grobów i najprawdopodobniej ożywiono zmarłych, a w Weirandzie, maczała palce w uśmierceniu przeoryszy Olgi z klasztoru świętej Winandy. Później ożywienie zmarłych w Bradenmarku i konszachty z tamtejszym Leśnym Diabłem. Rzeź we Frabern i zabójstwo uprzednio zdeprawowanej Alicji zu Vogtritter. Okultystyczny rytuał w Bradenmarku, zaginięcia dzieci w Ostwaldzie, konszachty z wiedźmą Mildredą z bagien Klöm, opętańcem Reichsfreiherren Aegidiusem von Reisem. Przy czym to tylko czasami czasowe powiązanie, gdyż kult Morfistenosa, oraz kult Nehir Nuzula są dla siebie konkurencyjne i nic nie świadczy o tym, aby współpracowały. Kolejne konspiracje, tym razem z Prorokiem Cieni, wstrętnym szczuroczłekiem, którego rasa należy do denominacji Nehir Nuzula, tam zwanego Kom’mula Eluk, co na nasz język oznacza tyle co „Pradawny Szczur”. Później już tylko napaść na górali w Srogotach i ściągnięcie na nich klątwy oraz ostatnie wydarzenia, czyli próba skłócenia sojuszników podczas wojny.
Emeryk:
Nie trzeba tu być najwybitniejszym jurystą w landzie, aby dostrzec tu zgodnie z konstytucją karolińską przynajmniej ośmiokrotną karę śmierci, a zgodnie z kanonem episcopi przynajmniej pięciokrotne palenie na stosie.
Kanut:
Dobrze to liczycie heroldzie.
Johann:
Za spalenie mi sioła zatłukę kurwę, nim trafi pod sąd.
Emeryk:
Wykażcie więcej powściągliwości championie. Nie do was należy kwestia baby Braun, gdyż nie jesteście Landgrafem ani tym bardziej Wielkim Kapłanem. To kwestie wagi stanu, więc prywatne wendetty należy odpuścić i w ich miejsce wprowadzić prawo.
Trudelloch:
Wiedźma jeszcze się tu pojawi. To bardziej jak oczywiste. Jej intrygi jeszcze splotą się z naszymi drogami. Zgadzam się z jego dostojeństwem heroldem, że wykazanie się samowolą może przynieść tyle dobra światu, co Baiken za pomocą Torgina.
Johann:
Czyli niewiele?
Hekehard:
W podaniu „Zrządzenie losu” Baiken kierowana empatią pomogła Torginowi. Brutalność Gru'htara okazała się bowiem zbyt wielkim wyzwaniem dla tego mistycznego jora, ale przez tę samodzielność do świata wrócił nosiciel demona. Torgin był bowiem opętany inkarnacją złego ducha - Amoka. Ostatecznie dobre serce Baiken kosztowało ją życie, a was championie konfrontacja z wiedźmą może kosztować duszę. Poza tym nie jesteśmy w stanie ustalić teleologicznie w czym sprawa i jakie będą jej dalsze knowania, dokonałem wraz z moimi konfratrami wstępnej analizy tego o co może chodzić wiedźmie, więc może mamy jakiś trop.
Trudelloch:
I do czego doszliście mistrzu?
Hekehard:
Do tego, że potrzebujemy znacznych ilości amorficznego szkła krzemionkowego odpornego na kontaminację izotopową, aby wyśledzić wiedźmę po odkształceniach wzorca, które zostawiają jej słudzy. Sama wiedźma jest zaś kolejną stroną konfliktu, który ma związek z zamknięciem elfickich enklaw. Elfowie szykują się na wojnę, podobnie jak i my. Na północy zaś pojawiły się artefakty Cailleachów . Naczynia Krwi, które mogą odtworzyć struktury sterowalności armii Strażnika, a tym samym doprowadzić do drugiej inwazji.
Kanut:
Cailleachowie to onegdaj istniejąca frakcja elfów, z którymi walczył za życia nasz pan bóg Mymkraft. Z tego co wiemy z historii, to elfowie byli po naszej stronie podczas ostatniej inwazji Strażnika. Dowodów jest tego więcej niż potrzeba do nabrania pewności noetycznej. Mam nadzieję, że ktoś przynajmniej uzasadni, dlaczego nasi zamierzchli sojusznicy nagle mieliby dokonać odwrócenia sojuszy.
Trudelloch:
Elfowie byli po swojej stronie wielebny. Ja i ponad połowa tam stojących dvergów walczyliśmy w tej wojnie. Chociaż byliśmy młodzi, to pamięć mamy niczym wyryte runy w skałach. Czas ich nie zamazuje. Elfowie nie są sojusznikami, tylko przebiegłą rasą, która głęboko w sercu chowa pragnienie powrotu do dominacji nad światem, jaką mieli nim chodzący po ziemi Asterion zmiażdżył ich w miejscu, które dziś zwie się Erxen. Dla nas to dwa tysiące lat, lecz dla nich ledwo chwila.
Kanut:
Rację masz krasnoludzie, że dzieci lasów działali dla swego interesu. Nie rozumiem jednak jaki interes mieliby w wywoływaniu kolejnej inwazji. Ich magiczne drzewa w pierwszej kolejności padają pod razami Strażnika. Dość wskazać, że w zniszczonych wschodnich landach uchowały się nasze miasta, lecz nie uchowało się żadne elfickie drzewo.
Hekehard: Nie mamy pewności, ale elfowie zdaje się, że będą prowadzić wojnę między sobą, a przynajmniej takie wieści otrzymaliśmy z dworu w Ostwaldzie. Landgraf Gerarda zu Gestirn-Ostwalda już działa w tej kwestii, gdyż ma tytuł protektora elfów, a tytuł ten zobowiązuje. Może niektórzy elfowie marzą o pięknym samobójstwie, a inni godzą się na życie w swych enklawach?
Emeryk:
Jaki interes w tym może mieć zła baba Braun?
Hekehard:
Naturalny.
Johann:
Wyrazisz się jaśniej magiku?
Hekehard:
Przyroda nie pozostawia pustych nisz. Jeśli dojdzie do drugiej inwazji Strażnika, to znów istnienie Siegvaardu będzie zagrożone, a jeśli przegramy, to w miejsce pustki wejdą złe moce. Czy to elfowie, czy jorowie, to już nie będzie nasz problem, bo nas nie będzie, ale wiele mrocznych mocy może skorzystać na naszej zgubie.
Kanut:
Na czym wasza konfraternia opiera takie domysły?
Hekehard:
Na razie na poszlakach i dwóch wiecznych regułach. Pierwszej, że jeśli intencje nie są znane, to trzeba przyjąć, że są najgorsze z możliwych. Nie patrzcie na mnie oczyma ludzi biegłych w prawie, opowiadam o kategoriach politycznych. Druga reguła to taka, że każda siła dąży do rozrostu i kooperuje tylko wtedy, gdy może jej to przynieść dalekosiężną korzyść, a gdy tego nie czyni, to przegrywa wyścig o istnienie z tymi siłami, które się poddają tej regule.
Emeryk:
Idąc tym tokiem myślenia powinniśmy rozważyć obecność krasnoludów po naszej stronie, ale jak dobrze wiecie mistrzu Hekehardzie istnieje jeszcze jedna z ważnych reguł. Przyjąć należy, że istnieje honor, a ten pokonuje nawet śmierć.
Hekehard:
Honor to dla mnie przesłanka ledwo osobista, ale na pewno nigdy polityczna. Próba wprowadzenia honoru w sferę polityczną kończy się zwykle jego instrumentalizacją — staje się on narzędziem propagandy, a nie rzeczywistym imperatywem moralnym. W tym sensie honor jest wartością przed-polityczną — zakorzenioną w etyce, a nie w strategii.
Kanut:
Poszlaki to trochę zbyt mało, a powoływanie się na drugą inwazję wydaje się być bajką do straszenia dzieci. Siły Strażnika zostały rozbite, a nim zbierze on kolejną armię będą musiały minąć jeszcze dziesięciolecia, jak nie stulecia. Poza tym naukowo opisano te armię Strażnika i różni się ona istotnie od naszych armii. Składając się w znaczącej części z bezmyślnych, niepodlegających dyspozycjom intelektualnym bestii i stworów, nie może być wykorzystana bez odpowiednio gęstego łańcucha dowodzenia, które w tym wypadku polega na bezpośredniej kontroli, której bliżej do władztwa nad marionetką, niż do władztwa nad żoną.
Emeryk:
Z tego powodu po zniszczeniu średniego szczebla dowodzenia rozsypała się armia północ w serii bitew Vorseeburgskich. Tutaj wielebny Kanut ma absolutną rację. Do kontroli stanu armii Strażnika nasz najwyższy z najwyższych Kaiser nawiązał stałą współpracę z Imperium. My nie wiemy, jak wygląda sytuacja, ale dwór cesarski trzyma rękę na rękojeści miecza, aby skutecznie uciąć wszelkie problemy w zarodku. Gdyby istniało zagrożenie, to dziś nie byłoby nas w drodze na konflikt wewnętrzny, tylko oddawalibyśmy chorągwie do manewrów po wschodniej stronie Hochkaltu.
Hekehard:
Dlatego potrzebne są Naczynia Krwi. Dzięki tym artefaktom można wzmocnić wiele łączy mentalnych i uczynić z różnych względnych podmiotów i przedmiotów jeden organizm, a przynajmniej mamy podejrzenia, że można dokonać takich rzeczy.
Kanut:
Cesarski mag Rubikon umiałby tego dokonać?
Hekehard:
Nie wiem tego, ale z powodów doktrynalnych…
Kanut:
Przynależności do Zakonu Awatarów. Wypaczonego tworu żywego boga, który miast wypełnić jego wolę, pozostał zdewastowaną kpiną z praw najwyższego.
Hekehard:
Przedpola Kleks nie są najlepszym miejscem do prowadzenia dysput eschatologiczno-eudajmonistycznych. Baczcie wielebny na czas i miejsce.
Trudelloch:
Nie zrażajcie się mistrzu. Kontynuujcie.
Hekehard:
Zakon Awatarów ma obowiązek zniszczenia wszelkich prób powrotu hegemonii sidhe. Pierwsze Naczynie Krwi zostało zniszczone przez mistrza Rubikona.
Emeryk:
Skąd jego czarowna ekscelencja je miał?
Hekehard:
Od czwórki śmiałków, którzy odbili je z rąk maszkaronów i wysłani do Malheim wręczyli Rubikonowi. Nazywali się Breg Kramel, Cuthbert Tinuuns Mark Kramel i Olvo „Mętne Sadło”. Mistrz Waldemar był ich opiekunem.
Trudelloch:
Olvo „Mętne Sadło” to lodowy krasnolud?
Hekehard:
Tak. Czy to jeden z tobie znajomych dvergów?
Narrator:
Trudelloch pokiwał znacząco głową.
Kanut:
Widać krasnoludowie znają się tu doskonale.
Trudelloch:
Tak wielebny, nie jest nas tak wielu i plotki szybko się rozchodzą. Za plotkami zaś krąży szczerość. Wszyscy służymy Ojcu, a ten kazał nam pomagać sobie. Gdy więc ziomek z dalekich stron zawita w nasze strony, to jasnym jest, że go poznajemy i pomagamy mu. Reguły te i podobne składają się na prawo gościny.
Emeryk:
Wróćmy do meritum. Masz jakieś uwagi championie?
Johann:
Tak po prawdzie, to nie wiem czy wszystko rozumiem, ale jak diabeł chodzący po naszym świecie, którego zwiemy Strażnikiem, zechce tu przyjść, to jeszcze raz będzie trzeba go rozbić. Rozumiem jednak, że lepiej będzie po prostu uniemożliwić mu przyjście, miast prowadzić z nim wojny, więc może sami na wszelki wypadek spalimy wcześniej wiedźmę? No i może te talerze, o których mówił magik.
Hekehard:
Myślę championie, że one się nie będą paliły na stosie.
Johann:
To zawsze można w nie pierdolnąć kowalskim młotem. No i ten… to je na wszelki wypadek znajdźmy, aby wiedźma nie mogła z nich skorzystać.
Trudelloch:
Chcecie najechać elfickie enklawy championie?
Johann:
Możemy to zrobić?
Emeryk:
Nie.
Johann:
To trochę komplikuje moje plany.
Trudelloch:
Chociaż nie możemy ukrywać, że przy odpowiedniej logistyce połączona armia pod dowództwem jego miłości Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra, przy zapewnieniu odpowiedniej rezerwy mogłaby sobie poradzić z elfami żyjącymi w Urwaldzie.
Kanut:
Czcze marzenia krasnoludzie. Blisko w pięćset dwudziestym roku rheinlandzkie zakony zgromadziły armię piętnastotysięczną w kampanii przeciwko elfom z Unermesslichwaldu. Z tych piętnastu regimentów, które weszły do lasu wyszło ledwo dziewięć. Ilu elfów wówczas straciło życie? Może pięć setek.
Emeryk:
Pragnę się nie zgodzić z wielebnym. Istotnie wojna z pięćset dwudziestego roku może wydawać się kontrowersyjna dla kogoś, kto nie zna się na strategii wojennej, lecz trzeba tu dokonać analizy skutków w ramach konfliktu asymetrycznego. Oczywiście straty zakonów były ponad dziesięciokrotnie większe, niż straty elfów w tej dwuletniej wojnie, lecz trzeba zauważyć, że ostatecznie z Unermesslichwaldu zostały wytępione elfy. Stało się to głównie za sprawą tego, że ówczesny dowódca wojsk zakonnych, generał Ansgar Czwarty Fürst von Salza dobrze skalkulował zjawisko uzupełniania strat w ramach długich kampanii. Mimo konsolidacji ówczesnych elfów z tamtych stron, mogli oni do walki wystawić trochę ponad tysiąc wojska, a po drugiej stronie mieli piętnaście razy tyle.
Johann:
Druzgocząca przewaga liczebna.
Emeryk:
Tak! Von Salza wiedział, że nawet jak straci połowę wojska, a elfowie jedną trzecią, to u niego nastąpi uzupełnienie całkowite w tempie dwudziestu lat z szansą powodzenia ponad dziewięćdziesięciu procent, a przeciwnik będzie potrzebował do tego ponad trzystu lat i jego szansa powodzenia, to mniej jak dwadzieścia procent. Elfowie podjęli walkę i dość szybko zorientowali się, że to oni są ofiarą konfliktu asymetrycznego i mimo ubicia dziesięciu ludzi kosztem jednego straconego elfa, to kontynuowanie konfliktu zakończyłoby się utratą wszystkich wojowników, bez możliwości dokonania ekspansji na terytorium adwersarza. Nie było to bowiem możliwe tak skromnymi siłami, więc pozostała manewrowa wojna obronna. Mimo doskonałej mobilności w obszarach leśnych straty okazały się jednak zbyt poważne i bez szans na uzupełnienie z rezerw, ani interwencję zewnętrzną doszło do kapitulacji. Oczywiście wpływ na to miała również blokada handlowa enklaw przez co zapanował w nich głód, ale więcej elfów ginęło w boju. Jak dobrze wiemy Dzieci lasów porzuciły swoje enklawy w Unermesslichwaldzie i skorzystały z gościny w Urwaldzie. Od tego czasu populacja elfów, zwłaszcza po inwazji Strażnika, nie wróciła do stanu sprzed tej wojny.
Johann:
Książe by tam sobie poradził nie gorzej z tymi elfami niż kiedyś Rheinland. Dobrze poprowadzona bitwa i po sprawie.
Emeryk:
Kampania w Unermesslichwaldzie nie miała żadnej wielkiej bitwy. Cała składała się z wojny podjazdowej elfów wobec nacierającej awangardy przez wypalany las w kierunku enklawy. Elfowie atakowali w dość niehonorowy sposób posyłając najczęściej strzałę w rzyć zbrojnego, gdy ten szedł się wypróżniać. Po pierwszych atakach pancerni przestali oddalać się za potrzebami, a część po prostu defekowała w zbroję, aby uniknąć okaleczającego ostrzału. Dość wskazać, że rychło w armii wybuchła dezynteria, którą podsycała najpewniej elficka magia. Większość ofiar tej wojny po stronie ludzi, to po prostu ofiary chorób wojska. Ta sprawa się ustabilizowała, gdy po prostu von Salza wycofał wszystkie rezerwy poza bezpośredni kontakt walk w lesie. Wówczas dochodziło do liczniejszych potyczek, ale ocalono trzon armii i wygrano kampanię. Podjęto przeto decyzje strategiczne zgodne z nauką.
Kanut:
Nauka mówi, że nie warto wszczynać wojen, których nie umie się zakończyć. Nie widzę istotnego powodu, aby wikłać się w jakąś poboczną wieloletnią kampanię. Takie działanie przeczy logice. Bez oparcia strategicznego celu wojna staje się czymś irracjonalnym. W takiej sytuacji eskalacja przemocy nie prowadzi do żadnej przewidywalnej korzyści, a jedynie zużywa zasoby, ludzi i legitymizację polityczną. Każda wojna powinna mieć punkt rozstrzygnięcia oraz architekturę powojenną, którą da się zaprojektować, zanim padnie pierwszy rozkaz natarcia. Bez tego wojna jest ruchem nie w stronę zwycięstwa, lecz w stronę chaosu, a ten, kto nie zna ścieżki wyjścia, staje się więźniem własnej decyzji o wejściu. To jest zgodne z nauką.
Emeryk: Decyzja o rozpoczęciu wojny często wynika nie z kalkulacji matematycznego końca, lecz z presji politycznej, moralnej, społecznej lub psychologicznej — gdy sytuacja dojrzała do punktu, w którym niedziałanie grozi większą stratą niż działanie. Chyba się co do tego zgodzimy. |
Temat: Na Przedpolach Kleks |
Pythonius
Odpowiedzi: 2
Wyświetleń: 97
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2025-06-01, 23:15 Temat: Na Przedpolach Kleks |
Wojna Nieludzi - Akt II miała swój finał kilka świec temu, lecz Bohaterom nie było jeszcze dane świętować i pielęgnować swe rany, gdyż zagrożenie było wciąż odczuwalne. Napaść świniuków została zatrzymana, lecz jak los zdecydował, nie było to ostatnia bitwa
NA PRZEDPOLACH KLEKS
Postacie dialogu:
Emeryk - Herold Emeryk von Richtenberg
Hekehard - Mistrz Hekehard z Zwischenbergu
Johann - Johann zu Kleks
Kanut - Doktor Kanut z Kröne
Trudelloch - Trudelloch „Cwany” Grommilssønn z klanu Srogich Pięści
Narrator:
Noc powoli ustępowała bladej poświacie wschodzącego słońca, rozciągając nad bagnami rozmyty welon fioletów i srebrzystych błękitów. Wilgotne powietrze było gęste od zapachu rozkładającej się roślinności, błota i leśnych mchów. Wśród ciemnych kęp sitowia i trzcin, z porannej mgły wynurzały się sylwetki trzech dostojnych jeźdźców, których płaszcze ciężko zwisały od rosy. Towarzyszyło im dwunastu zbrojnych, których konie stąpały ostrożnie po rozmiękłej ziemi, zostawiając głębokie ślady w nasiąkniętym torfie. Tuzin rycerzy tworzyło zwarty, imponujący szereg, jakby wykuty z jednego metalu. Każdy z nich nosił własny herb na tarczy i na płóciennej opończy, lecz barwy ich były dobrane harmonijnie, w odcieniach ciemnego błękitu, burgundu i złamanej bieli, tworząc wspólną estetykę eskorty dworskiej. Na ich głowach lśniły basinety i podniesione przyłbice, spięte pod brodami skórzanymi rzemykami, z daszkami ozdobionymi delikatnym filigranem lub wstążkami w barwach landgrafa. Część rycerzy nosiła dodatkowo pierścieniowe kaptury kolcze, które opadały na ramiona i chroniły kark przed słońcem i ostrzem. Każdy z nich odziany był w kirys z wypolerowanej stali, przylegający do ciała niczym druga skóra, a pod nim nosili zbrojny wams, pikowany i przetykany stalowymi płytkami. Naramienniki i naręczaki zdobione były rytami — nie przesadnie, lecz z wyraźnym smakiem rycerskiego etosu. Rękawice z ruchomymi paliczkami zwisały luzem, gotowe do szybkiego uchwycenia wodzy lub miecza. Na biodrach każdy miał przypasany siegvaardzki miecz w pochwie obciągniętej czarną lub brązową skórą. Ich konie miały zaś uprzęże nabijane mosiężnymi ćwiekami, a na piersiach zawieszone były proste, lecz godne chamfrony z herbem Westwaldu. Na łbach niektórych koni spoczywały półhełmy z kapturem skórzano-metalowym, a na grzbietach też niektórych koni płócienne derki w barwach eskorty, sięgające do koni. Te ostatnie zaś falujące przy ruchu, dopełniały wrażenia porządku i potęgi — jakby przez poranne światło przesuwał się cień oddziału z legend. Każdy krok wierzchowców wydawał bulgoczący dźwięk, jakby ziemia sama szeptała przestrogę przed tym, co czeka dalej. Na skraju mokradeł, wśród kikutów połamanych wierzb i więdnących paproci, rozlegały się pohukiwania czapli i skrzeki przelatujących nad głowami kruków. Czasem z trzaskiem poderwała się ku górze spłoszona sarna, a echo tego dźwięku zdawało się odbijać bez końca w mlecznej mgławicy. Zapach dymu, stary, przesycony wilgocią, wciąż unosił się gdzieś w tle — ledwie wyczuwalny, ale niepokojąco trwały. Zbrojni milczeli, pogrążeni w czujnym skupieniu, jakby każdy liść, który drgnął na skutek powiewu porannego wiatru, mógł zwiastować pułapkę. Gdy opuścili najgłębsze bagna i zbliżyli się do wzgórza, z którego widać było pogorzelisko, mgła zaczęła się przerzedzać, ukazując czarne szkielety drzew i zgliszcza dawnych zabudowań. Spalona ziemia mieszała się z zapachem ziół porastających jej brzegi — piołunu, dziewanny i mięty — jakby natura próbowała przykryć ślady tragedii. W tym zapomnianym przez czas miejscu, poranne światło zaczynało malować pierwsze złote refleksy na hełmach jeźdźców i na ich srebrnych ostrogach. Nawet konie, jakby wyczuwając ciężar miejsca, zwolniły kroku, a dźwięk ich oddechów zlał się z cichym pomrukiem wiatru przemykającego między spalonymi belkami. Poranek czterdziestego pierwszego dnia lata tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku Ery Upadku Svirtbēt mógłby lśnić nad siołem Kleks, położonym niedaleko bagna Nass w sigvaardzkim Westwaldzie, lecz wschodzące słońce miało kłopot, aby złocisto-pomarańczowymi promieniami uatrakcyjnić wciąż dymiące pogorzelisko. Główna chałupa w tym siole, której dach nie był pokryty jeszcze wczoraj ni łupkiem, ni gontem, lecz po prostu strzechą, spłonęła do podbudówki wraz z całą zawartością. Ogień nie oszczędził również stojącej obok stodoły i obory, a dalej uratowało się ledwo kilka ziemianek. Pospólstwo najwyraźniej w większości przeżyło, gdyż ich lamenty zagłuszały tak charakterystyczne dla tych okolic poranne koncerty rokitniczek i trzciniaków zwyczajnych. Będąc dostatecznie blisko pogorzeliska dość szybko uwaga schodziła ze zgliszczy i kierowała się do pomiażdżonych, posiekanych i rozbebeszanych trupów bestiatów, których posoka mieszała się w miejscu nocnej walki z poranną rosą. Zacni jeźdźcy nie musieli jechać już dalej, aby oglądać spaleniznę, gdyż najwyraźniej właśnie dotarli do miejsca, gdzie było to po co tu zajechali. W najbliższej okolicy, w przeciwieństwie do licznej lamentującej ciżby z terenów pogorzeliska, były dwa tuziny zbrojnych, z czego przynajmniej połowa oznaczeniach Westwaldzkiej Straży Szlaków, a do tego blisko półtora tuzina krasnoludów. Gdy tylko zaś zacni jeźdźcy znaleźli się w zasięgu wzroku zgromadzonych w rejonie jatki, wszyscy którzy jeszcze w tym momencie byli na swoich wierzchach zeszli z nich i poczęli bić ukłon, a krasnoludowie stąpający w swej liczbie, na pewno co do ostatniego jakoś skłonili swe głowy, na znak, że już widzą co się dzieje. Jeden z tych przynależnych do ludu gór wystąpił w towarzystwie okaleczonego na twarzy dverga i dostąpił na tyle blisko przybyłych, aby bez większego wysiłku móc się z nimi rozmówić. Trudelloch „Cwany” odziany był w stalowy, chyba nowy pancerz, gdyż lśnił nowością, ale ten ciemnowłosy na głowie i na brodzie krasnolud miał ubłoconą nogawkę oraz dół peleryny. Świeżo przybyli zaś zeszli ze swych wierzchów, aby uhonorować gospodarza tutejszej kaźni, a niemal w tej chwili poczęli zbliżać się prowadząc za uzdy swe wierzchowce Strażnicy Szlaków, którzy stali po drugiej stronie areału bitwy. Każdy z tu zgromadzonych wykonał najdostojniejszy salut jaki umiał, przy czym każdy wykonał go nieprawidłowo do rangi przybyłych.
Hekekard:
A oto nam naprzeciw zmierza krasnolud Trudelloch. Patrząc po pobojowisku, to szykuje się całkiem ciekawa opowieść.
Narrator:
Rzekł z entuzjazmem mistrz magii Hekehard z Zwischenbergu - szpakowaty mężczyzna o dłuższej brodzie, który półdługie włosy spiął klamrą, a swój podróżny płaszcz z wyszywanymi symbolami cesarskiej warowni Malheim spiął mocniej chroniąc się przed odchodzącym chłodem nocy. Jego towarzysze mogliby poczuć obrazę z powodu wysłowienia się wcześniejszego niż oni – ludzie tronu i ołtarza, lecz nie poczuli, bo wiedzieli, chociaż nie okazywali tego, że wiedzą, o tym, że mistrz Hekehard dobrze zna się z Trudellochem. Herold Emeryk von Richtenberg odziany był w letnią szubę z lekkiego sukna, barwy czerwonego cynobru, podszytą lnem, spiętą u szyi mosiężną fibulą w kształcie lwa dzierżącego tablicę prawa. Pod nią widniał wams z cienkiego sukna morskiego błękitu, haftowany przy mankietach jedwabną nicią w roślinne ornamenty, a nogawice — przypięte do wamsu trokami — były barwione w kolor jasnej ochry, wsunięte w ciżmy z ostrogami. Na lewem ramieniu nosił naramiennik z wypolerowanego mosiądzu, rytowany herbem Westwaldu — „Słońcem Borów” - Pięcioma czarnymi sosnami pod złotą tarczą słoneczną na zielonym tle, a spod niego spływała krótka, gdyż sięgająca ledwo pasa, kolczuga dla ozdoby raczej niźli ochrony. Pas jego, skórzany, nabijany mosiężnymi ćwiekami, dźwigał pochewkę z mizerykordią. Na dłoniach miał rękawice z cienkiej skóry jeleniej, wyszywane literami kancelarii, a na głowie dworski kaptur z płótna barwionego na szaro, z wszytą obrączką brązową, będącą znakiem urzędu. U boku siodła dyndał róg z kości narwala, oprawiony w miedziane okucia, noszące o dziwo dewizę w języku Imperialnym: In fide regni. Cała jego postać, choć nosiła ślady pośpiechu, zdradzała urząd pełen powagi i dostojeństwa, nieprzystający pospolitemu wojakowi, lecz przynależny słudze prawa i korony. Jakże przy nim skromnie wyglądał duchowny – wielebny doktor Kanut z Kröne odziany jedynie w habit z cienkiej wełny barwy popiołu, z naszytym na piersi białym słońcem. Na szyi miał zawieszony szkaplerz z lnianego płótna, obrębiony wąskim haftem z tekstem psalmu, a jego długi płaszcz podróżny — opończa spięta pod szyją prostą klamrą cynową — był wyraźnie zakurzony od drogi i wilgotny od porannej rosy. Nogawice miał z szarego sukna, wsunięte w proste ciżmy pielgrzymie bez ostrogi, gdzieniegdzie popękane od długiej służby w polu. Przy pasie wisiała niewielka księga w skórzanej oprawie, zdobiona skromnymi skrzyżowanymi mieczami w okrągłym polu z wyraźną pośrodku kropką, a z boku woreczek z przyrządami do pomiarów — zważony ciężarem mosiężnych cyrkli i fiolkami zatkanymi woskiem. Jego postawa, choć nie wojskowa, była wyprostowana, a twarz zroszona potem i światłem poranka mówiła więcej o nieprzespanej nocy oraz wewnętrznej gorliwości niż o dbałości o szatę. Nie omieszkał jednak założyć na palce rąk sześć dość eleganckich pierścieni. O dziwo jego już starcza twarz, w przeciwieństwie do pozostałych podróżnych była w pełni wygolona. Większe jednak zdziwienie powodował przypięty do siodła konia nadziak, który przy takim wyglądzie posiadacza, w stosunku do reszty jego kompanii, wydawał się dość komicznym rozwiązaniem.
Trudelloch:
Chwalmy wschodzący dzień możni panowie! Rad jestem, że tak szybko udało się szanownym waszmościom przybyć.
Hekehard:
Chwalmy też twego Ojca i jego Córki!
Emeryk:
Chwalmy i jego Synów! Miłościwy Trudellochu, zacny potomku klanów zakutych w granit i ogień kuźni, przyjmijże nasze pokłony i laury. Przez knieje mokre i błotniste, przez wyziewy ziemi nasiąkłej żalem i śmiercią, dotarliśmy o brzasku ku miejscu, gdzie noc ostatnia uniosła swe ostrze przeciw braciom twoim. Sława waszej krasnoludzkiej sprawności i męstwa już dotarła do obozu, jak poranny wiatr niesie wieść o burzy. Ledwie sześciu w zbroi i odwadze, a staliście się postrachem i końcem dla licznej zgrai dzikich i plugawych zwierzoludziów.
Kanut:
A nade wszystko chwalmy Mymkrafta. Może Heroldzie jednak ograniczmy laudację i skupimy się na zebraniu wieści, aby ubrać je w raport dla jego miłości?
Narrator:
Emeryk podniósł okutą w płytową rękawicę dłoń, aby ukontentować wielebnego Kanuta. A jego gest przyćmił przywitania rycerzy, którzy uznawszy prymat konwojowanych wyczekali z grzecznościami na sam koniec. Dverg, który podszedł z Trudellochem milczał, gdyż w ogóle nie znał sigvaardzkiego języka, a nawet jakby znał, to nie miałby co w nim powiedzieć. Krasnolud ten bowiem nazywał się Gromil „Skałodrąż” Figgimssønn, który niegdyś podczas potyczki otrzymał uderzenie maczugą w żuchwę, które spowodowała odgryzienie języka, połamanie zębów, złamanie szczęki, a także uszkodzenie grdyki. Od tego czasu minęły dziesięciolecia, ale zdolność zrozumiałej mowy mu nie powróciła. Trudelloch z doskonale wyuczoną etykietą wymienił się grzecznościami z przybyłymi, lecz nie uszło jego uwadze to, że przywitanie, które jął Herold Emeryk von Richtenberg było bardzo ogólne, a gdyby się przyłożył doń, to by po prostu chwalił dzień Svardød.
Emeryk:
Ponoć champion Johann już tu jest. Nie widać go w tym zgromadzeniu.
Trudelloch:
Cały czas gania po stronie pogorzeliska. Ponoć to były jego zabudowania.
Emeryk:
Ponoć? Czyżbyś nie pamiętał jak nie dalej jak trzy dni temu opowiedziałem ci synu Krwawojatka o tym, że po tej stronie mokradeł Nass znajduje się sioło Kleks, które jest własnością championa czwartego turnieju jaśnie pana Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra? Przeto nie omieszkałbym nie wspomnieć, że chodzi o Johanna zu Kleksa, syna Johanna herbu proso, prowadzącego pierwszą chorągiew rycerską Westwaldu.
Trudelloch:
Wybacz heroldzie, lecz nie znam tak dobrze topografii tych ziem. Mówiłeś do mnie, lecz nie miałem mapy przed oczami.
Emeryk:
Tak… nie miałeś mapy.
Kanut:
Ponownie wnoszę panowie - zakończmy uprzejmości i te nieuprzejmości, bo dzień wschodzi, a nasza armia już się zbiera, aby ruszyć do Hochburg Riegel. Musimy zebrać wieści i informacje, aby było co zaraportować jego miłości Landgrafowi Fürstowi Ferdinandowi Pierwszemu Adler-Herrowi.
Hekehard:
Słuszność po twej stronie doktorze. Zaczekamy na championa Johanna?
Kanut:
Raczej nie rozszerzy on naszego pola epistemologicznego. Niech nasz „przyjaciel” krasnolud przemówi.
Narrator:
Krasnolud skinął głową na znak zgody, a niezbyt zorientowany stojący obok niego Gromil powtórzył ten gest myśląc, że to kolejny etap ludzkiego powitania. Trudelloch dojrzał to z niesmakiem i począł szybko żałować, że zdecydował się na niemowę, mimo tego, że w gromadzie dvergów pozostały postacie o znacznie większej ogładzie i orientacji. Patrzyli teraz na niego z odległości bohaterowie nocnej bitwy - Brond "Łamacz Kości" Grunalssønn, Ksawery Brauer, Theobald „Gromowładny” Grunalssønn, Gollo „Piętopal” Groburssønn, Kligo „Ciosowłeb” Groburssønn oraz Tordrek „Łamacz Strzał” Hoggssønn oraz ich ziomkowie z klanu Srogich Pięści: Hargru „Dzik” Abgvissønn, Lirgvi „Płacz Matek” Adgrussønn, Karad „Staloróg” Burglissønn, Frigad „Stalohełm” Karadssønn, Bomgor „Fałszerz Nut” i Bomdin „Leniwa Noga” Karhargvissønnowie, Korjon „Nosobrak” Rakbunssønn, Tormil „Piach” Thunnalssønn oraz Revlir „Z Nieprawego Łoża”, którzy byli zaprawionymi w bojach dvergami z drużyny Czachotarczów, a także przybyły wraz ze Strażnikami Szlaków, niemal z odsieczą, Ulf „Pogorzelec” z rodu Jarych Bobków – jedyny tu obecny z klanu Bokobrodych, który nie służył w drużynie svaglara, lecz w drużynie Przelewaczy Krwi i Cyny u Dimma Dvilfssønna. Trudelloch „Cwany” przybył w solidnej obstawie, gdy tylko doszły do niego wieści o tym, że trzeba naprędce zmodyfikować jego plan z wczorajszej doby, który z przyczyn niezależnych nie mógł zostać zrealizowany. Dvergowie byli podjudzeni wolą przelania krwi od chwili, gdy dowiedzieli się, że ich ziomków spotkała bitwa z odmieńcami, lecz najwidoczniej przegapili bezpowrotnie okazję do znalezienia zwady po tej stronie rzeki Westerlodirn i jedyne na co będą mogli teraz liczyć to bycie spektatorami bitwy na słowa w języku, którego ponad połowa z nich nie znała.
Trudelloch:
Co już wiecie zacni panowie?
Emeryk:
Zbudzono nas z wieścią, że doszło do kolejnej konfrontacji z bestiatami i kolejny raz konfrontacji tej dokonali twoi ziomkowie krasnoludowie. Sądząc po okolicznościach przyrody, tym razem wydarzyło się to w ciekawszej scenerii i z widzami dookoła.
