TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Pythonius
2026-07-17, 20:09
Stary Świat
Autor Wiadomość
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-07-12, 19:56   Stary Świat


Stary Świat
Poza czasem

Postacie tragedii: Ahram, Alia, sir Cohen, Dalin "Szalony Topór", Ervin Ichaer, Farewell Eärfalas, Pelios.

PROLOG




Morterra, ziemie konfraterni liszów. Przeddzień ofensywy aesirytów – paladynów z Imperium.

Peregrynacja do miejsca, w którym mrok nie jest już brakiem światła, lecz jego przeciwnikiem – aktywną obecnością, która oddycha w murach i pamięta każdy krok, jaki kiedykolwiek został tu postawiony. Przestrzeń, w której nawet cisza zdaje się mieć ciężar i intencję, jakby sama nie była bezpieczna dla tych, którzy ją zakłócają. Oto laboratorium Eliosa – katedra wyzuta z wszelkiej świętości, zajęta dawnej elficka siedziba Annon Glóren. Wnętrze dawnej świątyni przodków z minionych cykli. Sześć metrów wysokości sali głównej, w których powietrze zdawało się nigdy nie osiadać, jakby samo miejsce oddychało wbrew prawom świata. Dwanaście par kolumn biegło wzdłuż przestrzeni, dzieląc ją na trzy długie nawy, których rytm przypominał martwy porządek dawnego rytuału, dawno już wypaczonego przez magię i obłęd. Kamień posadzki był gładki, lecz ciemny jak skrzepnięta pamięć, a w szczelinach między płytami zdawało się pulsować coś, co nie powinno mieć już żadnej formy. Na końcu tej monumentalnej sali stał tron z kości pokonanych wrogów… czy raczej rywali – pusty, choć nie sprawiał wrażenia opuszczonego. Przeciwnie, emanował oczekiwaniem, jakby w każdej chwili miał przyjąć właściciela, który jak na wiekowego trupa, zdawał się być podejrzanie żwawy.
W pulsacyjnych refleksach zielonych i błękitnych kryształów widać gospodarza – lisza… starego lisza Eliosa.

Na pierwszy rzut oka Elios przypominał jedynie ludzki szkielet, lecz było to złudzenie równie kruche, jak rozsądek tych, którzy odważyli się spojrzeć na niego dłużej. Każda kość nosiła ślady wieków – gładka niczym wypolerowany marmur, miejscami popękana i przesiąknięta czernią, jakby sama śmierć wypaliła w niej swoje piętno. Długie, kościste palce zakończone były pazurami cienkimi jak igły, a zgarbiona sylwetka sprawiała wrażenie jednocześnie wyniszczonej i nieludzko dostojnej. Najbardziej przerażające były jednak oczodoły, w których spoczywały dwa głęboko zielone szmaragdy. Nie odbijały światła – zdawały się je pochłaniać. W ich wnętrzu, niczym za taflą ciemnego szkła, nieustannie przechadzał się cień człowieka. Sylwetka błądziła od jednej krawędzi klejnotu, przechodząc do drugiego, a potem opierając się o inną krawędź, zatrzymywała się, odwracała i ruszała dalej, jak więzień skazany na wieczną wędrówkę po celi zbudowanej z własnej duszy. Na jego kościstym ciele spoczywały fragmenty rdzawej, demonicznej zbroi, której metal przypominał zastygłą krew zmieszaną z żelazem. Płyty pancerza pokrywały pęknięcia wypełnione nikłym, czerwonym żarem, a ich powierzchnię znaczyły wyryte runy i twarze wykrzywione w niemym krzyku. Zbroja nie pozostawała nieruchoma – ledwie dostrzegalnie drżała, jakby pod jej skorupą biło serce należące do czegoś nienarodzonego dla świata śmiertelników. W jej wnętrzu uwięzione były dusze niezliczonych ofiar, które Elios poświęcił, by nasycić pancerz piekielną mocą. Ich cierpienie nie milkło nawet po wiekach. Rozbrzmiewało echem niesłyszalnym dla uszu, lecz wyczuwalnym dla każdego, kto znalazł się w pobliżu – cichym wibrowaniem przenikającym kości, wzniecającym irracjonalny lęk i wrażenie, że tuż za granicą słyszalności setki istnień błagają o wybawienie, którego nigdy nie otrzymają.

Obecność Eliosa odbierała otoczeniu wszelkie oznaki życia, które mogłoby tlić w miejscu postawionym magią i kunsztem elfów. Powietrze wokół niego stawało się ciężkie i nieruchome, a cisza nabierała niemal materialnej gęstości niwecząc każdy dźwięk. Lisz nie emanował gniewem ani dziką żądzą mordu – budził coś znacznie starszego i bardziej pierwotnego: poczucie, że oto śmierć przestała być końcem, a stała się świadomym bytem o nieskończonej cierpliwości. Zielony blask szmaragdów zdawał się śledzić wszystko, choć martwe oczodoły pozostawały nieruchome, a cień uwięzionego człowieka nie przerywał swojej beznadziejnej wędrówki. Patrząc na Eliosa, trudno było uwierzyć, że jest jedynie nieumarłym, gdyż sprawiał wrażenie pustego naczynia, w którym wieczność zamknęła zarówno potężnego maga, jak i jego własne, niekończące się potępienie. Oto teraz gdy na zachodzie zebrane były zdyscyplinowane armie paladynów zjednoczonych pod symbolem Aesira, a inwazja miała ruszyć lada dzień, Elios rozciągał granice poznania, dokonując kognicji w sposób, który dla śmiertelnych umysłów byłby jedynie formą powolnego rozpadu. W naczyniu z krwią zmieszaną z octem, stojącym jak relikwia odwróconego rytuału, odbijały się nie tyle obrazy, co stany świadomości – rozszarpane, nielinearne, pozbawione początku i końca. Cierpki zapach tej cieczy wypełniał nawy pracowni, wnikając w kamień i powietrze, jakby sam budynek uczył się cierpliwości wobec rozkładu. Każde nachylenie Eliosa nad czarą było jak przyciągnięcie czegoś większego niż wiedza – jakby rzeczywistość na moment traciła pewność własnej struktury i zaczynała rozpadać się w milczącej, uporządkowanej grozie.

Cień uwięziony w szmaragdach zatrzymał się w pół kroku i przyłożył głowę do frontalnego fasetowania szmaragdu. W tym miejscu, zdawałoby się poza czasem, lisz poruszył się i niemal bezgłośnie przesunął się nad podłogą do wielkiego zwierciadła ustawionego w bocznej nawie. Delikatnie podniósł pazurzastą dłoń i jednym płynnym ruchem uaktywnił sigile na poręczy zwierciadła. Wpierw ereb, później tharion, nyx'khalor, nyx’ult, umbrathyr, korthavul, astrakhul, void i w końcu oblivorath. Delikatne zimne światło wypełniło obręcz, a lustro zwierciadła zafalowało i po drugiej stronie ukazał się obraz eleganckiego człowieka. Wyglądał jak ucieleśnienie arystokratycznej dyscypliny i wyrafinowania, w którym każdy element stroju był świadomym wyborem, a nie przypadkiem. Czarny frak, idealnie skrojony, spływał po jego sylwetce z niemal ceremonialną elegancją, a złote hafty zdobiące klapy i mankiety układały się w subtelne wzory, które zdradzały zarówno status, jak i gust daleki od ostentacji. Pod nim lśniła nienagannie biała koszula, kontrastująca z głębią ciemnej tkaniny, jakby sama miała podkreślać chłodną precyzję jego wizerunku. Eleganckie spodnie i wypolerowane trzewiki dopełniały całości, nadając mu sylwetkę człowieka przywykłego do salonów, gdzie każdy krok jest obserwowany i oceniany. Jego skóra była jasna, niemal porcelanowa, a oczy – prawie czarne – zdawały się pozbawione wyraźnego światła, jakby patrzyły nie tyle na świat, co przez niego. Twarz okalała dokładnie przystrzyżona, czarna broda, starannie utrzymana zgodnie z aktualną modą dworską, a dłuższe włosy, związane z tyłu głowy, opadały w uporządkowany sposób, podkreślając kontrolę i chłodną elegancję całej postaci. Dłonie człowieka były ukryte pod jedwabnymi rękawiczkami, lecz gdyby ktoś swym wzrokiem przebił się przez delikatny haft mógłby stwierdzić, że widzi dłonie artysty lub myśliciela. Nie bacząc jednak na głębie spojrzenia, w ręku człowieka coś było. Metalicznie błyszczące, podłużne pudełko z otwieraną górą. Oto gość zdawał się mieć podarek dla lisza, a gość ten prócz wyglądu miał coś ważniejszego – imię, które zapadało w pamięć. Chociaż czasem używał różnych imion, jedno brzęczało w uszach tych, którzy go znali – Helventus.

Helventus
Przyjmij mój gościnny ukłon Eliosie, niegdyś zwany Eliosem Cyrmetrem, synem Geronna.

Wizytant ze zwierciadła ukłonił się jak przy przywitaniu kogoś równego stanem. Nie widać było na jego twarzy żadnego strachu i to byłoby dla każdego, kto mógłby widzieć tę scenę najbardziej przerażające.

Elios
Zgodziłem się na ten asambl Helventusie, gdyż twoja oferta rozejmu wydała mi się ciekawa. Oto po mej ciekawości przychodzi uwaga i życzenie byś nie nadużywał mojej gościnności. Nie będę ukrywał, że czymś nowym, nawet przy wielowiekowej egzystencji, jest witać w swej pracowni diabła.

Szczęka lisza w ogóle nie drgnęła, lecz każde słowo było należycie artykułowane i wypowiedziane z niemal książęcą manierą, chociaż akcent był bardzo archaiczny. Diabeł z pogodną miną przestąpił krok i stanął oddalony o długość miecza od delikatnie lewitującego lisza. Dla każdego, kto mógłby śledzić przepływy wzorca tego wypaczonego magią miejsca byłoby w miarę zrozumiałem, że to nie postać fizyczna przekroczyła taflę zwierciadła, lecz jakaś wymyślna projekcja, która zakrzywiła te nikłe zielone i błękitno-zimne światła, które były dekoracją dla panującego tu horroru.

