Daj mi właściwe słowo i odpowiedni akcent, a poruszę świat.
J. Conrad, Twierdza
Cienie dni minionych kroniki Oricka Ravena
8 Ferrum 1515
J.W.P. Orick Raven
Trakt był wyboisty. Podskakiwanie i podrygiwanie wozu na każdej dziurze i na każdej nierówności sprawiały, iż pergamin, trzymany w ręku przez srebrnego elfa zdawał się poruszać jak gdyby żył własnym życiem, niezależnym od otaczającego go świata. Czytanie było faktem tym znacząco utrudnione, lecz Orickowi niezbyt to przeszkadzało. W ciągu ostatnich dni i tak zdołał poznać treść znajdującego się przed nim listu nieomal na pamięć. Ciężko było orzec, który to już raz w ciągu choćby dzisiejszego dnia go przeglądał. W zasadzie rzecz ujmując, była to jedyna rozrywka, jaką mu zagwarantowano podczas podróży.
J.W.P. Orick Raven
W imieniu i z upoważnienia Rady Miasta Sallenael stosuję do J.W.P. tę oto notę, licząc, iż zastanie ona J.W.P. w dobrym zdrowiu i samopoczuciu. Żywię, podobnie jak wszyscy przedstawiciele Rady, iż persona Pańskiej sławy i Pańskiej rangi znajdzie kilka dni swojego cennego czasu by zapoznać się z treścią, którą chciałbym Panu przekazać, oraz rozpatrzyć naszą propozycję.
Otóż nie dalej jak przed kilkoma dniami zmarł w wyniku nieszczęśliwego wypadku Pan Shealenor Eli’Velian, głowa domu Seladerine, szanowany i poważany członek Rady Miasta Sallenael. Zgodnie z tradycją i zwyczajem, jego miejsce w Radze winien był przejąć jego najstarszy syn, Sha’Velian. Niestety, jako że syn ów poległ był trzy lata temu podczas walk o Lanelle, zaś innych potomków Pan Shealenor Eli’Velian nie posiadał, decyzję o przedstawieniu wakującego miejsca pozostawiono wyłącznej kompetencji samej Rady…
Wóz poskoczył na jakiejś wyjątkowo wielkiej dziurze, przerywając na chwilę wątek oraz lekturę. Orick z niezadowoleniem przyjął fakt, iż jeżeli stan drogi utrzyma się w ten sposób jeszcze kilka godzin, którejś pięknej chwili nawet jeżeli nie stracą osi i nie staną, nie przymierzając, jak te dupy wołowe pośrodku niczego, to z pewnością on sam złamie sobie kark, uderzając w sklepienie pojazdu głową. Za pojedynczym oknem malutkich drzwiczek krajobraz nie zmieniał się, wyglądając dokładnie tak samo, jak tydzień temu, gdy opuszczali Lar’Dudanwall. To w stolicy bowiem Powiernika Pierścienia odnalazł zdyszany, ubłocony posłaniec z Sallenael. To tam przedstawił mu całą sprawę, oraz tam wreszcie, w pokłonach i z honorami, ale nie znosząc tonu sprzeciwu wpakował Oricka w ów powóz, dając mu czwórkę elfów eskorty i wysłał w tą jakże męczącą podróż przez pół Księżycowych Lasów. Orick zgodził się, gdyż wyboru wielkiego nie miał. W ciągu ostatnich pięciu lat jego sytuacja życiowa niejako wymuszać na nim zaczęła wiele nietypowych spotkań z osobistościami położonymi znacznie wyżej od niego w drabinie społecznej srebrnych elfów. Nie inaczej miało być i teraz.
Rada naszego miasta z kolei postanowiła, iż prawdziwym honorem i zaszczytem byłoby, gdyby to właśnie J.W.P. Orick Raven zgodził się podjąć tego zadania i zasiąść między nami jako Honorowy Członek Rady Miasta Sallenael. Wiem, iż wykazujemy się wielką dozą śmiałości, sugerując, iż osoba Pańskiego formatu chciałaby osiąść na stałe wśród naszego grona, lecz zwracam się jednocześnie z jedną, osobistą prośbą: prośbą o przyjazd do nas i dokładne poznanie warunków, w jakich przyszłoby Panu przebywać oraz obowiązków, jakie by się z tym wiązały. Ręczę własnym honorem, iż oferta będzie szczodra. Głęboko wierzę, podobnie jak Rada, iż nie istnieje lepsza osoba na to miejsce, niż bohater wojenny i Powiernik Pierścienia Wieczności, Orick Raven.