Trudelloch:
Czyli dobrze już wiecie o zaczątku tej kwestii. Tak, to prawda. Jak widać po zgromadzonych tu zbrojnych doszło do przejęcia oddziału zwierzoludziów przez strażników i zwiadowców armii mego brata. Teren został zabezpieczony, a wszyscy zgromadzeni potwierdzą, że nie dokonano żadnych modyfikacji ich wyglądu przed waszym to przybyciem.
Kanut:
Nie ukrywam swego zdziwienia, gdy patrzę na to truchło, które spoczywa u moich stóp. Straż! Postawić tę bestię do pionu!
Narrator:
Nie ci zbrojni, którzy dotarli z zacnymi jeźdźcami, lecz ci wcześniej zgromadzeni w liczbie trzech spojrzało po sobie i poczęli zbliżać się do doktora Kanuta z Kröne, a ten wskazał im jedne ewidentnie ubite przez uderzenie młota zwłoki. W niedługim czasie truchło zostało wsparte o rohatyniec przez co nabrało złowieszczego wyglądu, ale dzięki temu można było się mu również przyjrzeć bez pochylania się nad nim.
Kanut:
A cóż tu mamy? Ciemna głowa tego stworzenia znajduje się zaraz nad korpusem, a kończy wysokim garbem. Na środku twarzy stwór ma długi świński ryj, pod którym znajduje się pysk pełen ostrych zębów i dwóch bocznych żółtych, niedawno spiłowanych szabel, a po bokach głowy znajdują się żółte oczka z czarnymi źrenicami, za którymi są krótkie szpiczaste i owłosione uszy. W profesjonalnej terminologii nazywamy takie stworzenia boarrami, a potocznie pospólstwo, które się z nimi spotyka nazywa je świniukami.
Trudelloch:
To jeszcze nie wszystko doktorze. Spójrzcie na te osobniki.
Narrator:
Krasnolud Trudelloch podszedł w inne miejsce kaźni wskazując kolejne trupy swoją dłonią. Zaczął od największego, a później skupił uwagę na rogatych truchłach. Tym razem Kanut postanowił nie upajać się swą klerykalną władzą nad prostymi żołdakami i pochylił się nad znacznie tym razem większym i chyba niełatwym do podniesienia zewłokiem.
Kanut:
Psi łeb tego stwora jest rozszerzony na szczęce i spłaszczony. Obecnie wybałuszone żółte oczy zdają się być bardzo zwinne, mimo tego, że stwór jest najpewniej martwy, gdyż jego mózg leży o tutaj. Czarny zadarty i płaski nos zdaje się unosić wargę, przez co widać więcej jak dwadzieścia kłów stwora zastygłego w agonii pełnej złowieszczego uśmiechu i chichocie. Opadnięte uszy już się nie wyprostują, aby ponownie upaść. Mimo tego, że stwór posiada szyję, to posiada jeszcze wyraźniejszy od szyi garb, na który opada mu grzywa. Bestia mierzy blisko dwa i pół metra wysokości i może ważyć przy tym więcej jak trzysta kilogramów. Jego humanoidalne pokryte brązowo-brunatnym futrem ciało wygląda na umięśnione i twarde. Mocarne ręce i nogi zdradzają dużą siłę stworzenia, a pięść zdecydowanie może zrobić dużą krzywdę przy uderzeniu. Naukowo takie stwory nazywamy gnolltaurami, ale postronni mogą je nazywać psogrami. A teraz spójrzmy na tego drugiego z prezentowanych przez naszego towarzysza krasnoluda. Stworzenie ma zdecydowanie trójkątną brązową głowę, u spodu której są wychodzące na boki mniejsze rogi, nad którymi znajduje się pysk z ostrymi zębami, a jeszcze nad nim szeroki nos. Oczy stworzenia znajdują się z boku głowy i są osłaniane ciężkimi powiekami. Pomiędzy wielkimi rozłożystymi rogami wystającymi z czubka głowy znajduje się czarna grzywa, która spada na plecy stwora. To urgon. W mowie potocznej – rogacz. Widać ich tu cztery sztuki. Tak, to ten, ten, ten i ten.
Narrator: Wskazywał kolejno truchła wielebny Kanut dłonią, w której trzymał nadziak, a przy tej czynności delikatnie kroczył, aby nie wpaść w jakieś błoto, którego na tym polu było pod dostatkiem. Jego pochód z uwagą słuchali zgromadzeni obserwatorzy, lecz dla większości była to wiedza niemożliwa do przyswojenia, z uwagi na swoiste ograniczenia. Jakoś złożyło się bowiem, że wszyscy tu obecni, prócz głównych aktorów spotkania nie słynęli z bystrości umysłu, a tym bardziej akademickiego zacięcia. Do takich zadań nadawali się jednak doskonale, gdyż byli w stanie nauczyć się jednej ważnej rzeczy – nieopowiadania o tym, co się widziało i słyszało.
Hekehard:
Gnolltaur, cztery urgony oraz tuzin boarrów. Na pewno któryś z rogaczy dowodził tym oddziałem, bo to jedyne w miarę rozumne stworzenia z tych aberroidów. Do tego jeszcze ten zawszony tuertaur, którego mieliśmy u stóp na dziedzińcu Virnburgu. Pewnie należał do tego stada, tylko odłączył się nieupilnowany i kierowany głodem, zabłądził w okolicach miasta. Zapach ciała był dla niego zbyt kuszący. Ci tutaj zdaje się byli bardziej karni i wykonywali komendy. Mam nadzieję, że wszyscy pamiętamy o tym, że po wybebeszeniu go na polecenie championa zu Kleks bez wątpliwości wielebny doktor orzekł, że stwór był przegłodzony.
Trudelloch:
Zwracam uwagę waszmościów również na to jak wyglądają o tu obecni osobnicy.
Narrator:
A przechodząc na język kamienny Trudelloch rzekł wskazując ręką.
Trudelloch: Gromil, odwróć jeszcze tego i tego na wznak.
Narrator:
Krasnolud, który towarzyszył synowi Krwawojatka wykonał polecenie, a wobec czego wszystkie świniuki leżały już w bliskiej od siebie odległości na plecach.
Kanut:
Charakteryzacja. Tak wyglądali, gdy tu zaszli?
Narrator:
Zbrojni ze Straży Szlaków pokiwali głowami, a Trudelloch się uśmiechnął oczami, gdyż jego słowa o tym, że to dokładnie ich wygląd, zostały potwierdzenie z ust jedynych świadków bezpośrednio zależnych od indagującego.
Hekehard:
Wszystkie boarry mają podobną charakteryzację, chociaż tej części musiała odpaść podczas walki. Chyba w zamyśle… Przepraszam, użyję mocniejszego probabilizmu… Najpewniej w zamyśle chciano, aby przypominali krasnoludów. Brody i okrycia głowy maskujące świńskie rysy. Lecz tylko ktoś najpewniej nieobeznany w ogóle z krasnoludami mógłby ich pomylić. Widać tu także krasnoludzką broń.
Narrator:
Mistrz magii stanowczo podniósł głowę na lamentującą gawiedź przy pogorzelisku.
Hekehard:
Co też wiele wyjaśnia.
Emeryk:
Nie obrażając waszmościów inteligencji powiem to co wszyscy myślimy, aby nie było niedomówień. Mamy tu do czynienia z operacją, która miała sprawiać wrażenie, że została przeprowadzona przez tych, których miała zdyskredytować. W sztuce wojny nazywamy to fałszywą flagą.
Trudelloch:
Nie mylisz się heroldzie. Ktoś jest nam wrogi przynajmniej tak bardzo, jak wrogie są nam elfy. Broń już została zidentyfikowana. Jest to prawdziwa krasnoludzka robota.
Kanut:
Klan Opiłków?
Trudelloch:
Niezawodna intuicja waszej wielebności kanonika.
Emeryk:
Jeszcze nie mamy wieści co się dzieje z tym klanem i nie spodziewajmy się ich przed końcem sierpa, a najpewniej i połową złotej tarczy. Z uwagi na mobilność naszej armii i niepewność rozkazów, może i do kroków nocy będzie trzeba poczekać. Pamiętajmy o wynikach sekcji, której dokonali na ubitym teurtaurze wielebny Kanut oraz czarodzieje pod przewodnictwem mistrza Hekeharda – tamten stwór pierwotnie był krasnoludem. Mniemam, że i te stwory były niegdyś krasnoludami, a przynajmniej niektóre z nich. Można powiedzieć, że u stóp leżą nam w pewnym stopniu ziomkowie naszego towarzysza krasnoluda.
Trudelloch:
Jestem tego świadom. Ojciec jednak nie wyraża woli istnienia odmieńców, gdyż ich natura jest skażona. Ubicie ich było nie tylko koniecznością, lecz również przysługą. Nie mnie osądzać to, czy stwory te miały duszę, a jeśli tak to na ile była krasnoludzka. Możliwe, że już w chwili przemiany, jeśli towarzyszył temu topos walki, dusze Opiłków trafiły pod bramy Sal Biesiadnych. Ale może stało się to ostatniej nocy. To czy dostąpią zaszczytu to dowiem się tego dopiero przechodząc do Domu Ojca.
Kanut:
A propos ludu gór. Którzy z tamtych krasnoludów ubili te stwory? Ponoć była ich szóstka, a widać całkiem pokaźną zgraję.
Trudelloch:
Część trafiła tu jako moja obstawa. Zwiad był dokonany przez braci…
Narrator:
Trudelloch począł wskazywać dłonią krasnoludów skupionych półkręgiem w pewnej odległości.
Trudelloch:
… Bronda "Łamacza Kości" i Theobalda „Gromowładnego” Grunalssønnów…
Emeryk:
Gromowładny to ten sam, który ubił uprzednio minotaura?
Trudelloch:
Ten sam heroldzie.
Emeryk:
Któż jeszcze był tak zapiekły w boju?
Trudelloch:
Bracia Gollo „Piętopal” i Kligo „Ciosowłeb” Groburssønnowie, Tordrek „Łamacz Strzał” Hoggssønn oraz…
Kanut:
Czy tam jest człowiek?
Narrator:
Trudelloch uczynił pauzę i opuścił w ten czas rękę.
Trudelloch:
O jakiego dverga pyta wielebny?
Kanut:
Nie o dverga, tylko o tego niskiego człowieka. Barki go zdradzają i linia torsu.
Trudelloch:
Nie jestem pewny o kogo chodzi doktorowi.
Kanut:
To podejdźmy i pokażę ci z bliska krasnoludzie.
Trudelloch:
Oczywiście, lecz trzeba uważać, bo…
Narrator:
Trudelloch wskazał swoją obłoconą do kolana nogawkę i cały spód swej peleryny.
Trudelloch:
… pola Kleks są bardzo zdradliwe.
Kanut:
I tak będzie trzeba ich przesłuchać. Kim był szósty dverg?
Trudelloch:
Ten stojący obok tego cherlawego. Nazywa się Brokk „Kop w Rzyć” Mortssønn. Co do przesłuchania, to nie jest ono wielebny konieczne. Cóż mogą oni powiedzieć? Ślad znaleźli, wytropili i zabili.
Emeryk:
Wszystko co mogliby powiedzieć leży tu zbroczone posoką. Nie będziemy marnować czasu.
Kanut:
Ostatnio krasnoludzie zarzekałeś się, że nie wiesz, czy odszczepieniec jest w mieście. Teraz twierdzisz, że ten, jak to ująłeś cherlawiec, to nie on. Przecież widzę z tej odległości, że pod brodą skrywa się fizjonomia człowieka.
Emeryk:
Wielebny! Wpierw nasza misja, później prywata. Dvergowie ze zwiadu musieli od wieczora być czujni, w nocy stoczyli bitwę, a teraz jeszcze zabezpieczają miejsce jatki. Nie będziemy dziś szukać twojego odszczepieńca, bo jego miłość będzie najpóźniej po śniadaniu musiał poznać status quo. Reszta to na ten moment fintifluszka.
Hekehard:
Herold von Richtenberg ma rację. Zakończmy analizę stanu rzeczy, bo słońce jest coraz wyżej, a na razie znamy tylko część sprawy. Jak przebiegło to starcie? Widać, że trup ścieli się w tamtym miejscu i tutaj.
Trudelloch:
Dvergowie natknęli się na bestiatów po tamtej stronie, a następnie ich wyśledzili kierujących się do tego siedliska. Gdy zapłonęły zabudowania rzucili się na ratunek biednym wieśniakom korzystając z rozproszenia uwagi. Wpierw trójka wyszła w tym kierunku przyciągając na siebie środek kolumny zwierzoludzi, a następnie, gdy bestiaci zaczęli cofać się ze strony podpalonych zabudowań i ci z tyłów zaczęli dochodzić, to w tamtym miejscu z flanki uderzyła druga trójka. Tutaj doszło do stłoczenia się oponentów, przez co nie mogli wykorzystać przewagi liczebnej, ale siłą zaczęli spychać naszych w tamtą stronę. Przebicie nie udało się do końca, bo dvergowie od pierwszego kontaktu ubijali nadciągających przeciwników. Po tamtej zaś stronie doszło do bitwy statycznej i po prostu każdego szarżującego bestiata sieczono, nim zdążył się ustabilizować frontem z pozostałymi adwersarzami. Od tej strony napływali kolejni odmieńcy, ale nie było im dane zewrzeć się na tyle, aby stanowić zagrożenie dla tej pierwszej grupy. Dopiero pod koniec ruszyły urgony i gnollotaur, lecz było już zbyt późno na zmianę sytuacji na polu bitwy. Sytuacja rozstrzygnęła się w zasadzie w momencie, gdy drugi rzut został obezwładniony. Co prawda dvergowie przyznali, że ten urgon zakuty w żelazo namieszał trochę na polu bitwy, ale wystawił się zbyt pewnie na przedzie i nie mając osłony bocznej po prostu legł pod wpływem celnego uderzenia. Prawdopodobnie w swej zwierzęcej głupocie nie przewidział, że można trafić go w witalne punkty, pomimo ukrycia pod zbroją. Zasadniczo powaleni odmieńcy nie wykazali się kunsztem taktycznym. Moim zdaniem byli dedykowani do szlachtowania wieśniaków, a nie symetrycznej batalii z dvergami. W pewien sposób może zawarzyło tu podjęcie walki w warunkach zaskoczenia wroga i jego rozproszenia na polu, przy koncentracji sił drugiej strony, ale nie jestem specjalistą od bitew, więc poprzestanę na tych uwagach.
Hekehard:
Wiemy, że bestiaci przybyli tu pod osłoną nocy, aby spalić sioło i winę zrzucić na krasnoludów. Cel tego zajścia jest oczywisty – wprowadzenie antagonizmów między regimentami połączonych armii. Obniżenie morale lub wyłączenie krasnoludzkiego Halbheer to dodatkowe punkty zwycięstwa dla naszych oponentów.
Emeryk:
Myślicie Mistrzu Hekehardzie, że to sprawka Rheinlandu?
Hekehard:
Nie ma na to dowodów, lecz myślę o innym oponencie.
Narrator:
Gdy już Hekehard otworzył usta do kontynuacji wywodu wtem zza dymów pogorzeliska wyłoniło się sześciu jeźdźców, z czego na przedzie jechał łatwo dostrzegalny jegomość z tarczą, na której widniał herb „Proso” – Srebrzysty kłos prosa na zielonym tle. Nikt ze zgromadzonych nie miał najmniejszej wątpliwości, nawet nie wiedzący w ogóle o czym mowa krasnolud Gromil „Skałodrąż” Figgimssønn, że oto nadciąga champion Johann zu Kleks – pan tych włości, a przynajmniej tego co z nich zostało. Kłusem dotarł do zgromadzonych i nieszczególnie gwałtownie wyhamowawszy zeskoczył z młodzieńczą werwą z siodła, aby uczynić taktowny ukłon. Jego przywitanie było nienaganne.
Emeryk:
Zaiste, młody championie, którego ramię nie zadrżało na polach chwały, ni razu nie zwątpiło w sprawiedliwość klingi — widok twej postaci w tymże miejscu, w godzinie tak świeżej, a bolesnej, jawi mi się jako znak Mymkrafta, iż popiół nie jest końcem, jeno zapowiedzią nowego żaru. Choć włości twoje legły w płomieniu, a cień pogorzeliska wciąż kładzie się na duszy tej ziemi, niechaj wiedziesz, iż duch twój, nieułomny, stoi prosto, jak chorągiew wiatrem nieugiętym targana. Nie padła wszak ziemia ta ni w czci, ni w pamięci – świadkowie byli, a ja pomnę i rzeknę, com widział i słyszał, przed tymi, co słuchają z tronów. Pomny bądź tego, iż ni tytuł, ni herb czynią męża wielkim, jeno to, jak z popiołu wstaje, i jak trzyma głowę, gdy wszystko wokół niej chyli się ku ruinie. Przeto, chylę głowę nie przed rycerzem w blasku triumfu, lecz przed wojownikiem, który pośród zgliszczy niesie głos dziedzictwa. Miej przeto świadomość, iż nieśmiertelne słowo będzie ci towarzyszyć, a ci, co teraz szeptem wspominają twój dom, wkrótce głosem donośnym wymawiać będą twoje imię.
Johann: Rad jestem waszych słów heroldzie i tego żeście mości panowie raczyli tu przybyć tak wcześnie. No kurwa, moje pole… sfajczyły mi chuje pole, chałupę i resztę zabudowań. Szlag trafił też inwentarz. Okadziło mi żonę i dzieciaka, a matula do teraz nie może dojść do siebie. Nosz… przynajmniej moi z rodziny przeżyli, chociaż pochlastały mi kurwie dwóch kmieci i jeden chyba zbyt złego powietrza się nawdychał podczas ratowania, bo leży nieprzytomny już którąś świecę. Jeśli będzie dychał, to może wielebny doktor Kanut rzuci na niego swym uczonym okiem.
Narrator:
Emeryk von Richtenberg nie zwrócił uwagi Johannowi na jego język, chociaż drzewiej czynił to bez wyjątku. Specyfika sytuacji jednak wymagała tego, aby tym razem pozwolić pofolgować emocjom. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt II |
Pythonius
Odpowiedzi: 0
Wyświetleń: 70
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2025-05-15, 21:50 Temat: Wojna Nieludzi - Akt II |
Zaczęło się od Wojny Nieludzi i rozwinęło w czasie dialogu Na Dziedzińcu Virnburg, gdzie możni na służbie księcia rozprawiali o ubitym minotaurze i konsekwencjach tego zdarzenia.
Postacie tragedii: Brond "Łamaczkości" Grunalssønn, Ksawery Brauer, Theobald „Gromowładny” Grunalssønn
- Dziadku, a dlaczego oni śpiewali tak okrutne pieśni? Nie mogli śpiewać o rzeczach milszych i godniejszych? – Zapytał młodzieniec swojego dziadka o stalowych oczach, a ten nawet nie zbierając myśli rzekł mu w replice – Krasnoludowie nie są ludźmi, a ich moralność powstała w innych miejscach i do innych miejsc jest dostosowana. Moralność ciężko przełożyć z miejsca na miejsce, a ten problem transmisji będzie rzutował na twoich ocenach. - Pełgająca świeca oświetliła uśmiech starca, który poprawił raz jeszcze kapelusz na swej siwej głowie i zdradziła wyraz zdziwienia na twarzy siedzącego naprzeciw niego młodzieńca. Opowieść o „Wojnie nieludzi” zrobiła wrażenie na młodzieniaszku i było to wrażenie o wiele czystsze, niż wcześniejsze opowieści o „Przebiciu” i „Liniach krwi”. Młodzieniec był jednak nieukontentowany, gdyż nie wyglądało na to, że opowieść się powinna kończyć w tym miejscu, więc zapytał – A co się działo później? – Starzec pogładził się po wąsie i kontynuował, aby odpowiedzieć na pytanie wnuka.
Bohaterowie płynęli na północ rzeką Westernlodirn, będąc w ariergardzie armii. Ogólnie krasnoludowie zamykali pochód wojsk, których z obozem było czternaście tysięcy. Na tę liczbę składała się krasnoludzka armia pod dowództwem Jovina „Czachotarcza”, armia z Vorbergu, który to land oddał swoje regimenty pod dowództwo księcia Ferdinand I Adler-Herr, armia z Westwaldu na czele której stanął książę, a także oddziały zaciężne, tu zwane częściej honorowymi, z Svierlandu w sile z Wischderlandu, Vorlandu oraz Richlandu, a każda z oddzielnym łańcuchem dowodzenia. Logistyka armii, która maszerowała na północ, aby trafić na wrogie ziemie, wraz z końcem żniw miesiąca sierpa, była na ten moment oparta o rzekę i możliwość spławiania nią wypełnionych szkut, barek i barkasów. Był już 40 dzień lata według kalendarza krasnoludów, który to był dniem Kowala, a od paru dni na niebie księżyc świecił prawą jasną stroną, gdy dvergowie poczęli się z wolna przyzwyczajać do zacinających każdej nocy, agresywnych komarów i much. Rechot żab, skrzeki ptactwa i pluski ryb były już codziennością, więc nie budziły takiego zainteresowania jak jeszcze kilka dni temu, gdy podróż się zaczynała. Znaczna część armii podróżowała lewą stroną rzeki, czyli po stronie księstwa Vorbergu, ale bohaterowie mieli tę sposobność płynąć w towarzystwie piastuna „Pieśniarza” oraz jego przybocznych, Gollo, Kligo, Tordreka i Emera na jednej ze szkut, którą prowadzili flisacy. Miejsca nie było dużo, gdyż większość szkuty zajmował ekwipunek obozowy i oblężniczy, lecz tyle co było wystarczyło na to, aby móc rozłożyć się z derką i nawet wyspać. Odpoczywali więc śmiałkowie, pokiereszowani po ostatnich wydarzeniach, aż do osiągnięcia okolic mokradeł z rozlewiska jeziora Nass. Był to ostatni postój przy rzece dla armii, która już niebawem miała odbijać na zachód, aby nie wkraczać na teren Urwaldu – lasu, gdzie żyły elfy. O ile niektórzy szemrali o tym, że armia schodzi z rzeki, gdyż boi się elfickich zasadzek, o tyle faktycznym powodem kontynuowania podróży wyłącznie lądem, było to, że Urwald przy rzece jest o tej porze roku wyjątkowo uciążliwy do przekroczenia, a dla tak znaczącej liczby żołnierzy byłby istnym koszmarem logistycznym. Już niebawem za wzgórzami Riegel armia miała wkroczyć do prowincji Immitenhügel, która jako Kaiserland była wyłączona z czynnego udziału w wojnie, lecz nie mogła odmówić przekroczenia jej granic przez wojska Malburgii i na zasadzie cesarskiej symetrii również wojskom Rheinlandu. Tego dnia o poranku, gdy zbierał się obóz do ostatniej podróży rzeką, do Bohaterów przybył ubrany w zbroję Trudelloch „Cwany”. Widać, że nie nosił pancerza od dawien dawna, gdyż błyszczał on odbijając oślepiające letnie słońce. Nie tak ważne było wrażenie estetyczne, które robił krasnolud, a to, że zabranym na stronę Ksawerego, Bronda i Theobalda, aby przypomnieć im o tym, że nadszedł czas, aby zrealizować plan, który omawiał z nimi Jovin. Nakazał wypocząć i bycie gotowym na wieczór. Cóż było zrobić, jak tylko cały dzień wypoczywać? Wieczorem po stronie Vorbergu wyładowywano cały ekwipunek spławiany transportem rzecznym, ale po stronie Westwaldu wystawiono posterunek zwiadowczy, który miał obozować tej nocy, po tej stronie rzeki i właśnie w tym obozie prócz Ksawerego, Bronda i Theobalda byli Gollo, Kligo i Tordreka oraz flisacy: Dorin, Krekk i Bortor oraz kilku dvergów z drużyny Krwawojatka: Mortardin, Brokk, Gromil, Tormil i Arbor, którzy zajęli się rozbiciem obozowiska, zebraniem drewna na ognisko i splugawieniem okolicznych krzaków krasnoludzkim kałem.
Emer i Karev „Pieśniarz” byli już po stronie zachodniej, lecz z uwagi, że ten pierwszy, ostatni żyjący syn męża Beatrycze, od czterech dni nie odezwał się ani słowem, jego nieobecność nie była zauważalna. Co innego brak Kareva. Po lewej stronie Westernlodirn słychać było jak dvergowie już raźnie i żwawo śpiewają wygrywane przez niego pieśni. Brond „Łamacz Kości” nastawił ucha, gdy nagle wśród pieśni słychać było górski wiatr. Ten górski wiatr z późnej wiosny. Krasnolud odwrócił się, aby poczuć na brodzie oddech rodzimych gór i przeciągnął wzrokiem na rozbity namiot na górskim zboczu. Słychać było z niego jęk, więc Brond pognał i szybko odsłonił zasłonę wejścia. Włos zjeżył mu się na brodzie, gdyż w namiocie leżał dygoczący Egar. Nie wiadomo jak, ale boczne zasłony namiotu również się podniosły i drgawki śmierci Egara poczęli oglądać Kligo, Ksawery, Emer, Gollo, Olvo, Tordrek, Theobald i Beatrycze. „Ratujmy go, on żyje”. Ktoś krzyknął i Olvo ruszył na pomoc, a Beatrycze chwyciła za rękę swego syna. Z ust Egara buchnęła krew wraz z jego ostatnim oddechem, lecz ciało nadal wyglądało na żywe, gdyż klatka piersiowa to unosiła się, to opadała, pomimo tego, że w sklepienie namiotu wbity był już martwy wzrok. „Ratujmy go, on żyje” – padło ponownie, chociaż w zamieszaniu agonii nie było wiadomo kto to mówi. Nagle wydało się tak jakby Egar wziął kolejny oddech, lecz zamiast po chwili wypuścić z płuc powietrza, jego trzewia się otworzyły przerwane chudymi pazurami i wyjrzała z nich spora głowa. Pokracznie poskładana twarz nosiła ślady krasnoludzkiej, lecz była to tylko karykatura stworzona przez niedbałego artystę. Beatrycze jednak zamarła, a Brond zdawał się mieć przewidzenie przeszłości wynikające z przeżywania tego momentu jeszcze raz. „Mamo, ja żyję!” Rzekły groteskowe usta. „Wujku Tordreku, Piastunie Ksawery, Brond, Olvo, ja żyję. Już myślałem, że te koboldy mnie dopadną…, ale…, ale skąd ten smutek na waszych twarzach? Przecież to ja Egar? Mamo, to ja! Twój syn. Czemu ronisz łzy mamo, Olvo po cóż podnosisz ten oskard?” Brond wnet ujrzał jak lodowczyk Olvo wbija nadziak w głowę stwora, a uderzenie przebija ciało Egara na wylot pozostawiając na derce pod nim plamę krwi. Beatrycze pada w drgawkach, a wokół pojawia się wrzawa. Brond jednak to na niej próbował skupić wzrok, gdyż niedługo wcześniej dowiedział się, że noszone przez nią w łonie dziecko jest jego. Teraz osłonięta plecami ziomków była zdana na łaskę i niełaskę dvergów z którymi odbyła wyprawę do Smoltet Jern. Wtem Egar podniósł głowę i patrząc na Bronda rzekł wypluwając krew: „Bestia będzie następny!”.
Piastun Ksawery siedział przy wczesnym ognisku z wystawionym kociołkiem. Obok niego siedzieli wojownicy: Gollo, Kligo Tordreka oraz zwerbowani górnicy, pasterze i rzemieślnicy ze Srogotów i Flotthus: Brokk i Gromil. Flisacy: Dorin, Krekk, Bortor oraz pozostali dvergowie Krwawojatka Tormil, Mortardin, i Arbor przygotowywali w okolicy punkty strażnicze, Piastun widział jak Brond drzemiący przy Theobaldzie właśnie wstaje z widocznym grymasem przerażenia. Piwowar nie widział jednak, że te gwałtowne obudzenie się Bronda zbudziło Theobalda, który ostatnimi czasy bardzo często się drapał, jakby z nerwów. Theobalda obudził wyczuwalny ruch na rozłożonej derce, lecz jeszcze w półśnie nie do końca wiedział co się dzieje i działały tylko jego instynkty. Ostatnio zaś pobudzony instynkt kazał mu dawać ujście swej chuci i teraz sprawił, że Theobald pokierował swą rękę do krocza próbując ze spodni wydobyć struganą laskę i by to zrobił, gdyby nie okrutne swędzenie pod koszulą i na brodzie. Drapanie sprawiło, że w palcach znalazła się jakaś lekka miękka kulka, która po zgnieceniu puściła krew. Dobry słuch łucznika wybudził go z drzemki, gdyż bicie serca Bronda było jak wojenne bębny, a jego oddech jak wicher nawiedzający wąwóz. Ksawery mógł zlustrować ich wzrokiem, gdyż już dawno zdążył wypocząć, a niechęć do bycia samemu sprawiał, że lepiej wypoczywał w tłumie ziomków z klanu, niż samemu w namiocie. Mógłby wówczas lustrować ich dłużej, gdyby nie Kligo.
Kligo: Piastun! Piastun! Hłe…
Narrator: Kligo podniósł naostrzony osełką berdysz i pokazał ostrze Ksaweremu.
Gollo: A jak się zesrasz, to też pokażesz Piastunowi swoje gówno?
Narrator: Krasnoludowie wybuchli śmiechem, którego powodu Kligo nie mógł zrozumieć i dalej trzymał swój berdysz czekając na pochwałę Piastuna. Wtem Tordrek podniósł rękę wskazując rzekę.
Tordrek: Patrzta!
Narrator: Widać było ruch trzciny i przybijającą do brzegu łódkę, która mniej więcej zrównała się z dwoma innymi łódkami, które były zacumowane po tej stronie Westernlodirn. Z poziomu obozu widać było na łódce błyszczące hełmy, spod których wystawały brody, co oznaczało, że do brzegu dobili jacyś dvergowie. Krasnoludowie nie musieli długo wytężać wzroku, gdyż rychło okazało się, że to Trudelloch „Cwany” Grommilssønn z klanu Srogich Pięści wraz z kilkoma góralami od Krwawojatka. Łódź zaryła w brzeg odpychana długimi tłukami przez dwóch dvergów i chyba można było już wyjść na brzeg. Pierwszy tej sztuki dokonał sam Trudelloch. Jedną nogą oparł się o dziób łodzi i wyskoczył w swej jakże lśniącej, ewidentnie mało używanej zbroi. Może to efekt jego niedoświadczenia, a może to, że to górale cumowali, a nie flisacy z Virn lub Gründem, lecz noga Trudellocha, która miała sięgnąć brzegu zapadła się w bagno. Krasnolud stanął na chwilę przechylony w dziwny sposób i znajdując stałe oparcie drugą nogą wyprostował pierwszą. Gdy tylko wyszedł z zasięgu wysokich traw widać było jak jedna noga i peleryna wybrudzone są lepkim, śmierdzącym, bagiennym błotem. Brokk, Gollo, Gromil i Tordrek parsknęli śmiechem, skrywając wyraźne rozbawienie pod brodami, a Kligo w sumie nie wiedział co się dzieje i nadal podnosił berdysz ku górze pokazując jak go dobrze naostrzył. Dość chwiejnym krokiem Trudelloch doszedł do obozowiska, gdy dziewięciu górali wyładowywało z łodzi skrzynie z jakimś zaopatrzeniem, a także otwarte skrzynki z jakimiś wiktuałami.
Trudelloch: Chwalmy Kowala!
Tordrek: Chwalmy Kowala!
Gollo: Chwalmy Kowala!
Brokk: Chwalmy Kowala w jego dzień!
Trudelloch: Co tam pichcicie w tym garze?
Gollo: Mrówki i żabie łapki.
Trudelloch: Co to za dziwny przepis.
Tordrek: Od flisaków. Na początku myśleliśmy, że to jakiś dowcip, ale zaklinali się na Górnika, że to normalny przepis i tu się takie rzeczy jada. Zjedli pierwsi, później daliśmy Kligo do spróbowania i nawet mu smakowało, a później reszta jadła i to nawet dobre.
Brokk: Trochę tych żab trzeba było nałapać, ale jak się widzi jakąś to można kijem ogłuszyć. Pod odcięciu nóg reszta jest do wyrzucenia. O tam się walają.
Narrator: Brok swoją zabliźnioną dłonią wskazał czerwoną od posoki plamę przy mulistym brzegu, w której wiły się zdychające żaby.
Brokk: Jak zlecą się ptaki, to zjedzą, chyba że Gromowładny ustrzeli takiego ptaka, to wtedy się doda do gara.
Trudelloch: Całkiem nieźle się tu urządziliście. Widzę, że nawet udało wam się znaleźć dostatecznie dużo drewna na ognisko.
Narrator: Mówiąc to Trudelloch przysiadł na kamieniu obok Kligo i zdjął zabłocony but, z którego wylała się bagienna breja. Przywrócenie tego do czystości będzie na pewno czasochłonne, lecz znana była niechęć Grommilssønna do prac ręcznych, więc pewnie komuś przypadnie zaszczyt czyszczenia butów i spodni Piastuna.
Gollo: Nie było to łatwe. Tutaj w zasadzie nie ma drzew. Są krzaki i to w zasadzie połamane patyki z krzaków, które nie są strasznie zawilgocone. Chociaż co tu gadać? Jak widać trochę i tak złapały wilgoci, bo strasznie kopcą, gdy się je dorzuci do ognia.
Brokk: Ale to dobrze, bo przynajmniej w tym dymie komary tak nie gryzą.
Narrator: W tym momencie Kligo dostrzegł, że przybył Trudelloch i podniósł do niego berdysz i osełkę. Wymlaskał przez zaślinione usta: „Piastun!”, a następnie kontynuował ostrzenie berdysza. Trzeba było przy tym przyznać, że o ile Kligo nie przejawiał zdolności manualnych w innym zakresie, niż robienie komuś krzywdy, o tyle berdysz służący do robienia krzywdy był w stanie mistrzowsko naostrzyć.
Trudelloch: Mam dla was zapasy na noc i pierwszy posiłek. Połowę drewna wydacie dvergom.
Narrator: Wskazał dvergów wynoszących skrzynie z łodzi.
Trudelloch: Tamtym obozem dowodzi Heklur „Niepołamaniec” Nalraklinssønn. Tym będzie dowodził od teraz Tormil. Gdzie on jest?
Gollo: Poszedł przygotować punkty strażnicze zgodnie z rozkazem. Jeszcze nie wrócił.
Brokk: Przecież miał tu dowodzić Brond „Łamaczkości”.
Gollo: Nie wpierdalaj się, gdy mówi Piastun.
Trudelloch: Brond będzie dowodził dwoma obozami i punktami strażniczymi po tej stronie rzeki. To rozkaz Jovina „Czachotarcza”.
Brokk: A to przepraszam, sam sobie brodę potargam.
Narrator: W tym momencie Gromil „Skałodrąż” Figgimssønn wykonał kilka ruchów dłoni kręcąc nimi obok głowy. O wiele łatwiej byłoby Trudellochowi zrozumieć o co mu chodzi, gdyby powiedział to na głos, lecz niegdyś podczas potyczki trzymał uderzenie maczugą w żuchwę, która spowodowała odgryzienie języka, połamanie zębów, złamanie szczęki, a także uszkodziła grdykę. Od tego czasu minęły dziesięciolecia, ale zdolność zrozumiałej mowy nie powróciła.
Brokk: Gromil pyta, jak mamy się podzielić na straży.