Helventus
Łatwiej byłoby nam dojść do porozumienia w sprawie uwolnionych książąt piekieł, gdybyś nie zabił moich trzech wcześniejszych posłańców.

Elios
Kwestie ostrożności.

Helventus
I gdybyś nie skorumpował mojego Kytoliosa, którego później do ciebie wysłałem.

Elios
Dawne przyzwyczajenia.

Helventus
Jak pewnie dostrzegłeś – ten kambion już nie będzie ci służył. Wojownik o imieniu Asard odciął mu głowę.

Elios
Nie mam wieczności na rozmowy o niczym. Może od początku swego losu jesteś nieśmiertelny i inaczej postrzegasz czas, lecz ja narodziłem się z kobiecego łona i zaznałem śmiertelności, więc wiem czym jest strata czasu. Najpewniej wiesz, że moja konfraternia potrzebuje każdej świecy, aby odeprzeć lawinę, która zebrała się u naszych granic. Można by rzec, że walczymy teraz o przeżycie, więc przejdźmy do meritum.

Helventus
Pokój?

Elios
Zacznijmy od rozejmy, a nad warunkami pokoju rozmówimy się przy innych okolicznościach.

Helventus
Jeśli teraz nie ustalimy warunków pokoju, to przy kolejnym spotkaniu możesz już nie być w ogóle partnerem do rozmów liszu.

Elios
O pokoju będę rozmawiał, gdy moje bractwo śmierci wygra wojnę. Zauważyłeś diable, że moje kolana nie nadają się do tego, aby klęczeć. Jeśli więc jeszcze raz spróbujesz narzucić mi swoje warunki, to po prostu cię odprawię.

Helventus
I zaryzykujesz klęską?

Elios
Każdy kolos, gdy upada, wstrząsa ziemią. Uważaj, abyś nie poczuł tego ciężaru na sobie. A teraz do meritum, książęta piekieł: Amok, Baltak, Dimigok, Marduk i Rozok. Żaden z nas nie będzie mógł ich kontrolować, bo druga strona na to nie pozwoli. Ich esencji nie będzie mógł zgromadzić też Tehitaler, bo pierwszym wspólnym celem będzie wysłanie agentów, aby go w końcu zabić.

Helventus
Jesteś pragmatyczny ponad poziom swego gatunku. Nieśmierć musi wpływać na wyciszanie emocji. Prawie odwykłem od tego, że można być tak rzeczowym. Obecnie Tehitaler przebywa w okolicach Esendii i wplątał się w konflikt z Nocnymi Maskami oraz Czerwonymi Krukami. Będą chcieli go zabić, lecz nie zdołają. Nie wiedzą kim on jest.
Elios Wiem, że masz kontakt z… nazwijmy go kolekcjonerem, który uciekł przed światem materialnym do sfery poza czasem. Wykorzystaj swoją sieć usług i zgładź Tehitalera.
Helventus Quilde nie wyjdzie ze swej strefy kieszeniowej, bo pierwszy oddech przyniósłby mu śmierć. Stary geas nadal jest w mocy. Nie widzę również wielkich szans na to, aby jego „pupile” były na tyle bystre, aby rozwiązać problem naszego zmartwienia. Mam inną propozycję na niego.

Helventus nienagannie się uśmiechnął czarnymi oczami.

Elios
Jaką?

Helventus
Śmiałkowie obdarzeni przez los czymś, co możemy nazwać przychylnością fatum lub po prostu szczęściem.

Elios
Ulegasz mitom starych religii.

Helventus
Bynajmniej.

Elios
Nie masz dowodów nawet a priori, więc nie łudź mnie obietnicą empirycznego udowodnienia koncepcji heroicznego fatum. Z perspektywy piekła, życia lub nie śmierci tak samo jest to zwykłe mniemanie, a wiemy mniemania nie tworzą wiedzy, na której mi zależy.

Helventus
Nie obiecuję ci wyjaśnienia cudów. Chcę li tylko, abyś je zobaczył. Objawią ci się one, synu Geronna, między innymi agonią zbuntowanego czarta. Proszę więc jedynie o cierpliwość i pozostawienia moich relacji z Quildem poza tą jakże uroczą rozmową. Wszystko to o czym tu prawimy dotyczy nas dwóch i naszych frakcji.

Elios
Wszystko to dotyczy układu na świecie, lecz nie wybiegaj poza ramy rozejmu, ponownie cię upominam diable. A co do czasów mego życia, to pozostaw je w spokoju. O rzeczach umarłych winno się, nawet z twojej pozycji, prawić z należytą estymą.

Helventus
Pokażę ci kto odeśle do otchłani Tehitalera.

Elios
Kiedy?

Helventus
Nim skończy się nasza rozmowa. Nim jednak to nastąpi, omówmy kilka kwestii… nazwijmy to punktami rozejmu.

Elios
Dobrze więc. Pierwej zdradź mi czy emisariusz się nie przejęzyczył, gdy postawił punkt zagospodarowania północy?

Helventus
Na torturach z wyrywaniem duszy i manipulacjami pamięci dość rzadko można się „przejęzyczyć”.

Elios
Zostawię ci tę barbarzyńską północ, ale żaden z twoich agentów nie będzie wkraczał na ziemie umarłych. Morterra będzie wolna od twojego wpływu. W ramach rozejmu, na podstawie zasad suwerenności i nieingerencji, żądam uznania mojej domeny za strefę buforową o pełnej neutralności. Domena ta zostanie uznana za wolną od wpływu drugiej strony, gdy: nie będą na jej terytorium działać żadne agentury, sieci wpływu ani podmioty proxy; nie będą prowadzone operacje hybrydowe, destabilizacyjne ani propagandowe; nie będą nawiązywane bezpośrednie ani pośrednie sojusze z aktorami wewnętrznymi; nie będą naruszane granice suwerenności poprzez ingerencję w struktury decyzyjne, gospodarkę strategiczną ani sferę informacyjną; a wszelkie formy militaryzacji lub budowania zdolności ofensywnych na jej obszarze zostaną wstrzymane. Naruszenie któregokolwiek z tych warunków, zweryfikowane zgodnie z normami prawa wojny, będzie traktowane jako casus belli, przywracające pełne prawo do samoobrony i odwetu. Żądam tego na sto lat.

Helventus
Poprawię cię, a zarazem dopytam – na sto lat od zakończenia tej rozmowy?

Elios
Tak jest.

Helventus
W takim razie na sto lat rozejmu, który zawieramy wraz z końcem tej rozmowy żądam na zasadach suwerenności terytorialnej, równowagi sił i nieingerencji, żądam uznania in spe utworzonego państwa na północy za w pełni suwerenny podmiot. Państwo to zostanie uznane za wolne od wpływu konfraterni liszów, gdy: na jego terytorium nie będą działać żadne agentury, sieci wpływów ani podmioty proxy drugiej strony; nie będą prowadzone operacje hybrydowe, destabilizacyjne, propagandowe ani inne działania w noosferze; nie będą nawiązywane bezpośrednie ani pośrednie sojusze z aktorami wewnętrznymi; nie będą naruszane granice suwerenności poprzez ingerencję w struktury władzy, gospodarkę strategiczną, sferę informacyjną ani teologiczną; a wszelkie formy militaryzacji, budowy baz wypadowych lub zdolności ofensywnych skierowanych na in spe tworzone państwo zostaną całkowicie wstrzymane. Naruszenie któregokolwiek z tych warunków, zweryfikowane zgodnie z normami prawa wojny, będzie traktowane jako casus belli, przywracające pełne prawo do samoobrony i symetrycznego odwetu.

Elios
Zgoda! Ha!

W pracowni Eliosa ból umęczonych dusz zlał się z rozlanym złowieszczym śmiechem lisza. Menzurki z odczynnikami i inne prekursory zadrżały od nienaturalnej w tym miejscu wesołości, a gdy tylko znów zapanowała grobowa cisza lisz kontynuował.

Elios
Zdradź mi diable jak chcesz powołać państwo.

Helventus
Za pomocą religii.

Elios
Chcesz być kolejnym bogiem na ziemi?

Helventus
Oczywiście, że nie. To byłoby zbyt prymitywne. Wystarczy, że wskażę odpowiedniego kandydata do roli boga. Uwierz mi, że mam do tego odpowiedniego… za przeproszeniem… człowieka.

Elios
Kogo?

Helventus
Założyciela twojego starego zakonu, który zdradziłeś.

Elios
Asteriona? Nie ośmielisz się. Avatara cię znajdą i zniszczą. Już dość, że w Imperium rozbrzmiewają herezje, który niegdyś powołał Tertulian… skądinąd niszczyciel magów. Może jesteś diabłem, ale w tym świecie nie jesteś wszechpotężny. Ba! Umiem wymienić dziesiątki tuzinów silniejszych od ciebie. Stąpasz po tak kruchym lodzie, że nie wiem, czy wierzyć w sens tak długiego rozejmu.

Helventus
Zapominasz, że tak długo mogę działać, gdy wszyscy zapominają o tym, że jestem. Pociągam za sznurki i uwierz mi, że robię to z bezpiecznej wysokości.

Elios
Twoje państewko, obecnie w formie ekspektatywy, zostanie zniszczone przez Zakon Avatara lub tego szalonego krasnoluda z północy. Jesteś tak pewny siebie, że uznaję to za zuchwałość. Nie mniej między nami nie będzie wojny. Na razie jej nie będzie.

Helventus
Uśmiecham się, arcyliszu, bo strach zawsze dobrze brzmi w ustach tych, którzy czują, że tracą kontrolę nad mapą. Moje państwo powstanie – nie jako krucha ekspektatywa, lecz jako fakt dokonany, uznany w ramach naszego paktu. Będzie suwerennym bytem, wolnym od twoich agentów, zwierzchności Imperium, Zakonu Avatara i szalonego od magii dverga. A co do oponentów… niech próbują. Państwo nie jest przecież moim celem samym w sobie. To ledwo katechon, do tego, aby pójść dalej w wędrówce poprzez czas.

Elios
Co z esencjami książąt piekieł?

Helventus
Jeśli nie zbierze ich Tehitaler, to uczyni to Gideon.

Arcylisz mógłby się teraz zaśmiać antycypując podstęp, lecz miast tego zamilkł na dłużej uwypuklając pauzę.

Elios
Ten tak zwany Gideon to inny relikt inwazji piekła z czasów panowania elfów. Poprawię się jednak… może „inny” od ciebie diable. Chociaż znając twoje sztuczki, mogę przypuszczać, że to po prostu jedno z twoich imion. Zdradź mi - czy ten enigmatyczny Gideon też jest diabłem?

Helventus nie tracąc uśmiechu na twarzy przeszedł kilka kroków rozglądając się po oprawionych w ludzką skórę manuskryptów ozdobionych sigilami. Diabeł delikatnie odwrócił się do lisza wskazując otwartą dłonią ornamenty wokół tajemnych znaków.

Helventus
Magia śmierci?

Elios
W pewnym sensie tak, ale ściślej to dawna poezja.

Helventus zaczął zbliżać swą urękawiczoną dłoń do manuskryptu, lecz w tym czasie Elios przemówił do niego.

Elios
Stoję pośród nacierającej fali,
Co szumnie o brzeg umęczony wali,
I w dłoni trzymam drobne piasku ziarnka
Wypłukane z życia niczym przeżuta tarnka
Złote ziarnka z morskich toni
Ach, jak mało! a prą ich potoki
Przez palce moje w bezmiar głęboki,
Gdy ja płaczę — gdy płaczę bez miary!
O bogowie! nie mam już żadnej wiary
Co widzę, jak piach ucieka mi z dłoni
O bogowie! czyż z fali bezdennej
Nie ocalę choć grudki promiennej?
Czyż wszystko, co błądzi i lśni najwięcej
Jest tylko snem we śnie — i niczym więcej?
A później się budzi do śmierci…

Lisz nie potrzebował już odpowiedzi interlokutora, gdyż implicite ją otrzymał, ale wspomnienie dawnego życia zatrzymało pochód tułacza uwięzionego w szmaragdowej zieleni jego oczu. Lisz nie miał jednak w sobie emocji, a ten nienaturalny odruch pamięci, który powstrzymał dłoń diabła szybko umilkł. Helventus wiedział już, że Elios wie, a lisz wiedział też o tym, że Helventus wie o jego wiedzy i nawet o nią teraz nie dbał.

Elios
Demoniczni książęta trafią do aesirytów jako pociecha po przegranej ofensywie. Wystarczy, że paladyni będą znali miejsce, w którym przebywają. Będziemy śledzić zawirowania wzorca i w ten sposób ich ujawnimy. Rezultaty otrzymają od nas za darmo.

Helventus
Jak chcesz tego dokonać?

Elios
Magia z piekieł maskuje demonicznych w podobny sposób w jaki ty korzystasz z zasłony. Wasza magia jest jednak niedoskonała i nie wypełnia dziur. Anomalie, których należy szukać, to po prostu puste miejsca, co w sztukach mistycznych nazywamy „visus vacuitatis”. Nie szukamy tego co jest, lecz szukamy tego, czego nie ma.

Helventus
Zgoda.

Elios
Rozejm się wydaje bliższy niż kiedykolwiek, ale nim przelejemy nasze słowa na papier, opowiedz mi o tych „herosach”, którzy zabiją Tehitalera.

Helventus
Nie musimy marnować papieru na spisanie tych słów. Przecież mamy nieskończenie dokładną pamięć. Pakt dokona się wraz z wypowiedzeniem ostatniego słowa.

Elios
Legendy głoszą, że pakty z diabłami trzeba pieczętować swą krwią. Dobrze się jednak składa, że wystarczą ci moje słowa, gdyż nie mam żył, które mógłbym otworzyć dając gwarant temu, co ustaliliśmy.

Helventus dwoma dłońmi chwycił metaliczne pudełko, które miał ze sobą. Skierował na nie wzrok, a później podniósł je na arcylisza.

Helventus
Pozwól, że ci ich ukażę.

Elios
Bohaterów?

Helventus
Tak.

Elios zamilkł, aby nie naruszać estymy chwili, gdy miał się zdarzyć cud, a diabeł począł wyjaśniać.

Helventus
Ten relikwiarz snów zebrał wiele świadomości i… uwięził. Spętanie jest jednak pozorne, bo to raczej replikator, niż kazamat. Nie mniej i dosłownie, i w przenośni, to „puszka”. Udało mi się zebrać więź wzorca pewnych śmiertelników, którzy są bardzo interesujący. Nazwę ich Bohaterami, gdyż zdają się być szpilami wielkiej narracji. Cudowna ich moc jest bezwiedna i bardzo nieuchwytna, lecz z perspektywy wydarzeń śmiem użyć tego określenia – oni są obdarzeni szczęściem. Nie jestem w stanie im zrobić krzywdy za pomocą tego…

Diabeł obrócił w dłoniach metalowe pudełko.

Helventus
...lecz przecież nie o krzywdę chodzi. Ściągnę ich do tego miejsca jako projekcie, abyś mógł zobaczyć co potrafią i abyś uwierzył mi, że mogą oni pokonać Tehitalera.

Elios
Kim oni dokładnie są?

Helventus
Już ci nakreślam ich sylwetki.


Helventus uniósł relikwiarz na wysokość oczu i lekko przekręcił wieko. W tej samej chwili z jego wnętrza wydobyła się cienka smuga srebrzystego światła, która zamiast rozwiać się w powietrzu, zaczęła splatać się w wir pełen migoczących obrazów. Komnata pociemniała, jakby tutejsze kryształy zimnego światła przygasły przed naporem obcej magii, a nad metalowym pudełkiem pojawiły się półprzezroczyste sylwetki, raz wyraźne, raz rozpływające się niczym wspomnienia ze snu. Powietrze wypełnił cichy szmer urywanych głosów, odgłos kroków, szczęk stali i echo odległych śmiechów – fragmenty cudzych życiorysów splątane w jedną opowieść. Każda z postaci zdawała się czekać na swoją kolej, gotowa wyłonić się z wiru, gdy Helventus wypowie jej imię.

Helventus
Na wstępie przedstawiam pewnego Kreola. Mieszanina krwi lantańskiego i shoun, czyni go kimś nietuzinkowym. Nazywa się Ahram. To człowiek władający magią.

Elios
Mierny prestidigitator. Magia jest jedynie narzędziem, a narzędzie nie imponuje, dopóki nie widzę dłoni zdolnej odmienić bieg historii.

Helventus
Teraz spójrz na Alię, znaną w pewnych kręgach jako Ostrze Światłocieni, złodziejkę, której profesja jest równie ostra, co jej skrywane w rękawach „Kły”. Ta dumna córka Anori postrzega resztę śmiertelników jedynie jako marną, godną pogardy szarańczę, a swe tajemnicze, lustrzane oczy chowa przed światem pod opaską, jakby nie chciała, by cokolwiek zmąciło jej chłodne spojrzenie. Jest to naczynie wypełnione paranoiczną nieufnością i cyniczną kalkulacją, zdolne zagrać każdą rolę – od kruchej, lękliwej panienki po bezlitosną egzekutorkę – byle tylko osiągnąć swój jedyny, niemal obsesyjny cel: powrót do bezpiecznej izolacji własnego pokoju. Obserwowanie jej, gdy w niszczycielskim amoku zatapia się w czystej destrukcji, to doprawdy wyborna rozrywka, udowadniająca, że pod maską pozornego spokoju drzemie drapieżnik, który wyznaje tylko jedną zasadę: nigdy, przenigdy nie ufaj nikomu.

Elios
Interesujące. Nieufność doprowadzona do doskonałości staje się zbroją równie skuteczną jak najpotężniejsze zaklęcie. Szkoda tylko, że więźniem tej twierdzy pozostaje ona sama.

Helventus
Ale na pewno zainteresuje cię ta krucha personifikacja cnoty, sir Cohena, paladyna Aesira, którego największym wrogiem nie są wcale demony, lecz jego własna, nieznośna sława. Ten rycerz Zakonu Świętego Berła, wiecznie obładowany rynsztunkiem niczym najmarniejszy tragarz, przemierza świat w desperackiej ucieczce przed pieśniami bardów, choć w głębi swego wiecznie nienasyconego ego wciąż pożąda choćby cienia uznania. Cohen to postać fascynująco rozdarta – pod maską paladyńskiej pokory skrywa duszę niespełnionego farmera oraz tę szczególną wrażliwość, którą sam w chwilach szczerości nazywa czystym idiotyzmem. W jego świecących, mętnych oczach tli się mrok kogoś, kto musiał zbrukać swe dłonie niewinną krwią, by w imię wyższych racji ocalić resztki własnego człowieczeństwa. To doprawdy wyborna tragifarsa: święty wojownik, który uciekając przed światem, stał się dla siebie najsurowszym sędzią i najbardziej drwiącym z luster.

Elios
Paradoks godny kronik nekromantów. Rycerz dźwigający ciężar winy jest znacznie cenniejszy od tego, który wierzy we własną niewinność. To sumienie pożera go skuteczniej niż jakikolwiek demon.

Helventus
Oto Dalin, krasnoludzki berserker z klanu Kamiennego Filaru, którego dusza jest równie malowniczo poszarpana, co jego ciało naznaczone tysiącem blizn. Ten wojownik dzierży Brzytwę Żywiołów – oręż tak strojny w klejnoty, że aż prosi się o grzech zazdrości – choć on sam częściej szuka pocieszenia w mocnej gorzale, by zagłuszyć demony winy i ból po stracie swej lubej Brandy. Choć w ferworze walki przeistacza się w bezlitosną bestię, której szał mąci zmysły purpurą nienawiści, w głębi serca pozostaje postacią tragicznie honorową, wierzącą w surowe, krasnoludzkie prawo zapłaty żelazem. Jest to kompan bezpośredni i rubaszny, lecz w jego spojrzeniu tli się mrok kogoś, kto poznał smak zarówno niebiańskich rozkoszy, jak i piekielnych mąk, a teraz kroczy ścieżką odkupienia z uporem godnym samej otchłani.