Trudelloch: Zapytaj Tormila „Piękne Runo”. Przecież powiedziałem, że on tu dowodzi.
Gollo: No właśnie Piastun przekazał rozkazy od svaglara!
Narrator: W tym momencie do obozu zaczęli zbliżać się Arbor, Bortor, Dorin, Krekk, Mortardin i Tormil, a dvergowie, którzy właśnie dobili do brzegu zdali się już wyładować skrzynie. Nie uszło jednak uwadze, że podczas przenoszenia sprzętu jedna z zamkniętych skrzyń została przeniesiona w zupełnie inne miejsce, niż pozostałe.
Tordrek: Na pewno jeszcze masz dla nas Piastunie słowo.
Trudelloch: A i owszem. Będzie trzeba zorganizować trzy grupy zwiadowcze. Ty bierzesz jedną, Bombor „Zerwiskóra” weźmie drugą, a Brond trzecią.
Brokk: A jak będzie dowodził posterunkami?
Gollo: Nie wpierdalaj się, gdy mówi Piastun.
Narrator: Trudelloch kiwnął brodą na znak, że to odpowiednia reakcja, a Brokk zamilczał ze wstydu i począł targać swą brodę na znak skruchy. Brond i Theobald już chwilę wcześniej dostrzegli syna erilara Srogich Pięści i zdążyli dojść oporządzeni do ogniska. Wraz z nimi doszli do ogniska witając się ze zgromadzonymi dvergowie, którzy przybyli z Trudelochem, a także organizująca posterunki i punkty strażnicze grupa. Łącznie było tu w tym momencie blisko dwadzieścia bród. Trudelloch wciągnął zaś na nogę but i wstał.
Trudelloch: Z rozkazu svaglara! Heklur „Niepołamaniec” Nalraklinssønn dowodzi obozem na południe stąd. Bierze połowę drewna. Flisacy prowadźcie i pokażcie co przygotowaliście. Tormil „Piękne Runo” Grujossønn dowodzi tym obozem. Wyznaczacie warty i rotacje punktów strażniczych. Brond „Łamacz Kości” Grunalssønn rozstrzyga wątpliwości i zdaje raporty. Jedna łódź jest do jego dyspozycji. Theobald i Piastun Ksawery są mu przybocznymi. Tordrek i Bombor „Zerwiskóra” robicie dwie grupy zwiadowcze. Dobierzcie po dwóch dvergów. Brond „Łamacz Kości” robi trzecią grupę, ale skupi się na łączności.
Brokk: Takie dokładne rozkazy, to ja lubię.
Trudelloch: Piastunie Ksawery, Łamaczu Kości, Theobaldzie, chodźcie ze mną na słowo. Bombor i Tordrek nie oddalajcie się, bo z wami za kolejną chwilę chcę się rozmówić. Dobrze, chodźcie.
Narrator: I tak Trudelloch odszedł z zasięgu kopcącego ogniska.
Nie minęła doba, a w niedalekiej okolicy doszło do epilogu tych wydarzeń, którego przedsmakiem była bitwa stoczona przez Bohaterów z okrutnymi bestiatami, reprezentowanymi w swej liczbie przez świuniki. Bitwa była wygrana nim zaczęło dnieć, a nim nastał poranek wiele zacnych oczu wyruszyło, aby zobaczyć jaki miała wynik i jakie będą jej konsekwencje. Te zaś dostrzec można było Na Przedpolach Kleks. |
Temat: Manga i Anime |
Pythonius
Odpowiedzi: 399
Wyświetleń: 143915
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2024-07-25, 16:33 Temat: Manga i Anime |
| Zwracam uwagę na obowiązek wstawiania postów zgodnie z tematem. |
Temat: Na Dziedzińcu Virnburg |
Pythonius
Odpowiedzi: 1
Wyświetleń: 883
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-05-30, 23:35 Temat: Na Dziedzińcu Virnburg |
Narrator:
Jak na wezwanie zawiał wiatr, który wprawił świece w pełganie i spowodował pojawienie gęsiej skórki na karkach okupujących krużganki rycerzy. Większość z dzielnych wojów struchlała, a w szumie wiatru słychać było przyśpieszenie bicia serc. Jeden z gończych, niższy blondyn o piegowatej twarzy, która w świetle świec wyglądała na nakrapianą sadzą, chwiejnie przestąpił z nogi na nogę. Herold popatrzył na Mistrza Hekeharda, a ten spojrzał na doktora. Kanut zaś skierował swój wzrok na Trudellocha, który patrząc się prosto w oczy Johanna czekał na reakcję.
Johann:
A co to za suka?
Emeryk:
Będziesz musiał championie i tę kwestię dopracować. Ada Braun, to córka Oberstera Teobalda Brauna i córka Amandy zu Silberacker, wnuczka Wernhera Magnusa Maximiliana Freiherra von Braun und Wirsitz. Pochodzi z Wischderlandu w Svierlandzie. Pierwotnie ród jej zwał się von Wirsitz, ale po wojnie domowej w Svierlandzie, a szczególnie bitwie pod mokradłami Leichemorast w prowincji Fleusen w 662 roku, gdzie pomarli wszyscy mężczyźni rodu von Braun, swoją drogą wymordowani przez krasnoludy, Wernher Magnus Maximilian przyjął iure uxoris ziemię von Braun i włączył je do swego nazwiska rodowego. Później ziemie z tytułem Freiherra von Wirsitz przypadły starszemu bratu ojca wspomnianej, Jekertowi, a młodszy Teobald ograniczony do tytulatury rodu matki odziedziczył część ziem Braun. Reszta przypadła Kościołowi. Dość wspomnieć, że akurat w Virnburgu przebywa akurat Teobald Braun i już może dziwić się, że niektórzy dziwnie na niego patrzą. Dopiero po naradzie dowie się o poczynaniach swej córy.
Hekehard:
Zamieniłem z nim już kilka słów. Rzeczywiście jest nieświadomy tego co przylgnęło do jego nazwiska, a tym bardziej co porabiała jego córa ostatnimi czasy. Nie nosi on jednak na sobie śladów magii, co poręczą moi współbracia z kręgu. Wygląda na to, że będzie on już niebawem… zdziwiony.
Emeryk:
Grunt, aby był zdolny udowodnić swe oddanie. Przewodzi on honorowej chorągwi z Wischderlandu, która będzie po naszej stronie, pod sztandarem naszego księcia. Wyrzeczenie się córki natomiast uratuje jego majątek w razie procesu wiedźmy.
Hekehard:
Honorowa chorągiew? Przecież to najmici ze Svierlandu. Patetyczny ton jest tu zbędny.
Kanut:
Heroldzie i magistrze! Młodemu championowi chodziło o prostszą odpowiedź. Ada Braun to zła baba, która zamieszana jest w wiele spisków przeciwko ludziom i dvergom.
Johann:
Nie znam tej heretyckiej suki, dlatego pytałem… można mówić tak o wiedźmach?
Emeryk:
Dla nich to bez znaczenia, ale dla mówiącego to ujma.
Johann:
Ja nie z tych wstydliwych. Do ognia z jędzą bez krępulca! Mówcie mi czego się po niej spodziewać… albo wpierw co takiego zmajstrowała. Tak patrzę po waszych licach pleno titulo panowie i dostrzegam, że każdy coś już o niej wie. Czarowniku, to ktoś z twojej profesji, więc zacznij o niej mówić.
Hekehard:
Nic nie wiem o tym, aby była ona objęta jakimś wprowadzeniem w arkana magii, więc nie uważam jej za kogoś ze swojej profesji, ani też nikt z mego kręgu nie byłby skłonny tak o niej mówić. Nie korzysta najprawdopodobniej z magii samoistnie, lecz jest narzędziem w rękach jakiejś potężniejszej mocy.
Johann:
Jakiej? Diabła z piekieł? Może diabła z naszego świata… Strażnika
Hekehard:
Nie wiem tego.
Johann:
A co wiecie? Czarownica kroczy po ziemiach cesarza, sprowadza rogate bestie, jakieś turtury i nic się nie da z tym zrobić? Nie wyśledzisz jej czarowniku jakimś zaklęciem lub nie zrobi tego jakiś twój pobratymiec z kręgu?
Hekehard:
Magia nie działa w ten sposób. Zaklęcia lokalizacyjne muszą mieć sprecyzowany przedmiot poszukiwania, a ten się precyzuje przez części ciała lub przedmioty należące do poszukiwanego.
Johann:
To weźta tego rogacza z bruku.
Hekehard:
Minotaur jest podmiotem, a nie przedmiotem w kategoriach ontycznych i dopiero może być przedmiotem, gdy stanie się celem geolokalizacji. Na ten moment możemy co najwyżej szukać wiedźmy intelektualnie, obmyślając strategię jej pojmania.
Kanut:
Magister Hekehard ma rację po dwakroć. Magia nie jest wszechpotężna, a jej działanie obarczone wysokim ryzykiem i kosztami. Po wtóre zaś wiedźmę należy odszukać i pojmać przy denuncjacji lub programowi poszukiwań. Wiemy o jej ostatnich dokonaniach dość wiele, a przez to możemy się pokusić o jakąś prognozę jej dalszych knowań.
Hekehard:
Dziękuję doktorze Kanucie za przyznanie racji. Co do wiedźmy… lub ściślej jej grupy konspiracyjnej… to aktywna działalność rozpoczęła się w Mauerburgu zeszłej jesieni, gdy otworzono blisko sto grobów i najprawdopodobniej ożywiono zmarłych. Było to działalnie jednorazowe w tamtym miejscu, ale do dziś niewyjaśnione.
Kanut:
Ale nie jest to pewne, że akurat w tym brała udział zła baba Braun. Możliwe, że na późnej jesieni zeszłego roku była w Weirandzie, gdzie maczała palce w uśmierceniu przeoryszy Olgi z klasztoru świętej Winandy.
Emeryk:
To drugie tłumaczyłoby zabójstwo Alicji Leonarda zu Vogtritter przez nią w miesiącu lodowego młota zeszłego roku, gdyż Alicja była ślubowaną temu klasztorowi. Możliwe, że śledziła wiedźmę i zginęła z jej ręki nieopodal Bradenmarku w Abschirlandzie.
Kanut:
Lecz głosy są i takie, że to Alicja zu Vogtritter uśmierciła przeoryszę, a jakaś czarownica tylko ją do tego inspirowała. Niekoniecznie może chodzić przy tym o złą babę.
Emeryk:
Dziękuję za uwagę wielebny doktorze. Na pewno w okresie oddechu chłodu zeszłego roku służyła u von Rumpey, gdzie w okolicach piętnastego dnia miesiąca wyruszyła z Kastell Rumpey do Bradenmarku. Na ziemiach Rumpeya również zmarli wyszli z grobów, a poza tym grasował tam zły duch, który zowie się Leśnym Diabłem i grabi podróżnych. Możliwe, że wiedźma miała jakiś związek i z tymi sprawami, gdyż powtarza się tu modus operandi z Mauerburgu. Później pojawił się kult w Bradenmarku, a przed nim rzeź we Frabern …
Kanut:
Chwileczkę heroldzie! Nim pojawił się kult czarnych piór, o którym wiadomo, miało miejsce badanie złej baby przez Ordo Sancti Ignis.
Hekehard:
Inkwizytorów? Wiedźma przeżyła spotkanie z nimi?
Kanut:
Została przez nich zwolniona wraz ze swą świtą, bez stawiana zarzutu, ani nawet pierwszego pytania.
Hekehard:
Niepojęte… przecież najmniej podatny na działanie zaklęć człek trafia pod krępulec i na stos.
Kanut:
Zła baba nie trafiła na stos. Dostarczyła przeklęty przedmiot, który został zniszczony w świętym błękitnym ogniu, a badanie nie wykazało, jakoby zła baba była wówczas pod wpływem magii. Podobnie sprawa się miała z jej przybocznymi, którzy po nocy w celi opuścili siedzibę zakonu.
Hekehard:
Czy to pewne?
Trudelloch:
Jeśli to prawda, to zbliża nas do stwierdzenia, że Ada Braun jest jedynie narzędziem większej potęgi. Jestem skłonny przyjąć bez wahania to, że nie odkryto na niej żadnej magii, lecz logicznym wnioskiem z tego byłoby, przy założeniu, że jest ona odpowiedzialna za rzeczy, o których prawimy, że robi je nie przez magiczne spętanie, lecz… z własnej woli. Możliwe, że ten przeklęty przedmiot należał do konkurencyjnego kultu. Posłużyła się waszą osławioną inkwizycją i przeżyła. Iście diabelska sztuka. Wiadomo co to był za przedmiot?
Kanut:
Co do pierwszego, to poprawny wniosek krasnoludzie, lecz nie licz na odpowiedź. Nie zostałem wprowadzony w szczegóły tego czym był ten magiczny przedmiot, lecz wiedzieć to będzie na pewno Pierwszy od Świecy Ordo Santi Ignis w Bradenmarku. Gdybym zaś ja wiedział, to i tak reguła ślubów, a szczególnie moja obediencja, nie pozwoliłyby mi na podzielenie się tą wiedzą. Heroldzie, opowiedz o rzezi i o kulcie czarnych piór w Bradenmarku.
Emeryk:
Dobrze wielebny doktorze. Rzeź we Frabern to wątek łączny ze śmiercią Alicji zu Vogtritter. Frabern to sioło na wschód od Bradenmarku, gwoli wyjaśnień dla championa. Okoliczni mieli problem z jakimś potworem, jak doniesiono w mieście, lecz nie jest to pewne, gdyż nikt nie był w stanie wytłumaczyć czym miał być ten potwór. Plotki niosą, że to smok, lecz okolice badali później Strażnicy Szlaków, którzy niczego takiego nie byli w stanie potwierdzić. Prawdą jest natomiast, że Ada Braun trafiła do Frabern i nakazała swoim ludziom wymordować mieszkańców. Wielu chłopów padło, a zabudowania podpalono, czym uszczuplono majątek rodu Gunnerów. Straż Szlaków sprowadziła uchodźców z Frabern do Bradenmarku i historia nabiera wtem tempa. Szesnastego dnia lodowego młota w zagajniku nieopodal Bradenmarku zostaje odnaleziona martwa Alicja, w miejscu noszącym ślady obozowania. Jej ciało zostało ograbione, a w ognisku spalono księgę. Osiemnastego dnia lodowego młota ciało zostaje zidentyfikowane po herbie, a Alicja pochowana. Dwudziestego dnia lodowego młota Aubert Kugenbelt dowiaduje się, że jego siostra Karolina, której imię zakonne to Olga, została zabita przez Alicję. Wymusza wykopanie ciała Alicji i wywieszenie go, co zostaje uczynione. Wisi ona wówczas na Altplatz przez dwie doby. Dwudziestego drugiego dnia lodowego młota ciało Alicji zostaje ponownie pochowane, ale już dwudziestego czwartego dnia lodowego młota wieść o tym, że Alicja została rozpoznana przez sieroty z Frabern, jako jedna z dwóch kobiet odpowiedzialnych za spalenie sioła, dochodzi do Wielkiego Kapłana i Markgrafa. Nakazują więc oni powtórne wykopanie ciała Alicji i poćwiartowanie go na Rynku Głównym, co też zostaje uczynione. Oczywiście Alicja zu Vogtritter była widziana w towarzystwie Ady Braun, której już nie ma w mieście, lecz opis sierot był dokładny. Wiedźma ograbiła sioło, wyrżnęła mieszkańców, czego nie skradła to spaliła, a następnie zabiła zdeprawowaną siostrę zakonną.
Johann:
Na pąsy świętego Hermenegilda! Ta wiedźma była w stanie tak zepsuć inną niewiastę… i to o rycerskim nazwisku i klasztornej regule? W głowie mi się to nie mieści, ale co z tym kultem?
Emeryk:
Piętnastego dnia lodowego młota, czyli na dzień przed odnalezieniem ciała Alicji na Altplatz o poranku wystawiono wnętrzności ptactwa w towarzystwie czarnych piór. Iście okultystyczny gest wymagał zamknięcia placu i oczyszczania go modłami przez trzy doby. Śledztwo w sprawie kultu prowadził oczywiście zakon, ale równolegle swoje działania przeprowadzili ludzie margrafa i tym drugim udało się odszukać odpowiedzialnych za plugawą ceremonię. Próba pojmania kultystów, Norberta Gunnera i Otylii z domu Dönitz, nie powiodła się, ale Albert „Sercożar” Canaris, nadworny mag margrabiego Leopolda von Mulicka zaświadczył, że Norbert został zgładzony przez śledczych w czasie potyczki. Otylia zaś zbiegła i nie mamy wieści o tym, kto mógł ich inspirować. Może Kościół coś wie w tej materii?
Kanut:
Heroldzie, nie ciągnijcie mnie za język, gdyż to nieprzystojne.
Hekehard:
To też jest jakaś odpowiedź. Po wydarzeniach w Bradenmarku doszło do intryg w Klöm, a szerzej w Ostwaldzie.
Johann:
O! To już niedaleko nas, bo mamy granicę z tą prowincją.
Emeryk:
Możecie Mistrzu Hekehardzie opowiedzieć, a ja najwyżej dopowiem.
Hekehard:
W miesiącu szponu mrozu w Ostwaldzie zaczęły ginąć dzieci, co szerzej poczęto badać dopiero w czasie przebudzenia. Mowa tu oczywiście o zeszłym roku. Ada Braun przebywała wówczas w Ostwaldzie.
Emeryk:
Bawiła u swego wuja Marolda zu Silberackera w okolicach Klöm. Może jednak wielebny doktor Kanut opowie o tym, gdyż na pewno nie umknęła mu żadna nieutajniona przez Kościół nowina w tej kwestii.
Hekehard:
Może rzeczywiście jest to lepsze rozwiązanie. W razie czego i ja będę dopowiadał.
Kanut:
Również prowadzono śledztwo w sprawie, tym razem zaginięć, a nieświadomi dopuścili do postępowania naszą rzeczoną wiedźmę. W czasie śledztwa wykryto, że zaginione dzieci były rytualnie okaleczane i gwałcone. Od razu tematem zainteresowała się inkwizycja z Bradenmarku, która zawiadomiona przez Wielkiego Kapłana z kościoła św. Edwina od Świecy, Herberta von Elbrosta wysłała do Klöm, w sile kilku tuzinów, rycerzy zakonnych na czele z bratem Zyndramem. Ulryk von Rumpey, Provincial Ordo Sancti Ignis musiał być bardzo zdeterminowany, gdyż jak widzimy kultyści się mnożyli z niewiadomych przyczyn. W końcu śledztwo ujawniło, że odpowiedzialnych jest trzech głównych sprawców oraz niezliczona banda pomocników. Głównymi winnymi mordów okazali się według orzeczenia czarownica Mildreda z bagien Klöm, opętany złymi mocami Reichsfreiherr Aegidius von Reis oraz oczywiście Ada Braun. U tej ostatniej znaleziono przedmioty plugawej magii, a świadkowie zeznali, że zniosła jaja i wykluwała z nich demony.
Johann:
Na grymas świętego Hermenegilda! Ta wiedźma to najplugawsza istota, o której żem słyszał. Nawet babka w swych bajaniach nie opowiadała o kimś tak plugawym.
Emeryk:
Nie przerywajcie wielebnemu doktorowi championie.
Kanut:
Młodość to również czas ekspresji. Dorosłość polega na ich zdyscyplinowaniu. Wracając do rzeczy, Ada Braun oczywiście uciekła na bagna do swej kumoterki, a pościg za nią był realizowany przez zakon i Pawlusa von Stauffenberga, który pomógł w zdemaskowaniu wiedźmy Braun i towarzyszył jej uprzednio w śledztwie. Rozwinę ten wątek. Zakon spotkał na bagnach hordę jorów, która nie podjęła równej walki, lecz prowadziła ostrzał. Nieudany w zupełności, gdyż żaden z zakonników nie został ranny. Ci zaś kierowani świętą ikoną odnaleźli chatę wiedźmy Mildredy, niech ogniem oczyszczone imię to będzie, po czym ją pojmali. Wiedźmę udało się zabrać do Bradenmarku, po uprzednim zneutralizowaniu jej mocy magicznych. Ada Braun jednak uciekła. Aegidius von Reis zaś uległ wypaczonej mocy magicznej, zamienił się w zjawę, ale nie uchroniło go to przed zgładzeniem i śledczy z mianowania tamtejszego landgrafa położyli kres jego działalności. Na jego ziemiach trwały wówczas zaawansowane bunty, które zdławił zagon Gizeli von Schultz. Dwór szlachcica został splugawiony, stąd strawił go oczyszczający ogień, podobnie jak jego najbliższych klakierów.
Emeryk:
Nie wszystkich. Rainer von Heul jest na wolności.
Kanut:
Tak. Zaiste, jeszcze go nie złapano. Ten sługa czarownika porwał dziesiątego dnia przebudzenia brata Romualda z zakonu świętego Siegvaarda w Flachlandzie, gdy ten przebywał w jakiejś miejscowości, która zwie się Kleindorf. Brat Romuald był wciąż żywy, gdy zgładzono czarownika, ale znajdywał się w kiepskim stanie, gdyż Aegidius spuszczał z niego krew, aby płacić nią obiaty mieszając ją z miodem. Najdokładniejsze zeznanie mamy od brata Romualda, lecz pomija on w nich wątek dwóch wiedźm. Nie mniej orzeczenie w tej sprawie łączy wątek kultów, wskazując, że mogły być one wobec siebie konkurencyjne.
Johann:
Różne kulty? Diabeł też potrzebuje epuzerów niczym panna na wydaniu?
Kanut:
Chociaż zło jest tylko jedno, to jest izomorficzne. Kulty z całą pewnością też dotyczyły innych obliczy zła.
Johann:
Jakich?
Kanut:
Jeżeli zacznę teraz wypowiadać imiona złych mocy championie, to czeka wszystkich tu obecnych bardzo długa wizyta w świątyni, a ten dziedziniec ponowne poświęcenie. Czy na pewno chcesz to usłyszeć?
Johann:
Jak mam diabła lać po mordzie, to chcę znać jego imię.
Narrator:
Zapadła cisza. Dłuższa i niepokojąca cisza. Mina doktora nie zdradziła żadnych emocji, gdy usta otwarły się zdradzać plugastwa.
Kanut:
Aegidius von Reis należał do kultu Morfistenosa, a złe baby Ada i Mildreda do kultu Nehir Nuzula. Kult, który panoszył się w Bradenmarku był poddany temu pierwszemu, a co do pozostałych spisków nie możemy mieć pewności.
Narrator:
Herold gończy, który wcześniej zachwiał się, gdy usłyszał imię wiedźmy Braun, teraz pobladł jak ściana i poczuł jak po plecach zwala mu się lawina dreszczy. Wiedział i on, i inni tu obecni, że imiona wabią swych posiadaczy, a ci zerkają na tych, którzy o nich mówią. Johann był jednak niewzruszony, splunął przez lewe ramię i z pogardą popatrzył raz jeszcze na truchło bestii.
Johann:
Moc Mymkrafta jest większa niż wszystkich diabłów razem wziętych. Z jego pomocą wyłapiemy i ukarzemy wszystkich czarowników.
Hekehard:
Coś z prawdy może być w waszych słowach championie. Historia jednego z kultów dotarła jednak w nasze okolice, przechodząc przez krasnoludzkie ziemie. Może opowiecie Trudellochu o poczynaniach Ady Braun w górach?
Trudelloch:
A i owszem. Wszak przez to i tu jestem, aby podzielić się całością tej opowieści i rozwiać spekulacje. Szesnastego dnia uśmiechu kwiatów zeszłego roku waszego kalendarza pasterze napotkali Adę Braun w górach. Miała ze sobą pokaźne kufry i twierdziła, że straciła jucznego osła. Kierowała się do mego ojca, Grommila „Krwawojatka” z prośbą o pomoc. Dotarła do naszego warownego domu w Srogotach już dwudziestego dnia uśmiechu kwiatów i opowiedziała o tym, że zapłaci za pomoc w dotarciu do Smoltet Jern…
Johann:
Chwili, chwila. Przepraszam za przerwanie karłowi, znaczy krasnoludowi, ale takie mnie pytanie naszło. Ten turek jest jednym z bestiatów, a jakie są inne bestiaty? Możesz mi powiedzieć magiku, bo widać, że to twoja dziedzina.
Hekehard:
Jest ich dość wiele rodzajów, dość wspomnieć o przedstawicielach typu: Boarr, Boarrchirop, Boarrentaur, Boarrserpent, Boarrtaur, Caprichirop, Caprientaur, Capritaur, Capri, Capriserpent, Erqucentaur, Serpenterquc, Erquctaur, Erqucchirop, Erquc…
Johann:
Dobrze, już wystarczy. Tak na szybko nie spamiętam ich wszystkich, ale rozumiem zasadę, że jak się doda jeden do jednego, to te dwie cząstki, są jak po złączeniu antałka wody z antałkiem spirytusu, czyli ma się dwa antałki okowity, tylko że to tak jak w małżeństwie, że jedno i jedno tworzy tylko jedno.
Kanut:
To nie jest prawda. Po złączeniu jednej miary spirytusu z jedną miarą wody, otrzymuje się circa jeden i dziewięćdziesiąt sześć setnych okowity z powodu kontrakcji objętości. Po złączeniu męża i żony natomiast ma się żonę pod władzą męża. Nie o to też chodzi w kwalifikacji odmieńców.
Johann:
To jednak bardziej skomplikowane niż myślałem. No dobrze, kontynuuj krasnoludzie. Wiedźma chciała dotrzeć do knurnych chat Jern.
Trudelloch:
Do Smoltet Jern. To nie siedziba z knurnych chat, lecz opuszczona kopalnia w naszych górach, a także jeden z dawnych warowny domów mojego klanu, który dziś okupują koboldy.
Johann:
Czy to te stwory, co zakradają się do chałup i psocą wieśniakom sikając do mleka?
Kanut:
To raczej bajanie pospólstwa championie. Koboldy to niezbyt sprytne, przemądrzałe i złośliwe istoty, które są obojnakami, lecz myślą o sobie w kategoriach płciowych, zwykle męskiej. Rozmnażają się przez defekacjo-rodność, czyli defekację kolejnych osobników, w postaci żarłocznych larw, które po skonsumowaniu circa dwudziestu do trzydziestu kilogramów masy rozrywają odwłok uwalniając chude nogi. Tak wyrosły kobold je, a co tylko zje zamienia w energię lub żarłoczną larwę, którą w zależności od diety rzec jasna, może defekować nawet kilka razy dziennie. Te kreatury czasami nawet zjadają swoje defekowane larwy, a całkiem często dochodzi między nimi do kanibalizmu. Kobold od przejścia z fazy larwalnej do dorosłego osobnika może żyć circa dziesięć lat, lecz nigdy się nie starzeje. Zwykle życie takiego kobolda kończy się po kilku tygodniach, lecz niektóre dożywają sędziwego wieku sześciu lat. Jeżeli interesuje was championie systematyka, to koboldy są goblinoidami. W fazie żarłocznej larwy i w czasie jej metabolicznego wytwarzania w jelicie kobolda, gdy karmią się mięsem humanoidów przyswajają wspomnienia i wiedzę zmarłych. Kobold wyrosły na takim mięsie może mieć przebłyski niektórych wspomnień zjedzonego oraz znać wszystkie języki, którymi się on posługiwał. Z uwagi na te przebłyski pamięci skonsumowanych w fazie larwalnej humanoidów, koboldy często miewają irracjonalne zachowania, które naśladują zachowania skonsumowanych. Jako, że koboldy są humanoidami i są kanibalami, to możliwe jest, że wiele pokoleń po skonsumowaniu konkretnego humanoida, jego wspomnienia będą wciąż jako przebłyski pojawiać się nawet u całej populacji koboldów.
Johann:
Obrzydliwe. Niebezpieczne te koboldy?
Kanut:
Mikcja kobolda jest bardzo niebezpieczna, gdyż jego mocz jest toksyczny i szybko paruje. Kontakt z jego oparami powoduje wysiękową diarrhoeę. O ile przez przemoc fizyczną taki kobold nie jest zdolny zabić męża, o tyle z powodu uszkodzenia jelit i utraty wody można skonać po kilku godzinach od kontaktu z tą kreaturą. Krasnoludowie są jednak w pewien sposób odporne na efekty koboldzich szczyn.
Trudelloch:
Nie przeceniałbym odporności mego ludu, gdyż jest ona zbliżona do odporności na inne toksyny. Koboldy między sobą są odporne na toksyny ze szczochów, a także zauważono, że nie działa ona na inne zielonoskóre, zwane przez was ludzi goblinoidami. Dziesięciu dvergów ubiło ponad pół tysiąca koboldów, przy dwóch stratach, ale to raczej z powodu napotkania u koboldów trolli. Trolle również zostały zgładzone.
Johann:
Rzeczywiście koboldy, to małe wyzwanie. Wiedźma chciała się skumać z nimi?
Trudelloch:
Nie, nie chciała. Dopytywała o obecną w Smoltet Jern geothyrę. Nim sami dopytacie co to jest, już tłumaczę, że geothyra to rodzaj esencji żywiołu ziemi. Ma szarawy kolor z widocznymi… Ba! Możliwe, że nawet pulsującymi fluorescencją zielonymi żyłkami. Jest to silny koncentrator magiczny, który pozwala stabilizować się wzorom opartym o elementy ziemi. Nie jest ona powszechnie dostępna, jej żyły są rzadkością, a wobec tego czarodzieje z różnych stron świata gotowi są wiele za nią dać. Niestety wydobycie jej wymaga wysokich umiejętności górniczych, gdyż geothyra jest bardzo niestabilna i łatwo ją wypaczyć przez wykorzystanie złych narzędzi lub metod. Nie było jej nigdy dużo w Smoltet Jern, a ta która była w większości trafiła do Malheim na długo przed moimi narodzinami. Wiedźma Braun chciała zdobyć trochę geothyry, a z uwagi, że nie magazynowaliśmy jej, wykupiła pod swą służbę niewielką kompanię krasnoludzką, która ją miała zaprowadzić do kopalni, wybić jej drogę do źródeł geothyrnych, umożliwić jej wzięcie geothyry i ponownie wybić jej drogę wyjścia.
Johann:
Czym ona zapłaciła?
Trudelloch:
Posiadała liczne kosztowności, które zostały przez nas zabezpieczone.
Johann:
A skąd je miała? Nikt jeszcze nie wspominał, aby pokradła ona dobra. Jej kult użyczył jej swych bogactw?
Trudelloch:
Nie jestem władny, aby to oceniać championie.
Kanut:
Uwaga championa jest dość istotna. Jeżeli bogactwo pochodziło z działalności kultu, w takim razie w całości powinno trafić ono zgodnie z prawem do majątku Kościoła w ramach przepadku.
Trudelloch:
Nie pamiętam, aby w górach obowiązywały prawa Kościoła, o którym mówicie doktorze Kanucie. Zgodnie z prawem Ada Braun dokonała zapłaty, gdy jeszcze nie rozpoznano w niej wiedźmy, a to co posiadała po rozpoznaniu przepadło na rzecz erilara.
Kanut:
W takim razie erilar dostąpił przysporzenia w wyniku dokonanego przestępstwa przeciw dobru chronionemu cesarskim prawem. Obowiązany będzie do wydania tej korzyści.
Trudelloch:
Jeżeli twierdzący wykaże delikt po naszej stronie, chociażby w oparciu o lekkomyślność lub niedbalstwo, to oczywiście będzie to sposobność do wyrokowania. Na razie nic jednak na to nie wskazuje.
Kanut:
Ciekawie prawicie krasnoludzie, lecz chyba zapominacie, że wiemy o tym, że udzielacie schronienia apostacie. Sam ten fakt będzie rzutował na kompleksowej ocenie nastawienia moralnego erilara.
Trudelloch:
Piwowar Ksawery nigdy nie był ochrzczony w obrządku waszego Kościoła ani w żadnym innym, prócz naszego. Jego ojciec zaś już dawno nie żyje, więc nie widzę nikogo, którego można by sądzić.
Kanut:
Jesteście pewni krasnoludzie, że odstępca Ksawery uzyska zaświadczenia od wszystkich kapłanów w Siegvaardzie, że nie został ochrzczony w ich parafii? Jeśli tak, to uwierzę w wasze słowa, a jeśli nie, to i tak będzie trzeba traktować go jako odszczepieńca. Możecie jednak zawsze go odesłać z gór, aby powrócił na łono prawdziwej wiary. Czy przebywa on teraz tu w mieście?
Trudelloch:
Na pewno to sprawdzę doktorze. Nie mogę jednak być tego pewny, wszak z poziomu mojej brody nie wszystko widać.
Narrator:
Napięta atmosfera zdawała się sprawiać niemałą radość Johannowi, który z wyraźnym uśmiechem śledził wymianę słów kapłana i krasnoluda. Zdziwił się jednak, bo ani Kanut, ani Trudelloch nie zmienili nawet odrobinę swoich spojrzeń i nie widać było po ich twarzach oglądanych oczyma młodego championa jakiejkolwiek oznaki emocji. Chłód reakcji był na tyle przejmujący, że Johann ściągnął założone za głowę dłoni i przejechał nimi po płomieniach woskowych świec z kandelabru. Odwrócił się, aby opanować swoje ewentualne miny, a gdy tylko to zrobił, to uświadomił sobie, że brakuje mu jeszcze odpowiedniej postawy. Wyprostował się więc i z wymuszoną estymą odwrócił się do zgromadzonych.
Johann:
Niech wielebny nie psuje wieczoru naszemu gościowi, który pod nogi księcia złożył taki pokot. Kontynuuj opowieść krasnoludzie o postępkach wiedźmy.
Trudelloch:
W skrócie przedstawię co ważne. Kompania krasnoludów wykonała swe zadanie i doprowadziła Adę Braun do błot geothyrnych, w których ta postanowiła wykąpać swoje jaja, o których tu wspomniano. Z jaj wykluły się skrzydlate bestie, lecz związani przysięgą krwi dvergowie nie mogli ruszyć wiedźmy. Jeszcze wcześniej podczas podróży drużyna została zaatakowana przez elfów, a także napotkano jory, pewnie te same, które zauważył Zakon Świętego Ognia na bagnach. Jory przepędziły elfy i niestety po wyprowadzeniu wiedźmy z kopalni przejęły wiedźmę. W międzyczasie przybyli do Srogot kupcy z Ostwaldu, dokładnie dwudziestego szóstego dnia zielonych traw i przekazali nam wieści o tym kim jest Ada Braun. Jeszcze tego samego dnia erilar wysłał mego brata z zadaniem przejęcia Ady Braun i wydania jej w ręce ludzi. Niestety dzięki pomocy szczurów wiedźma zbiegła w stronę Ostwaldu. Ostatni raz ślady jej ucieczki były widziane w wasz Nowy Rok.
Emeryk:
Elfy w górach? Pewnie ścigały wiedźmę, tak jak i my.
Johann:
Miesiąc temu... Wiadomo co zrodziła wiedźma ze zniesionych przez siebie jaj?
Emeryk:
Daj temu chwilę championie. Trochę to rzuca nowe światła na działania wiedźmy. Skłaniam się do uznania, że to może ona współpracować z Prorokiem Cieni. Ponoć elfowie mają z nim zatarg.
Trudelloch:
Nikt nie umiał dokładnie opisać wyklutych potworów, lecz miały te stwory cztery szponiaste łapy, skrzydła, dziobate pyski i ptasie ogony, lecz w ogóle nie były podobne do gryfów. O Proroku Cieni nic mi nie wiadomo.