Elios
Ten krasnoludzki berserker to jedynie krótkotrwały, hałaśliwy splot szału i winy, marnujący potencjał Brzytwy Żywiołów na ucieczkę przed własnym sumieniem w dno butelki, podczas gdy jedynym prawdziwym wyzwoleniem od krwi niewinnych na jego dłoniach jest wieczny spokój, którego on tak panicznie się lęka.

Helventus
Ervin Ichaer, półelf o rysach zwodniczo szlachetnych, lecz duszy spowitej całunem dawnego szaleństwa i echem tysięcy obcych bytów, które niegdyś więził w swej głowie. Ten milczący wędrowiec, choć w salonowych konwenansach bywa rozkosznie nieporadny, pielęgnuje w sobie nader pociągające poczucie wyższości nad pospolitą tłuszczą, co czyni go drapieżnikiem o wyjątkowo wyrafinowanym guście. Jego najwierniejszym towarzyszem pozostaje Żałobne Ostrze – demoniczny oręż, z którym Ervin dzieli nie tylko ciężar na plecach, ale i perwersyjną więź, każącą mu karmić czarną stal duszami tych, którzy staną na jego drodze. Jest on postacią fascynująco rozdartą; długowiecznym tułaczem o kamiennej twarzy, który pod pozorem poszukiwań przyjaciela coraz głębiej pogrąża się w mrocznej symbiozie z własnym przekleństwem, odnajdując w rzezi specyficzny rodzaj oczyszczenia. To doprawdy uroczy widok: człowiek o moralności równie elastycznej co jego klinga, kroczący ku zatraceniu z determinacją, która budzi mój szczery podziw.

Elios
Teraz przemówiłeś ciekawiej. Istota, która przez lata nosiła w sobie obce świadomości, musi być nieodwracalnie odmieniona. Jestem bardziej zainteresowany tym, co zostało w jego umyśle niż tym, ilu jeszcze zabije tym przeklętym ostrzem.

Helventus
Oto Farewell Eärfalas, potomek szlachetnego rodu, którego duma jest obecnie znacznie większa niż aktualny stan sakiewki. To fascynujący młody adept, który niegdyś igrał z ogniem, lecz sparzywszy swe piękne lico i zyskawszy pamiątkę w postaci blizny, uciekł w bezpieczniejsze, choć równie zwodnicze kłamstwa magii iluzji. Ten elf nosi na barkach ciężar nazwiska będącego jedynie cieniem dawnej chwały, a w sercu pielęgnuje rozbrajającą uczciwość i niechęć do kłamstwa, co w moich kręgach uznalibyśmy za urocze, choć skrajnie niepraktyczne kalectwo. Jest postacią tragiczną, rozdartą między sielankową nostalgią za dzieciństwem w koronach drzew a mrokiem świata, który odebrał mu przyjaciół i spokój ducha, pozostawiając jedynie zmęczenie w błękitnych oczach oraz upartą, niemal desperacką potrzebę ratowania resztek swej rozbitej rodziny.

Elios
Szlachetność, uczciwość, przywiązanie do rodu... To brzemię, nie zalety. Widzę jednak w jego oczach sidhe, który dopiero uczy się nienawidzić świata. Tacy bywają najbardziej użyteczni, jeśli odpowiednio długo pozwoli się im cierpieć.

Helventus
Na końcu zostawiłem prezentację, która powinna szczególnie cię zainteresować. Pelios, mroczny elf o spojrzeniu barwy najgłębszego karmazynu, które jest dla niego równie wielkim przekleństwem, co dowodem jego mrocznej wyjątkowości. Ten skrytobójca, zwany przez niektórych ironicznie „Cierpliwym”, to naczynie wypełnione chłodną kalkulacją, która w jednej krótkiej chwili potrafi ustąpić miejsca iście demonicznemu szałowi, karmiącemu się latami upokorzeń i nienawiści. Choć w świecie swych pobratymców zawsze uchodził za godnego pogardy odmieńca, w jego dłoniach spoczywa Kieł Kataxxu – oręż jadowity i bezlitosny, idealnie oddający naturę kogoś, kto potrafi przetrwać nawet własną śmierć, byle tylko dosięgnąć celu swej upragnionej zemsty. Jest to istota tragicznie samotna, rozdarta między pierwotnym instynktem przetrwania a palącą potrzebą wyrównania rachunków z przeszłością, co czyni z niego drapieżnika o duszy równie mrocznej i nieprzeniknionej, jak głębiny, z których się wywodzi.

Elios
Wydaje mi się znajomy.

Helventus
Doskonała zdolność kojarzenia. Nie może być inaczej jak powodować wspomnienia. Nie dziwi cię jego nazwa?

Elios
Czy on nosi moje imię, tylko z prefiksem „pe”? W języku podziemnych elfów oznacza ten prefiks siusiaka. Skąd jednak przypuszczenie, że nazywa się on „Siusiak Elios”, czy expressis verbis po prostu „Elios Chuj”?

Helventus
Gdyż jest to syn twojego dawnego kompana. Przybocznego z czasów, gdy jeszcze Elios Cyrmetr, syn Geronna był poszukującym przygód magiem. Od dwóch wieków zaś twój dawny kompan bezskutecznie próbuje cię unicestwić?

Elios
To jest syn Azartha?

Helventus
Tak. Nie przejmuj się nim jednak. Nie jest to szczeniak, który podąża śladami ogara, który zalał nasieniem macierz. To wyrzutek, który był trzymany na specjalną ewentualność, a z której to ewentualności już nie będą mogli skorzystać jego wcześniejsi oprawcy, gdyż ich uśmiercił. Przy okazji wspomnę, że niesie on brzemię swego ojca – kambiona i podobnie jak Azarth nie ima się go śmierć. Tak łatwo go przywrócić do życia, że stało się to dla mnie już nudne. O wiele więcej zachodu miałem z manipulacją ciała jego towarzysza Kortiana. Ten ożywieniec to jednak udane dzieło. Nawet tobie powinno imponować.

Elios
Chętnie zobaczę co potrafi syn mego wroga. W jaki sposób zwiastujesz mi cud szczęścia?

Helventus
Och, mój drogi Eliosie... czyż szczęście można opisać słowami? Jest ono niczym wiatr – niewidzialne, dopóki nie pochyli lasu. Niczym dłoń losu – nieuchwytne, dopóki nie odwróci ostrza wymierzonego prosto w serce. Mógłbym przez wiele godzin rozprawiać o niezwykłym splocie przypadków, który nieustannie osłania tych śmiertelników, lecz obawiam się, iż uznałbyś to za blagę. Wolę tedy pozwolić, aby przemówiły czyny. Przygotowałem dla nich miejsce osobliwe – areny, którą zwykłem nazywać Planszami Śmierci. Ich projekcje będą odczuwać wszystko. Strach, zmęczenie, rozpacz, ból rozszarpujący ciało i trwogę poprzedzającą śmierć. Nie będą jednak ginąć naprawdę. Gdy projekcja polegnie, więź z relikwiarzem zwyczajnie wyda kolejną kopię, a prawdziwy śmiertelnik nie przebudzi się nawet z niespokojnego snu. Zachowane zostaną jedynie wspomnienia, jak ulotny koszmar, którego nie sposób w pełni uchwycić po przebudzeniu. Stawka będzie jednak dla samych projekcji jak najbardziej rzeczywista. Każda z nich będzie walczyła o własne istnienie, przekonana, iż oto nadeszła ostatnia godzina. W takich chwilach odpadają maski, milkną wzniosłe deklaracje, a dusza ukazuje swoje prawdziwe oblicze. Jeżeli mam rację, ujrzysz zjawisko, którego nie potrafią wyjaśnić ani matematyka przeznaczenia, ani najbardziej wyrafinowana nekromancja. Będą przeżywać to, czego przeżyć nie powinni. Zwyciężać tam, gdzie rachunek prawdopodobieństwa nakazuje porażkę. Los raz po raz będzie wyciągał ku nim pomocną dłoń, jak gdyby sam wszechświat z uporem godnym fanatyka odmawiał zgody na ich upadek.

Po raz pierwszy od bardzo dawna w martwym obliczu Eliosa zaszła ledwie dostrzegalna zmiana. Ognie tlące się głęboko w oczodołach arcylisza rozbłysły chłodnym blaskiem badacza, który niespodziewanie stanął przed zagadką zdolną podważyć prawa uznawane przezeń za niezmienne. Nie fascynowali go sami śmiertelnicy – ci pozostawali dla niego efemerycznymi iskrami życia, gasnącymi równie łatwo, jak się rodziły. Prawdziwy przedmiot jego zainteresowania stanowiła siła, która zdawała się naginać bieg zdarzeń na ich korzyść. Jeżeli szczęście nie było jedynie poetyckim wymysłem, lecz prawdziwym, działającym mechanizmem rzeczywistości, oznaczało to istnienie prawa, którego nawet on, po stuleciach zgłębiania śmierci, jeszcze nie poznał. A każda tajemnica, której nie rozumiał, była dla Eliosa pokusą większą niż obietnica nowej potęgi.

Elios
Skąd pewność, że projekcje będą miały dostęp do fatum śmiałków, z których były one czerpane?

Helventus
Bo jestem wytrwałym kopistą wzorca i mam wiarę w to, że nad nimi pochyli się los, który nie odróżni ich od prawdziwych bytów.

Elios
W takim razie niech zacznie się rzeź.
  
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-07-17, 19:41   

Fantasmagoria Mordu


Nie wszystkie sny rodzą się z lęku, pamięci albo winy. Niektóre są ranami zadanymi duszy przez wydarzenia, które nigdy nie powinny były się wydarzyć, a jednak pozostawiły po sobie ból prawdziwszy niż ciało. Bohaterowie nie pamiętali Plansz Śmierci jako miejsca próby, lecz jako serię gorączkowych, poszarpanych koszmarów, w których kolejno stawali się katami i ofiarami. Każdy cios powracał do nich nocą z pełnią odczuć: smakiem krwi, trzaskiem łamanych kości, żarem ognia, zimnem trucizny i paraliżującą świadomością, że śmierć została zadana świadomie. Nie wiedzieli, że ich cierpienie było jedynie fantasmagorią wyrwaną z obcego eksperymentu. Dla nich pozostawało jedyną możliwą prawdą — wspomnieniem mordów, których dokonali i śmierci, które przeżyli aż nazbyt dokładnie.

Ahram budził się z tych snów z palcami zaciśniętymi tak mocno, jakby wciąż splatał nimi zaklęcie. Najpierw powracał Dalin — masywny, rozszalały, cuchnący żelazem, gorzałką i dawną winą. Ahram pamiętał chwilę, w której świadomie skierował magię w ciało krasnoluda, wiedząc, że nie chce go powstrzymać, lecz unicestwić - zadusić. Widział, jak szał Dalina pęka pod naporem ulatującego czasu, jak jego gniew ustępuje powolnemu, zwierzęcemu zrozumieniu, że tym razem siła nie wystarczy. Potem przychodził Pelios, cichy i karmazynowooki, którego Ahram zabił z tą samą przerażającą pewnością, gdy zatańczył wokół niego wir ognia. Najgorsze nie było wspomnienie ich agonii, lecz świadomość własnej woli: tego krótkiego, czystego momentu, kiedy uznał cudze życie za przeszkodę i usunął ją bez wahania. We śnie magia nie była już narzędziem, lecz czymś żywym, wijącym się wokół jego rąk jak głodne stworzenie. Szeptała głosami Dalina i Peliosa, przypominając mu, że obaj patrzyli na niego do końca — jeden z nienawiścią, drugi z chłodnym niedowierzaniem — i obaj wiedzieli, że Ahram świadomie wybrał ich śmierć. Potem sen odwracał się przeciwko niemu. Alia pojawiała się bezgłośnie, a jej Kły odnajdywały drogę przez jego obronę, zanim zdążył wypowiedzieć ostatnią sylabę zaklęcia. Czuł zimno rozlewające się po ciele i jej lustrzane, niewidoczne oczy, które nie okazywały ani gniewu, ani litości. Cohen zabijał go inaczej — ciężarem wyroku, z paladyńską stanowczością, od której każda próba ratunku wydawała się bluźnierstwem. Ervin nadchodził z Żałobnym Ostrzem, a Ahram doświadczał nie tylko bólu śmierci, lecz także potwornej pewności, że coś po drugiej stronie klingi czeka na jego duszę i rozpoznaje jej smak. Farewell zaś zabijał go upokorzeniem, że oto ktoś lepiej zna się na sztuce magii. Ahram do ostatniej chwili nie wiedział, który błysk jest fałszem, a który niesie ostateczny cios. Każda śmierć pozostawiała inny ślad: po Alii lęk przed ciszą, po Cohenie poczucie osądzenia, po Ervinie grozę pochłonięcia, po Farewellu nieufność wobec własnych mocy. Budząc się, Ahram nie potrafił już rozstrzygnąć, co było straszniejsze — że umierał raz po raz, w pełni świadomy nieuchronnego końca, czy że pomiędzy tymi śmierciami wciąż pamiętał, jak łatwo sam stał się katem.

Alia śniła najpierw o tych, których sama zgładziła. Ahram pojawiał się w jej pamięci z dłońmi rozjarzonymi magią, jeszcze przekonany, że zdoła utrzymać ją na dystans. Ona jednak była już przy nim, cicha jak pęknięcie w lustrze. Pamiętała opór ciała pod ostrzem, krótkie szarpnięcie mięśni i tę jedną, nieodwracalną chwilę, w której jego oczy pojęły, że nie atakuje go przestraszona złodziejka, lecz ktoś, kto od początku wybrał miejsce cięcia. Farewell umierał inaczej — pośród wygasających ogników, które rozlatywały się wokół niego jak odłamki kolorowego szkła. Alia przedzierała się Planszę Śmierci i zatopiła w nim Kły z chłodną, niemal ceremonialną precyzją. W snach obaj nie krzyczeli od razu. Najpierw patrzyli. To spojrzenie było gorsze od wrzasku, bo zawierało pełne zrozumienie: wiedzieli, że Alia ich rozpoznała, oceniła i świadomie skreśliła. Ich krew osiadała na jej dłoniach jak lepki atrament, a każda kropla układała się w słowa, których najbardziej się lękała — że w chwili mordu nie była zmuszona, nie była osaczona i nie działała odruchowo. Chciała ich śmierci, bo dawała jej przewagę, ciszę i ten krótkotrwały pozór bezpieczeństwa, którego pragnęła bardziej niż czegokolwiek. Potem sen zabierał jej kontrolę. Cohen dopadał ją jak wyrok przyobleczony w stal, a jego cios nie był gwałtowny, lecz nieubłagany. Alia czuła, jak jej własne ciało zdradza ją pod ciężarem paladyńskiej siły, jak płuca zapadają się, a świat zwęża do dusznej szczeliny między bólem a paniką. Dalin był przeciwieństwem — lawiną furii, od której nie można było odskoczyć. Jego broń rozdzierała jej obronę, a wraz z nią kruchą pewność, że zawsze znajdzie drogę ucieczki. Najgorszy pozostawał jednak Pelios. Jego obecność wyczuwała dopiero wtedy, gdy było za późno; karmazynowe spojrzenie wyłaniało się z mroku tuż obok, a Kieł Kataxxu wnosił do jej krwi obce, palące zimno. Umierając z jego ręki, Alia doświadczała własnego najstarszego koszmaru — całkowitej bezradności wobec kogoś równie cierpliwego, podejrzliwego i bezlitosnego jak ona sama. W ostatnich sekundach każdej śmierci próbowała jeszcze szukać podstępu, ukrytego wyjścia, roli, którą mogłaby odegrać, by odsunąć koniec. Nie znajdowała niczego. Budziła się wtedy gwałtownie, z sercem tłukącym się jak schwytane zwierzę i z przekonaniem, że ktoś stoi w pokoju. Przez długie minuty nie zdejmowała opaski, bo bała się, że kiedy odsłoni lustrzane oczy, zobaczy nad sobą Cohena, Dalina albo Peliosa — a w ich twarzach własne ofiary, czekające, aż tym razem to ona zrozumie, że została wybrana do śmierci.

Cohen śnił o mordach jak o bluźnierczych nabożeństwach, w których sam był kapłanem i narzędziem ofiary. Ahram ginął pierwszy, rażony z pełną świadomością, że paladyn nie zamierza go pojmać ani oszczędzić. Cohen pamiętał błysk magii gasnący w oczach człowieka, któremu odebrał ostatnią możliwość obrony. Alia umierała szybciej, lecz jej śmierć była jeszcze cięższa, bo pod chłodem i pogardą dostrzegał nagle istotę przerażoną utratą kontroli. Farewell zaś padał pośród rozsypujących się płomyków, a jego szlachetna twarz, naznaczona blizną i niedowierzaniem, pozostawała Cohenowi przed oczami najdłużej. W każdym z tych snów paladyn znał moment, w którym mógł cofnąć rękę — i nigdy tego nie robił. Ciosy były pewne, zgodne z wolą, pozbawione przypadku. Najstraszliwsze okazywało się nie to, że zabił, lecz że część jego duszy przyjmowała ulgę płynącą z ostateczności. Martwy przeciwnik nie stawiał pytań, nie podważał racji, nie zmuszał do roztrząsania winy. Krew na świętym orężu lśniła jak oskarżenie, a chóry bardów, przed którymi uciekał całe życie, śpiewały teraz pieśni o rzezi, wynosząc jego imię ponad jęki tych, których świadomie skazał. Potem to on stawał się ofiarą. Dalin roztrzaskiwał jego obronę z brutalnością, wobec której wiara była tylko cienką błoną. Cohen czuł, jak stal i kość ustępują pod kolejnymi uderzeniami, a święte słowa więzną w gardle pełnym krwi. Ervin zabijał go chłodniej. Żałobne Ostrze nie tylko przecinało ciało, lecz zdawało się otwierać w nim miejsce dla obcych głosów, które szeptały, że wszystkie jego winy były jedynie pychą przebraną za obowiązek. Pelios zaś nadchodził z ciszy, cierpliwy i bezlitosny, trafiając dokładnie tam, gdzie pancerz nie chronił, jakby znał każdą szczelinę nie tylko w zbroi, ale i w sumieniu. W chwili śmierci Cohen nie bał się samego bólu. Bał się osądu. Każdy morderca stawał się lustrem, w którym widział własne czyny odarte z paladyńskiej retoryki. Budził się z przekonaniem, że nie zdołał ocalić swojego człowieczeństwa, a jedynie nauczył się nadawać przemocy święte imiona. I kiedy oddech wracał do płuc, najgorsza była myśl, że na Planszach Śmierci umierał jako winowajca dokładnie taki sam jak ci, których wcześniej własną ręką skazał.