Kanut:
To przewodnik hordy szczurów. Wiele złych bab w śledztwach zeznawało, że wiedzę o magii posiadły od Proroka Cieni - plugawego szczura. Wątek ten jednak nie został do końca wyjaśniony, gdyż o ile zaobserwowano jory w Ostwaldzie, o tyle nikt nie zorganizował odpowiednio silnej wyprawy, aby zbadać bagna Grosshain, czy szerzej rozlewisko jeziora Klöm.
Johann:
Nie ma jakiegoś jora, który mógłby potwierdzić istnienie tego Proroka Cieni?
Emeryk:
Gdyby byli wśród nas Hekke, Infernus, Gha'ai skhi lub Baiken, to można by było ich zapytać.
Narrator:
Emeryk się zaśmiał i jego śmiech udzielił się zarówno magowi, jak i krasnoludowi, którzy zrozumieli o czym herold mówił.
Hekehard:
Nie wiedziałem heroldzie, że czytaliście legendy Sorii.
Johann:
Jakie legendy Sorii?
Emeryk:
To taki dowcip championie. Gha'ai skhi, Hekke, Infernus i Baiken to jorowie, którzy są bohaterami opowieści kompletowanych w zbiorach „Tales and Legends”. Różnej maści bardowie, trubadurzy czy rybałci powielali legendy z dawnego Imperium, czy szerzej z Sorii, które działy się blisko tysiąc lat temu. No, niektóre może pięćset lat temu. Powrót do tych legend był bardzo popularny dwie dekady temu i trwał przez blisko dekadę.
Hekehard:
Tak. Opowieści te były arcydziełami naiwności i wycieczkami w świat, który nie liczył na takich właśnie bohaterów. Dość wskazać, że zdarzały się opowieści o elfach jak Orick, Valandil, Farewell, Lar, Cierń, Altharis, Gori Lilai, Aramea czy Ervin Ichaer…
Emeryk:
O tak, męczyłem się z tym ostatnim w tej klatce. Pamiętam bardzo dobrze tę kameralną opowieść.
Trudelloch:
Czy Ervin Ichaer nie był przypadkiem człowiekiem?
Emeryk:
Były wątpliwości co do jego pochodzenia. Będąc zasadniczo pół elfem i pół człowiekiem mógł być kiedyś pogardzany przez jednych i drugich z przeciwnych pobudek
Trudelloch:
Teraz już sobie przypominam jego los i czemuż nie martwił mnie jego ból. Wśród mego ludu również pielęgnowano pamięć o tych legendach, a Dimm Dvilfssonn kiedyś użyczył mi zbioru opowieści o Lothorze, Myrosie, Gloydim, Dalinie „Szalonym Toporze”, no i oczywiście Torginie. Czytałem je wiele razy.
Hekehard:
Czyżby i na twarzy doktora pojawił się cień nostalgii?
Kanut:
Nie tyle nostalgii, co wspomnienie naukowego podejścia. Legendy te dość dobrze opisywały dawne zwyczaje różnych ludów, które żyły w Sorii przed nami. Część opowieści powinna być jednak na indeksie ksiąg zakazanych.
Emeryk:
Czyżby te o złych elfach?
Kanut:
„Zły elf” to pleonazm. Nie istnieją dobre elfy. Nie mniej wśród tych istot istnieje rasa mrocznych elfów, a z kronik Peliosa, Kaeril Maarena, Vesarda, Errdila, Syriusza, Siriona Clorserverda czy Dracona mogliśmy prześledzić zachowania i przypuszczalne reakcje moralne najpodlejszych z elfów. Podobnie kroniki Lipki Kalifa i Gori Lilai Kyo pozwoliły opracować strategię reakcji na knowania gogów, gdyby się kiedyś pojawiły w Siegvaardzie. Nie widzę jednak powodu, aby ktoś nieobeznany w sztukach aojdów, miał je czytać.
Johann:
Chyba kojarzę. A czy to się jakoś wiąże z tym dialogiem filozoficznym o charyzmie golema, który wspominał wielebny Kanut?
Emeryk:
Ten dialog nie jest związany z postaciami legend, ale wiem skąd to pytanie.
Johann:
A tak w ogóle, to te legendy są o prawdziwych postaciach?
Emeryk:
Nie możemy mieć pewności, bo to w końcu legendy, ale zgodnie zakłada się, że wszyscy oni żyli.
Hekehard:
Nie zgodzę się z wami heroldzie. Nie sposób dać wiary w to, aby przykładowo żył jaszczuroludź Pudzian.
Emeryk:
Tak, są wyjątki, o których trzeba rzeczywiście pamiętać. Babka nie opowiadała wam championie legend Sorii, gdy byliście berbeciem? Takie postaci jak Paulo, Muad’Dib, Anhur, Taleth, Asard, Reggirt, Anatoil, Tulian, Nathian, Duon "Ryo" Chario, Mirelle, Izumi Konata czy Cohen nic wam nie mówią?
Kanut:
Opowieści o magach są zakazane. Nie warto ich imion wymawiać w tym samym zdaniu, w którym się wspomina o przyzwoitych bohaterach.
Johann:
No tak! Kojarzę… wybaczcie doktorze, że przerwałem. Kojarzę Cohena, bo to sługa Aesira. Babka mi opowiadała o nim opowieści, a gdy chciała, abym zasnął to zawsze kończyła tym, że zżarł go okrutny wyger czy jakiś tam Meldaven. Chociaż chyba kilka razy mówiła, że w końcu został on świętym.
Kanut:
To bajki dla dzieci. Świętym można być tylko dzięki łasce Mymkrafta.
Hekehard:
I czyżby dlatego Kościół toleruje paladynów Aesira, którzy przybyli do Siegvaardu ze sztandarem noszącym ślady krwi paladyna Cohena?
Kanut:
Toleruje to dobre słowo, bowiem tolerować można tylko coś postrzeganego jako negatywne, lecz z uwagi na inne dobro, należy temu pobłażać. Jeśli chcecie się magistrze upewnić w naszych osądach, to wiedźcie, że niweczenie planów Razud jest warte tolerancji. Poza tym w tamtych stronach skąd pochodzą paladyni, co zresztą notują wspominane legendy, doszło do inflacji kultów. Avius, Gharruk, Ivael… byle demon dostąpił apoteozy. Kościół Aesira opanował te herezje i nie ma on, według kryteriów teleologicznych, planów sprzeczny z naszymi planami.
Johann:
O kojarzę jeszcze tę opowieść o łotrzycy… jak jej było? Chyba Alia, co tam gangi Erxen męczyła.
Emeryk:
Gangi Erxene. Bez tej litery wymawia się niczym nazwę heretyckiego państwa.
Trudelloch:
Trochę racji ma doktor Kanut, że niektóre z tych legend czyta się niczym przewodniki…
Emeryk:
Tak czytałem „Zaginione Miasto”, lecz chyba trochę się w nim zgubiłem.
Hekehard:
Gorzej niż Muad z anielicą w górach?
Trudelloch:
Nie o to mi chodzi heroldzie. „Gdzie kurz nie opadł - Uniknięcie Końca” czy „Honor wśród złodziei” to przykładowo przewodniki po życiu wewnętrznym bohaterów… o ile można tamtych nazwać w ten sposób. Niektóre historie mają to do siebie, że nawet jak się nigdy nie wydarzyły, to dzieją się ciągle i stale powtarzają.
Hekehard:
Słuszna uwaga. Może kiedyś jakieś postaci zbiorą się w kółko, gdzieś w dalekim świecie i będą o nas prawić, tak jak i my opowiadamy sobie o bohaterach Sorii, a wtedy i my staniemy się częścią tej niezależnej od czasu, ciągle powracającej narracji. Oby tylko nikt z zebranych nie przekręcał mych słów.
Johann:
Później sobie pleno peleno poopowiadacie o tym „Tales and Legends” ale teraz jeszcze muszę coś wiedzieć. Idziemy na wojnę, bo nas Rheinland zaatakował, więc Malburgia i zakonni, to dwie strony konfliktu. Przeciw komu są jory i ich Prorok Cieni?
Kanut:
Zarówno przeciw nam, jak i przeciw zakonowi. Jory są przeciwnikami ludzi, bo to złe istoty.
Johann:
Z jorami jest ta wiedźma Braun i kult Negi Numa…
Kanut:
Nehir Nuzula. Szczury korzystają z innego aspektu tej transcendencji, którą nazywają Kom’mula Eluk, ale jest zasadniczo ten sam podmiot.
Johann:
No tak, Nehir Nula Eluk. I oni z tym kultem, znaczy jory… to oni są przeciw Siegvaardowi. Ten drugi kult też jest przeciw Siegvaardowi i przeciw pierwszemu kultowi. Tak?
Kanut:
Tak.
Johann:
A elfy?
Hekehard:
Oni podzielili się ostatnio na zwalczające się frakcje. Na razie są przeciwko sobie i wygląda na to, że przeciwko kultowi wspieranemu przez jory.
Johann:
Mogą najechać naszą krainę? Te jory rzecz jasna.
Emeryk:
Nie jest możliwe ocenienie ich sił, ale na ten moment jest to mało prawdopodobne. Armia byłaby widoczna w działaniach. Jedyne co mogą zrobić, ale to tylko moja opinia, to najechać poszczególne wsie i sioła, plądrować je i ewentualnie zabijać pospólstwo, wraz z końcem żniw. Pytanie tylko jak liczne siły wypaczonych magią istot będą w stanie zebrać.
Johann:
No dobra pomyślmy. Musimy jakoś zareagować jako prokurent księcia.
Narrator:
Wtem nastała cisza, w której dało usłyszeć szmer szyderstwa przechodzący pod arkadami. Do uszu rozprawiających dyskutantów doszło jak jeden z rycerzy opartych o balustradę rzekł „Patrzcie go, jaki inteligentny myśliciel, a rano myślał, że prokura to nazwa ptaka.”
Johann:
Szczymta tam ryje, bo na dupie usadzę, miast dopuścić do szarży! To było rano, a teraz jako prokurent księcia mówię co następuje. Skoro wielebny jest w stanie po stolcu księcia poznać, co ten jadł, to niech sprawdzi trzewia tego tura tura i ustali co to dziadostwo żarło i co to za rasa była przed przemianą. Dowiemy się może gdzie to się lęgło ostatnimi czasy. Te, myśliwy! Gdzie ten pachoł? Ty na górze arkad! Weźmiesz i oskórujesz tego stwora, a skórę podzielisz i do boksów koni powkładasz, aby się przyzwyczaiły do tego zapachu. Jutro zbierzesz te futro i dalej pod nos konia. Jak mamy z tym walczyć, to lepiej, aby się wierzchowce nie płoszyły od smrodu, a coś tu capi wędzonką jak cholera. Dalej! Ty tam przy wejściu. Tak, ty. No baczność, bo kopa w dupę dam pachołku z miasta. Lecisz po staż szlaków. Sześciu na koń, niech ten karzeł, co za bramą czeka natychmiast zaprowadzi w miejsce, gdzie ubito bestię. Niech tropią skąd przyszła cholera i najdalej za dwa dni niech będzie raport, do obozu, gdzie będziemy spławiać armię rzeką. Mają się dowiedzieć skąd nadeszła bestia i czy te inne bydlaki mają jakieś leże. Jak trza, to niech ścigają do skutku, ale raportować. Rano goniec do Ostwaldu… o… ty tam herold gończy, co tak się chwiejesz. Pisemny? No i dobrze. To spiszesz coś usłyszał, a rano wyślesz do Landgrafa Gerarda zu Gestirn-Ostwalda gońca, aby sąsiedzi wiedzieli, co się dzieje. Tylko idź po pieczęć kancelarii księcia. Spokojnie magiku, spokojnie. Już czuć, jak się martwisz. Możesz sobie wziąć z tego stwora jakieś tam wnętrzności do tych swoich eliksirów. Wiem, że sprawiłbym przykrość, gdybym wszystko kazał spalić. Ale przejrzysz mądre księgi i odpowiesz na pytanie co tam mogła wykluć wiedźma z jaj i jak to zabić. A ten, co ryja nie umie utrzymać, niech zetnie łeb bestii i nabije na pikę. Będziemy nieść na czele chorągwi. No i wszyscy, którzy będą dotykać tego bydlaka, niech wyczyszczą sobie ręce jakąś okowitą, bo pchły robią w tym futrze szalone tańce. Dobrze, a teraz wszyscy do kaplicy, aby zmyć plugawe nazwy, którymi nas tu uraczono. No ruchy, ruchy… narada księcia się niebawem skończy i trzeba być w gotowości.
Narrator:
Herold Emeryk von Richtenberg i doktor Kanut z Kröne wymienili się spojrzeniami, a ten pierwszy ewidentnie się uśmiechnął widząc werwę młodego championa. Wnet wszyscy zaczęli w skokach ruszać się zgodnie z wolą Johanna i po chwili prócz ciągnących truchło na rzeźnię wykonawców, na dziedzińcu Virnburg pozostał tylko krasnolud i czarodziej.
Hekehard:
Co myślisz przyjacielu?
Trudelloch:
Wulgarny, prosty i wbrew pozorom całkiem bystry. Niestety będziemy potrzebowali jego sympatii.
Hekehard:
I niestety to jest w tym wszystkim najgorsze.
Trudelloch:
Jeszcze nie. Najgorsze jest to, że młodzik ma rację i po tej bestii harcują pchły. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego jak trudne będzie przekonać sześciu górali, aby się umyli.
Narrator:
Krasnolud pokręcił ze zgrozą swą brodą i westchnął pełen rezygnacji unosząc swą prawą rękę w geście pożegnania z czarodziejem. Idąc w kierunku bramy wiedział, że ten dzień jeszcze się dla niego nie skończył, a najtrudniejsze zadanie właśnie stało odebrało mu szansę na szybki sen. Pozostający na dziedzińcu Virnburg Hekehard obejrzał się jeszcze na krzątaninę i skupił swoje magiczne zmysły na przepływach mocy. Po krótkiej analizie uznał, że rozsądnym będzie jednak, zgodnie z poleceniem championa, udać się do kaplicy w celu ablucji, co też pośpiesznie uczynił.
Ciąg dalszy nastąpił w kolejnym akcie Wojny Nieludzi. |
Temat: Na Dziedzińcu Virnburg |
Pythonius
Odpowiedzi: 1
Wyświetleń: 883
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-05-22, 16:02 Temat: Na Dziedzińcu Virnburg |
Postacie dialogu:
Emeryk - Herold Emeryk von Richtenberg
Hekehard - Mistrz Hekehard z Zwischenbergu
Johann - Johann zu Kleks.
Kanut - Doktor Kanut z Kröne
Trudelloch - Trudelloch „Cwany” Grommilssonn z klanu Srogich Pięści
Dialog nawiązuje do wydarzeń opisanych w wątku Wojna Nieludzi - Akt I.
Narrator:
Była noc 34 dnia lata 1976 roku Ery Upadku Svirtbēṯ, która to noc według kalendarza runicznego należała do Svardød, ale dla ludzi Siegvaardu był 2 dzień sierpa 699 roku i jak każdy inny dzień należał do Mymkrafta, gdy na dziedzińcu zamku Virn z wolna siedmiu dvergów zdejmowało z dwukołowego wozu ciało zabitej rogatej bestii. Przyglądał się temu Mistrz Hekehard z Zwischenbergu ubrany w odświętną szatę maga z wyszytymi symbolami przynależności do cesarskiej warowni Malheim. Dla dvergów, tu zwanych krasnoludami, było dostatecznie jasno od świateł bijących z kilku dolnych okien wychodzących na dziedziniec i prawego jasnego rogala na niebie, ale Mistrz Hekehard nim truchło legło na bruku dziedzińca rozkazał sługom przynieść z dolnych sal wychodzących na krużganek wysokie kandelabry, co też pośpiesznie uczyniono. Hekehard odprawił sługi, gdy zbliżył się do niego na krok ciemnowłosy krasnolud o niezniszczonych pracą dłoniach, noszący miast zbroi pierścienie i bogato zdobiony pas. Krasnolud pogładził opuchnięty policzek i też odprawił dvergów, którzy patrząc na truchło rogatej bestii, jeden za drugim splunęli na bruk, a ostatni opuszczający dziedziniec przy bramie nawet puścił głośnego bąka, czym wywołał niesmak u pozostającego krasnoluda, lecz nie udało mu się wywołać u niego zdziwienia.
Hekehard:
Twoi ziomkowie Trudellochu nigdy się nie zmieniają, nawet gdy zamknie się ich w murach ludzkiego miasta.
Trudelloch:
Już zapomniałem Mistrzu Hekehardzie, że bez zająknięcia deklamujecie oczywistości z nadzieją, że nikt jeszcze ich nie dostrzegł.
Narrator:
Mistrz Hekehard uśmiechnął się, a jego siwy wąs zalśnił w świetle kandelabrów. Trudelloch odwzajemnił uśmiech, po czym krasnolud i człowiek serdecznie ścisnęli sobie ręce, a następnie zaczęli rozmawiać tylko w sobie znanym języku, różnym od języków poleceń, które przed chwilą wydali.
Trudelloch:
Rad jestem z tego spotkania. Rubikon ponoć nieczęsto wypuszcza magów swego kręgu. Czy to prawda, że mimo mistrzostwa w magii ty i pozostali czarownicy z Malheim wróciliście do roli adeptów?
Hekehard:
Może „adept” nie oddaje w pełni tej roli, w której się obecnie z moimi konfratrami znaleźliśmy, ale rzeczywiście Rubikon przewyższa nas tak jak mistrz przewyższa ucznia.
Trudelloch:
Jest tak potężny jak mawiają?
Hekehard:
To mag z Imperium, pielęgnujący tradycję awatarów, którą rozpoczął Asterion. Z magów mojej rasy nie ma potężniejszych w Sorii. To, że do Siegvaardu zawitał ktoś, kto nie musiał pół życia praktykować ze związaną jedną ręką przez Kościół, a żyje jakieś pół tysiąca lat, sprawia, że trudno się nam do niego porównywać. Ale… leży u naszych stóp bestia, a my rozprawiamy o rzeczach znacznie dalszych.
Trudelloch:
Na bestię przyjdzie czas, gdy zejdzie do nas Landgraf Fürst Ferdinand Pierwszy Adler-Herr, a teraz można wymienić się wieściami.
Hekehard:
Niedoczekanie twoje przyjacielu. Fürst Ferdinand się do nas nie pofatyguje, bo rozprawia o strategii ze sztabem. Nie zejdzie też do nas pan tego zamku, Burggraf Hans-Adolf Adler-Herr.
Trudelloch:
wysłałem posłańca, który donosił o tej bestii. Przecież to kwestia bardzo ważna. A poza tym, dlaczego nie wezwano mego brata Jovina, który będzie dowodził krasnoludzką armią?
Hekehard:
Co do tego ostatniego, to nie wiem, ale bacz, że te sprawy na dziedzińcu widać nie są tak ważne, jak ważna jest polityka. Spokojnie przyjacielu, niebawem powinni tu być herold Emeryk von Richtenberg, doktor Kanut z Kröne oraz ktoś o kim pewnie nigdy nie słyszałeś, ale teraz warto zapamiętać jego miano.
Trudelloch:
Jest to jednak niepokojące. Herolda i doktora Kanuta już spotkałem. Kim jest ta ostatnia osoba triady?
Hekehard:
Johann zu Kleks.
Trudelloch:
Nawet nie wiem, gdzie znajduje się takie miejsce jak Kleks. Co to za totumfacki człowiek księcia i jak dostąpił on zaszczytu stania przy heroldzie?
Hekehard:
To champion turnieju, który urządził książę w Grundem przed wymarszem do Virn. Nie oglądałem samego turnieju, ale doniesiono mi, że chociaż licho uzbrojony doskonale operował… umbo? Chyba właśnie tym.
Trudelloch:
Umbo to środkowa część tarczy.
Narrator:
Trudelloch wskazał na wiszące na balustradach krużganka okrągłe tarcze, a następnie, gdy Mistrz Hekehard skupił na nich wzrok obrysował palcem w powietrzu metalowe serce tarczy. Cofnął jednak rękę, gdy zdał sobie sprawę, że ludzkie oczy w ciemności zewnętrznej części dziedzińca mogą nie dostrzec tego szczegółu.
Hekehard:
W każdym razie wygrał turniej, dostał pas, piękne ostrogi i teraz na czas wojny będzie championem księcia, a co się z tym wiąże, będzie mu raportował… lub jeżeli jest intelektualnie w stanie, to może nawet będzie księciu konspektował… sprawy nie najwyższej wagi, ale wciąż formatu wymagającego rozwagi. No i będzie jego prokurentem. Herold i doktor Kanut wprowadzają go w niuanse godności, której dostąpił, a mnie, podobnie jak im przypadło w udziale „służyć championowi radą na czas wprowadzenia”. Dokładnie taką formułę mi polecono, lecz nie jestem pewny czy wiąże się z tym jakiś awantaż.
Trudelloch:
Powiedz mi coś jeszcze o nim.
Hekehard:
Stanu zwykły Adel. Prostaczek z tytułem rycerskim lub bliskim niego. Ledwo je łyżką i jak już nabiera pokarmu, to zawsze z górką. Drapie się publicznie, zakłada ręce za głowę, stoi w rozkroku jak do jazdy, chociaż przecież konia nie ma zawsze pod sobą. Ma chyba siedemnaście lub osiemnaście lat i w swoim Kleksie żonę z pierwszym dzieckiem. Ojciec już nie żyje, a poza tym o rodzie niczego się nie dowiedziałem. Herold jednak rozpoznał jego herb i rycerze z Westwaldu byli w stanie go przedstawić. Herold zna wszystkie herby Malburgii i pewnie nawet wszystkie herby całego Siegvaardu, a może i Apricji, i Środkowych Królestw. Całe starcze życie zaskakuje mnie, że ktoś się uczy w młodym wieku herbów jak symboli haetel, chociaż pożytek z tego jedynie towarzyski.
Trudelloch:
To chyba trochę bardziej zawiłe zagadnienie. Przy okazji, póki nie przybyli wspominani. Czy mógłbyś mi zorganizować rzeczy z tej listy?
Narrator:
Krasnolud podał czarodziejowi niewielką białą kartę zapisaną inkaustem, a ten odwracając jej wierzch do kandelabra objął ją jednym spojrzeniem. Mag nieśpiesznie podniósł wzrok na swego rozmówcę i rzekł z namysłem.
Hekehard:
Nie wszystko, ale może zadowolisz się pewnymi substratami. Tak. Z zamiennikami nie będzie problemu, jeżeli rzecz jasna uzbroisz się w cierpliwość równą koniecznej drodze do Malheim i dalej na front. Mistrz Waldemar będzie tam niebawem ruszał, więc mogę polecić mu sprowadzenie tych rzeczy. Bacz jednak, że z gaerdalium będzie problem, bo to komponent wysoce przetworzony. Można go uzyskać z prekursorów w małym laboratorium alchemicznym, między innymi z dendrytu i jakiegoś zewnętrznego aksonu. Potrzeba do tego jednak czasu. Tak… jeszcze z chryzelefantyną będzie problem dla tego amalgamatu, bo potrzebny jest specjalny łącznik z drewna, którego nie mieliśmy na stanie, gdy opuszczałem warownię. To tyle jeżeli chodzi o listę, którą dołączę Waldemarowi. A swoją drogą nie wiesz może kogo odwiedzał on w krasnoludzkiej dzielnicy ostatnimi dniami?
Trudelloch:
Nie wiem nic o tym, aby jakiś czarodziej pałętał się po Geschlossener Bezirk od kiedy tu jestem, a na każdych wrotach miałem bystrego dverga.
Hekehard:
Waldemar jest sprytny. Jeżeli nie chciałby być zobaczony, to by nie został zobaczony. Może snuje on swoje intrygi, ale na razie nic nie wskazuje na to, aby były jakoś bardzo sprzeczne z ogólną linią naszej konfraterni. À propos konfliktów, co ci się stało? Bitwę żeś stoczył? I w ogóle, to dlaczego pachniesz wędzarnią? Przez chwilę myślałem, że to truchło podwędzone lub majordomus księcia oszczędza na świecach i miast woskowych podał nam w kandelabrach łojowe, ale przecież to ty nosisz się z taką aurą.
Trudelloch:
Słyszałeś ten wybuch wczorajszej nocy? Moja siostra Wisienka straciła torbę z materiałami alchemicznymi, a zasadniczo piro-alchemicznymi. I ten wybuch był właśnie tam, gdzie i ja byłem. Ten siniak zaś to krasnoludzka kampania wyborcza. Można rzec, że udana.
Hekehard:
Wierzę w twe słowa. Och przypomniało mi się! Jedna rzecz cię zaskoczy przyjacielu, gdy ci o niej opowiem. Wiesz, że książę nauczył się języka runicznego?
Trudelloch:
Runicznego? Nie chodzi ci po prostu o język kamienny? Wczoraj i dziś nim mówił, a zna go pewnie od dekady.
Hekehard:
Języka runicznego. Tego opartego o alfabet eldrunnic.
Trudelloch:
Żartujesz?
Hekehard:
Nie.
Trudelloch:
Nie może być. Przecież nawet piastunów, którzy znają język runiczny da się policzyć na palcach. Skąd się go nauczył?
Hekehard:
Nie wiem na pewno, ale to musiało być źródło spoza Virn. W każdym razie, gdy półtorej dekady temu książę został wzięty w pertraktacjach przez krasnoludzkie tuzy z miasta…
Trudelloch:
Dokładnie to Ansgara Hekgvina Lemiesza zwanego „Bankierem”.
Hekehard:
Tak, tak. Właśnie jego i jego wspólników. Chyba ubodło go to, więc teraz gdy pośredniczył negocjacjom tego Lemiesza z księciem von Burke porządnie się odegrał. Ugryzł Lemiesza, mógł połknąć, ale wolał wypluć.
Trudelloch:
Pewnie chodzi o ich negocjacje w sprawie lokacji krasnoludzkiej dzielnicy w Kröne. Przecież doszli do porozumienia i Westwaldzcy krasnoludowie będą mieli swój przyczółek na wolnej ziemi w stolicy Malburgii.
Hekehard:
Tak, ale podczas negocjacji książę zastawił gambit w imieniu von Burke, na który złapał się Bankier, a przez to Lemiesz miał wybór między utratą brody, a utratą oprocentowania pożyczek wojennych. Jak pewnie wiesz Bankier cały czas ma brodę, więc jego zysk z wojny to naprawdę resurs... i prawo osiedleńcze dla westwaldzkich krasnoludów.
Trudelloch:
Języka runicznego można się uczyć tylko na naszych starych podaniach, spisanych i nie czytanych, lecz opowiadanych. Nie wiem co zastosował książę, lecz rozumiem, że musiało być to coś relewantnego i wyciągniętego z naszej historii jeszcze sprzed upadku Svirtbēṯ. Warto wiedzieć, że to niebezpieczny adwersarz. Tak! Warto to wiedzieć. Do pustej beczki! To zmienia układ sił w mieście, a jutro niepotrzebna konfrontacja.
Hekehard:
Warto o jednej rzeczy jeszcze wiedzieć, ale to ty potwierdź. To prawda z wiedźmą?
Trudelloch:
Jeżeli pytasz o Adę Braun, to tak, chociaż wśród wiadomości są plotki. Nie jestem pewny czy jest wiedźmą, czy tylko narzędziem jakiegoś wysublimowanego prymatu. Jeżeli to pierwsze, to musi być potężnym magiem, bo była w stanie ukryć swoje magiczne moce, a jeżeli to drugie, to niebawem przyjdzie nam się zmierzyć z jakąś dominacją. Myślisz, że ma to związek z tym truchłem?
Hekehard:
Tak myślę i podobnie myśli tu obecny krąg magów. A wiem, bo zdążyłem im przekazać wieści i zasięgnąć opinii. Widzisz przyjacielu, w ostatnim roku bardzo dużo się wydarzyło na ziemiach od Sudemarku do Rheinlandu i chyba w końcu zmierzamy do konkluzji tej opowieści.
Narrator:
Krasnolud i człowiek spojrzeli raz jeszcze na rogatą bestię, której pysk zastygł w grymasie agonii. Bycza głowa tego stworzenia miała ostre rysy, a szeroki nos unosił wąski pysk, który wypełniały liczne kły. Zdawało się, że zmrużone oczy z boków pociągłej głowy, szukały celu ataku nawet gdy stwór był już truchłem, a potężne rogi nad nimi skierowane w przód miały wskazywać ten cel. Stwór w zasadzie nie miał szyi, ale gdyby stał, to mierzyłby blisko dwa i pół metra wysokości. Mógł ważyć przy tym więcej jak trzysta kilogramów, a jego humanoidalne, pokryte brązowo-brunatnym futrem ciało wydawało się umięśnione i twarde. Mocarne ręce i nogi zdradzały dużą siłę stworzenia, a pięść zdecydowanie mogła zrobić poważną krzywdę przy uderzeniu. Mogłaby jednak tylko o tyle, o ile stwór byłby żywy. Teraz zaś był martwy, co z ulgą przyjmowali obecni interlokutorzy. Potwór nie był nagi. Odzienie, w które został upakowany było skórzaną zbroją. Prymitywną, ale wciąż zbroją, co budziło konsternację. Mistrz Hekehard już z wolna otwierał usta do kolejnej części rozmowy, gdy nagle jego uwagę przykuł nowy głos pojawiający się na dziedzińcu.
Johann:
Oho! Wasza wielebność doktor Kanut niech wzywa Wielkiego Kapłana. Toć to na dziedzińcu mag heretyk z poganinem bawią, a to miast świec trzeba stos rozpalić… orzesz, ale bestia. Dawno ubita?
Narrator:
Spokój Trudellocha Grommilssonna i Mistrza Hekeharda przerwał zbiegający ze schodów na dziedziniec młodzieniec o blond włosach i błękitnych oczach. Ewidentnie miał styczność z alkoholem, co zdradzała plama wina na jego kołnierzu, który wystawał spod starej zbroi. W oczy rzucał się jednak całkowicie niedopasowany do prostego odzienia bardzo ozdobny pas i niepotrzebnie zostawione przy butach ostrogi, które wymagały zeskakiwania ze schodów. Pod arkadami krużganku poczęli zbierać się ciekawscy rycerze ze świty czempiona Johanna, lecz wzrok krasnoluda i maga kierował się na schodzących z wolna dwóch mężów. Dostojnie starszego, blisko czterdziestoletniego herolda odzianego w aksamitny, czarno-bordowy houppelande z wyszywanym po lewej stronie lwem dzielonym poziomo w pół, który u góry był złoty na czarnym tle, a u dołu czarny na złotym tle. Na głowie herold miał czarny chaperon, a na pasie prawie tak ozdobny pas jak blond młodzieniec Johann. Za heroldem schodził ubrany w zdobiony habit kapłan o szpakowatym wyglądzie i ponurych, głęboko osadzonych oczach. Kapłan na szyi nosił złoty symbol tarczy słonecznej, z której wystawały po bokach poskręcane miecze, a na palcach nosił pierścienie, które można było widzieć tylko o tyle, o ile trzymał się on poręczy schodząc ze schodów, gdyż z nawyknienia szybko schował złączone dłonie w rękawy swego habitu, gdy tylko nie musiał trzymać się poręczy. Krasnolud i mag wymienili się z kapłanem skromnymi grzecznościami, gdy herold podszedł do wychodzących z westybulu dwóch heroldów gończych. Dopiero po tych grzecznościach Trudelloch zdecydował się zwrócić do młodzieńca, który już szturchał nogą bestię, odpowiadając na jego pytanie.
Trudelloch:
Dziś o brzasku.
Johann:
Nie musisz klęczeć krasnoludzie podczas rozmowy… chwila. Ty stoisz. Myślałem, że klęczysz. Na uśmiech świętego Hermenegilda. To prawda, że krasnoludy są niskie jak dzieci, a szerokie jak… po prostu szerokie. I ta broda. Długo ci rośnie?
Trudelloch:
Nie pamiętam championie, abyśmy wchodzili w zażyłość. Odpowiem jednak i na wasze drugie pytanie. Od stu czterdziestu trzech lat.
Johann:
Babka mi mówiła, że krasnoludy żyją dwieście lat, a później zamieniają się w grzyby lub kamienie, w zależności od tego czy były dobre czy złe.
Kanut:
Jest to baśń. Krasnoludowie Górscy dożywają dwustu lat, po czym ich proces starzenia się przyśpiesza. Dożywają lat circa dwustu pięćdziesięciu, przy czym umierają w niespektakularny sposób. Częściej jednak populacja ta umiera z powodu przemocy wojennej, najazdów prymitywów, głodu i chorób powodowanych niedożywieniem.
Johann:
A krasnoludy miejskie?
Kanut:
W porządku nauk biologicznych nie ma czegoś takiego jak krasnolud miejski. Ten lud żyjący w swojej zamkniętej dzielnicy i cieszący się protekcją jaśnie księcia to krasnoludowie górscy, którzy niczym się nie różnią od górali. Z wyjątkiem obyczajów i częstotliwości kąpieli. Poza tym żyją w Sorii krasnoludowie lodowi i czarni. Pierwsi są podobni obyczajem do górskich i oddają cześć tym samym bożkom, a drudzy oddają cześć Myrkrydom, czyli odwróconemu Førstseptowi.
Johann:
No dobra. A co to za bestia?
Hekehard:
Niech mnie wielebny doktor Kanut poprawi, jeżeli jestem w błędzie, ale ta bestia to tuerrtaur.
Narrator:
Mistrz sztuk magicznych uczynił szeroki i prowokacyjny uśmiech w kierunku honorowanego stopniami naukowymi kapłana Kanuta. Kanut udał, że tego uśmiechu nie widzi, lecz opuścił swój wzrok na truchło stwora.
Johann:
Tuter… Turtar…
Kanut:
Tuerrtaur. Inna nazwa tego stworzenia to minotaur.
Johann:
Kto wymyśla te nazwy? Nie może się to po prostu nazywać w jeden sposób?
Hekehard:
To przyjęta praktyka od dawien dawna. Stwory te były znane od czasów, gdy Mymkraft chodził po świecie. W zamku Minon, który już dawno zasypany jest piaskami ergu używano takich stworów jako strażników, stąd też nazwa „minotaur”.
Johann:
A co to w zasadzie jest? Prócz tego, że to plugawe truchło. Ktoś to przebił włócznią?
Emeryk:
Dość! Sprowokowane rozmowy nie są na miejscu. Wszystko źle. Championie, udzielam ci ósmego dziś upomnienia. Ab ovo!
Kanut:
Podzielam uwagę jego dostojności herolda von Richtenberg.
Narrator:
Herold w końcu zbliżył się do rozmówców i wykonał adekwatny dworski ukłon dla widzianego pierwszy raz tego dnia krasnoluda. Kanut podniósł wzrok z truchła stwora i skierował je na mistrza sztuk magicznych, który dopiero w tym momencie zdjął z kapłana swoje spojrzenie. Były to jednak szczegóły, gdyż niemal całą atencję skupił Johann. Młodzieniec wnet westchnął i opuścił głowę, po czym oddalił się w koncercie śmiechów, zgromadzonych na zewnętrznej części krużganka gapiów. Jedynie pełną powagę udało się zachować dwóm gończym heroldom, których herold Emeryk von Richtenberg wprowadzał w arkana heraldyki i zwyczajów turniejowych. Akurat do nich zbliżył się champion i odwrócił do czwórki stojącej dookoła truchła. Założywszy prawą rękę za plecy Johann wyprostował się i marszowym krokiem zbliżył się do zgromadzonych. Przy ostatnim kroku zaś złożył nogi i ukłonił się okazując szacunek, lecz nie uniżenie.