Dalin śnił o swoich mordach jak o uczcie, na której mięso wciąż nosiło twarze poległych. Alia umierała pod jego ciosem z oczami pełnymi wściekłej niewiary, jakby do ostatniej chwili nie dopuszczała myśli, że ktoś zdoła przebić się przez jej ostrożność. Cohen padał ciężej, w huku metalu i łamanych kości, a Dalin czuł pod ostrzem nie tylko opór pancerza, lecz także rozpaczliwą siłę człowieka, który próbował umrzeć godnie. Farewell ginął najzwyczajniej, jakby wiedział, że nie poradzi sobie z przemocą, z twarzą raz młodą, raz zwęgloną, raz należącą do kogoś zupełnie obcego, lecz krew tryskająca na Brzytwę Żywiołów za każdym razem była prawdziwa. Pelios walczył najciszej - jego karmazynowe oczy nie gasły nawet wtedy, gdy ciało przestawało się poruszać, a Dalin miał wrażenie, że zamordowany drow nadal obserwuje go z wnętrza własnej rany. W każdym śnie berserker świadomie wybierał śmierć przeciwnika. Nie było pomyłki, chwilowego zamroczenia ani wymówki w postaci szału. Pamiętał dokładnie tę sekundę, w której mógł zatrzymać oręż, lecz zamiast tego uderzał mocniej. Potem martwi wstawali, poszarpani i ociekający krwią, i siadali z nim przy jednym stole. Alia szeptała, że był tylko bezmyślną bestią. Cohen pytał, jakie prawo usprawiedliwiało jego cios. Farewell uśmiechał się zza cudzej twarzy. Pelios nie mówił nic. Dalin pił więc, lecz okowita miała smak krwi, a każdy łyk przywracał wspomnienie kości pękających pod jego ręką. Później sen przypominał mu, że nawet bestię można zarżnąć. Ahram zabijał go magią, która wpełzała do płuc i rozpierała ciało od środka, jakby każda blizna Dalina nagle otwierała się ponownie. Krasnolud próbował ruszyć naprzód, lecz mięśnie twardniały, płuca zaciskały się w kamienne pięści, a własne serce biło coraz wolniej, świadome nadchodzącego końca. Ervin przynosił śmierć bardziej osobistą. Żałobne Ostrze wnikało w ciało Dalina z głuchym, mokrym oporem, a z czarnej klingi dobiegały szepty tak wielu dusz, że nie potrafił odróżnić obcych głosów od własnego. Wśród nich zawsze słyszał Brandy. Wołała go łagodnie, niemal czule, obiecując, że po drugiej stronie nie będzie już winy, bólu ani pragnienia. To właśnie przerażało go najbardziej. Nie rozdarcie ciała, nie utrata siły, nie świadomość, że Ervin patrzy mu w oczy, gdy uchodzi z niego życie, lecz ulga. W ostatnich chwilach Dalin chciał umrzeć. Chciał położyć kres pamięci niewinnych, których krew nosił na dłoniach, i tym czterem nowym twarzom, które sam dopisał do rachunku. Budził się wtedy z rykiem, chwytając za broń i szukając butelki, lecz nawet na jawie czuł w gardle smak własnej krwi. Wiedział, że w następnym śnie znów będzie zabijał, a potem znów umrze — i że za każdym razem wieczny spokój będzie wydawał mu się odrobinę mniej straszny.

Nic. Potem wszystko. Ervin nie budził się z tych snów, ponieważ nie istniało już żadne ciało, które mogłoby się przebudzić. Nie miał powiek, oddechu ani dłoni zdolnych zacisnąć się na rękojeści Żałobnego Ostrza. Była tylko nicość — bezkresna, niema i pozbawiona czasu — a w niej powracające wrażenia z Plansz Śmierci, jedyne zdarzenia, które odróżniały jedną wieczność od drugiej. Najpierw przychodzili zabici przez niego. Ahram konał z magią gasnącą na palcach, świadomy, że Ervin zbliżył się nie po to, by go pokonać, lecz by odebrać mu wszystko. Cohen umierał pod czarną klingą jak święty posąg rozłupany od środka, a jego spojrzenie niosło pytanie, na które Ervin nigdy nie zamierzał odpowiadać. Dalin szarpał się najdłużej, rycząc w mieszaninie gniewu i przerażenia, podczas gdy Żałobne Ostrze piło z niego życie i wypełniało pustkę znajomym ciepłem cudzej agonii. Farewell ginął wraz z Ervinem w fali ognia, przez co ich śmierci splatały się w jedno niemożliwe wspomnienie - wola mordu i świadomość własnego końca, dwie dusze spadające razem w ciemność, lecz tylko jedna skazana na to, by pozostać w niej na zawsze. Ervin wracał do tych chwil bezustannie, nie z powodu winy, lecz dlatego, że krzyk, opór ciała i ostatnie spojrzenia ofiar były jedynym dowodem, że kiedykolwiek istniał. Potem nicość otwierała przed nim jego własne śmierci. Pelios nadchodził najpierw… cichy, cierpliwy i chłodny. Kieł Kataxxu rozcinał Ervina z precyzją kata, a trucizna rozpalała każdy nerw, zanim martwe ciało zdążyło opaść. Nie było jednak ulgi końca. Ból nie gasł wraz ze śmiercią, lecz przechodził z nim do pustki i trwał tam bez źródła, bez rany, bez możliwości omdlenia. Ervin nie mógł krzyczeć, ale pamiętał krzyk. Nie mógł drżeć, ale pamiętał przerażenie mięśni, które rozumiały, że zaraz przestaną istnieć. W nicości nie miał wspomnień dzieciństwa, zapachu deszczu ani ciężaru miecza na plecach — wszystko to bladło i odpadało od niego jak martwa skóra. Pozostawały tylko mordy i śmierci, powtarzane bez końca, tak intensywne, że stawały się namiastką zmysłów. Dlatego z czasem zaczął wyczekiwać bólu. Każde przebicie, każde rozdarcie i każdy cudzy zgon były dla niego chwilowym powrotem do istnienia. Największą grozą nie było już cierpienie, lecz przerwy pomiędzy nim — długie, bezmierne okresy absolutnej pustki, w których Ervin nie czuł nic i nie miał pewności, czy nadal jest duszą, czy jedynie wspomnieniem krzyku uwięzionym w miejscu, gdzie nawet śmierć nie potrafiła go odnaleźć. Później było już tylko nic. I to wszystko

Farewell śnił o zabijaniu jako o pożarach, których sam nie potrafił już ugasić. Ahram ginął pierwszy, otoczony pierścieniem płomieni, które odcinały mu drogę ucieczki i pożerały powietrze potrzebne do wypowiedzenia zaklęć. Farewell pamiętał, że mógł rozproszyć ogień, lecz zamiast tego podsycił go, patrząc, jak skóra pęka od żaru, a magia gaśnie w dłoniach czarownika wraz z ostatnimi odruchami życia. Pelios umierał ciszej, lecz straszniej. Mroczny elf próbował przedrzeć się przez ognistą zasłonę, cierpliwy nawet wtedy, gdy płomienie wgryzały się w jego ubranie i ciało. Farewell skierował ku niemu kolejną falę żaru z pełną świadomością, że nie chce go odstraszyć, lecz spalić. Najgorszy pozostawał Ervin. Ich śmierci następowały niemal jednocześnie, a Farewell czuł jak ogień obejmuje półelfa i zamyka się na nim niczym rozpalona paszcza. Obaj wiedzieli, że żaden z nich nie przeżyje. W snach płomienie nigdy nie gasły po śmierci ofiar. Ahram, Pelios i Ervin stali pośród zwęglonych drzew rodzinnego domu Farewella, z czarną skórą odchodzącą od kości, i patrzyli na niego bez słowa. Człowiek, który kiedyś sparzył się ogniem i uciekł od niego ku bezpieczniejszym dziedzinom magii, sam uczynił teraz z płomienia narzędzie świadomego mordu. Potem ogień odwracał się przeciw niemu, lecz nie zawsze przyjmował postać płomieni. Alia dopadała go, zanim zdążył wzniecić choćby iskrę. Jej Kły wchodziły w ciało szybko i chłodno, a Farewell umierał z przerażającą świadomością, że cała jego niszczycielska moc nie znaczy nic wobec ostrza już przyłożonego do gardła. Cohen przebijał się przez żar jak ruchomy posąg, nieustępliwy i ciężki, aż paladyński cios miażdżył Farewella wraz z jego ostatnią próbą obrony. Dalin szedł przez płomienie z rykiem, płonący, lecz wciąż nacierający i roztrzaskiwał elfa, zanim ogień zdążył go powstrzymać. Ervin wracał w tej samej chwili wspólnego zgonu, gdy konał w płomieniach wywołanych wolą. Każda śmierć odbierała mu inną pociechę. Alia udowadniała, że ognia można nie zdążyć przywołać. Cohen, że można przejść przez niego. Dalin, że wściekłość bywa silniejsza od lęku przed spaleniem. Ervin zaś sprawiał, że Farewell czuł jednocześnie smród własnej krwi i zwęglonej skóry. Budził się z piekącą blizną i wrażeniem popiołu pod językiem, przekonany, że gdzieś w pokoju tli się niewidzialny płomień. Najbardziej przerażała go myśl, że ogień, którego niegdyś się lękał, nie był już wrogiem ani narzędziem. Stał się jedyną częścią jego duszy, która w tych snach przemawiała prawdą.

Pelios śnił o mordach jak o chwilach, w których cierpliwość wreszcie pękała i odsłaniała ukryte pod nią zwierzę. Alia umierała pierwsza, trafiona przez kogoś, kto rozumiał jej nieufność aż nazbyt dobrze. Pelios pamiętał, jak długo czekał obserwując, aż znalazł tę jedną szczelinę między podejrzeniem a reakcją. Kieł Kataxxu wszedł w ciało szybko, lecz śmierć nie była natychmiastowa. Trucizna rozchodziła się w niej powoli, odbierając siłę, pewność i ostatnią możliwość ucieczki. Cohen konał ciężej, z oporem godnym człowieka, który do końca wierzył, że obowiązek ochroni go przed losem. Pelios wbijał ostrze tam, gdzie pancerz nie sięgał, świadomy, że nie walczy już o zwycięstwo, lecz o ostateczny kres przeciwnika. Ervin natomiast umierał w ciszy, która zdawała się należeć do nich obu. Pelios czuł pod dłonią drżenie ciała przeszywanego trucizną i widział, jak w półelfie gaśnie coś więcej niż życie. W każdym z tych snów najbardziej przerażająca była nie krew ani jęki, lecz spokój, z jakim podejmował decyzję o zabiciu. Nie działał w afekcie. Nie tracił kontroli. Wybierał moment, miejsce i sposób śmierci z chłodną precyzją. Dopiero później przychodził szał, zalewając wspomnienia karmazynową falą i zamieniając twarze ofiar w twarze dawnych oprawców. Wtedy Pelios nie potrafił już odróżnić, czy zabijał Alię, Cohena i Ervina, czy wszystkich tych, którzy przez lata uczyli go pogardy do samego siebie. Potem role się odwracały, a cierpliwy łowca stawał się zwierzyną. Ahram zabijał go żarem, a on czuł własne mięśnie odmawiające posłuszeństwa i narastającą panikę, bo po raz pierwszy nie mógł ani uciec, ani zabić. Dalin nadchodził jak katastrofa, rozrywając przestrzeń rykiem i stalą. Pelios próbował zejść mu z drogi, ale każdy unik kończył się kolejnym ciosem, aż ból przestawał mieć miejsce i stawał się całym światem. Farewell zabijał go ogniem. Płomienie obejmowały skórę, włosy i oddech, a Pelios czuł, jak trucizna w jego własnym orężu pozostaje bezużyteczna wobec żywiołu, którego nie można zasztyletować. Najgorsza była świadomość, że płonie z pełnym rozeznaniem, sekunda po sekundzie, czując własne ciało zmieniające się w zwęgloną skorupę. W każdej z tych śmierci wracało jedno wspomnienie - lata upokorzeń, odrzucenia i życia jako wyrzutek. Pelios rozumiał wtedy, że nawet jego niezwykła zdolność powrotu nie była wybawieniem, lecz przedłużeniem kary. Śmierć nie mogła go zatrzymać, ale mogła nauczyć go bólu na tysiąc sposobów. Budził się z wrażeniem popiołu w gardle, zmiażdżonych kości i obcej magii pod skórą, a potem przez długi czas nie wiedział, co przeraża go bardziej — że może zginąć ponownie, czy że po każdej śmierci znowu otworzy oczy.

Od tamtej pory zasypianie przestało być dla nich odpoczynkiem, a stało się powolnym schodzeniem ku miejscu, które czekało pod każdą zamkniętą powieką. Odkładali sen, wsłuchiwali się w bicie własnych serc, bali się ciszy i tej krótkiej chwili utraty kontroli, gdy jawę zaczynały pożerać pierwsze obrazy. Wiedzieli, że wraz z nimi powrócą twarze zabitych, własne krzyki, trzask kości, żar płomieni, chłód ostrzy i pewność, że znów będą mordować albo konać, nie mogąc się przebudzić. Trauma uczyniła z nocy wroga cierpliwszego niż jakikolwiek zabójca - nie musiał wyważać drzwi ani skradać się w ciemności, bo mieszkał już w ich umysłach. A kiedy w końcu wyczerpanie brało górę i sen zamykał nad nimi swoje szczęki, każde z nich miał tę samą ostatnią myśl — że tym razem koszmar może nie wypuścić ich z powrotem.
 
 
     
Pythonius 
Mistrz Gry



Dołączył: 30 Wrz 2005
Posty: 3597
Wysłany: 2026-07-17, 20:02   

EPILOG



Helventus zamknął metalowe pudełko z niemal ceremonialną ostrożnością, jakby domykał nie przedmiot, lecz ostatnią szczelinę między dwiema niezgodnymi rzeczywistościami. Srebrzysty wir w jego wnętrzu zgasł bez dźwięku, a migotliwe sylwetki rozpadły się w nicość równie szybko, jak zostały powołane do istnienia. W tej samej chwili komnata Eliosa odpowiedziała powrotem do swojej pierwotnej natury – nie jako miejsca, które „uspokaja się”, lecz jako organizm, który ponownie przywdziewa własną maskę. Kryształy znów zaczęły pulsować chłodnym, martwym rytmem, a powietrze odzyskało swoją ciężką, nieprzejednaną gęstość, jakby nigdy nie zostało naruszone obecnością cudzej narracji. Cień w szmaragdach Eliosa znów podjął swoją niekończącą się wędrówkę, a echo obcych kroków, śmiechów i agonii wycofało się w miejsca, do których nawet pamięć nie ma dostępu. Tron z kości pozostał pusty, lecz niezmiennie oczekujący, a cała przestrzeń – zimna, precyzyjna, nieludzko uporządkowana – znów należała wyłącznie do swojego gospodarza. Nawet samo wrażenie „wydarzenia” zaczęło się zacierać, jakby nic, co przed chwilą miało miejsce, nigdy nie uzyskało zgody na istnienie w strukturze tego miejsca. Wraz z domknięciem relikwiarza zanikło również to złudne wrażenie rozszczelnienia świata, które jeszcze przed chwilą pozwalało cudzym losom przeciskać się przez szczeliny rzeczywistości. Jakby ktoś jednym gestem zszył pęknięcie w tkance istnienia, pozostawiając po nim jedynie cienką, niewidzialną bliznę. Nawet zbroja Eliosa przestała drżeć w sposób, który mógłby sugerować jakąkolwiek reakcję na to, co przed chwilą zostało ujrzane — dusze w jej wnętrzu znów stały się jedynie cichym, równomiernym wibrowaniem, bardziej przypominającym echo niż krzyk. A jednak, mimo tej przywróconej „normalności”, w powietrzu pozostało coś niepokojącego: subtelne, uporczywe wrażenie, że rzeczywistość została na moment zaskoczona własną nieciągłością i teraz z ostrożnością udaje, że niczego nie pamięta. W tej udawanej stabilności czaiła się groza głębsza niż samo zakłócenie — groza porządku, który wie, że przed chwilą mógł zostać złamany, i odtąd już nigdy nie będzie absolutny.

Elios
Muszę przyznać, Helventusie, iż od niepamiętnych czasów nie dane mi było oglądać zjawiska równie osobliwego. Nie zachwyciła mnie ich waleczność, gdyż znam wojowników potężniejszych. Nie poruszyła mnie ich odwaga, albowiem odwaga jest jedynie szlachetną nazwą dla dobrze ubranego szaleństwa. Nawet ich cierpienie nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia – ból jest najpospolitszą walutą istnienia. Lecz to... wymyka się prawom, które uznawałem za niepodważalne. Widziałem, jak popełniali błędy, za które tysiące innych zapłaciłyby natychmiastową śmiercią. Widziałem ostrza ześlizgujące się o włos od gardła, nici wzorca, które związują się odrobinę zbyt późno i decyzje tak nierozsądne, że powinny były zakończyć się jedynie agonią. A jednak raz po raz rzeczywistość zdawała się naginać, aby pozostawić ich przy życiu choćby na kilka oddechów dłużej. Co osobliwsze, nie zawsze ratowała ich siła ani rozum. Niekiedy zwyciężała czysta niedorzeczność. Świat zachowywał się tak, jakby z niewiadomych przyczyn odmawiał przyjęcia ich śmierci. To nie jest zwykłe szczęście. Szczęście bywa kapryśne i krótkotrwałe. Tutaj dostrzegam pewien wzorzec... uporczywą tendencję. Jak gdyby istniała siła, która z nieznanych powodów uznaje dalsze istnienie tych istot za konieczne. Niepokoi mnie to. Jeżeli los rzeczywiście potrafi wybierać swoich faworytów i wpływać na bieg wydarzeń z taką konsekwencją, wówczas nie jest już abstrakcyjnym pojęciem poetów ani wygodnym usprawiedliwieniem głupców. Jest mocą. Mocą, której nie stworzyła ani magia, ani bogowie, ani śmierć. To coś głębszego od natury wzorca. Ale skoro jest mocą... musi podlegać prawom. A skoro podlega prawom... można ją zrozumieć. I właśnie dlatego, mój diable, pragnę oglądać dalej. Użycz mi tego pudła, abym mógł wykonać na nich swoje eksperymenty.

Helventus
To wykluczone.

Elios
Czyżbyś tak bardzo przejmował się losem mej domeny, że subtelnie dyktujesz mi to, aby zajął się nadciągającą inwazją, a nie moimi dotychczasowymi działaniami? Nie spodziewałem się po tobie takiego zainteresowania.

Helventus
Na pewno inwazja aesirytów będzie teraz twoją największą zmorą, lecz nie będziesz się długo kłopotał paladynami walczącymi z armiami konfraterni liszów.

Elios
Chyba pierwszy raz nie rozumiem co chcesz powiedzieć.

Helventus
Eliosie, twoja frakcja już przegrała. Zajrzyj do tej wypełnionej krwią czary i ujrzyj to co odbija się w twoich szmaragdach, które próbują imitować oczy.

Elios lewitacją przemieścił się do czary, a gdy oczy mu zabłysły aktywowało się zaklęcie z rodzaju kognicji. Ku zdziwieniu arcylisza, którego nie mógł okazać, ale które były faktyczne, w miejscu, gdzie zbierała się armia paladynów nie było w ogóle śladów obozowiska, a jeszcze niedawno ścięte drzewa na potrzeby wojny zdawały się odrosnąć.

Elios
Co to za czary?

Helventus nie od razu odpowiedział. Zamiast tego pozwolił, by cisza wypełniła komnatę Eliosa jak gęstniejący osad na dnie kielicha – ciężka, świadoma, niemal prowokacyjna. Dopiero gdy echo ostatniego zaklęcia całkowicie wyparowało z murów, uniósł spojrzenie znad zamkniętego relikwiarza.

Helventus
Pułapka czasu.

Powiedział spokojnie, jakby omawiał jedynie techniczny detal udanego eksperymentu.

Helventus
Nie tyle więzienie, co osobliwy zawór. Wszystko, co ujrzałeś, już się wydarzyło… i zarazem jeszcze nie zdążyło zaistnieć w twojej percepcji.

Na moment przesunął dłonią po metalowej powierzchni pudełka, jak po zamkniętej księdze, której treść została już raz przeczytana w innej epoce.