Emeryk:
Johannie zu Kleks, przedstawiam Trudellocha Grommilssonn z klanu Srogich Pięści, drugiego syna erilara Grommila, młodszego brata służącego pod sztandarem jaśnie pana Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra dowódcy krasnoludzkiego Halbheer Jovina, potomka Gimlira „Srogiej Pięści” z linii rodu Trudela zwanego „Lochem”, noszącego przydomek „Cwany”, piastuna wolnych klanów.
Johann:
Moje uszanowanie krasnoludzie.
Emeryk:
Trudellochu Grommilssonnie z klanu Srogich Pięści, przedstawiam Johanna zu Kleksa, championa czwartego turnieju jaśnie pana Landgrafa Fürsta Ferdinanda Pierwszego Adler-Herra, syna Johanna herbu proso, prowadzącego pierwszą chorągiew rycerską Westwaldu.
Trudelloch:
Moje uszanowanie championie.
Emeryk:
Możesz championie zainicjować indagację.
Johann:
To znaczy?
Emeryk:
Możesz już pytać.
Johann:
A więc chciałbym na początku dowiedzieć się co piastuje krasnolud.
Emeryk:
Korniej!
Johann:
Co to jest?
Emeryk:
Moje polecenie jako wprowadzającego. Sformułuj pytanie w sposób poprawny i godny championa jego miłości księcia.
Johann:
Dobrze…, a więc, co wy piastujecie krasnoludzie?
Trudelloch:
Piastun to nazwa godności klanowej i rodzaj przewodnictwa.
Johann:
Jak szlachta?
Trudelloch:
Nie. Piastunem może być w zasadzie każdy.
Johann:
Czyli jesteście takim kapłanem, jak wielebny doktor Kanut?
Trudelloch:
Co prawda trzymamy pieczę nad koherencją kultu, lecz bliżej nam do nauczycieli, gdyż nasza religia jest inna i obrzędy sprawują rodziny. Z twej kultury najbliżej piastuna będzie ktoś, kto łączy funkcje minstrela, jurysty i nauczyciela. Pozwolisz, że i ja zadam ci pytanie championie zu Kleks. Jesteś z Westwaldu i nigdy nie widziałeś krasnoluda? Nawet dziś nie widziałeś kogoś z mego ludu podczas przeglądu wojsk księcia na łąkach po wschodniej stronie murów Virn?
Johann:
Nie widziałem, bo książę wysłał mnie z misją… po prostu nie widziałem. Słyszałem o was, głównie od babki, ale do Virn przybyłem dopiero dzisiaj, a z końcem zeszłego miesiąca wybrałem się po raz drugi w życiu do Grumdem. Pierwszy raz byłem jeszcze jako pacholę, lecz ni razu nie zaszedłem do krasnoludzkich nor. Było to wtedy, gdy jako giermek służyłem u Rittera Oscara von Felden. Później do chwili ożenku bawiłem na północy krainy i teraz dopiero jako pan na swoim wziąłem udział w turnieju, gdy zawiązano chorągwie Freiherra Siegfrieda von Ezzon. Ale tam w Grumdem, przy turnieju, nie widziałem waszych, bo ci co na wojnę szli, to już tu byli w Virn. No i tako w dorosłym życiu pierwszy raz widzę karła.
Emeryk:
Ad rem.
Johann:
Dobrze. To akurat już wiem co znaczy heroldzie. To co to w ogóle jest ten tertur?
Hekehard:
Minotaur jest bestiatem, a dokładniej bestiatem synkretycznym drugiego stopnia „tuerr” z „taur”. Przy nazewnictwie tych istot dokonuje się połączenia nazw, stąd w klasyfikacji jest on tuerrtaurem.
Johann:
Bestiat to bestoid jak pies czy gryf?
Kanut:
Nie. Wbrew podobieństwu nazw, bestiaci nie są bestoidami, gdyż nie powstają w procesie rozmnażania się po zapoczątkowaniu procesu kreacyjnego w intelekcie supranaturalnym. To aberroidy. Abominacje, które powstają przy użyciu plugawej magii.
Johann:
Czy wy Mistrzu Hekehardzie lub wasi druhowie z Malheim robicie takie stwory?
Hekehard:
Nie. Po pierwsze jest to zakazana magia, a po drugie zwykle zbestnienie jest skutkiem katastrofy magicznej.
Kanut:
Nie wprowadzajcie w błąd młodzieńca magistrze Hekehardzie. Wszelka magia jest zakazana, ale pewne realizacje magii są depenalizowane na mocy kanonu marceliańskiego. Oczywiście pod warunkiem, że nie traktuje się ściśle aneksu Tertuliana do Księgi.
Hekehard:
Uznajemy legalność magii na mocy przywileju cesarskiego.
Kanut:
To źle uznajecie magistrze Hekehardzie, ale nie jesteście prawnikiem, tylko magikiem. I obyście nigdy nie byli posądzeni o czarnoksięstwo.
Johann:
Później sobie o tym pogadacie zacni panowie… to dobra formuła heroldzie?
Emeryk:
Nieprawidłowa. Przy zwrocie do tytularnie różnych porządków korzysta się ze zwrotu pleno titulo, ale idźmy dalej.
Johann:
Jeszcze raz muszę to usłyszeć, bo nie wiem czy rozumiem. Jak to bydle powstało. Że z magii, to wiem, tylko jak.
Hekehard:
Ten martwy osobnik był kiedyś człowiekiem, a może krasnoludem lub należał do innej rasy. Na ten moment tego nie ustalę. Zadziałała na niego silna magia, która wypaczyła wzór tego nieszczęśnika i zamienił się on w bestię.
Johann:
Bestoidy i bestiaci są bestiami. Nawet sensowne. To w ogóle chłop czy baba?
Kanut:
Te istoty nie mają płci. Płeć jest rozróżnieniem istot, które rozmnażają się, jak wskazuje nazwa „płciowo”. Aberroidy co było już powiedziane nie rozmnażają się w ogóle, nie przez wadę narządów rodnych, tylko ich brak. Nie są to więc mężowie czy niewiasty, ani nie są to obojnaki. Z uwagi, że bestiaci pochodzą od istot dwupłciowych najdokładniej można wskazać, że są to istoty niebinarne. Co zaś się tyczy pochodzenia rasowego stwora, to można to ustalić poprzez sekcję. Pewne partie mięśni i ułożenie organów wewnętrznych, pozwoli rozstrzygnąć czy ten minotaur pochodzi od człowieka.
Johann:
A kto go w to ubrał?
Trudelloch:
Dobre pytanie. Jak widać ma na sobie skórznię dopasowaną do wymiarów swego ciała bez czepca. Jest to robota prymitywna, więc raczej nie był on krasnoludem.
Emeryk:
Nie byłbym tego taki pewny. Zwróćmy uwagę, że do wykonania takiej skórzni potrzebny jest gotowany olej i płaty skóry. Nie jest to skóra świńska ani cielęca…
Kanut:
Skończmy te dywagacje. To skóra innych bestiatów.
Johann:
Oskórowali swoich? Chwila! To znaczy, że musi być więcej takich stworzeń.
Kanut:
Logicznym wnioskiem jest, że było więcej takich stworzeń, a nie, że ich jest. Nie wykluczam jednak, że jest ich więcej, bo to niebezpodstawny wniosek indukcyjny.
Trudelloch:
Co prawda znaleziono przy tym stworze podrzynacz krasnoludzki.
Johann:
Miecz karłów.
Trudelloch:
Tak. Na klindze była inskrypcja w języku kamiennym - „Własność Derdeka „Nabijacza” Torglossonna z Klanu Opiłków”.
Johann:
To wasz znajomy krasnoludzie?
Trudelloch:
Nie. Klan Opiłków zamieszkuje Nilf. W waszym języku Nilf nazywane jest Allenberg.
Johann:
Kojarzę. To gdzieś na wschodzie.
Emeryk:
W Allenlandzie. Jest to prowincja kraju Bergmark. Prowincja ta znajduje się na zachodzie kraju i obejmuje zarówno góry Allen, jak i doliny od granicy z Forstmarkiem, do gór Hochkalt. W prowincji tej rządzą burggrafowie, którzy odpowiadają za miasta i warownie. No i żyją też dvergowie, czy jak wolisz „krasnoludowie”. Zapamiętaj do championie.
Trudelloch:
Nie znam wszystkich Opiłków, bo to dość odosobniony klan, ale niedawno nasz pieśniarz wrócił od klanów mieszkających w bliskim sąsiedztwie i nikt nic nie wspominał o tym, aby poginęli Opiłkowie. Jeżeli sprawa jest bardzo nowa, powiedzmy, że krótsza, niż kwartał, to wszak wszystko mogło się wydarzyć.
Johann:
Ciekawe, ciekawe. Mówiłeś… znaczy, mówiliście krasnoludzie, że ubity dziś z rana. Czy ciężko ubić taką bestię?
Trudelloch:
Dokonało tego dwóch dvergów. Jeden postrzelił stwora i przyjął na siebie szarżę, w której przytrzymał go, a drugi przebił bydle włócznią zachodząc zza pleców. Tu widać miejsca uderzeń. Ten, który zadał ostatni cios, Ulf „Pogorzelec” z rodu Jarych Bobków, czeka za bramą dziedzińca. Teobald „Gromowładny”, który trzymał stwora był widziany w lecznicy.
Johann:
Krasnoludy są bitne, bo ponoć miast rozumu mają żelazo, ale nie wygląda na to, aby takie stwory były specjalnym zmartwieniem. Dwóch karłów na jednego, a karłów w mieście i pod murami tuziny tuzinów.
Emeryk:
Mylisz się młodzieńcze. Z podań wynika, że stwory te są bardzo niebezpieczne. Nie mają zasad, nie czują strachu i pałają żądzą mordu. Nie zawsze uda się zaskoczyć stwora atakiem zza pleców, a poza tym rycerstwo byłoby niezdolne do takich działań. Wysyłając na takie stwory chłopstwo, można w pierwszej kolejności w niegodny sposób stracić rekruta.
Johann:
Rozumiem. Zapytam jeszcze, bo cały czas te czarnoksięstwo mnie tu martwi. Ta bestia nie powstała przez przypadek, co nie?
Hekehard:
Skoro bestiatów było więcej i mieli ze sobą kontakt, chociażby śmiertelny dla części z nim, skłaniałbym się do tego, że nie jest to przypadek.
Johann:
Kto więc może być za to odpowiedzialny?
Narrator:
Herold popatrzył na Mistrza Hekeharda, a ten spojrzał na doktora. Kanut zaś skierował swój wzrok na Trudellocha, który patrząc się prosto w oczy Johanna powiedział dwa krótkie słowa.
Trudelloch:
Ada Braun. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-05-01, 22:17 Temat: Przesłanie do elfów od Takefjell |
"Przesłanie do elfów od Takefjell"
autor Karev „Pieśniarz” Dvilssonn
My jesteśmy krasnoludki
Hopsa sa - hopsa sa
Rozwalimy wam ogródki
Hopsa - hopsa sa
Topór w rękach, taka moda
Oj tak tak - oj tak tak
Honor, duma, stal i broda
To nasz - to nasz znak
Szyszki z drzewek pospadają
Hopsa sa - hopsa sa
Szyszkojady wyzdychają
Hopsa - hopsa sa
Mocna piącha w elfie lico
Sru tu tu - sru tu tu
I zasypiasz ladacznico
Lulu lulu - lu
Płoną elfy, płoną lasy
Hopsa sa - hopsa sa
Nie bierzemy za to kasy
Hopsa - hopsa sa
Hełm na głowie, topór w dłoni
A ja jaj – a ja jaj
Góral zaraz was pogoni
Uhu uhu – ah
My jesteśmy krasnoludki
Hopsa sa - hopsa sa
Czas odpłacić dawne smutki
Hopsa - hopsa sa
Młotem łatwo liczyć kości
Oj tak tak - oj tak tak
Chwała w naszych sercach gości
To nasz - to nasz znak
Co uciekasz szyszkojadzie
Hopsa sa - hopsa sa
Przybyliśmy w stałym składzie
Hopsa - hopsa sa
Tu na czele Srogie Pięści
Sru tu tu - sru tu tu
Porąbiemy was na części
Lulu lulu - lu
Są tu z nami Ogrobije
Hopsa sa - hopsa sa
Każdy elfa dziś zabije
Hopsa - hopsa sa
No i przecież Bokobrodzi
A ja jaj – a ja jaj
Drzewolubom się zaszkodzi
Uhu uhu – ah
I tak sobie śpiewali i płynęli wraz z rzeką Westernlodirn na północ, aby zmierzyć się ze swym przeznaczeniem i stać się godnymi Sal Biesiadnych. Virn okazało się być ledwo przystankiem długiej podróży, lecz najciekawsze było dopiero przed nimi.
Pełgająca świeca oświetliła jeszcze raz uśmiech starca, który zdjął na chwilę kapelusz, aby przeczesać włosy. W świetle widać było jeszcze więcej zaniepokojenia na twarzy siedzącego naprzeciw niego młodzieńca, który zżywszy się z bohaterami nie musiał odczuwać takiej odrazy, która nawiedziła jego wątrobę podczas poprzedniej opowieści. Starzec to widział swymi stalowymi oczami, a znając dalszą część tej historii, wiedział że młodzieniec doświadczy jeszcze wielu różnych emocji.
Wątki tej opowieści wiążą się z dialogiem, który odbył się Na Dziedzińcu Virnburg. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-02-12, 16:23 Temat: Krasnoludy po pierwszej wojnie nieludzi |
Postacie dialogu:
Brina - Brina „Wróżka” Torisdatter
Goltor - Goltor Gollo „Prawy” Gollossonn
Karev - Karev „Pieśniarz” Dvilssonn
Karlig - Karlig „Piastun” Mordekssonn
Ksawery - Ksawery „Piwowar”
Lotor - Lotor "Grzywacz" Kagolssonn
Mird - Mird „Żelazna Broda” Odissonn
Raggor - Raggor „Strażnik Córek” Adborssonn
Trig - Trig „Zajęczy Ząb” Murburssonn
Trudelloch - Trudelloch „Cwany” Grommilssonn
Zwerk - Zwerk „Runotwórca” Torissonn
Ból głowy, szarpnięcie, jakieś niezrozumiałe głosy i kolejne szarpnięcie. Blask, ból głowy, szarpnięcie, śmiechy i jeszcze jedno szarpnięcie. Ból życia, to dobry znak. Jęki dookoła, ciemność, ból głowy, delikatne odstawienie i gwar. Blask rozpalonego kandelabru, smak zaschłej krwi i dymu w ustach, wibrujący ból głowy i twarzy, dysputa w języku kamiennym. Blask rozpalonego kandelabru na środku stołu, którego światło walczy o prymat w izbie z tym wypadającym przez wąskie okna wysoko na ścianach, sporna dyskusja krasnoludów siedzących przy stole pod oknami i tych na ławach umieszczonych przy ścianie naprzeciw okien. Ciepła skóra pod rzycią, miękkie futro za głową, ale głowa boli. Pięciu krasnoludów przy stole, a na środku odziany w kolczugę dość stary krasnolud z gęstymi włosami zaplecionymi w warkocze i częścią włosów rozplątanych i rzucających na jego twarz grzywę sięgającą blond brody. Krasnolud ukrywał bliznę ciągnącą się od czoła, przez lewą skroń, do policzka w którym miał srebrną płytkę miast skóry. Otulony karmazynową peleryną trzymał pokrytymi tatuażami rękoma gorący napitek, a do głowy przykładał jakąś wilgotną szmatę. Lotor Grzywacz patrzył na dverga siedzącego na szczycie stołu ze swej lewej strony mijając spojrzeniem dostojnie ubranego w karmazynową koszulę i pelerynę i ozdobionego złotem krasnoluda z szerokimi dłońmi złożonymi na różowych policzkach przebijających z siwej brody zaplecionej w trzy koki.
Spojrzenie Lotora mijało niezauważenie krasnoluda po jego lewej stronie i kierowało się na mówiącego akurat gospodarza Sal Førstseptu – obitego na pociągłej twarzy ciemnowłosego i przykładającego okład do wystających z czaszki świeżych guzów Karliga. Opuchnięte usta nie przeszkadzały mu w mowie kierowanej do krasnoluda siedzącego na przeciwległym szczycie stołu. Akurat Karlig zerknął raz na krasnoluda siedzącego po prawej stronie Lotora, lecz ten bardzo biały na brodzie, łysy na głowie krasnolud nie mógł odwzajemnić tego spojrzenia, ponieważ w oczodołach miast oczu miał sporej wielkości brązowe kamienie szlachetne z czarnymi inkluzjami przypominającymi źrenice. Jego poparzona twarz i niemal wypalony nos były odziane cieniem od karmazynowego kaptura naciągniętego na głowę. Skrzyżowane na piersi stare pomarszczone dłonie były równie poparzone jak twarz.
Karlig jednak kontynuował mowę skierowaną do najaktywniejszego interlokutora z przeciwległej strony stołu. Odzianego, odmiennie od reszty, w ciemną szatę zdradzającą skromność, która komponowała się z jego pofalowaną antracytową brodą i włosami, dostojnie błyszczącymi w świetle. Słuchał on Karliga wbijając w niego węglowe oczy, lecz na ustach miał uśmiech pogardy.
Ksawery przypomniał sobie swoje imię, a także to, że żyje i jakiś czas temu miał mocne spotkanie w pięścią Jovina Czachotarcza. Siedział z boku ławy na miękkiej skórze, a za bolącą głową miał jakieś miękkie futro. Przed nim przy stole siedzieli piastuni, lecz przechył głowy w lewy bok zdradził, że na ławie siedzą również czterej dvergowie, a dalej za ławą na oddzielnym fotelu pucołowata siwobroda kobieta odziana w karmazynową szatę pod napierśnikiem podnoszącym jej obfity biust. Słuchała przemowy Karliga nie podnosząc na niego wzroku, a wbijając go raczej w skórę niedźwiedzia leżącą na podłodze między ławą, a otwartą stroną stołu. Podbite oko kobiety świadczyło, że była w domu Ferdinandssonnów.
Podobnie jak wzrok kobiety w skórę niedźwiedzia wbite było spojrzenie obandażowanego całego na twarzy krasnoluda, którego ubogi wełniany strój był umazany zaschniętą i sczerniałą krwią. Ręka na temblaku i usztywniona na stołku noga świadczyły, że dverg dość poważnie przeżył wydarzenia z okazałej rezydencji przy Markt in der Geschlossener Bezirk. Ksawery jednak od razu rozpoznał w tych obandażowanych rysach twarzy Zajęczego Zęba, chociaż ten przeglądając się swemu odbiciu w wodzie mógłby nie wiedzieć na kogo patrzy. Obok Zajęczego Zęba siedział wpatrzony w mówiącego Karliga mocarny, acz najmłodszy z obecnej tu rasy krasnoludów zawadiaka z rudą brodą. Odziany w pełną zbroję zdobioną runicznymi tytułami Córek trzymał przy stopie spory młot, a na twarzy grymas niezadowolenia.
Na środku ławy siedział rudowłosy, piegowaty Karev z zaciekawieniem patrzący raczej na reakcję słuchaczy, a nie na mówiącego krasnoluda. Jego znoszony, acz wciąż dobry podróżny strój i buty był odświeżone, podobnie jak opatrunek, który miał teraz na głowie. Zaraz zaś przy Ksawerym na ławie siedział z opuchniętym policzkiem ciemnowłosy krasnolud o niezniszczonych pracą dłoniach, noszący miast zbroi pierścienie i bogato zdobiony pas. Podobnie jak Karev analizował reakcję, a nie sam słowa, chociaż robił to o wiele bardziej dyskretnie od ostentacyjnego Pieśniarza. Trudelloch pogładził opuchnięty policzek, a Ksawery przypomniał sobie jak bardzo boli go głowa.
Karlig: … i dlatego od którego się zaczęło, na tym się skończyło po przejściu wszystkich stadiów ewolucji moralnej, a to, że nie wynika to z mitu Koszałka Opałka, który swoją drogą jest zbyt wczesny, aby to ująć, nie znaczy, że jest to opowieść epizodyczna. Handlarz jest takim samym rozwojem moralnym Pasterza, jakim rozwojem jest Rzemieślnik dla Kowala.
Zwerk: Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, że tę opowieść spisano przy użyciu run min-dre, które w tym kontekście heurystycznym, wskazują intencje raczej jednorazowej działalności Pasterza, a nie zmiany jego profesji lub zajmowania się daną czynnością dłużej.
Karlig: Takim rozumowaniem Wojownik nie byłby obrońcą ludu, a tylko raz miałby stoczyć bitwę z gigantem. Szanowny Zwerku, to absurd. Przecież jego wyprawy rozpisane są w osiemdziesięciu mitach i w blisko dwustu kolejnych odnaleźć można korespondencję do bezpośrednio nieopisanych.
Zwerk: Mógłbym się zgodzić, gdyby była tylko jedna wersja zapisu tej opowieści, lecz tak nie jest. Częściej rozpisuje się je w runach przez mellomdir, niż przez min-dre. Tutaj mamy raczej błąd niektórych przekazów zdradzających, że niekiedy bezokoliczniki mają swoje meta poziomy w pewnych starych zdaniach.
Karlig: Byłoby tak tylko, gdyby stosować różne logiki wykładni, a co gorsze dokonać jakiego prymatu teleologicznego przed funkcjonalnym. To nieporozumienie. Mellomdir ma wykorzystanie przy podmiotach mających zmianę psychosomatyczną, które jawią się w epifaniach półotwartych. To nie są meta poziomy lingwistyczne, tylko wyraz zdziwienia pisarzy starych run.
Zwerk: Jeżeli byłoby tak jak mówisz, to mielibyśmy jakiś uporny konsensualizm zbudowany na alegoryczności runicznej narracji.
Karlig: Nie ma tego problemu, gdy przyjmiemy model dynamicznych zmian moralnych. Z resztą! Poparz na doskonałą egzemplifikację tego z naszego życia. Jak daleko ludniejsi są czciciele Handlarza, nad Pasterzem? Podstawowa zasada, skoro już napomniałem o Koszałku Opałku: Ojciec błogosławi sukcesem i przemawia do nas przez historię.
Raggor: To pierwsza zasada dla ludu. Pierwsza zasada w ogóle, to „Szanuj Ojca” i jest to zasada Córek.
Mird: Ciekawe, moi młodzi ziomkowie, iż nie toczycie sporów o to, że Córki stały się Siostrami. To byłoby dopiero słuchowisko.
Karev: Godne pieśni, by wybrzmiewała tak dumnie jak dumnie walczą tryki na graniach
Gdy szczęk żelaza słychać w naburmuszonych tromtadracją zdaniach
Raggor: Jak na tak pokiereszowaną twarz cały czas masz dobry głos Pieśniarzu.
Karev: Nos, zatoki i szczęka
Bez nich pieśń to udręka
Póki całe, tedy głośny
Dźwięk z ust leci znośny
I może drążyć serca z kamienia nie gorzej, niż oskard drąży skałę.
Karlig: Może jednak wrócimy do poważniejszych tematów?
Raggor: Jak takich, że tolerujesz, że lud kłania się w pas przed ludziem zamiatając trakty z błocka swoimi brodami?
Karlig: Traktując poważnie twą wypowiedź Raggorze, zapytam czyś aby nie zauważył, że ulice w Geschlossener Bezirk są wybrukowane? Dzięki temu brud trafia do ścieku, a nie na brodę, a łaźnia sprawia, że w brodzie nie znajdą się wszy.
Raggor: Wy się tu kurwicie, a ludzie się śmieją! Drugi raz zawitałem do tego upadłego miasta i drugi raz żałuję. Burdel na burdelu, rynsztoki pełne spermy i obrazy czci Córek. Co za ojciec godzi się na to, aby jego córka puszczała się? Za to kutas na pień i toporek.
Karlig: Najedzony krasnolud - twój klan może jeszcze tego nie zna w pełni - miewa głupie zachcianki. Zważ jednak, że mówisz o koniecznym marginesie, a nie głównej zasadzie. Może dzięki temu serce naszej społeczności może mnożyć się na chwałę Ojca.
Raggor: Bawi mnie niepojęcie, że nie mówisz nawet „klan”, tylko „społeczność”. To dowód, że nisko upadł lud. Oj nisko… Nie ukrywam, że gdy widzę upadek, mam zawsze ochotę ręką chwycić i przytrzymać, aby nie upadło doszczętnie, a mój uchwyt chociaż pomocny, to wierz mi, że bardzo boli.
Lotor: Gdybyś Raggorze był bardziej ostrożny, to nie szastałbyś argumentem z klanu, gdy nie masz pewności, że wszyscy macie przynajmniej jednego wspólnego przodka w piątym pokoleniu wstecz oraz arrogację do niego. Bokobrodzi to dziś dwa, może nawet trzy lub cztery klany, które korzystają z tej samej nazwy i mają tego samego erilara.
Zwerk: Nie potrzeba tak surowych wymogów, bo były one potrzebne tylko dla pierwszych klanów. Piastuni już w czasach sprzed upadku Svirtbēṯ wskazywali na faktyczną arrogację, gdy żyje się „jakoby jeden klan”.
Goltor: Tak, przez to mamy prawo Siódmego Dnia po Ojcu. Mógłbyś Lotorze zapoznać się kiedyś z dyskursem w tym zakresie, bo trochę wstyd kończyć wiedzę na podstawowych tradycjach runicznych. W obronę jednak biorę twój sąd w sprawie, gdyż rzeczywiście powinniśmy wrócić do tradycji swoich ojców w tej kwestii.
Lotor: W takim razie dopytam cię znawco praw. A te inne runiczne tradycje to pochodzą od królów czy uzurpatorów?
Goltor: Od mądrzejszych od nas.
Lotor: Dziwne, że Raggora tak oburza ludzki książę, a nie oburzają go uzurpatorzy z królestw Gór Środka Świata.
Mird: Lotor ma rację. Trzeba znać umiar. Uzurpatorzy to najgorsze zło, które skłóciło nasz lud, a ludzcy władcy to oddzielne światy, które z naszymi tylko się stykają, miast próbować nas pożreć. Siódmy Dzień po Ojcu to prawo wciąż nieobyczajne.
Goltor: Nie ode mnie zależy, że juryści run częściej w królestwach są, niż poza nimi.
Mird: Nie dbam o to jak bardzo lubisz prawa mój ziomku, lecz zadbaj o to, aby nie dawać młodym piastunom złego przykładu.
Goltor: Niech nikt mnie źle nie rozumie! Nie uznaję uzurpatorów i plwam na nich, lecz pomny jestem tego, że z Gór Środka Świata wszyscy jesteśmy i tam też dzieje się nasza tradycja. Jedyny król na jakiego się zgodzę, to Piast.
Karlig: Piast jedynym królem być może!
Raggor: Ojcze daj nam Piasta!
Mird: Ay!
Karev: Niechże wrócą nasze dni chwały
Gdy góry pięty Piasta całowały!
Zwerk: Przestańcie. Smutek mnie ogarnia, gdy myśli moje drążą tę zdradę, a dziś nie trzeba nam brodami łez zbierać. Jak Ojciec da, to Piast powróci.
Brina: Bracie, przecież jeden Piast zawsze w ludzie żyć będzie. Wiem, że on żyje, tylko nie wiem jaką ma brodę, ale oczy widziałam. Ma w nich marmur, węgiel, miedź, żelazo, srebro i złoto. Obudzi się uśpiony Piast i zetnie głowy uzurpatorów, tak jak niegdyś głowa Króla Błystka była ścięta.
Gwar zamilkł na dłuższą chwilę, gdy krasnoludzkie miny od smutku przeszły do nadziei. Głębokie oddechy wzruszające blask pełgających świec kandelabru i jakieś cienie przechodniów za oknem uzupełnionym szkłem, w którym pojawił się refleks. Ból głowy mijał i stało się jasne, że oto w jakiejś piwnicy zebrali się wszyscy piastunowie krasnoludzkiej armii. Wydarzyło się coś niedobrego.
Trig: Wffyffy ffekamy na Piafta, a fo fo klafów, fo my Ogrobije chyba jako jefyfi w Fåkefjell jeffeśmy klafem, a fie zbiorem rofów.
Mird: Cóż to za nowy głos pojawił się w naszym gronie. Takiej barwy jeszcze nie słyszałem, a takiego seplenienia nawet u małych kamyczków nie uświadczyłem.
Lotor: Trig, a powiedz „dodawanie”.
Trig: Fofawafie.
Karev: Ha! Aż wytrąciło mnie to z lirycznego letargu. Widać, że nasz Zajęczy Ząb stracił swój zajęczy ząb. Na Ojca! Trzeba dać Trigowi za brodę chwycić i szukać dla niego nowego miana, bo stare już nie wypada.
Trig: Barfo śmieszfe.
Lotor: Na szczęście bracie piastunie nic ci się nie stało podczas tej pijatyki u Ferdinandssonnów, a bruk rynku doskonale zamortyzował twoje wypadnięcie z okna.
Trig: Wypchnięfo mfie!
Karlig: Ja już tego nie widziałem.
Raggor: Nie nazwę tego wypchnięciem. Vutar po prostu wziął Triga i wyjebał go przez okno razem z oknem, a że wysokość była znaczna, tak mamy Triga, a nie mamy jego słynnego zęba.
Karev: Chwytajmy się za brody, bo oto siedzi przy nas Trig „Bezzajęczy Ząb” Murburssonn.
Trig: Jak już wyfobrzeje, to ifaczej pogafamy Karev.
Lotor: Nie widzę tu możliwości innego dialogu. Już tak ci zapewne zostanie do końca dni, bo nie słyszałem o tym, aby zęby krasnoludów odrastały, jak u jakiegoś szczuroludzia. Ty Trig to nie jesteś jorem. Chociaż… tak… tak myślę. Nie o twoim pochodzeniu, nie krzyw się tak. Może rozmówimy się z tym cyrulikiem, aby wstawił naszemu Trigowi jakąś protezę zajęczego zęba. Wtedy i przydomek może wrócić.
Karev: Ay! Wtedy będziemy mieć piastuna Triga „Znów Zajęczego Zęba” Murburssonna.
Brina: Dość! Każdy swoje powiedział w tej kwestii, a nikomu nie jest wstyd. Wstydzę się za was, skoro was ominęła ta sztuka. Pijatyki mają swe obyczaje, ale nie jest obyczajnym, aby je czynić w takich momentach i tym bardziej nie w takim gronie, a jak już w takim gronie, to niechże chociaż w ciszy leczą się sińce i złamania. Właśnie z powodu niepohamowania żądz ubyło naszej armii jednego sprawnego wojownika. Boleję wraz z tobą Trigu. Jeżeli kiedyś przez to dvergowie poginą, to ze wstydem będziecie patrzeć na mury Sal Biesiadnych, które będą zbudowane z waszych szyderstw i jeżeli jakimś cudem przeskoczycie te mury, to nie liczcie, że kiedyś podam wam strawę.
Mird: Może nawet mięsiwo będziesz wyjadać nam z półmisków?
Brina: Rzucę je wiernym psom chadzającym między stołami.
Zwerk: Nie kujmy tego żelaza, klinga z niego już nie powstanie, a jak powstanie to tylko, aby nas kaleczyć. Każdy coś dostał wczorajszej nocy siostro. Najczęściej z tego co widać był to solidny cios. Daj nam chwilę dowcipu, bo nim dojdziemy do końca naszego zebrania już tak miło nie będzie, a później jeszcze mniej miłe rzeczy czekają. Och! Najmłodszy z piastunów jeszcze nie zabrał głosu. Coś cicho siedzisz Trudellochu, ale oczyma lustrujesz nas, aż wznosi się krzyk.
Trudelloch: Głos zabieram tylko wtedy, gdy jest to konieczne. Niczego koniecznego tu nie było.
Mird: Daj posłuchać młodemu słów starszych piastunów Zwerku. Nikt od pierwszego dnia nie dochodzi do pełnej wiedzy, ani tym bardziej do czci wymaganej do tego, aby być słuchanym. Grommilssonn uczciwie milczy, bo nic mu do dysput o teologii.
Zwerk: Zauważmy jednak, że Trudelloch nie jest najmłodszy wiekiem, lecz tylko praktyką i to głównie dlatego, że bardzo późno ją zaczyna. Do tej pory Ksawery był najmłodszym piastunem, a z przyczyn oczywistych do jego wieku się nie odniosę. A teraz mamy… w sumie w zasadzie to nie wiadomo kogo mamy.
Lotor: Co ci pałęta myśli Zwerku? Nie znasz Trudellocha? Nie wiesz, że Mordbur „Sędziwoświatły” Drudssonn miał dane mu prawo wyznaczenia następcy po zmarłym piastunie? Śmierć Beatrycze…
Brina: Niech w Salach Biesiadnych podaje najlepsze jadło swych przodkom, mężowi i dzieciom.
Lotor: … była niespodziewana, ale prawo jest prawem.
Zwerk: Nie mam uwag do prawa, tylko do jego egzekucji. Popatrz Lotorze i wy wszyscy popatrzcie, że my piastuni zawsze kimś jesteśmy. Wróżka jest matką, Prawy jest górnikiem, Pieśniarz jest wojownikiem, podobnie jak ty Lotorze i oczywiście piastun Mird. Trig jest pasterzem, a ja, Raggor i Ksawery jesteśmy rzemieślnikami. Nie słyszałem jeszcze o piastunie, który byłby politykiem. Co to w ogóle za zajęcie? Nie jest ono godne, a piastun to godność.
Raggor: Nie zapominaj o tym, że Karlig też jest nikim. A przepraszam! On jest „Handlarzem” i sprzedaje swój lud w niewolę przyjemności.
Karlig: Mylisz mnie Raggorze z kimś, kto by poważnie traktował twoje zarzuty. Zadam ci takie pytanie, może nabierzesz powagi przez odpowiedź: Ilu krasnoludów było w górach oraz w mieście przed Złotym Rajdem, a ilu po nim? Czy u ciebie, w najbogatszym z górskich klanów, kobiety mają liczne potomstwo? Coś mi się wydaje, że nie. U nas nawet biedota rodzi zdrowe dzieci, a w górach biedota nie jest w stanie przeżyć srogiej zimy. Czy uznasz w takim razie, że Pasterze, Górnicy, Rzemieślnicy i Wojownicy lepiej prowadzą swój lud, niż „Handlarz”?
Raggor: My jesteśmy przynajmniej dvergami, a wy jesteście kpiną z naszych świętych tradycji. Masz przydomek „Piastun”, bo nie ma tu nawet innych piastunów. Kpina po stokroć na młot Kowala. Ile owiec pasłeś Karlig?
Karlig: A ile razy trzymałeś w gołym ręku żagiew żelaza?
Raggor: Mam do tego obcęgi.
Karlig: A ja mam do tego ludzi. Dosłownie ludzi.
Brina: Dość! Budujecie tymi sporami wysokie mury. Niebawem będą tak wysokie, że nie będzie nawet zza nich słychać wiwatów na cześć przodków.
Mird: Ay! Nie bądź taki porywczy Raggorze. Fanatyzm nie zastąpi ci myślenia, a fanatyzmem najłatwiej się zaślepić. I mówi ci to ślepiec.
Goltor: Nim będziecie tak żywo bronić dla odmiany Trudellocha, to pragnę wam przypomnieć, że prawo musi być każdorazowo wsparte dobrym obyczajem, a nie pamiętam, aby ktoś poruszał w naszym gronie kwestię podniesienia „Cwanego” do godności piastuna, a już na pewno sprawa ta nie była dyskutowana na Eldekhrav.
Zwerk: Niegdyś zaufaliśmy w mądrość Sędziwoświatłego w tej kwestii, a przecież takie sytuacje się już zdarzały.
Goltor: Masz rację mój ziomku, że się zdarzały, ale w sytuacjach szczególnych, a śmierć piastunki nie jest sytuacją szczególną, wbrew wcześniejszej mowie Grzywacza.
Raggor: Sytuacją szczególną jest to, że piastunka puściła się nie wiadomo z kim, a wobec tego została pokarana powiciem potwora. Wdowa po Karevie „Pieniorąbie” okryła się hańbą, podobnie jak wszyscy ci, którzy mogli, a nie strącili bestii z urwiska.
Lotor: Zważaj na swe słowa Raggorze. Targasz dobre imię Ptaszyny, a ojciec dziecka nie będzie zachwycony, gdy dowie się, że kaleczysz prawo przynależności do klanu jego oseska.
Raggor: Plwam na to. Jeżeli chciałby mego szacunku, to ożeniłby się z Ptaszyną, miast rugać jej łono.
Zwerk: Nie pamiętam, aby istniał nakaz zrzucania bękartów z urwiska.
Raggor: A zakaz znasz w tej materii?
Goltor: Tutaj sprawa jest delikatna, bo dziecko to ponoć żywa bestia wypełniona żyłami magii, które wzbudziła wiedźma. Jeżeli ktoś miałby mieć zarzut do Beatrycze, to tylko taki, że nie uchroniła dziecka przed magią, a do Trudellocha, że nie wykrył spisku wiedźmy.
Zwerk: Jeżeli prawdą jest co mówią, to bogactwo wiedźmy oślepiło następców Adbora. Nie wyciągnęli oni wniosków z przypowieści o królu Błystku.
Karev: Czyń runy Runotwórco, miast oskarżeń i jadu
Nikt wszak nie robił z wiedźmą układu
Brina: Rację ma Pieśniarz mój bracie. Gdyby wiedźma nie była wiedźmą, to by nie oszukała Krwawojatka. Mądrość dverga nie obroni się przed czarami, a Siostry nie dają każdemu trzeźwości, nawet gdy potrzeba tego jest wielka. To tak nie działa.
Trig: Ffrafa Beafrycze fo fla fas piaffufów wielki ciof. Fa śmierć boli barfiej, niż moje fiefaffużofe rafy.
Karev: Nie umiem być poetą, gdy Trig przemawia. Jest to zbyt komiczne.
Zwerk: Za chwilę mi wszystko opowiecie jak to było. Przyda się wspólna w miarę dokładna i co najważniejsze spójna relacja.
Karlig: Co tu opowiadać? Była pijatyka i stąd tyle zamieszania.
Zwerk: Powtórzę. Potrzebna jest jedna wspólna wersja, dla podjęcia sądu w tej sprawie. Najlepiej jak sąd ten będzie poprzedzony obecnością umysłów wszystkich piastunów, aby namysł był nad tym samym, a nie różnymi opowieściami. A ty Trigu nie odzywaj się, bo i tak nie wiadomo co mówisz. Wiem o czym mówisz, ale nie wiem co mówisz. Twoje wypadnięcie przez okno było widziane przez dostateczną liczbę oczu.
Trig: Wypchnięfo mfie!
Karlig: Już to nam mówiłeś. Zauważam jednak, że każde twoje próby aktywnego udziały w dyskusji barwią twoje opatrunki kolorem krwi. Gromrak to znamienity cyrulik i mistrz fachu, lecz nie jest cudotwórcą. Gdzieś jest granica słów po których stracisz przytomność, a niekoniecznie chciałbym sprawdzać gdzie ona leży. Z uwagi, że sam ci chyba kilka razy przyłożyłem, pozwól, że sfinansuję ci tę protezę zajęczego zęba.
Trig: Fie pofrzebuję fwej fafki. Obęfę się bef fiej. F reszfą fo fie jeff ważfe. Ważfe fą wfiofki fe fpofkafia.
Goltor: Masz rację, ale miałbyś więcej racji, gdybyś milczał.
Karlig: Wracając do kwestii nowego piastuna, to sytuacja może nie jest wyjątkowa, ale z uwagi na dane przez wielu z nas słowo sędziwemu nauczycielowi starych run, nie powinniśmy kwestionować jego wyboru. Dostrzegam, że miał do tego prawo.
Zwerk: Również to dostrzegam.
Goltor: A ja akurat nie dawałem w tej sprawie słowa. Ufam jednak waszej mądrości, chociaż wolałbym, aby najmłodszy z piastunów nim zacznie piastować ludowi przyjął jakiś tradycyjny status roli w klanie, który wyznacza profesja.
Karlig: Chyba już przyjął, skoro jest „politykiem”. Polityk to rzemieślnik, chociaż polityka to wojna, a prowadzi się ją przez pasterstwo nad ludem, niczym nad stadem.
Raggor: A w twojej denominacji może w razie czego przehandlować lud i tradycje?
Karlig: Sam sobie to dopowiedziałeś i jest tak mądre jak twe wcześniejsze wypowiedzi.
Zwerk: Nie drążmy tej skały, bo zbyt wiele sklepień wspiera się na niej, a złota w niej mniej, niż koszty strat.
Raggor: Cześć dla Handlarza nigdy naszemu ludowi nie służyła, podobnie jak wprowadzanie zmian w naszym życiu. Wszystko zaczęło się od sprowadzenia świń z krain ludzi. Kto to słyszał, abyśmy w górach hodowali świnie? I co? Trudssonnowie, którzy te świnie do Tåkefjell poginęli w pożarze, gdy świńskie kojce zajęły się ogniem. To niesłychane, że i dziś zdarza się, że kto świnie trzyma. A Jare Bobki? Lichwiarze przeklęci! Miast pasterzyć jak Pasterz przykazał, to poczęli jeszcze za czasów swych dziadów pożyczać na nieuczciwy procent i dzierżawę przez pośredników z obcych klanów, aby u siebie podatku nie płacić. Ogień strawił ich włości ku chwale Ojca.
Brina: To zakrawa o bluźnierstwo przez złorzeczenie. Włości Jarych Bobków spalił elf! Widziałam to w wizji.
Mird: Może źle dojrzałaś symbole tej wizji. Raczej jakiś dłużnik wolał wziąć sprawy pod swą brodę i podniósł rękę na bliźnich.
Goltor: Przesłuchaliśmy wszystkich dłużników i wszyscy przysięgali na Ojca, że to nie oni, a także przysięgali ich dziatki i krewni, że w obronę swoich nie brali tą metodą.
Mird: Ufam raczej, że ktoś ze strachu wolał zamknąć przed sobą drzwi do Sal Biesiadnych, niż przyznać się do winy. Kto ogień podkłada, ten stokroć grzeszy.
Brina: Powiadam wam ziomkowie, że to był elf. Słyszałam jak nazywany jest on „Długouchim” przez Siostry i słyszałam jak dają one talent Pogorzelcowi, którego babka w kołysce przed ogniem swym ciałem okryła, aby talentem w cięciwie i strzałach mógł wywrzeć zemstę. Ulf „Pogorzelec” Jary Bobek kiedyś znajdzie tego elfa.
Raggor: Nie ważne jak to było, ważne że Ojciec dopuścił ogień do Handlarzy. Nie ma przypadków, są tylko znaki, a reszta to milczenie.
Trudelloch: W takim razie ja przemówię, skoro już Runotwórca mnie wywołał, a Prawy tak słodko mu wtórował, przy aplauzie reszty piastunów Bokobrodych…
Zwerk: Nie będzie to konieczne patrząc po siedzącym obok ciebie Ksawerym. Chwalmy dzień Svardød piastunie Piwowarze! Niech ci jadła nie zbraknie.
Wszystkie spojrzenia trafiły na Ksawerego, który już ocknięty zupełnie mógł doskonale zrozumieć ból twarzy po uderzeniu którego doświadczył. Zapadła cisza przy której krasnoludowie poczęli odkładać swoje mokre okłady, gorące napitki i inne drobiazgi, które mogłyby zakłócić coś, co się właśnie szykowało. Kandelabr dawał dostatecznie dużo światła, aby ludzkie oko mogło ogarnąć nawet kąty izby, a światło z okien jeszcze poszerzały zakres widzenia. Dla krasnoludów zaś nie było w tej izbie różnicy żadnej, niż gdyby spotkanie odbywało się w słoneczne południe na rynku.
Karlig: Wczoraj zostałeś obalony uderzeniem Piwowarze, ale cyrulik cię opatrzył i stwierdził, że nawet nie musi krwiaków przebijać, gdyż bardzo dobrze ci się rany zamknęły i nawet nie krwawiły. Widać, żeś dobrze odżywiony... ale co zdziwienia nabrał fleczer, gdy zostałeś tu przyniesiony, to uśmiech na brodzie go nie opuści do końca dnia.
Lotor: Rzekł on „Na Ojca! Jakim strasznym sposobem zdeformowano tego dverga?!” Dopiero po chwili uświadomił sobie, że krasnoludem jesteś w środku, a na zewnątrz masz ciało człowieka.
Zwerk: Przechodząc do rzeczy. Zebraliśmy się tu w podziemnej izbie lecznicy Gromraka Białego w trzydziestym czwartym dniu lata, dniu Svardød. Z uwagi, że nie dokonano wyboru svaglara krasnoludzkiej armii w dniu wczorajszym, a zaszły okoliczności uprawdopodabniające złamanie zakazu szarpibrody, będzie nam dane rozstrzygnąć związane z tym wykluczenia. Z uwagi, że jako jedyny nie byłem obecny z tu zebranych na wczorajszej uczcie w domu Ferdinandssonnów z Geschlossener Bezirk, będę prowadził narady i wysłucham uzgodnionej relacji z wydarzenia, które jak tylko dojdzie do ludzian z miasta, to rychło szyderczo tytułowane będzie „Wojną nieludzi”. Widzę, że chcesz Prawy coś rzec. Tak? Pierwszy głos.
Goltor: Zabieram pierwszy głos w sprawie z uwagi na wydarzenia o których powiadomiono mnie w dniu wczorajszym, a które miały miejsce siedemdziesiątego czwartego dnia wiosny w Warownym Domu Srogotów. Obecny tu piastun Ksawery Piwowar został zobowiązany przez Mordbura „Sędziwoświatłego” Drudssonna do wyjaśnienia ludzkiej emisariuszce, która w konsekwencji okazała się wiedźmą, czym jest prawo usłuchania wezwania. Piastun Piwowar nie był w stanie sprostać temu zadaniu, co budzi moje obawy o to czy jest w stanie piastować. Korzystając ze spotkania piastunów mających kworum decyzyjne wnoszę o rozstrzygnięcie zgody na dalsze piastowanie przez Ksawerego poprzez poddanie go próbie wiedzy.
Zwerk: Wniosek poddaję pod rozwagę. Wyłączam Ksawerego od złożenia uwag. Czy jest ktoś, kto wnosi w tej sprawie jakieś zastrzeżenia?
Trudelloch: Tak. Piastun nie był odpowiednio zawezwany na spotkanie, stąd nie mógł się przygotować odpowiednio do próby.
Lotor: Nie jest obyczajne dokonywać próby w czasie wojny.
Zwerk: Czy są jeszcze jakieś zastrzeżenia? Nie widzę. Drugie zastrzeżenie oddalam, gdyż nie został wybrany svaglar, a poza tym to nie krasnoludowie zostali zaatakowani i nie prowadzimy obrony. Nie jest to więc próba w czasie wojny zgodnie z treścią zastrzeżenia, ani taka, na którą obyczajność powoływać się można. Pierwsze zastrzeżenie również oddalam, gdyż to piastun musi zawsze piastować godność, a nie tylko po specjalnym przygotowaniu się. Wniosek mógłbym oddalić tylko wtedy gdyby piastun Ksawery się tu nie pojawił, a jak widzimy został odpowiednio wniesiony przez balwierzy, którzy oświadczyli, że jest w dobrej kondycji, co przyznał przed chwilą Grzywacz... Przepraszam, nie piastun Grzywacz, tylko Piastun z tegoż miasta. Słucham propozycji próby dla Ksawerego.
Karlig: Niech piastun Ksawery opowie czym jest zakaz szarpibrody.
Zwerk: Słucham zastrzeżenia do propozycji. Z wyłączeniem uwag zainteresowanego.
Mird: Czy piastun zwany tu „Piastunem” zna piastuna Ksawerego?
Karlig: Poznałem go dopiero teraz, dosłownie parę dni temu. Bywał w Salach Førstseptu i piastował.
Trudelloch: Czy przedmówca ma wiedzę o tym, ażeby próbowany nie umiał odpowiedzieć na to pytanie?
Karlig: Nie mam takiej wiedzy.
Brina: Dlaczego wybierane zostało zagadnienie prawne, a nie teologiczne?
Karlig: Ponieważ spotkaliśmy się właśnie w celu ustalenia czy ten zakaz został złamany i jest on w tym momencie najaktualniejszą kwestią dla krasnoludów z armii, która się właśnie zawiązuje.
Brina: Słuszna uwaga.
Zwerk: Propozycja wydaje mi się uczciwa, a piastun Karlig słusznie wyważył aktualną kwestię. Nie jest to zagadnienie zbyt trudne, ale nie jest też dostępne drobiazgowo dla każdego dverga, no i jest to sprawa jak najbardziej bieżąca, bo rozpatrywana właśnie teraz. Próba zostaje obrana. Wobec powyższego piastunie Ksawery, opowiedzcie czym jest zakaz szarpibrody.
Ksawery: Zakaz szarpibrody to zwyczaj godnościowy, sprawiający, że w pewne zachowania między krasnoludami uważane są za nieprzystojne. Naruszenie zwyczaju polega na zbyt gwałtownym zachowaniu wobec niezasłużonych na reakcję, jak np. wszczęcie bójki w domostwie gospodarza, naruszenie czci niewieściej, wypicie całego alkoholu podczas biesiady, zadłużenie się i wymigiwanie się od spłaty. Przez naruszenie traci się godność i podlega swoistemu wykluczeniu. Wykluczenia powinni dokonać na zebraniu piastuni.
Zwerk: Oceń proszę Gollossonnie próbę Ksawerego.
Goltor: Wiedza Ksawerego o prawach, a przynajmniej o tym, jest powyżej wiedzy dvergów i zbliża się nawet piastunów studiujących runy, lecz to wciąż nie ten poziom. Nie dostrzegam niczego, co mogłoby uniemożliwiać piastowania Piwowarowi.
Zwerk: Piastun Mordekssonn.
Karlig: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: Żelazna Broda.
Mird: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: Wróżka.
Brina: Popieram Prawego.
Zwerk: Piastun Zajęczy Ząb.
Trig: Ay jak Prawy.
Zwerk: Strażnik Córek.
Raggor: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: I na koniec zdanie ziomków klanowych. Piastun Grzywacz.
Lotor: Nie zgłaszam zastrzeżeń do zdania Prawego.
Zwerk: Pieśniarz.
Karev: Wobec wszystkich zasadna puenta.
Próba skończona, a decyzja podjęta
Zwerk: To formalna kwestia, muszę mieć jasny przekaz.
Karev: Podzielam zdanie Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna.
Zwerk: Cwany.
Trudelloch: Podzielam ten konsensus.
Zwerk: Również podzielam, więc to solidny konsensus. Jak nikt nie ma zastrzeżeń do przebiegu próby, ani nie zgłasza kolejnych kwestii pod naradę, to chciałbym przejść do sprawy dla której się tu znaleźliśmy. Jak wiecie jako jedyny nie byłem obecny z tu zebranych w domu Ferdinandssonnów, więc ominęła mnie pijatyka. Piastun Karlig wyjaśnił swoją stronę sporu doktrynalnego, który był dyskutowany z Niedźwiedzimsynem, lecz nie będziemy tu rozkruszać wyznań. Opowiedz Karligu o zaczątku wydarzenia.
Karlig: Dyskutowałem z Niedźwiedzimsynem. Była to ostra dyskusja, bo Vergo jest okazał się jeszcze bardziej uparty, niż dekadę temu, gdy go widziałem po raz ostatni. Nic nie wskazywało na to, że rozpoczną się rękoczyny, ale wkroczył Inżynier Złotorodek, który był już mocno dotknięty alkoholem. Najwyraźniej planował tej nocy się upodlić i plan ten mu się powiódł, gdyż włączył się do dyskusji i podniósł moje argumenty na dość niespodziewany poziom. Dość stwierdzić, że tam gdzie budowałem zdania probabilistyczne, tam Inżynier Złotorodek stawiał zdania nawet nie asertywne, lecz apodyktyczne. Gdyby był piastunem, to na pewno wygłosiłby kilka herezji, ale był wtedy zwykłym pijakiem, który ubrał w słowa kilka niepotrzebnych myśli.
Zwerk: Taki poziom dokładności chyba nie jest konieczny. Wyraź wprost piastunie co się działo.
Karlig: Niedźwiedzisyn pchnął Inżyniera Złotorodka tak mocno, że uderzył we mnie nabijając mi tego guza. Inżynier wtedy odbiwszy się do mnie chciał doskoczyć do Vergo, chociaż nie podniósł wtedy rąk do bójki, lecz cios Niedźwiedzisyna ponownie skierował go w moją stronę. Tym razem wpadł tak mocno, że się razem przewróciliśmy i poczułem smak krwi w ustach. Rozjuszony zaczął bić tych, którzy chcieli go uspokoić, a jeden z ciosów posłał Binbura „Topielca” z Gródków na córkę gospodarza Mirralę i chyba straciła właśnie wtedy przednie zęby.
Raggor: Większość biesiadników piła kilka dni z rzędu, więc wyglądało to tak, jakby niektórzy padali po ciosach, a tak naprawdę padali po alkoholu i wstawali, aby walczyć dalej, gdy oponent już walczył z kim innym. Tak Trig i Karlig chyba po dwa razy padali i powstawali. Na pewno Niedźwiedzisyn walczył jednocześnie z kilkoma dvergami i doszło do ataków na plecy, gdy Ogrobije rzucili się do akcji.
Karlig: Tak, Vergo walczył z Bjerrem „Łupaczem” Klitorssonnem, Bortarem-Ferdinandem „Kriegiem” Ferdinandssonnem oraz Brilem Cleegainem jednocześnie, przy czym Bril po którymś strzale w głowę już nie wiedział kogo bije i dostało się ponownie Mirrali. Jak nie straciła przednich zębów od Vergo, to na pewno już po Brilu stała się szczerbata.
Raggor: Każdy z wymienionych zaatakował przynajmniej raz od tyłu i wymierzył podstępnie cios piastunowi Trigowi, chociaż ten szarpał się z piastunem Karligiem.
Lotor: Wtedy też Trig powalił Karliga i jeszcze wziąwszy w garść kufel spacyfikował Bortata. Nie był to jednak z jego strony dobry ruch, gdyż włączył się wtedy Vutar „Gniew Wojownika” z Eiwerk i wtedy doszło do defenestracji piastuna Zajęczego Zęba.
Zwerk: Wszyscy dowódcy z Westwaldu włączyli się do tej bójki?
Karlig: Nie. Tylko tych trzech wspomnianych. Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków ostatnio w ogóle się nie pojawiał publicznie, a podczas bójki chyba nawet zaczął drzemać, chociaż syn mój twierdzi, że dostał w głowę usypiacza. Ja tego jednak nie widziałem.
Goltor: Wtedy też dvergi z Dimedry i z bandy syna Gródka rzuciły sobie do gardeł. Moi ziomkowie z klanu musieli zacząć, bo jeden od Gródka miał rozbity nos.
Karlig: Ta banda to oddział Goltora Siegfrieda Jovinssonn, ale Sigmar o którym mówisz, to miał już wcześniej rozbity nos.
Brina: Nie potrzeba relacji o wszystkich uczestnikach pijatyki, bo było to ponad sto bród. Może dwieście. Nie wystarczy dnia, aby odpowiedzieć o wszystkim, a dowódcy czekają.
Karlig: Tak, rzeczywiście czekają. W zasadzie Runotwórco powinniśmy zacząć od tego, że dowódcy drużyn są pod kluczem w Salach Førstseptu i czekają na nasz osąd w osamotnieniu. Mają czas, aby przemyśleć wczorajsze wydarzenia, które mogą rzutować na wyborze svaglara.
Zwerk: Piastuni „Wróżka” i „Piastun” mają rację. Nie ma co odpowiadać o wszystkim, bo oczekiwanie na sąd nie powinno trwać dłużej, niż między pierwszym a drugim posiłkiem dnia. Skupmy się na działaniach związanych z dowódcami.
Goltor: W sprawie erilara Ogrobijów i dowódców z diaspory, to sprawa jest dość oczywista i nie wymaga dalszego komentowania.
Mird: Tak, jest ona oczywista. Smutna i oczywista.
Zwerk: Przejdźmy do kolejnych uczestników. Kto się tam jeszcze z kim zmagał?
Lotor: Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn i Lur „Wybiząb” Dimssonn, tylko że ono to pobili się dla zabawy i przy okazji ja zarobiłem lewego sierpowego od Wybizęba, lecz wytrącił mi tylko płytkę z policzka. Nie niszczyli wyposażenia domowego i wszystkie ciosy, które spadły na innych były powodowane nieuwagą, a nie wściekłością.
Brina: Potwierdzam tę relację.
Goltor: Wydziałem w zasadzie to samo, więc opowiedzmy o kimś następnym. Widział ktoś w ogóle Dimma Dvilfssonn?
Lotor: Tak schował się pod stół, gdy ława przeleciała mu nad głową.
Zwerk: Tchórzliwe.
Mird: Tak, ale nie zabronione.
Zwerk: To racja. Czy zrobił coś więcej?
Brina: Pełzając pod stołami wydostał się z sali.
Zwerk: Nie będę tego komentował. Niech dowódcy go ocenią.
Lotor: Nie wiem ilu dvergów to widziało, gdyż większość była zaabsorbowana walką.
Brina: Jego brat to widział.
Goltor: Nie jest to jednak nasza sprawa. Rozpatrujemy zakaz szarpibrody.
Zwerk: Kolejny. Może Krwawojatek dla odmiany.
Lotor: Siedział i zagrzewał różnych do boju, a z ciosów, to tylko dał po gębie Jovinowi.
Karlig: Kiedy to było?
Lotor: Już nieprzytomny leżałeś pod swoimi ziomkami z miasta.
Karlig: Jeszcze biegającego Jovina pamiętam.
Lotor: On też bił dla zabawy, ale bardzo honorowo, zawsze z rozmówieniem się lub odpierając atak.
Zwerk: Ktoś to jeszcze widział?
Mird: Akurat dobrze siedziałem, więc słyszałem, że rzeczywiście wymieniał słowa przed ciosami. Szczególnie z Trudellochem. Jak to było… ach, no przecież. „Niedźwiedzisyn położył już czterech, Vutar i Ragnarrak po kilku. Co robić bracie?” No i odpowiada Cwany. „Bij po mordzie.”
Goltor: Chyba wtedy zrobił rundkę po sali i obalił trzech ze swego klanu, w tym Ksawerego. Rzeczywiście przy każdym stanął i coś powiedział. Kilku obalił po uniknięciu ciosu. Bił się jak na syn Wojownika.
Mird: Nawet wrócił do Trudellocha, który podliczył mu siedem zwycięstw. Chyba wtedy nie było już z kim walczyć, bo wszyscy byli pozajmowani, więc Cwany powiedział mu, aby i jego rąbnął, bo inni mają więcej zwycięstw.
Zwerk: Potwierdzasz to piastunie Trudellochu? Z resztą na twojej twarzy widać dowody.
Trudelloch: Nie będę temu zaprzeczał.
Lotor: Tak było. Karev też od niego dostał.
Karev: Powiedział mi, że od poezji woli opisy bitew. Później przez chwilę widziałem ciemność, ale uznaję to za zabawne.
Zwerk: No i Jovina w końcu dopadł jego ojciec?
Lotor: Jakoś się zdarzyło, że biegał jeszcze on chwilę po izbie i Krwawojatek go pacnął, bo najwięcej swoich pobił.
Zwerk: Nie ma w tym niczego zdrożnego.
Goltor: Jovin, Adklitor, Lur, Dimm i Grommil nie uczynili niczego zdrożnego w ramach zakazu. Kto nam jeszcze został do opowiedzenia? Hoggkun, Krah, Kripp, Torrak, Vegthun. Kogoś na pewno pominąłem.
Mird: Jeszcze Ragnarrak.
Goltor: Tak. Z nimi to będzie wszystko. Nie widziałem jednak zmagań nikogo z nich.
Lotor: Ja również nie kojarzę. Może prócz tego, jak Vegthun „Młody” wziął ze swoimi i przekopali ostatecznie tych zawadiaków od syna Gródka. Mieli przewagę liczebną, ale tamci wcześniej rzucali w nich stołkami i dzbanami.
Brina: Tak, rzucali i nawet jeden z dzbanów uderzył mnie pod oko.
Zwerk: Rozbił się na tobie Wróżko?
Brina: Był z żelaza. Tylko wgiął się od strony dna.
Karev: Jak stawali, tak dostawali.
Zwerk: Hoggkun, Krah, Kripp, Ragnarrak i Torrak.
Raggor: „Łysa Główka” też skupiony był na przekopywaniu tych od Gródka, w końcu tamci zaczęli głównie z jego wojami. Chyba raz czy dwa jego ciosy spadały też na swoich, ale to z powodu nieuwagi.
Zwerk: Zostaje nam tylko ostatnia czwórka.
Lotor: Krah siedział z Krwawojatkiem i podobnie jak on zagrzewał do boju. Jedyny cios jaki widziałem, to klepnięcie po plecach jakie uświadczył od niego Grommil, gdy tylko obalił niesfornego Jovina.
Zwerk: Kripp?
Brina: Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn gdy tylko jego brat wypełzał z sali, to wyskoczył za nim, aby go zrugać. Jeżeli doszło do rękoczynów, to poza salą, więc i tu nie będzie złamania zakazu.
Mird: Słyszałem jego obraźliwe wyzwiska wobec starszego brata. Chyba Dimm poza salą jakoś dalej salwował się ucieczką.
Zwerk: Co robił Ragnarrak?
Brina: Widziałam jak zaatakował w złości krasnoluda przy pieczeni.
Karlig: Za co?
Brina: Chyba za nic.
Raggor: Niespodziewanie uderzył wiele razy Łamacza Kości z klanu Srogich Pięści, ale nie wiem dlaczego.
Karev: To ojciec Bestii od Beatrycze.
Raggor: W takim razie miał dobry powód. Nierządnik zbezcześcił łono Ptaszyny, więc poniósł zasadną karę.
Goltor: Bzdury pleciesz. To nie jest powód, aby kogoś bić w obcym domu i jeszcze niespodziewanie. Zachowuj rozeznanie Raggorze w tej sprawie.
Zwerk: Ktoś zna może powód?
Karev: Łamacz Kości jest w drużynie Czachotarczów, a ci lepiej spisali się na manewrach od Pogromców Orków. Ah!
Nie wykluczajmy zawiści, gdy wpadnie już w oczy.
Jak raz w nie wpadnie, to do zguby wnet patrzący kroczy.
Brina: Dalej z drużyny Jovina dvergowie rzucili się na pomoc Łamaczowi Kości, ale „Nieśmiertelny” był mocniejszy od nich wszystkich. Nie widziałam, aby Jovin do niego dobiegł, a to mogło być wydarzenie.
Zwerk: Co się w ogóle ostatecznie stało z Niedźwiedzimsynem? Jak zakończyło się jego starcie?
Lotor: Była kotłowanina, w której Vergo i Vutar kręcili się jak szaleni odrzucając przyczepionych do nich Ogrobijów i tutejszych. Wiele zębów wtedy wypadło.
Brina: Ragnarrak też się w którymś momencie odbił od tego kotła. Widać, było że śpieszył się, aby jeszcze dopaść ubitego wcześniej Łamacza Kości. Córki mi jednak nie zdradziły jeszcze czemu się to wszystko w jego sercu zadziało.
Zwerk: Nie widzę wciąż powodu dla którego Ragnarrak zachował się w ten sposób. Nie widzę uzasadnienia, ale znam go i nie chcę wierzyć, że doszłoby z jego strony do takiej lekkomyślności.
Goltor: A wierzyłbyś, że Niedźwiedzisyn zaatakuje w ten sposób?
Zwerk: Dogmaty mają swoją wagę, która kruszy skały. No i został w końcu Torrak.
Raggor: A to akurat było zabawne, bo zasłużone. Wszyscy znają Wisienkę, córkę Krwawojatka? Torrak pokuśtykał do niej, gdy była z boku sali i klepnął ją w tyłek.
Zwerk: Wisienka, zwana powszechnie „Cudo Tyłeczkiem” niemal wabi do tego. Bez obrazy piastunie Trudellochu.
Trudelloch: Mnie to nie obraża.
Raggor: No i jak na uczciwą niewiastę przystało Wisienka rozbiła na czerepie Torraka kamienny puchar.
Goltor: Zbyt mocna reakcja na tak niewinny żart jak klepnięcie w tyłek.
Raggor: Gdyby Torrak jeszcze stał, to sam bym go odesłał za ten czyn do krainy snów, ale Wisienka była w tym szybsza, chociaż już szedłem. Tak się jednak złożyło, że Cudo Tyłeczek miała przy sobie jakąś torbę, którą Torrak pociągnął upadając, a z niej zaczął się w jednej chwili wydobywać dym i taki świst.
Mird: Wtedy to pewnie Wisienka krzyknęła: „Padnij!”
Raggor: Tak. Rzuciła torbę na bok sali, gdzie nikogo nie było.
Goltor: To było wtedy… tak. Niewielu już jednak wtedy stało.
Raggor: Jak jebnęło, tak wszystkie niewybite okna wyleciały. Błysk, podmuch i cała sala w dymie. Do rana mi dudniło w uszach, jak wtedy gdy te ludzie z miasta wszczęli dzwonami alarm dwa dni temu. Na Ojca! Nie wiedziałem co się dzieje.
Zwerk: To akurat widziałem w tym wszystkim, gdyż akurat szedłem na biesiadę. Podniosłem akurat na widok blasku brodę i ujrzałem jak okna na całym piętrze wypadają. Szkło rozsypało się po bruku, a z pustych okien wyleciał dym. Na szczęście nie skończyło się to pożarem, bo może i całą naszą wyprawę goblin by trafił. Macie wszyscy szczęście, że zorganizowałem tak szybko dla was pomoc, bo może byłyby nawet jakieś trupy, a tak tylko w miarę niegroźne obrażenia.
Mird: Ponoć niektórzy do teraz nie odzyskali słuchu. Nie ukrywam, gdyby i mnie to spotkało, to można by mnie złożyć z grobie, gdyż żadnego ze mnie nie byłoby już pożytku.
Zwerk: Podsumowanie tej części niech będzie takie. Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn, Dimm Dvilfssonn, Grommil „Krwawojatek” Adborssonn, Hoggkun „Łysa Główka” Jergondssonn, Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn, Krah „Topór” Lotorssonn, Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn, Lur „Wybiząb” Dimssonn, Torrak „Karkołam” Dimssonn, Vegthun „Młody” Lirkorgrussonn i Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków bez przewiny. Bjerr „Łupacz” Klitorssonn, Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn, Bril Cleegain i niestety Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn z przewiną. Oni na pewno naruszyli zakaz szarpibrody zarówno z pozycji gości jak i gospodarzy. Żaden z nich nie powinien mieć prawa zostania svaglarem.
Mird: Racja.
Goltor: Ay.
Trudelloch: Ay.
Trig: Fiesfefy macie rafję. Boleję najbarfiej. Ay.
Karlig: Ay, to wszystko jest zgodne z prawem.
Zwerk: Nie widzę głosu sprzeciwu, a kiwanie brodami jest tu poza dyskusją.
Karlig: Co z Ragnarrakiem?
Lotor: Jaką ma on szansę na zostanie svaglarem?
Trudelloch: Po manewrach bardzo wysoką.
Goltor: A jakie ma to znaczenie? Przy podejmowaniu decyzji nie obchodzi nas kwestia polityczna, tylko prawna. Jakby miał zostać królem… tfu! to też nas to nie ma co obchodzić.
Karlig: Prawy ma rację. Nie rozstrzygamy o polityce i jest ona poza zakresem naszego zainteresowania przy tym sądzie.
Zwerk: Trudna sprawa, ale musimy podsumować to zebranie, gdyż dowódcy czekają i muszą mieć jakąś podpowiedź od piastunów.
Goltor: Przydałyby się wyjaśnienia, który zdradzają intencje. Ay… Już bardzo późno, a jeszcze dziś manewry. Poza tym musimy wybrać kogoś, kto przekaże dowódcom konkluzje z naszej narady.
Lotor: Powinniśmy wysłać najmłodszego stażem piastuna. Niech Trudelloch wykaże się swoim talentem i najmilej odpowie o tym kto zostaje wykluczony z wyborów na wodza naszej armii.
Raggor: Spodziewamy się takiej odwagi u piastuna Cwanego? Jedno złe słowo i można zrobić sobie wroga do końca dni. Świetnie! Wyślijmy Trudellocha. Tylko co z Ragnarrakiem? Nie mamy w tej sprawie decyzji.
Brina: Nie zgadzam się z wysłaniem Trudellocha. Piastun Karlig winien nas reprezentować, gdyż z tego co mi wiadomo nie wyrusza z armią do północnych krain, więc nie będzie ciągnął za sobą cienia, a to, że jego ziomkowie z miasta są wykluczani, nie sprawia, że jego rola ma być ograniczona.
Mird: Piastunie Runotwórco! Podsumuj spotkanie i złóż propozycję. Rozumiem, że jest to bardzo trudne, ale skoro już obrałeś przewodnictwo w naszej grupie, to weź i na siebie ten końcowy obowiązek. Kwestia „Nieśmiertelnego” jest naprawdę skomplikowana, ale coś trzeba w danej sprawie zrobić. Niestety słaba decyzja w tym wypadku będzie po stokroć lepsza, niż żadna decyzja.
Lotor: To prawda co rzekł nam piastun Żelazna Broda. Z przywództwem wiążą się obowiązki i chociaż są one niemiłe, to trzeba jasno wskazać co się stanie, gdyż nasza decyzja będzie konstytutywna. Runotwórco podsumuj nasze zebranie w aspekcie Ksawerego „Piwowara”, naruszenia zakazu szarpibrody i wysłania naszej reprezentacji do zamkniętych pod kluczem dowódców.
Zwerk: Niech będzie. Ksawery „Piwowar” zachowuje godność piastuna. Bjerr „Łupacz” Klitorssonn, Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn, Bril Cleegain i Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn nie mogą biernie brać udziału w wyborze svaglara krasnoludzkiej armii z powodu naruszenia zakazu szarpibrody. Z uwagi, że sprawa z Rangarrakiem jest wątpliwa zostanie on przeegzaminowany w tej sprawie przez naszą reprezentację w osobach Goltora Gollo „Prawego” Gollossonna, Ksawerego „Piwowara” oraz Karliga „Piastuna” Mordekssonn. Po egzaminie ocena zostanie przekazana wybranemu z trójki, który będzie naszymi ustami w tej sprawie. Wybierzecie się do Sal Førstseptu natychmiast. Co się tyczy pozostałych dowódców drużyn, to nie dopatrzyliśmy się u nich żadnej przewiny.
Brina: To najmądrzejsze rozwiązanie. Zgadzam się.