Helventus
W istocie, Eliosie, nie oglądałeś ich przyszłości. Oglądałeś twoje opóźnione wspomnienie. W czasie, gdy analizowałeś ich projekcje, rzeczywistość nie czekała. Armia paladynów, którą tak starannie obserwowałeś z dystansu swoich badań… przekroczyła granicę twojej domeny. Już dawno. Ich święte sztandary dotknęły twoich ziem, zanim zdążyłeś zadać pierwsze pytanie o naturę szczęścia

W jego głosie nie było triumfu, jedynie chłodna precyzja kogoś, kto przesuwa figury na planszy, której przeciwnik jeszcze nie zauważył. Helventus zrobił pół kroku w stronę jednego z filarów, a jego cień na kamieniu wydłużył się nienaturalnie, jakby nie do końca zgadzał się z fizyką miejsca.

Helventus
Twoje laboratorium nie jest więc obserwatorem wydarzeń. Jest ich spóźnioną kroniką. A ty, mój drogi arcyliszu… nie patrzysz już na to, co nadchodzi. Patrzysz na to, co już się stało — i czego nie możesz już odwrócić, nawet jeśli dopiero teraz zaczynasz to rozumieć.

Elios
Ile czasu minęło?

Helventus
Dwadzieścia jeden lat.

Przez dłuższą chwilę Elios nie odpowiedział w ogóle — nie dlatego, że nie posiadał słów, lecz dlatego, że w jego strukturze myślenia nastąpiło coś, co rzadko miało prawo się wydarzyć: konieczność ponownego zdefiniowania rzeczywistości. Dwadzieścia jeden lat nie było dla niego liczbą w ludzkim sensie, lecz było pęknięciem w porządku, który dotąd traktował jako stały i niepodważalny. W komnatach, gdzie czas zwykle był jedynie narzędziem podporządkowanym woli lisza, nagle okazał się czymś, co wymknęło się spod kontroli — jakby sama struktura jego domeny przez cały ten okres oddychała bez niego, a on jedynie obserwował odbicie dawno utraconego świata. Dopiero po chwili w zielonych szmaragdach pojawił się ruch — nie emocja, lecz jej zimna, spóźniona rekonstrukcja. Informacja o przegranej wojnie nie wywołała gniewu wprost; raczej przesunęła ciężar istnienia, jak gdyby ktoś wymienił fundament pod całym jego bytem, pozostawiając go w tej samej pozycji, ale w całkowicie innej architekturze świata. Najdotkliwsze nie było jednak to, że przegrał. Najdotkliwsze było odkrycie, że przez dwadzieścia jeden lat nie wiedział, że walczy, i że w tym samym czasie, gdy analizował szczęście śmiertelników, rozszczepiał ich losy na planszach śmierci, ktoś inny rozmontowywał jego własną rzeczywistość z cierpliwością właściwą tylko istotom równie nieumarłym jak on. I że ta praca została zakończona bez jego udziału, zanim zdążył ją w ogóle zauważyć. W końcu Elios poruszył się — powoli, niemal z namysłem, jakby testował, czy jego własne istnienie nadal reaguje na wolę. A gdy przemówił, jego głos nie był podniesiony, nie był też złamany. Był precyzyjny w sposób, który w jego przypadku oznaczał coś znacznie bardziej niebezpiecznego niż gniew.

Elios
Dwadzieścia jeden lat… Jak tego dokonałeś diable? Ten mag-kolekcjoner Quilde. To on cię wyposażył w artefakt. Ale jak jego projekcja zdołała tego dokonać?

Helventus
Widzisz Eliosie Cyrmetrze, synu Geronna – nie jestem swoją projekcją w tym miejscu. Stoi przed tobą prawdziwy diabeł. To ja we własnej osobie, a Aberrator Czasu jest tak samo prawdziwy, jak i ja. Tylko projekcie z Aberratora Czasu pochodzą z innych okresów… taka magia.

Elios
Cały czas kłamałeś.

Helventus
Tak, ale tylko za pomocą prawdy. Nigdy nie zniżyłbym się do tego, aby kłamać za pomocą fałszu. Wszystko co ci powiedziałem było prawdziwe, lecz niewiele z tego było szczere.

Elios
Kiedy przegrałem z tobą wojnę?

Helventus
Gdy pozwoliłeś mi mówić.

Elios
Czas w takim razie wygnać cię do piekła.

Helventus
Nie po to straciłem dwadzieścia jeden lat intryg, aby wrócić do domu z niczym. Jestem tak samo stratny jak ty, lecz w przeciwieństwie do ciebie zadbałem o to, aby moi championi realizowali moją wolę, gdy mnie nie ma. Obiecałem ci nienaruszalność domeny z mojej strony i słowa dotrzymałem, a teraz wybacz, ale czas nagli. Muszę stworzyć państwo.

Elios
Daj mi chociaż jeden powód, dla którego miałbym nie poświęcić swego istnienia, aby cię zniszczyć!

Helventus
Te mizerne istnienie, które teraz masz, to tak naprawdę wszystko. Nie masz niczego innego, a po drugiej stronie czeka cię tylko niebyt. Twoja dusza straciła przez nekromancję zdolność trwania. Nie zrobisz więc tego, bo to samo co uczyniło cię liszem, teraz sprawi, że spokojnie przekroczę granicę tego zwierciadła. Żebyś nie musiał się zastanawiać co to takiego powiem to na głos – „tchórzostwo”.

Słowa diabła nie ugodziły Eliosa niczym obelga ani groźba. Były znacznie gorsze – były logiczne. Arcylisz przez stulecia budował swoją potęgę na przekonaniu, że każdą siłę można zrozumieć, każdą magię rozłożyć na prawa, a każde kłamstwo rozbroić cierpliwą analizą. Tym razem padł jednak ofiarą nie potężniejszego czaru, lecz doskonalszego rozumowania. Z przerażającą jasnością uświadomił sobie, że nie przegrał z artefaktem, nie przegrał z czasem, ani nawet z samym Helventusem. Przegrał z własną naturą. To jego nieugaszona ciekawość, intelektualna pycha i przekonanie, że każdą zagadkę należy zbadać do końca, stały się kluczem, którym diabeł otworzył bramy jego domeny. Helventus nie skruszył murów Annon Glóren, nie pokonał armii liszów własną mocą i nie zwyciężył go w pojedynku. Wystarczyło, że dał Eliosowi coś, czemu ten nie potrafił się oprzeć – tajemnicę. Arcylisz milczał, gdyż przegrał i był tego całkowicie świadomy. Nie tylko stracił domenę i będzie musiał przejść do głębokiej defensywy w ukryciu, które może potrwać wieki, lecz oto znalazł się w świecie bez szczególnych perspektyw i tylko to, że nie ulega śmierci będzie jego jedyną szansą, której może nigdy nie wykorzysta. W ciągu tej chwili, która rozciągnęła się do dwudziestu jeden lat Elios przegrał Morterrę, która w zasadzie stała się częścią Imperium.

Helventus
Miałeś jednak rację Eliosie Cyrmetrze, synu Geronna. Między nami będzie tylko rozejm.

Rzekł diabeł znikając w zwierciadle, które z momentem jego przejścia wygasiło wszystkie palące się od ponad dwóch dekad sigile, a Elios pozostał sam w swoim cichym laboratorium. Lisz już tego nie zauważył, lecz Helventus na ułamek chwili zatrzymał się i rozejrzał z nabożną czcią. Diabeł wyczuł coś, czego w pierwszej chwili nie zrozumiał, lecz po chwili uświadomił sobie, że oto po swoim zaplanowanym pokazie „szczęścia” zyskał zainteresowanie potęgi, która za tym wszystkim stoi. Pierwszy raz od wieków diabeł poczuł strach, że oto spotka się z czymś, co wymyka się jego ponadnaturalnemu rozumieniu rzeczy. Diabeł był już jednak po drugiej stronie lutra.

Dwadzieścia jeden lat wojny odmieniło Morterrę bardziej niż poprzednie stulecia panowania śmierci. Kraina, która niegdyś zdawała się nie mieć kresu, została zepchnięta do garstki dogorywających twierdz i przeklętych dolin, gdzie nekromancja trwała już bardziej siłą rozpędu niż rzeczywistą potęgą swoich władców. Nad ruinami czarnych fortec powiewały sztandary zakonów Aesira, a tam, gdzie niegdyś niebo przesłaniały chmary trupich kruków, teraz rozbrzmiewał donośny śpiew litanii zwycięstwa. Krzyżowcy nie maszerowali już z gorączkową determinacją pierwszych lat wyprawy. Ich pochód nabrał rytmu ludzi, którzy wiedzą, że zwycięstwo zostało rozstrzygnięte, a pozostało jedynie dopisać ostatnie zdania do kroniki wojny. Każdy zdobyty bastion odsłaniał kolejne komnaty pełne zakazanej wiedzy, laboratoria pachnące rozkładem i żrącą alchemią oraz krypty, w których śmierć przez całe wieki cierpliwie czekała na rozkazy swoich panów. Jedne po drugich były oczyszczane ogniem, świętym światłem i stalą, aż nawet kamienie zdawały się zapominać, że kiedykolwiek nauczono je służyć nekromancji. Mimo triumfu nikt spośród weteranów nie mówił o chwale, gdyż zbyt wielu braci poległo i zbyt wielu postradało zmysły od tego, co widziały ich oczy. Pozostawało jedynie ponure przekonanie, że oto kończy się epoka, podczas której sama śmierć ośmieliła się wznieść własne królestwo przeciw porządkowi świata. Teraz zaś, po dwudziestu jeden latach krucjaty, ostatnie przyczółki Morterry gasły niczym dogasające węgle po olbrzymim pożarze, a wraz z nimi znikało przekonanie, że nieumarli mogą jeszcze kiedykolwiek zagrozić Imperium z taką siłą jak dawniej. Nie na tym jednak skończyła się historia, gdyż świat trwa nadal, chociaż przy innej równowadze sił.


Doświadczenie:

Ahram zdobywa 400 PD

Alia zdobywa 600 PD

Cohen zdobywa 1600 PD oraz punk szczęścia za Nagrodę im. Graczy, którzy przeżyli

Dalin zdobywa 1300 PD

Ervin zdobywa 700 PD

Farewell zdobywa 1000 PD

Pelios zdobywa 600 PD

Miramin zdobywa 500 PD tytułem przejęcia punktów od Alii.
  
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group