Goltor: Również przychylam się do słów moich ziomków z klanu, którzy są zstępnymi Toriego.
Karev: Pogładźmy wszyscy swe brody
Nie będę burzył tej zgody
Popieram.
Karlig: To najlepsze rozwiązanie. Ay! Popieram.
Lotor: Ay. Popieram.
Mird: Również popieram.
Raggor: To w zasadzie jedyne godne rozwiązanie ze wszystkich możliwych. Popieram swym sercem i młotem.
Trig: Ay!
Trudelloch: Również popieram.
Ksawery: … |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-02-12, 16:18 Temat: Sumienie Gródka |
Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn
Folddel Hegborssonn Żelazny
Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków
W zamglonym kącie umysłu cieniami malowana sala z dostojnymi siedziskami i zakrytym stołem. W półleżącej pozycji ustawiło się dwóch krasnoludów o bogato zdobionych pierścieniami dłoniach, doskonale przystrzyżonych brodach i wyczesanych głowach. Ubrani w karmazyny chichoczą do siebie, ciesząc swe podniebienia trunkiem skrytym w masywnych kuflach inkrustowanych runami Wojownika, Pasterza, Górnika i Kowala. Pierwszy rozgrzany odsłonił swą owłosioną pierś, na którą spadała jego srebrna broda, a drugi pochylony nad krojoną w plastry szynką podnosił kawałek za kawałkiem nie bacząc, że na jego brodzie w kolorze żelaza pełno już okruchów od kruszone jeszcze chwilę temu chleba. Twarze krasnoludów wydawały się bardzo znajome, chociaż malowane były mgłą wspomnień. Nagle z twarzy znikła mgła i ujawniła ich oblicza, dokładnie w momencie, gdy zza ciemności wyszedł krasnolud o mężnej postawie i podobnie jak dwaj tu obecni odziany karmazynem. Przybyszem był Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków, chociaż twarz jego wyglądała inaczej. Siedzący krasnoludowie mieli nieznane twarze, chociaż na tyle charakterystyczne, że łatwo byłoby je teraz zapamiętać.
Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków: Chwalmy Svardød przyjaciele!
Narrator: Rzekł wchodzący do sali Waldemar.
Waldemar: Kriegu.
Narrator: Krasnolud z okruchami na brodzie podniósł kufel.
Waldemar: Folddelu.
Narrator: Krasnolud z rozpiętą koszulą również podniósł kufel.
Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn: Witaj Waldemarze! Spóźniony, ale jakże aktualny w czasie.
Folddel Hegborssonn Żelazny: Twoje zdrowie i chwała Svardød!
Waldemar: Niestety na krótko wpadłem, mam jeszcze dziś kilka piczek do wyruchania, a poza tym czekają mnie księgi rachunkowe za całą wiosnę.
Folddel: Myślałem, że dziś to będziesz miał co świętować. Wygrać zakład z Inżynierem, to nie lada powód do wypicia kufla.
Waldemar: O czym mówisz?
Folddel: Hansik się dziś rozjebał, po tym jak wystrzeliło go z trebuszu. Zaplątał się i sruu… ostatni lot krasnoluda.
Waldemar: Poważnie? Rzyć Inżyniera już niebawem zabłyszczy na Markt in der Geschlossener Bezirk. Zapowiada się dobra biesiada za dziesięć dni.
Bortar: Patrz go, patrz go. Już w piórka urasta. Ale jak wolisz dziś orać picze, niż o przyszłości prawić, to droga wolna. Tylko daj tu chwilę uwagi, bo kilka rzeczy ugadać trzeba.
Narrator: Waldemar z wolna zasiada na krześle i podnosi wyłaniający się z mgły kufel. Bierze pierwszy łyk.
Waldemar: Dobre. Kto nawarzył tego piwa?
Bortar: Ten… jak mu tam. Klemens. Chyba Klemens. Góral Klemens.
Folddel: On się chyba inaczej nazywał.
Waldemar: Jebał go elf. Grunt że dobre rzeczy nam tu sprawił.
Folddel: Ten góral jest piastunem u Krwawojatka. Ponoć to człowiek.
Bortar: Toć kurwa, to na pewno ma on na imię Klemens.
Waldemar: Dobrze Kriegu, że nasze imiona ci się nie plątają. Ale niech będzie, może być Klemens. Na piwo zaprosiliście? Kiedyś już miałem od niego antałek lub beczkę. Dobre, ale nie na tyle, aby nakładać drogi.
Folddel: Trzy kwestie do poruszenia, a mianowicie: wojna, kurwa i nowe miasto.
Waldemar: Zawsze zaczynam od kurew.
Bortar: Mój brat Burdel będzie miał nie lada gratkę. Elfa do wyruchania.
Waldemar: Będę ruchał.
Bortar: Jeszcze nieotworzona. Samica. Jak wysupłasz kuferek złota, to możesz ją otworzyć.
Waldemar: Wsadzę tej cnotce w piczę pięść, aż jej krew siknie, po tym jak staranuję jej brochę swą knagą.
Bortar: No i jeszcze jedna część zapłaty. Wiedziałem, że cię to zainteresuje.
Waldemar: Kuferek to mało?
Bortar: Armią będzie dowodził Dimm Dvilfssonn.
Waldemar: Przecież ta pizda nie zna się na wojnie. On potrafi tylko w księgach siedzieć i pluć półsłówka. Jak będzie miał nami dowodzić, to ćwierć armii do piachu pójdzie. Kurwa! Kto na to wpadł? Przecież jak już ktoś miałby dowodzić z synów Dvilfa, to lepszym byłby Kripp Syn Gór, bo ma doświadczenie wojenne.
Folddel: Może i pół armii pójdzie do piachu, ale to będą górale, a nie nasi. Jest plan taki, że Dimm bierze dowodzenie, zyskuje pełne poparcie klanu i starszyzny przy sukcesji Bokobrodych, a w zamian daje nam kopalnię na zachodzie i Niedźwiedź wraz z Zajęczym Zębem będą gryźli glebę.
Waldemar: Bierzemy Ogrobijów z gór i zamykamy w kopalniach?
Folddel: Bierzemy.
Bortar: Chyba rozumiesz, że to doskonała okazja do tego, aby w końcu pozbyć się tej zakały z gór?
Folddel: Bokobrodzi korzystają z zatargu jaki mają, przejmują pastwiska Ogrobijów i ich wypędzają. Klan się rozpada, my bierzemy dvergi i robimy z nich krasnoludów. Trafiają do kopalń, a część wysyłamy do budowy nowej dzielnicy w Kröne.
Bortar: W końcu te prostaczki przestaną zdychać z głodu każdej zimy. Kaganek cywilizacji i te sprawy.
Waldemar: Kurwę biorę za kufer złota, a co do reszty to muszę to przemyśleć. Co ze Srogimi Pięściami?
Folddel: Nie wiemy jak zachowa się Grommil, ale jak mu się zapewni dostawy zboża, sukna, miodu i pszczelego wosku, to zachowa co najwyżej obojętność. Może tamte dvergi będą chciały bronić Ogrobijów, bo Bokobrodych to raczej mniej lubią, ale kilku furiatów wojny klanowej nie zmieni.
Waldemar: Wojna Nieludzi.
Bortar: Rola w tym Dimma, aby wytracił najcenniejszych wojów Ogrobijów na wojnie, w tym najlepiej Niedźwiedzisyna. Dopóki on będzie żył, to nigdy nie uda się wprowadzić postępu. Nie rozumiem jak można honorowo głodować ustami swego klanu. Kurwa… on zabija naszą populację trzymając ich w tej ciemnocie wieków minionych.
Waldemar: A ty Krieg nie masz honoru?
Bortar: Nie wkurwiaj mnie! Honor ma się w sobie i można wymagać go co najwyżej od siebie. Honor wymagany od innych to tylko ładna nazwa na skurwysyństwo. Ja mogę swoje życie oddać za sprawę, ale nie będę tego wymagał od swych ziomków. Niedźwiedzisyn wymaga honoru od wszystkich i stąd, do kurwy nędzy, głodni górale.
Folddel: Kłótnie nie są najlepszym dodatkiem do interesów. A jako ich podstawa to już w ogóle. Masz Waldemarze kurwę za kufer, a co do reszty przemyśl.
Waldemar: Przemyślę. Co ze Srogimi Pięściami? Na pewno neutralność za podarki?
Folddel: Karkołam i Wybiząb zrobią to, co im powiemy, mają z nami zbyt dużo kontraktów. Krwawojatek i Czachotarcz to rodzina i zachowają się w ten sam sposób. Jak ten Cwaniak, młodszy syn Grommila, nie zacznie kumać, że na długo Srogie Pięści będą tym mniejszym klanem z gór, to wszystko pójdzie dobrze. Herszt Najmita jest wciąż zagadką. Gdyby Grommil chciał się bić za Ogrobijów, to mógłby wystąpić przeciw niemu i założyć własny klan z Boulder.
Waldemar: W ogóle Grommil zbierze swoich górali na wojnę ludzi? Podobno u niego krucho z sakiewką.
Bortar: Na razie zbierają się do wojny. Byli u mnie 35 dnia wiosny Drektor czy Tordrek i tacy dwaj kretyni, z czego ten większy to już zupełny. Kligo. Na pewno Kligo. Aj… co za debil. Na pewno przekazali wieści Grommilowi o wyprawie, a ten już coś wymyśli, aby zebrać ten kontraktowany jeszcze z czasów Adbora kontyngent.
Folddel: Uuu… koledzy nie na bieżąco widzę.
Bortar: Zaśpiewaj tę pieśń.
Folddel: U Grommila była jakaś awanturniczka. Zapłaciła za wystawienie drużyny do rajdu na koboldy, a później okazało się, że to wiedźma i nie będzie miała środków na zwrot pożyczki. To co miała wystarczyło na ucztę z 74 dnia wiosny i opłacenie najmitów. Zysków dodatkowych nie będzie. Ale sprytny Grommil zrobił na tej uczcie usłuchanie wezwania.
Waldemar: 74 dnia wiosny? Jak tamci szli do niego prawie 40 dni? Obchodzili góry dookoła?
Bortar: Daty pomyliłeś?
Folddel: To, że ty Krieg mylisz imiona, nie znaczy, że ja mylę daty. Było to tak, a nie inaczej. Nie wiem jak do tego doszło. Może fakt, że ta trójka posłańców to idioci zaważyła na tym, że późno dowiedział się on o wojnie.
Waldemar: Grommil to wąż. Na pewno uknuł w tym intrygę. Pewnie w chuja zrobił klan, aby nie trzeba było im negocjować żołdu.
Folddel: To powiem wam najlepsze. Wiecie ile górale dostają za wojnę?
Waldemar: Póltora sylva dziennie i wyżywienie?
Folddel: Pól sylva i jadło.
Bortar: Gdzie półtora sylva trafia? Przecież łącznie miały być dwa sylvy samego żołdu.
Folddel: Gdzie „trafi”, bo dopiero od 35 dnia lata mamy w kontrakcie wypłatę żołdów. Reszta trafia do erilarów. Dvilf i Grommil są przy tym jednakowi. Stawki jednakowe i jednakowy wyzysk.
Bortar: A Ogrobije?
Folddel: Oni zakontraktowali dostawy zbóż. Niedźwiedzisyn nie dyma swoich dvergów na złocie, tylko na ich życiu i przyszłości, a tym razem za wszystko wynegocjowane ma spore dostawy jedzenia.
Waldemar: A tak w kwestii dymania, to muszę polecić tę córkę Hansika. Ciągnie knagę lepiej jak jej matka. Dziś idę zaorać jej piczę po raz któryś.
Bortar: A ten Grenbur nie gryzie ci sumienia, że padł, abyś mógł wygrać zakład?
Waldemar: Jebał go elf. Dawaj temat miasta. Po kilku wypowiedziach wnioskuję, że Ansgar osiągnął porozumienie.
Folddel: Tak jak się domyślasz. Wobec tego z tym to będziemy musieli poczekać na rozmowę z Bankierem.
Waldemar: Na Ojca! Czyli Lemieszowi udało się wszystko zakontraktować z von Burke? Aj, aj… Jestem pełen podziwu.
Folddel: Będziemy potrzebować krasnoludów, którzy rozpoczną zasiadywanie gruntów w stolicy tego kraju. Rozumiesz Waldemarze, że populacja krasnoludów znów zwiększy się o kilka tysięcy. Ojciec nam błogosławi.
Waldemar: To najlepszy argument za tym, aby zagospodarować klan Ogrobijów. Szkoda, że nie da się tego zrobić inaczej.
Bortar: Gdyby dało się inaczej… Liczmy na to, że Dimm nie będzie takim jełopem wojennym za jakiego go mamy.
Waldemar: Będzie, ale nawet jak padnie tysiąc górali, to populacja odnowi się w ciągu trzech pokoleń, a po dwóch kolejnych w zasadzie podwoi. Magia ludzkiego rolnictwa i naszych talentów rzemieślniczych już tak po prostu działa. A co jak wodzem armii zostanie Niedźwiedzisyn? Jest na to plan?
Bortar: Wiele rzeczy się poplącze.
Folddel: Aj.
Waldemar: Aj. W takim razie nie obiecuję, ale też nie odmawiam. Trzeba do tego opracować strategię, bo wtedy z wielu inwestycji nici. Aj. Piwo dopite. Kiedy będzie ta elfia kurwa?
Bortar: Blisko 30 dnia lata.
Waldemar: Jak ją zdobył Burdel?
Bortar: To tak w zasadzie półelfka. Ludzie ze Straży Szlaków dopadli ją w jakichś leśnych ostępach. Nie wyglądała na taką, która należałaby do enklawy, ani nie wiedziała kto jest jej panem. Głupia. Coś tam mogła skłamać. Wzięli ją za podatki, a że niczego nie miała to od razu topór albo wykup. Burdel wykupił. Dobrze, że ludzie jej nie wydymali, bo straciłaby na wartości.
Folddel: Coś jeszcze o niej wiemy?
Bortar: Interesuje cię to? Deltor, który organizował jej zakup, nim poszarpał jej włosy zamienił z nią słowo. Ponoć jakiś czarodziej porwał jej młodszą siostrę. Deltor, cwaniak z niego, nawet wypytał o to jak się nazywa ta siostra.
Waldemar: Jak?
Bortar: Roesga.
Waldemar: Bardzo ładnie. Będę jej to szeptał do ucha przy forsowaniu piczy.
Bortar: A ta półszyszkojadka nazywa się Mikre’kir, jeżeli cię to też interesuje.
Waldemar: Te szyszkojady mają zawsze takie miłe dla ucha dźwięki jako swoje imiona. Jest to aż obrzydliwe. Jeszcze jedna rzecz mnie nurtuje. Dimm poradzi sobie z Ogrobijami?
Folddel: Łysa Główka może zrobić mu rewoltę, bo są w sporze. Nie liczę, aby poszedł on ze swoimi na Ogrobijów, chyba że za pełne kufry złota. Krah Topór nie pójdzie na Ogrobijów, jeżeli Krwawojatek będzie ich bronił. W takim razie… nie mam pewności, ale Topór może też być przeciw wojnie z Ogrobijami albo nawet pokusić się o własny klan. Z nim Dimm może mieć kłopot, więc tu dużo zależy od Grommila. Nieśmiertelny tak jak służy Dvilfowi, tak będzie wierny Dimmowi, więc zabierze swoich wojowników na wojnę z Ogrobijami. Vegthun „Młody” Lirkorgrussonn pewnie będzie tak samo wierny jak Nieśmiertelny. Nie zrobi niczego, co byłoby wbrew klanowi, w końcu jest związany więzami krwi z samym Bokobrodym.
Bortar: Pozostaje sprawa Kroppa.
Waldemar: Chyba Krippa.
Bortar: Aj. Jak zwał, tak zwał. Brat Dimma mógłby wziąć klan, bo ma duże poparcie. Dimm musi zyskać sławę, a to może być ostatnia okazja. Jeżeli teraz ją zawali, to cały plan kobold moczem strzeli. Waldemarze… my potrzebujemy krasnoludów, aby nie stracić pozycji w regionie. Lemiesz zrobił swoje, teraz na nas kolej. Zyski same się nie zrobią.
Waldemar: Jeszcze nie obiecuję, ale wydaje mi się to wszystko warte przemyślenia. Prześpię się z tym dwie noce, zamienię słowo z synem, wydupczę kilka chętnych dziewek i rozmówię się z wami, jeszcze nim górale do nas przyjdą.
Bortar: Od 30 dnia lata będziemy się spotykać u mnie, aby dogadać szczegóły i wybadać grunt wśród dowódców. Zaproszę kilku znaczących piastunów, niech nie będą wrodzy w razie czego. Nawet ten cały Klemens się nada.
Folddel: Niech tylko dyskusje będą w kuluarach, a nie na forum. Nie wprowadzajcie we wszystko synów i przybocznych, bo sprawa jest śliska i można się skrzywdzić.
Waldemar: Aj… Racja. Rozmówiliśmy co trzeba. Jak rzekłem, prześpię się z tym dwa dni i dam wam znać jeszcze przed naradami. Bywajcie!
Bortar: Słodkich snów i mokrych cipek. Bywaj!
Folddel: Bywaj!
Narrator: Twarze krasnoludów znów spowiła mgła, a następnie głucha ciemność, gdy tylko postać Waldemara opuściła salę w sposób odwrotny do pojawienia się w niej. Cienie zaczęły się ze sobą mieszać, a po chwili widać było, że cała narracja zatacza pętlę i scena powtarza się od samego początku, jak chwila z której nie można się ocknąć. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-02-12, 16:03 Temat: Virn |
Alarmująca pobudka
31 dzień lata 1976 roku EUS zastał śmiałków w obozowisku pod Virn, lecz nie słońce ich zbudziło, lecz huk. – Alarm! Alarm! Najazd! – Krzyczał krasnolud biegnąć między namiotami. Śmiałkowie rychło się zbudzili i usłyszeli wielki harmider szybko powstających krasnoludów, dopytujących się krzykami nawzajem i dobywających swej broni. Nie oni byli jednak najgłośniejsi, lecz odgłosy bicia dzwonów w mieście. Biły chyba wszystkie tworząc tak potężny hałas, że krasnoludowie poza miastem musieli się przekrzykiwać. Niektórzy panikowali, inni wykonywali wyuczone zachowania poprzedzające atak.
Przysięga krasnoludów
Popołudniu na niebie nad Westwaldem pojawiły się w końcu chmury. Białe i puszyste niczym baranki pod koniec zimy sunęły sobie z wolna niesione rześkim wiatrem znad Tåkefjell. Tak urokliwe podniebne stado mogło wzbudzić wiele sentymentów w przebywających w Virn pasterzach, gdyż tutejsi dvergowie chcący nazywać się krasnoludami, raczej nie byli w stanie docenić takiego pięknego zjawiska. Gromadzili się więc na głównym placu krasnoludzkiej dzielnicy marzyciele zapatrzeni w niebo i twardo stąpający po bruku tubylcy. Tłum gęstniał i rychło trzeba było przeciskać się między ciekawskimi, którzy przybyli tutaj świadkować zbliżającej się uroczystości, której kulminacyjnym momentem miało być złożenie przysięgi przez dowódców krasnoludzkich drużyn, które zaciągnęły się na wojnę. Doniosłość wydarzenia rozbrzmiewać miała w tym, że tylko ci, którzy złożą przysięgę będą mogli wybierać ze swego grona dowódcę krasnoludzkiej armii, która zgodnie z kontraktem miała nie być dzielona podczas szalejącej na północy wojny. Wśród gwaru było słychać jak krasnoludowie zapowiadają orszak ludzi, któremu przewodzić będzie sam Landgraf Fürst Ferdinand I Adler-Herr – pan całego Westwaldu i formalny dowódca armii Westwaldu w skład której prócz rycerzy, najmitów i tutejszego zaciągowego chłopstwa wejść mieli właśnie krasnoludowie. Starsi krasnoludowie przewidywali w rozmowach, że chłopstwo dopiero pod koniec lata trafi na front, gdyż już za niedługo będą żniwa, a wtedy każda para rąk do pracy się nada, ale krasnoludzkie ręce są stworzone do dostojniejszych rzeczy, niż trzymanie kos i wideł. Wśród tłumu właśnie, z uwagi na to, że Landgraf musiał być tu obecny i jakoś dostać się pod Salę Førstseptu, przechadzali się tutejsi zbrojni i pilnowali, aby od strony Krasnoludzkiej Bramy był wolny przejazd po sam ustawiony tego ranka drewniany podest. Pięknie odziani w pełne ciężkie zbroje, zdobione hełmy i dzierżący doskonałe bronie tutejsi zbrojni robili co mogli, ale było ich zbyt mało, aby ogarnąć całą tłuszczę. Prym w utrzymywaniu przejścia wiódł krasnolud z rozbitym nosem, na którym miał opatrunek, który to chyba niedawno stracił parę zębów, bo usta przy wąsie wciąż miał sine. Młotem rozganiał towarzystwo i co bardziej niesfornego dverga zdziałał po głowie. Wybierał zachowawczo jednak do zdzielenia mniejszych od siebie i tych, którzy nie przemieszczali się w zorganizowanych, liczniejszych od niego grupach. Całemu tłumowi przyglądały się wychylające się z okien kamienic pierzei okalających rynek, liczne ładne główki możniejszych tego miasta, a białe baranki dalej sunęły po niebie.
Po pewnym czasie nie trzeba było już machać młotem pobitemu krasnoludowi, gdyż wzdłuż trasy przejazdu Landgrafa poczęli ustawiać się zaciężni krasnoludzkich drużyn wypełniając swoimi dwurzędami i trójrzędami cały dwustronny odcinek od strony ulicy Krasnoludzkiej Bramy do samego podestu. Krasnoludzkie drużyny rozstawiały się zgodnie z porządkiem ostatnich sukcesów na manewrach i tak najdalej od serca ceremonii byli na swych kucach westwaldczycy Synowie Wojownika i obok nich Ruchomy Mur, a naprzeciw ze Srogich Pięści Karkołamacze. Bliżej od nich zaś kolejni jeźdźcy zwący się Obrońcy Sali Ojca i naprzeciw nich Wybizęby ponownie ze Srogich Pięści, a jeszcze bliżej naprzeciw siebie stali Zbieracze Skalpów i Chorągiew Dwunastu Run obie drużyny z klanu Bokobrodych. Mniej więcej w środkowej części stali jeźdźcy nieobecnego na manewrach krasnoluda Gródka, którzy tytułowali siebie Synami Wojownika mając naprzeciw siebie najliczniejszych piechurów z klanu Bokobrodych zwących siebie Topornikami. W środku byli rzędów prowadzących do podestu stali również Synowie Gór z Bokobrodych i Krwawojatki ze Srogich Pięści, Przelewacze Krwi i Cyny z Bokobrodych, Krwawi Najmici ze Srogich Pięści i najlepsi z jeźdźców - Siewcy Wojny z Westwaldu. Zaszczytne miejsca przed podestem zajęli Czachotarcze ze Srogich Pięści i stojący naprzeciw nim Pogromcy Orków z Bokobrodych, a ku zgrozie wielu dostojników z Virn najbliżej stali niepokonani w manewrach Ogrobije. Co prawda słychać było już dysputy tłumu, że jak miast przepychanek na manewrach dojdzie do użycia broń, gdy będzie trzeba się szybciej przemieszczać jazdą i gdy będzie walka na poważnie, to wartości tych drużyn mogą się zmienić, ale wszystkie te gwary milkły wobec majestatu obdartych pastuchów. Bliżej podestu od Ogrobijów był już tylko pusty placyk.
Na szerokim drewnianym podejście ustawionym przed wejściem do Sali Førstseptu widać było gromadzących się zacnych krasnoludów. Kogóż tam nie było! Byli dowódcy drużyn: Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn, Bjerr „Łupacz” Klitorssonn, Bortar-Ferdinand „Krieg” Ferdinandssonn, Bril Cleegain, Dimm Dvilfssonn, Grommil „Krwawojatek” Adborssonn, Hoggkun „Łysa Główka” Jergondssonn, Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn, Krah „Topór” Lotorssonn, Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn, Lur „Wybiząb” Dimssonn, Ragnarrak „Nieśmiertelny” Orissonn, Torrak „Karkołam” Dimssonn, Vegthun „Młody” Lirkorgrussonn, Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn, Waldemar Jovin Torrikssonn z Gródków, a także piastuni: Karlig „Piastun”, Mordekssonn, Karev „Pieśniarz” Dvilssonn, Lotor "Grzywacz" Kagolssonn, Trudelloch „Cwany” Grommilssonn, Ksawery Piwowar, Trig „Zajęczy Ząb” Murburssonn, Brina „Wróżka” Torisdatter, Goltor Gollo „Prawy” Gollossonn. Mird „Żelazna Broda” Odissonn, Raggor „Strażnik Córek” Adborssonn, Zwerk „Runotwórca” Torissonn. Przed podestem zaś widać było znane w krasnoludzkiej dzielnicy osobistości. Panował gwar, gdy dość niespodziewanie od strony Krasnoludzkiej Bramy rozległ się dźwięk rogu, który na chwilę podniósł gwar, a następnie zaprowadził chwilę ciszy na rynku. Oto fanfary i wiwat przywitały wjeżdżające na krasnoludzki rynek chorągwie zdobione dwugłowym orłem barwy złotej z mieczami w szponach na zielonym tle. Orli Gniew. Na wysokich koniach wjeżdżali odziani w ciężkie zbroje postawni ludzie z mieczami i zdobionymi herbami tarczami. Odziani w kosztowne tabardy, ozdobieni ptasimi skrzydłami, piórami, rogami bawołów, turów, stylizowanymi pancerzami, a przede wszystkim dostojni swym szlachectwem rycerze z wolna w dwurzędzie przesuwali się w kierunku podestu. Było ich ponad pięćdziesięciu. Ciężko było rozpoznać w tym zacnym, jak na ludzkie standardy, towarzystwie wodza, lecz bystre oko było w stanie dojrzeć, że jeden z hełmów zwieńczony był książęcą koroną. Landgraf wysunął się na przód dopiero gdy całe rycerstwo znalazło się na pustym placyku przy Ogrobijach. Ustawiwszy się w pierwszych rzędach na piedestale krasnoludowie ukłonili się łamiąc się w pasach, aż ich brody dotknęły wyłożonego na piedestał dywanu, a ci górale w rzędach tylnych lekko się schylili, zapewne argumentując to wiekiem i bólem w plecach. Landgraf dopiero wtedy podniósł psi łeb swego hełmu, a piastun o jakże trafnym przydomku Piastun rozpoczął przemowę powitalną w języku ludzi: „Krasny lud wita swego suwerena, jaśnie dostojnego i wielkiego swą dobrocią, szlachetnego duchem, mężnego wolą, wiernego Mymkraftowi Landgrafa Westwaldu, pana łąk, kopalń, kowadeł i uderzających toporów, księcia Adler-Herr, Ferdinanda pierwszego tego imienia.” Gwar umilkły podnosi się na nowo, jako przywitanie. Krasnoludowie bili w swe tarcze, tupali i dali dowody swej obecności ze swych gardeł. Tutejsi głośno, a przybyli zachowawczo.
Landgraf wyciągnął z pochwy miecz i trzymając go za klingę podniósł rękojeścią ku niebu. Jego srebrzysta zbroja mieniła się każdym promykiem słońca, który przemknął pomiędzy stadami podniebnych baranków, a długi miecz zdawał się w ogóle nie rzucać cienia. W końcu odezwał się głośno dając dowód, że doskonale wymawia krasnoludzkie słowa: „Wzywam was krasny ludzie na wojnę! Tak jak przysięgaliście, tak pójdziecie i dajcie dowód swego posłuszeństwa wzywając na świadka Førstsept”.
Piastun ukłonił się, a czterej rośli dvergowie wnoszą z wnętrza Sali na podest wielki, stary pień ściśnięty żelaznym pierścieniem, do którego dokuto młoty, topory i miecze tworząc z nich stelaż. Góra pnia jest czarna od dawno upuszczanej nań krwi. Trafia on po chwili przed Piastuna i skupia na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych, aż w końcu Karlig „Piastun” Mordekssonn podnosząc nad głowę laskę pasterską odmawia z pamięci psałterz do Ojca i córek, prosząc ich o uwagę, a po chwili Karev „Pieśniarz” Dvilssonn ze Srogich Pięści podchodzi do niego z trzymanym przy piersi czerwonym zawiniątkiem. Karlig odrzuca na boki czerwoną, ciasno haftowaną tkaninę i odsłania srebrny sztylet. Podnosi wzrok na wyprawiających się przywódców drużyn i wyciąga srebrny sztylet, aby go przejęli. Podchodzi wpierw Vergo „Niedźwiedzisyn” Korgothssonn i okazując przywiązanie do Forseptu całuje wpierw ołtarz, a następnie kładzie na nim swój topór i nacina swą dłoń podanym sztyletem i po upuszczeniu na ołtarz krwi wypowiada formułę: „Będę cierpliwy jak Pasterz, wytrwały jak Górnik, solidny jak Rzemieślnik i waleczny jak Wojownik. Ojcze prowadź mnie do chwały lub złóż córkom me ciało!” Gdy tylko przekazywał swój sztylet Ragnarrakowi „Nieśmiertelnemu” Orissonnowi Ogrobije tupali i uderzali w swe tarcze, a także wrzeszczeli z aprobatą. Ragnarrok podobnie postąpił jak Niedźwiedzisyn, a wtedy jego drużyna dała wyraz swej aprobaty i tak dalej sztylet trafił do Jovina, później Bortara-Ferdinanda „Kriega” Ferdinandssonna i kolejnych dowódców, kończąc na Bjerru „Łupaczu” Klitorssonnie. Tylko Adklitor „Herszt Najmita” Bortorssonn ze Srogich Pięści, Hoggkun „Łysa Główka” Jergondssonn z klanu Bokobrodych i Torrak „Karkołam” Dimssonn z klanu Srogich Pieści nie wypowiedziało formułki z pamięci, a Kripp „Syn Gór” Dvilfssonn z klanu Bokobrodych wypowiadał formułę powtarzając za Piastunem. W końcu Karlig ponownie podniósł pasterską laskę w górę i tym razem wszyscy mogli wiwatować. Książe w otoczeniu swych rycerzy począł kierować się w stronę Bramy Karłów, aby móc obejrzeć krasnoludzkie manewry w praktyce. Drużyny krasnoludzkie musiały przejść obok piedestału ze stojącym na nim ochlapanym krwią ołtarzu przysięgi, a wtedy dowódcy i piastuni dołączali do towarzystwa. Zachowywano wtedy porządek stania w odległości od ceremonii, identyczny z porządkiem podawania sobie srebrnego sztyletu, który teraz spoczywał w rękach piastuna Karliga, a który to błogosławił przechodzących obok niego dvergów. Za drużynami szedł tłum, który chciał obejrzeć pełnoskalowe manewry z użyciem krasnoludzkiej jazdy. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-02-12, 15:58 Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
16-19 dzień lata 1976 EUS / 54 roku erilara Krwawojatka, dni Hvitliv, Górnika, Ojca i Kowala
Kontrakt Wojenny
Wysokie na dwa krasnoludy podwójne okute wrota w ściętym i wymurowanym górskim zboczu, wysokim na 30 krasnoludów, z licznymi stanowiskami dla kuszników. Flotthus nie schodził w dół, lecz piął się w górę, a na szczycie zaś miał wyjście na górski szczyt, na którym wybudowano wieżę obserwacyjną. Dziś wrota były otworzone na oścież chłodząc wędrowców oddechem z wnętrza góry. Panował tu spory ruch, krasnoludowie wchodzi i wychodzili. Wnet ukazała się znajoma twarz członka eldeskyldy Karbora „Domatora” Borvintorssonna, który mieszkał w warownym domu Flotthus od początku swych dni, a miał ich na karku więcej jak Theobald i Ksawery razem wzięci, a przez to również więcej, niż sam Brond. Jego uśmiech zdradzał, że już ujrzał kogo trzeba.
Przysięga
Gwar w sali milknie, a krasnoludowie tworzą przejście przy długich stołach. Czterej rośli dvergowie wnoszą do biesiadowni wielki, stary pień, którego korzenie przeplatane są stylizowanym w gałęzie dębu żelastwem, a który to wygląda jak wielkie kowadło, którego góra jest czarna od dawno upuszczanej nań krwi. Trafia on po chwili przed wielki stół z tyłu sali i skupia na sobie uwagę wszystkich zgromadzonych, aż opierający się o laskę Lotor „Grzywacz” Kagolssonn dochodzi doń i podnosząc nad głowę swą laskę odmawia z pamięci psałterz do Ojca i córek, prosząc ich o uwagę, a po chwili Jovin „Czachotarcz” Grommilssonn podchodzi do niego z trzymanym przy piersi czerwonym zawiniątkiem. Lotor odrzuca na boki czerwoną, ciasno haftowaną tkaninę i odsłania srebrny sztylet. Podnosi wzrok na wyprawiających się i wyciąga srebrny sztylet, aby go przejęli.
Wymarsz
Od 16 dnia lata zaczęło być we Flotthus dość gwarno, gdyż z okolic schodzili się dvergowie, łącząc się w drużyny. Poczęli też schodzić z wolna członkowie klanu Bokobrodych, lecz jeszcze tylko garstkami. Można było porównywać swoje rynsztunki, dobrze wyprawione skóry, żelazne kolczugi, czy nawet u krezusów zbroje z pełnego żelaza, a może nawet stali. Członkowie klanów Srogich Pięści i Bokobrodych przedstawiali podobny poziom bogactwa, stąd więcej było podobieństw w uzbrojeniu, niż różnic. Wiadomo jednak od razu było, że dany dverg normalnie parał się wojaczką, gdyż miał lepszy oręż, niż rzemieślnik ten z kolei lepszy, niż górnik, a już wszyscy mieli lepsze wyposażenie, niż pasterze, którzy wyruszali na wojnę w celu łatwego zarobku i wysokich stawek, bo ekwipunku wciąż potrzebnego do wojaczki jakoś się nie dorobili.
18 dnia lata, w dzień Ojca, we Flotthus zaczął panować tłok, po tym jak przybyły liczne grupy krasnoludów z Steinhus i Bokobrody. Drużyny Bokobrodych podzieliły się na dwie grupy i jedna z nich miała dotrzeć do Virn drogą wschodnią, a druga grupa z osad Dimbedra, Jerning, Kamionek Wielki oraz Thordon miała do celu dotrzeć drogą zachodnią. Każda z tych grup była jednak zbyt duża, aby podróżować wielką kolumną, stąd krasnoludowie ci, nawet z jednej grupy dzielili się na mniejsze podgrupy. Takim oto sposobem we Flotthus znalazła się jedna z tych grup, aby jutro opuścić osadę i dać zająć swoje miejsce innej grupie, która z kolei wyruszy zapewne w ogonie, który wyjść z najbardziej na zachód oddalonego przybytku Srogich Pięści ma dopiero 20 dnia lata. Prócz Bokobrodych w osadzie znaleźli się również ziomkowie z Boulder, co sprawiło, że w osadzie przebywało ponad tysiąc krasnoludów w jednym momencie. Tłok był tak duży, że namioty podróżnych i ich zwierzęta zajęły całą polanę rozciągającą się między Flotką, a Flotthus.
Następnego dnia nie było wcale lepiej, gdyż ci, którzy poszli dalej zostali zastąpieni przez nowych podróżnych. Przybyli wówczas Grommil „Krwawojatek”, erilar klanu Srogich Pięści oraz Dimm Dvilfssonn, następca Lanej Cyny – erilara Bokobrodych. Dumni krasnoludowie zaszyli się na dłuższą naradę z dowódcami obecnych tu drużyn w warownym domu, a ich podkomendni chodzili i broili. Dość rzec, że krasnoludowie wciąż rozluźnieni brakiem pełnej dyscypliny wojskowej pozwalali sobie na więcej, niż można będzie sobie pozwolić na froncie. Doszło do tego, że wielu dvergów, poprztykało się między sobą, w wyniku czego stracono łącznie blisko 30 zębów, jedno oko, palec prawej ręki, dwa i pół ucha, część brody splecionej w warkocz, całą fryzurę która zajęła się od łojowej świecy, a poza tym przepadło dość sporo kóz, kilka niewieścich cnót i dość sporo drobiazgów, których ubytku już nikt nie rejestrował. Wyrwane sztachety z płotów da się naprawić, a zaszczane ściany zwietrzeją dość szybko. Gorzej z kałem zostawionym w dość przypadkowych miejscach, gdyż mieszkańcy Flotthus będą w niego wchodzić jeszcze do połowy lata. Aż chciało się odejść z tego miejsca, co też się w końcu stało w dniu Svardød.
20 dzień lata 1976 EUS / 54 roku erilara Krwawojatka i kolejne dni
20 dzień lata jeszcze się nie rozpoczął we Flotthus, lecz górskie szczyty już zdradzały nadciągające słońce, którego złote malunki nosiły na sobie. W tej warownej siedzibie ostała się już tylko jedna krasnoludzka drużyna, a dowódcą jej był nie kto inny jak Jovin „Czachotarcz”, syn erilara Grommila „Krwawojatka”. Wszystkie inne drużyny, czy to Bokobrodych, czy Srogich Pięści były już w drodze i prawdopodobnie Ogrobije już też wyruszali, ale Jovin przetrzymał swych dvergów do ostatniej chwili, aby sprawdzić jak radzą sobie w Marszu Wojennym. Pozostał jeszcze ostatni wspólny posiłek w Warownym Domu przed wyruszeniem i możliwe, że na wiele miesięcy straci się z oczu tych wszystkich, których się tu kocha. Nim doszło do śniadania Bohaterowie zebrali się w swych domostwach, a jeszcze nim Ksawery doszedł do domu Theobalda, pojawił się tam Brond. Matka Frida nie była w stanie odprowadzić synów do Warownego Domu, więc pożegnała ich już teraz przemywając ich czoła wodą i kreśląc nią jedyne runy jakie znała. Słabym swym głosem zmówiła modlitwę i prosiła Grunala, aby nie wzywał synów na ucztę. Dopiero na koniec zwróciła się do Łamacza Kości i Gromowładnego.
- Możemy się widzieć ostatni raz, zapamiętajcie moją twarz synowie. Jak się nie zobaczymy tu w górach, to ujrzycie mnie w Salach Biesiadnych, jak będę podawać wam jadło ze stołu Ojca i dolewać do waszych pucharów najlepszego piwa. Przedstawię was przodkom, a zwłaszcza Rigrevowi „Kamieniomiotowi”, ojcu ojca mego męża i Briggowi Trudellochssonnowi, memu pradziadowi. Me babki doniosą wam serów i mleka, a wszyscy będziemy zapraszać Pasterza, aby posłuchał jak śpiewa ma babka Hillemga Briggsdatter. Nie dajcie się zabić na tej wojnie, ale zaklinam was - tylko godność jest szatą, w której się wpuszcza na tę ucztę. Lepiej byście w grobowcach złożeni mieć byli, niźliby was honor opuścił i do drzwi Sal Biesiadnych dobijać byście się musieli przez wieczność całą! – Rzekła Frida i splunęła przed chatą swą zbrązowiałą od krwi śliną, nie zainteresował ją płacz pozostawionej w żłobku Bestii i wzrokiem odprowadziła synów, wnuczkę i synową do ścieżki przy której stał Ksawery z Ulfem. Razem wszyscy przeszli do Warownego Domu, oddali się wystawionemu przez Jovina śniadaniu i zabrali skromny dodatkowy prowiant na drogę. Idalia ucałowała w policzek męża, a Ishilda rozpłakała się tuląc ojca Theobalda. Ponad setka dvergów była gotowa do drogi. Słońce już rozświetliło wieżę obserwacyjną i wtem Jovin dał rozkaz wymarszu. Pod nogi wojakom starszyzna, kobiety i pacholęta rzucały górskie kwiaty i nie pochowali się do domostw, nim ostatni z orszaku nie zniknęli im z oczu, idąc Rugbą w stronę gór Ogrobijów.
Jovin wiedział, że dotarcie do Virn do zmierzchu 30 dnia lata będzie wyzwaniem, gdyż to tylko 11 dni, a dystans wielki, nawet jak na szlak. Podzielił więc świtę na dwa zespoły, których kryterium miała być szybkość. Szybsi, mniej liczni, mieli za zadanie zwinąć każdy obóz, wyprzedzić wolniejszych na szlaku i rozbić nowy obóz, aby tamci nie tracili czasu na te sprawunki. Theobald i Ksawery należeli do tych szybszych, a Brond szedł z wolniejszymi, chociaż nie był najwolniejszym z drużyny. Krasnoludowie byli pozbawieni dostatecznej liczby kuców, osłów, czy konni, a problem ten dotknął również oddziału Krwawojatka, gdyż użyczone koniowate Adzie Braun przepadły, a pozostałe drużyny nie miały obowiązku się dzielić. Dvergowie więc sami ciągnęli dwukółka wypakowane ekwipunkiem i kurwili siarczyście, gdy musieli je przenosić przez stopnie, wciągać na schodkowe zbocza lub przepychać po korzeniach. Gdyby jednak nie one, to nikt nie byłby w stanie w tym tempie przenieść takiego ciężaru ekwipunku bez utraty zdrowia. Czachotarcz okazał się być jednak dobrze zorganizowany i sam nie dosiadał kuca, który ciągnął jeden z wozów, maszerował wraz z wolniejszymi narzucając tempo i doskonale dobierał momenty przerwy, aby zespół szybszych bezkolizyjnie wyprzedził główny zespół na ciasnej Rugbie. Udawało się to dzień w dzień, chociaż akurat innych problemów było co niemiara. Zaczęło się od tego, że niektórzy dvergowie chcieli dodatkowych przerw, to na posiłek, to na siku, czy nawet opróżnienie jelita. Nikt nie dostał przerwy, ale srogi żołnierski opierdol już tak. Zdarzyło się, że ktoś nadwyrężył nogę, inny przejął się losem swego psa, który nie nadążał, więc z dnia na dzień cierpliwość się niektórym kończyła, aż 26 dnia lata kilku dvergów się załamało i chciało zrezygnować. Zostali oni oddelegowani z drużyny jako niekompetentni, obłożeni obietnicą dodatkowego podatku wojennego i odszkodowania za naruszenie kontraktu, a na koniec dostali solidnego kopa w rzyć od samego Jovina i nawet jeden dverg o imieniu Jerk popłakał się, a drużyna Czachotarczów zmieniła mu przydomek z „Lawina” na „Płaczek”. Nikt nie miał jednak sił, aby go żałować, tak jak sześciu pozostałych fajtłapów. Ostatecznie cała drużyna Jovina ukształtowała swą liczebność na 95 brodach, przy czym 7 bród było żeńskich.
Droga do Virn nie kończyła się, a w Nyt, jednym poważnym siedlisku Ogrobijów, akurat tak się złożyło, że nie było czasu nawet nocować, gdyż plan trasy zakładał pokonanie jeszcze pięciu godzin marszu tego dnia. Tak też uczyniono, ale śmiechów było co niemiara, gdyż widok starszyzny Ogrobijów, którzy nie poszli do Virn z „Niedźwiedzimsynem” uświadamiała o różnicy w majętności klanów. Oczywiście najlepsze uzbrojenie poszło z dvergami na wojnę, ale pozostawienie w Nyt tylko kijów i przeszywanych wełnianych pancerzy wskazywało, że nie wiedzie się tym krasnoludom zbyt dobrze. Byli jednak z innego klanu, więc to był podwójny powód do okrutnych żartów.
27, 28 i 29 dnia lata Jovin podczas obozowania, gdy w zasadzie wszystkim puchły stopy ze zmęczenia i nierzadko leciała krew z nosa był w pełni sił, a przynajmniej robił takie wrażenie. Jego ścisła świta zdawała się podzielać jego możliwości i byli dla niezaprawionych w sztuce koncentrowania wysiłku dvergów wzorem do naśladowania. Ci jednak, którzy przetrwali pierwszych pięć dni pozostali do końca, więc wzór okazał się dostatecznie dobry. W te wieczory syn erilara zabierał na stronę to odpowiednio Theobalda, Ksawerego i Bronda, aby pomówić z nimi o bardzo ważkiej kwestii.
Dopiero 30 dnia lata dvergi Czachotarcza zeszły z gór na wzgórza Dem i pierwszy raz od początku podróży krajobraz się zmienił. Schodziło się łatwiej, teren wydawał się równiejszy, a na pewno Rugba wygodniejsza do wędrówki. Nawet blisko południa zespół szybkich zrównał się z zespołem wolniejszych i już razem mogli kroczyć do Virn, gdyż tego dnia nie będzie pośpiechu z rozbiciem obozowiska. Niewiele później oczom drużyny Czachotarczów ukazał się oddział „Karkołamaczy” prowadzony przez Torraak „Karkołama” Dimssonna ze Srogie Pięści. Akurat Karkołamacze odpoczywali, gdy proporzec z czaszką w tarczy obok dwóch pięści zrównał się z proporcem na którym widniała postać z nienaturalnie przekręconą w bok głową. Chwilę później byli już z tyłu mimo posiadania znaczniejszej liczby kuców. Jovin pozdrowił Torraaka, ale nie zatrzymał się, aby z nim porozmawiać, gdyż już widać było tył innej drużyny krasnoludów. I tych udało się dogonić, a następnie przegonić, gdy zatrzymali się na strawę. Proporzec z toporem pomiędzy bokami brody szybko został przegoniony, a zdziwieni dvergowie dowodzeni przez Kraha oglądali się ze zdziwieniem widząc niemal lecących po wzgórzach dvergów Jovina. A było komu się oglądać! Topornicy byli przynajmniej dwukrotnie liczniejsi od Czachotarczów. Jovin aż zaśmiał się, ciesząc z tego, że dobrze zaplanował podróż i poprowadził swój oddział. Był cały czas w dobrym humorze, gdy Czachotarcze minęli pierwsze ludzkie chaty, sady owocowe i bogate pastwiska. Ziemia była tu o wiele żyźniejsza, niż w górach i rodziła rzeczy, które mogły uchodzić za rarytasy. Virn było już niedaleko.
- Oddział! – Wrzasnął Jovin wskakując w swej ciężkiej zbroi na głaz. - Tu się zatrzymamy na ostatni odpoczynek przed dotarciem do miasta. Ogarnąć się i opróżnić pęcherze. – Zeskoczył z głazu by wziąć łyk z bukłaka, a drużyna zrozumiała, że nim minie wieczór znajdą się w ludzkim mieście Virn.
Zapadał zmrok, a akurat pojawiający się nów sprawił, że łatwo przebijał blask pierwszych gwiazd, czy jak bogatsi w wiedzę astronomiczną by stwierdzili – planet. Wędrowców nocnego nieba. Virn było na północy, to na pewno cel wyprawy. Wysokie mury na wzgórzu, które schodzą do rzeki i górujący nadwszystkim zamek. Liczne wieże, liczniejsze smugi dymów i spore obozowisko rozstawione przed miejskimi murami. Jovin był zdziwiony, gdy dotarli, rozmówił się ze swą świtą, a następnie dwójką krasnoludów na kucach, którzy przyjechali przywitać oddział. Byli z tutejszej diaspory, krasnoludowie odziani w zbroje na kucach, którzy wyglądali jak groteskowi ludzcy rycerze. Dowódca był poirytowany, gdyż okazało się, że za murami miasta nie będzie miejsca dla wszystkich przybyłych i muszą się oni rozbić poza murami, tam gdzie znajduje się jedna z bram i gdzie właśnie stało już wielkie obozowisko. Nie było wielkiego wyboru, jak udać się tam i rozbić się obok swych ziomków z klanu Srogich Pięści, Bokobrodych i Ogrobijów. Pocieszeniem miało być zaproszenie na biesiadę w murach miasta jeszcze tej nocy, ale Jovin pokiwał tylko brodą i machnął ręką. Liczne namioty były rozłożone bez ładu zajmując teren najbliższy wysokiej bramie miejskiej z wieżą. Widać było w niej rękę krasnoludzkich rzemieślników, którzy ozdobili bramę tak, że wyglądała jak dwie wielkie pawęże. Już dvergowie z klanów zdążyli znaleźć jakąś kredową farbę i namalować obok niej wielkiego kutasa, ale rozbawienie z tego faktu trochę mieszało się tu z zażenowaniem. W obozowisku było wielu ludzi, którzy nosili kurczaki, jakieś kopiejki jajek, wypieczone bochny chleba i ogólnie sporo żywności. Kwitł tu handel i widać było, że krasnoludowie z klanów poczynają wymieniać przyniesione dobra na tutejsze wyroby. Tak się witało Virn.
Rozbicie obozowiska trwało nie więcej jak pół świecy, gdyż drwa były już narąbane, a tereny pod namioty w zasadzie wyznaczone. Oto z wolna kończył się zmierzch. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2023-02-12, 15:56 Temat: Flotthus |
15 dzień lata 1976 EUS / 54 roku erilara Krwawojatka, dzień Pasterza
Theobald „Gromowładny” Grunalssonn
Przed skromną chatką rozsiadło się pół tuzina zbrojnych krasnoludów z klanu Srogich Pięści. Widać, że są tu Grubomveg „Oczko” Rakmordssonn, Revlir „Z Nieprawego Łoża”, Hargru „Dzik” Abgvissonn, Frigad „Stalohełm” Karadssonn, Bomgor „Fałszerz Nut” i Bomdin „Leniwa Noga” Karhargvissonnowie. Nie widać na ich twarzach gniewu, ani złości. Gdy tylko ujrzeli zbliżającego się Theobalda, Revlir nawet pierwszy uniósł dłoń na znak przywitania, a Bomgor raźnie rzekł żując mniamble - „Hodeskalleskjold!” – informując o obecności gospodarza wychodzącego właśnie z sieni domostwa Jovina Czachotarcza. Za erilarem wyszła Idalia, lecz wnet cofnęła się do chaty. I tak oto żwawym krokiem przemieszcza się w stronę Theobalda barczysty krasnolud w ciężkiej stalowej zbroi i hełmie z ptasimi piórami. Na zdobionych runami naramiennikach widać symbole Srogich Pięści, a na hełmie wygrawerowaną ludzką czaszkę, której motyw pojawia się również na ciężkiej okutej tarczy. Jovin wyszedł naprzeciw Gromowładnego i zapytał bez ogródek - Powiedz druhu... umiesz strzelać z łuku szyszkojadów?
Ksawery Brauer
Po drugiej stronie Floki Ksawery Brauer właśnie przekraczał próg swego domostwa i przywitał go znajomy zapach fermentacji. W środku był Ulf i z kimś rozmawiał. Kilka kroków Ksawerego w kierunku większej izby i ukazał mu się obraz Ulfa „Pomagiera” Jontorssonna, który siedział na ławie obok Lotora "Grzywacza" Kagolssonna. Odziany w kolczugę dość stary krasnolud znany był z tego, że jego gęste włosy dawały się poskromić tylko poprzez zaplecenie ich w warkocze. Stąd też na głowie Grzwacza było dwadzieścia pięć grubych blond warkoczy, a i tak część włosów była rozplątana rzucając na jego twarz grzywę sięgającą blond brody. Krasnolud ukrywał bliznę ciągnącą się od czoła, przez lewą skroń, do policzka w którym miał srebrną płytkę miast skóry. Otulony karmazynową peleryną trzymał pokrytymi tatuażami rękoma kostur, na którym opierał swą muskularną sylwetkę, a który to miał między nogami. Nie wstał, gdy Ksawery pojawił się w izbie, jako uczynił to Ulf. Pomagier przywitał się z Ksawerym i od razu skierował go na spojrzenie Lotora, który nie czekał zbyt długo: Niech pochwalony będzie Pasterz! Piastunie Ksawery. – rzekł pięknie akcentując imię boga.
Brond "Łamaczkości" Grunalsson
Do pustego, nieogrzanego domu wejść było łatwo, ale wchodziło się niechętnie. Zachodzące słońce napełniało izbę kolorem złota, ale próżno było szukać tu przepychu. Ettera Jontorsdatter złożyła Bestię na posłaniu, po tym gdy dostało pokarm. Wyszła informując, że wróci rano nakarmić młodego. Brond został w chacie sam ze swym synem. Spojrzał na niego. Jego szarawa skóra, pełna brązowych refleksów i zielone żyły pulsujące intensywnie z rytmem bicia jego serca. Owinięty w pieluszkę, jeszcze nie wiedział jak ciężkie będzie jego życie odmieńca. Wydał z siebie delikatny wysoki dźwięk, lecz Brond nie wiedział czy to normalne, czy jednak wyjątkowe odgłosy. Nie znał się na dzieciach, tym gorzej będzie mu poznawać wszelkie arkana sztuki wychowawczej na swym własnym potomku. Zapłata w srebrze, którą otrzymał za udział w ostatniej wyprawie nie wystarczy na godne życie tego dziecka, a z jednym rodzicem i to jeszcze nie najbardziej majętnym, nie czeka go świetlana przyszłość. Złote barwy zachodzącego słońca wyglądały przeto szyderczo w tym miejscu i w tej chwili. |
Temat: Massemord |
Pythonius
Odpowiedzi: 318
Wyświetleń: 133672
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2023-02-12, 15:48 Temat: Massemord |
WĄTEK Brond Ksawery Theobald
Alchemia Flotki: 500 100 300 100
Kontrakt Wojenny: 150 50 50 50
Przywitanie w Virn i dzwony: 500 200 200 100
Musztra: 600 400 50 150
Wybór Svaglara: 1500 450 600 450
Sąd nad Ksawerym: 300 0 300 0
Polowanie na tura: 600 0 0 600
Uczta u Ferdinandssonów: 900 450 450 0
Inżynier Złotorodek: 1000 300 400 300
Sumienie Krasnoluda: 1500 500 500 500
Sąd nad Karligiem: 500 200 250 50
Mikre’kir: 800 / 100 0 100 0
Polityka Virn: 800 / 150 50 50 50
Zyskanie sławy: 1000 300 500 200
Odgrywanie postaci: 1000 334 333 333
Kojarzenie wątków: 1000 333 333 334
Nagroda im. Graczy: 500 500 0 0
SUMA: 4167 4416 3217 |
Temat: [Legenda] Ostatni Dom |
Pythonius
Odpowiedzi: 7
Wyświetleń: 6973
|
Forum: Elidion Wysłany: 2022-01-05, 22:47 Temat: [Legenda] Ostatni Dom |
Mänhir. – Pierwszy raz odezwał się śnieżnobrody Olvo. – Cień wyziębionych, który będzie ścigał do lodowej śmierci. Ściągał skóry podczas snu, gasił ogień, zamykał mrozem zamki drzwi, plątał drogi w śnieżycy i wył w nocy, by zwabić najgorsze bestie. – Słowa Olva wprowadziły wszystkich w ponury nastrój, aż opuścili wszyscy swoje spojrzenia. – Trzeba było uszanować prawo gościnności, po przekroczeniu progu wycofać się i zawołać wszystkich, co na mrozie zostali, że oto jest przybytek, w którym można się ogrzać. Wejść krok, przywitać się, a dopiero wtedy zamknąć drzwi. Teraz już tylko mänhir oplecie wędrowca mroźnymi szponami i zgasi jego żywot. Tako się stanie lub mój wnuk zostanie botanikiem.
Rudobrody Hogbom uśmiechnął się szyderczo. – Botanika to tu nie będzie, ale nawet jakby był, to twoja córa wpierw musi kogoś powić lub ty znaleźć sobie nową kobietę. Ani na pierwsze, ani na drugie się nie zanosi… ale Bunlo ma rację, nie straszmy przybysza. - Skwitował przywracając swej twarzy powagę.
Olvo jednak już milczał, zajęty tym, czym był zajęty w głębi swych myśli, Bunlo przetarł spocone czoło od stresu, Lurgurkar wziął głęboki oddech, a Hogbom zapytał - To co planujesz Dalinie? Jak wykorzystasz swoje ciepło? - Wyjaśnił przy tym przybyszowi z południa - Możesz tu zostać tak długo, jak to konieczne, ale wiedz, że niebawem zbieracze - skinął głową na trójkę swych gości siedzących naprzeciw - ruszą korzystać pierwszego blasku, a Ostatni Dom będzie pusty jak spojrzenie zmarzlaka. |
Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Pythonius
Odpowiedzi: 13
Wyświetleń: 3364
|
Forum: Siegvaard Wysłany: 2022-01-02, 02:41 Temat: Wojna Nieludzi - Akt I |
Opowieść ta nie zaczęła się w tym miejscu, lecz tam gdzie mówi się o Matce Bestii. Nieodległa przeszłość rzutowała na teraźniejszości śmiałków, którzy ledwo co zaleczyli rany po ostatnich zmaganiach, chociaż nie każda z blizn okazała się być piękną pamiątką na przyszłość.
Pełgająca świeca oświetliła uśmiech starca, który poprawił kapelusz na swej siwej głowie i zdradziła wyraz zaniepokojenia na twarzy siedzącego naprzeciw niego młodzieńca. Opowieść o „Liniach Krwi” zrobiła wrażenie na młodzieniaszku, ale nie takie jakiego się chyba spodziewał. W końcu korzystając z dłuższej przerwy w opowieści zwrócił się do starca
- Dziadku! Myślałem, że opowiesz mi o czymś ważniejszym, co zdarzyło się podczas tej wojny, a nie jakieś bałamutne opowieści o gwałcicielach i zbójcach. Nie są to nawet bohaterowie. Na cóż mi ta wiedza? – Wyraził młody człowiek swe oburzenie, a starzec aż prychnął z rozbawienia.
- Wojna to nie tylko rycerskie pojedynki, a w tych wydarzeniach wojna była tylko tłem prawdziwego spisku. Nie mniej rozumiem, że cierpienia młodej Rózgi nie muszą ci się podobać. Tak jednak było i to, że pominę ten fragment opowieści, nie oznacza, że on nie istnieje. To historia. Historia trwa nawet, gdy wszyscy o niej milczą. Niech jednak będzie. Opowiem ci dłuższy wątek tej wojny, zwany „Wojną Nieludzi”.
- Czy to kolejna opowieść o krasnoludzie Olvo Mętne Sadło? – Dopytał wnuk.
- Nie, ale bohaterowie tej opowieści spotkali tego krasnoluda, chociaż w okolicznościach, które nie należały do najprzyjemniejszych. No i w zasadzie zgadłeś, że jest to opowieść o naszych sojusznikach krasnoludach z Dunkielheit. Było to tak, że pewnego letniego dnia zeszli oni z gór w okolicach miasta Virn w Westwaldzie, a ścieżka zwana Rugbą niosła ich prosto do tej górniczej okolicy. Nim jednak tam dotarli wiele rzeczy się zadziało…
Postacie tragedii: Brond "Łamaczkości" Grunalsson, Ksawery Brauer, Theobald „Gromowładny” Grunalssonn
Jednym z ważniejszych przystanków na szlaku zwanym Rugbą, który biegnie od południa, po północ Tåkefjell, jest warownia Flotthus, leżąca na zboczu góry o tej samej nazwie. Stara warownia, jeszcze z czasów klanu Kripphus nie jest okazała, ale do tej pory spełniała swoje zadanie – broniła wspólnoty. Ostatni raz swój walor obronny pokazała, gdy w 45 roku erilara Krwawojatka dvergowie raźnie ruszyli do Srogotów na naradę do Grommila, a w wiosce zostały niemal same pacholęta i kobiety. Znienacka nadciągnęły gobliny i złupiły wioskę, lecz w porę pozostali mieszkańcy schronili się w warowni. Rzemieślnik Ksawery chroniąc mieszkańców wydał swoje zwierzęta jako jadło, a sam ruszył po pomoc, lecz nie mogąc przedostać się Rugbą do Srogotów, wybrał się na północ i tam najął Ogrobijów, którzy rychło przybyli i w blaskach wybuchających bomb przerwali oblężenie, a kobiety z dziećmi uzbrojone w kile i narzędzia przebiły się przez zielonoskórych. Najeźdźców wybito, a majątki zachowano, prócz nielicznych strat. Było to dziewięć lat temu, a od tego czasu spokój. W samym Flotthus prócz warowni postawiono 29 domostw, a w dalszej okolicy było ich jeszcze 25, przez co wspólnota liczyła blisko 400 głów. Okolica typowo pasterska, z dość licznymi owcami i kozami, z mniejszą liczbą kur, a ostatnio była tutaj nawet świnia, lecz Helgir Hevelssonn ją zjadł po urodzeniu się mu córki Trishy.
Na zachód od Flotthus na zboczu górskim w dość niedalekim sąsiedztwie stały dwie chaty, które należały do synów Grunala. Starszą, ulokowaną bliżej Flotthus zamieszkiwał Theobald wraz z żoną Idalia, córką Ishildą oraz gasnącą w oczach prawie dwuwiekową seniorką, swą matką Fridą Brondsdotter, a dalszą samotnie zamieszkiwał Brond - również syn Fridy i brat Theobalda, przy czym temu krasnoludowie dość rzadko zdarzało się przebywać w tych stronach. Grunalssonnowie mieszkali tu od lat, już od czasów Rigreva „Kamieniomiota”, a za czasów Jermir Rigrevssonn wybudowali stojącą starszą chatę, po tym jak wcześniejsza, stojąca w miejscu aktualnej nowszej chaty spłonęła. Po drugiej stronie góry, która swoją drogą zwana była Flotką, stał zakład Ksawerego Brauera, który korzystał z mocnego cieku wodnego spływającego z Flotki. W przeciwieństwie do domostw Grunalssonnów, Ksawery miał dość okazałą siedzibę, chociaż gros jej wielkości przeznaczone było na prace rzemieślnicze. Jeszcze w okolicy były domostwa w których mieszkała między innymi wdowa Ettera Jontorsdotter, której usługi karmicielki zostały wykupione przez Grommila, aby karmić Bestię Bronda. Z Etterą mieszkały również jej dzieci, a mocniejszy rzut kamieniem od jej domostwa mieszkała jej siostra Derrinda Jontorsdotter, która była uważana za kurewkę i nie miała dzieci, tylko bękarty. Trzecią chatkę w tamtych stronach zajmował Ulf „Pomagier” Jontorssonn, brat Ettery i Derrindy, który większość czasu i tak mieszkał u Ksawerego, gdyż jego żona Tondra Hevelssonn, po tym jak przeszła jej młodzieńcza miłość stała się dla Ulfa istnym wrzodem, wypominającym mu, że wżeniła się w najgorszy sort Flotthus.
Większość innych domostw znajdowała się na południe Flotthus, wzdłuż. Ale cóż to były za domostwa - Ściany układane z ciosanych kamieni ledwo wystawały ponad poziom gruntu, aby było gdzie uczynić drewniane drzwi i okna wypełnione masą z cienkiego koziego rogu. Wyglądały one mierząc ludzką miarą jak jedno lub dwuizbowe piwnice z dachami. Przy nich zaś wydeptane setkami bosych stóp ulice w kamieniu, które wszystkie schodziły się do warownego domu Flotthus, który mieścił się wewnątrz góry. Wysokie na dwa krasnoludy podwójne okute wrota w ściętym i wymurowanym górskim zboczu, wysokim na 30 krasnoludów, z licznymi stanowiskami dla kuszników. Flotthus nie schodził w dół, lecz piął się w górę, a na szczycie zaś miał wyjście na górski szczyt, na którym wybudowano wieżę obserwacyjną, z której chyba nikt nie wyglądał od czasu przejęcia władzy przez Krwawojatka. Ta wystająca ponad dwieście metrów nad wejściem do Flotthus wieża górowała nad całą okolicą i czasami widać było nawet wylatujący z niej dym, który pochodził z dymarki znajdującej się w Kowalskich Salach. Dziś wiał wiatr, więc rozwiewałby dym, ale dymu nie było, bo urobek do Flotthus trafiał rzadko, a ostatnio w zasadzie wcale. Takie były czasy. Dymy leciały jednak z kominów domostw znajdujących się przed ściętym zboczem, chociaż były to raczej dymy pochodzące z kuchni, niż pieców. W jednym z domów przed samym warownym domem mieszkał Tordrek „Łamacz Kości” Hoggssonn wraz ze swą żoną Zaną Goltorsdotter, chociaż bywał tak rzadko, że ta sama zajmowała się ich dziećmi, a poza tym z uwagi na rozsądek i zamiłowanie do plotek, które nie idą zwykle w parze, była okoliczną swatką. Domostwo Tordreka dzieliło ścianę z domostwem Beatrycze „Ptaszyny”, w którym to piastunka mieszkała ze swoimi synami. Teraz dom ten jednak stał pusty, gdyż nie dość, że jej mąż Karev nie żył, to ona sama zmarła, podobnie jak jej syn Egar „Wyżarty”, a Emer „Wzgardziciel” ruszył w świat ze swym wujem Tordrekiem.
Ten dzień miał za patrona Pasterza i był 15 dniem lata 54 roku erilara Krwawojatka lub jak kto woli 1976 roku ery upadku Svirtbēṯ, a nad Flotthus już z wolna zachodziło słońce, gdy skąpani w czerni żałobnicy wracali do swych domostw. Niebawem je osiągnęli, lecz mimo powrotów do domostw nie sposób było powrócić do spokoju i zmyć z siebie smutku pożegnania Beatrycze „Ptaszyny”, której prochy spoczęły obok jej męża, a druha żałobników Kareva. Letnie słońce uśmiechało się pomarańczą i różem, który ogarniał górskie zbocze, rzucając zarówno swój urokliwy blask na Flotthus, jak i na Flotkę. Niespodziewanie jednak żałobnicy nie odnaleźli w swych domostwach spokoju, gdyż szybko u drzwi pojawili się nieproszeni, acz zacni goście… |
Temat: [Legenda] Ostatni Dom |
Pythonius
Odpowiedzi: 7
Wyświetleń: 6973
|
Forum: Elidion Wysłany: 2021-10-03, 18:22 Temat: [Legenda] Ostatni Dom |
Fantomowy odgłos otwieranych drzwi i cisza. Pięciu krasnoludów przy szynkwasie zwróciło uwagę na drzwi i na gościa, którego nie było. Drzwi pozostały zamknięte, tak bardzo, jak bardzo pozostawił je zamknięte Dalin. Coś ewidentnie odbiło się od tych drzwi i powróciło w lodową krainę wywołując zdziwienie i nieprzyjemne uczucie nienaturalności. Lodowi krasnoludowie szybko jednak zrzuci z siebie tę zasłonę niewiedzy i poparzyli po sobie, a później na Słonecznego Kuzyna, aby w końcu zwrócić uwagę na gospodarza.
- Mänhir. – Rzekł krótko gospodarz ostatniego domu. – Widać dla naszego gościa ostatni dom jest pierwszym domem. – Pokiwał brodą z nieskrywanym zdumieniem, może nawet podziwem. – Rzadkie zjawisko.
- Co ty pleciesz? Nie strasz przybysza, bo jeszcze weźmie to na poważnie. Jaki mänhir? Przecież niemożliwe, aby ten dom był pierwszym, skoro jest to ostatni dom! – Wykrzyczał ten o blond brodzie.
Gospodarz wykrzywił usta, lekko, szyderczo. Opuścił wzrok do rogu, który podniósł i począł go wycierać ścierką, aby dać chwilę blondynowi na ochłonięcie. – Mänhir. – Rzekł powtórnie. – Będzie nawiedzał naszego przybysza za złamanie prawa gościny.
- Poważnie Bunlo, to mógł być mänhir. Hogbom wie co mówi, w końcu lepiej zna się na prawach gościny. – Rzekł ten o błękitnej brodzie do tego o blond brodzie, a ten znów spojrzał na krasnoluda o śnieżnej brodzie szukając sojusznika w swojego sceptycyzmu. – I nie patrz na Olvo! Spójrz na gościa, co zyskał mänhira. – Kontynuował krasnolud.
- Daj spokój Lurgrukarze! – Obruszył się blond brody krasnolud. – Przybysz nie może być z tak bliska, aby ostatni dom był pierwszym. – Mówiąc to spojrzał na Dalina.
A Dalin wnet poznał imiona wszystkich tu zgromadzonych. Milczący Olvo o śnieżnej brodzie, obok niego siedzący Lurgrukar o brodzie w odcieniu bliskim błękitowi, przy nim zaś Bunlo o blond brodzie i przed nim gospodarz miejsca Hogbom o brodzie rudej. Wszyscy prócz Olva właśnie na niego patrzyli, a w tych spojrzeniach dostrzec można było politowanie. |
Temat: Ocen utwór którego słucha ten wyżej |
Pythonius
Odpowiedzi: 1069
Wyświetleń: 378958
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2021-10-02, 01:38 Temat: Ocen utwór którego słucha ten wyżej |
Nie biorę narkotyków, więc nigdy nie będę specjalnym fanem takiej muzyki. Mam jednak podobne wrażenia, jak Mira przy "Weselu" Furii, gdyż kojarzy mi się z dawnymi czasami, a dokładnie z muzyką w klubach tak brudnych, że lepiła się podłoga i tak tanich, że piwo było tańsze, niż w sklepie i nie smakowało jak piwo. Właśnie w takich miejscach słyszałem utwory z tego gatunku i do kilku mam nawet jakiś sentyment. Myślę, że nie będę wracał do tego utworu, ale jak gdzieś go usłyszę, to raczej nie skrzywię się ze zgrozą.
5/10
A ode mnie coś konsekwentnego - black disco polo.
https://www.youtube.com/watch?v=spPcMHbBTmA |
Temat: Ocen utwór którego słucha ten wyżej |
Pythonius
Odpowiedzi: 1069
Wyświetleń: 378958
|
Forum: Tawerna Wysłany: 2021-09-27, 10:43 Temat: Ocen utwór którego słucha ten wyżej |
Nigdy nie rozumiałem, a może lepsze słowo - nie miałem dopasowanego gustu, twórczości Tool. Utwór wpisuje się w ich stylistykę, jest trochę rock, trochę psycho, ale czuć, że przeszli oni jakąś muzyczną drogę i zaprojektowali w poleconym utworze całe doznanie estetyczne w formie tryptyku łączonego. Pierwsza i ostatnia część najbardziej do mnie przemawiają, ale to środkowa jest taka najbardziej Toolowa. Skoro mam w powyższym coś, co mnie nie razi, jest wciąż Tool, ale jednak z tym wykroczeniem poza obszar, którego nie polubiłem w przeszłości, to zasadnym jest ocenić powyższe:
6,5/10 nawet z pewnym ukierunkowaniem na 7/10.
Ode mnie utwór, który niestety trzeba słuchać w słuchawkach. Od razu upominam, że nie jest to muzyka w klasycznym rozumieniu, tylko raczej opowieść muzyczna inspirowana "Weselem" Wyspiańskiego. Ciekawostka - tak może m.in. brzmieć postblackmetal.
https://www.youtube.com/watch?v=kqx_cZN9ag8 |
| |
|
|
|