List ciągnął się w podobnej formie jeszcze kilka stron. Przymilny ton i ogromna dawka zabiegania o jego względy wylewały się, zbratane w idealnej harmonii w ilości, jakiej Orick jeszcze nie miał okazji w swoim życiu widzieć. Przez chwilę wręcz przychodziły mu do głowy pomysły pokroju, iż pomylono go z kimś innym. Gdyby nie to, iż list wielokrotnie wymieniał go z imienia i nazwiska, opcja taka mogłaby wydawać się wielce prawdopodobną. Owszem, z jednej strony wydarzenia ostatnich pięciu lat wiele zmieniły w życiu Oricka. Udana misja w Źródłach Natury, dyplomatyczny sukces w postaci armii Zielonych Elfów spieszących na odsiecz oblężonej twierdzy Lanelle z pewnością były czymś, czym Orick mógłby chwalić się jeszcze długo. Sam fakt, iż Pierścień uznał go za godnego posiadania również świadczył, iż w młodym elfie było coś więcej, niż było to widoczne na pierwszy rzut oka. Wielu traktowało go jako herosa i zbawiciela całych Księżycowych Lasów. Jednocześnie jednak wielu patrzyło nań z zawiścią, zazdrością i nieskrywaną wrogością. Nie raz słyszał pod swoim adresem wiele cierpkich i gorzkich słów, jak to bratanek półelfa zdradził honor Srebrnej Rasy zwracając się o pomoc do Zielonych Elfów, choć wojna wcale nie przebiegała tak źle, a Księżycowe Elfy poradziłyby sobie świetnie same. Nie raz również słyszał, jak z udawanym zdziwieniem zadaje się pytania, jakim cudem tak potężny artefakt mógł wybrać na swojego właściciela efla tak nisko urodzonego jak on. Orick szybko nauczył się, iż z wielką sławą nieodmiennie podróżuje wielka nienawiść, zaś oddzielić się ich od siebie jest po prostu niepodobna. Teraz jednak pani fortuna miała się do niego uśmiechnąć. Po fali początkowych sukcesów bowiem szybko okazało się, iż Księżycowe Lasy nie mają mu wiele do zaoferowania. Zamiast kariery politycznej i kariery wielkiego dyplomaty Orick zatrzymał się w miejscu, zawieszony w próżni przez dłuższy czas. Zapotrzebowanie na talenty które sobą reprezentował poważnie zmalało. Do polityki wielkiego formatu go nie zapraszano z racji niskiego urodzenia, mówiąc kolokwialnie, zaś do dyplomacji… cóż, dyskretnie rzecz ujmując, odkąd skończyła się wojna, wraz z nią przepadło wiele możliwości podczas których mógłby się wykazać. Ostatnimi miesiącami więcej czasu zajmowało mu poznawanie masy totalnie obcych mu osób na okazyjnych bankietach, niż polityka lub dyplomacja. Nie było co się oszukiwać, list, który zastał go sześć dni temu w stanie poważnego zastanawiania się nad sobą i swoją przyszłością zdawał się przyjść w najlepszym z możliwych momentów.
Mam nadzieję, iż przybędzie J.W.P. do naszego miasta przed końcem Ferrum. Proszę o możliwie szybki kontakt, w budynku Rady Miejskiej. Proszę pytać o Sae’lienora, lub o któregoś z moich zastępców. Życzę szczęśliwej podróży licząc, iż wkrótce się zobaczymy.
Z poważaniem
List kończył zamaszysty, totalnie nieczytelny acz, kaligraficznie cieszący oko gryzmoł z wyraźną literą „S” na początku. Orick starannie złożył na czworo aksamitny w dotyku, wysokiej jakości i zapewne bajecznie drogi pergamin, chowając go z powrotem do koperty. Woskowa pieczęć z herbem Sallenael była złamana dokładnie w taki sposób, jak sam adept złamał ją przed tygodniem. Jego podróż powoli miała się ku końcowi.
Wiele rzeczy od czasów wojny miało się w Księżycowych Lasach ku końcowi.
- Panie Raven? – głos woźnicy dostał się do wnętrza powozu – Jeszcze godzina drogi przed nami. Informuję, wedle pańskiego życzenia. Może pan powoli się przygotowywać do końca podróży!
Przygotowań zapewne wiele nie było. Ot, doprowadzić do porządku własną garderobę, oraz pozbierać porozrzucane tu i ówdzie elementy dość skromnego dobytku. Orick miał wrażenie, iż gdzieś w walających się po wnętrzu wozu kufrach przygotowany specjalnie dla niego zestaw ubrań odrobinę szykowniejszy od tego, który posiadał aktualnie na sobie. Niemniej jednak to nie te elementy ekwipunku mogły sprawiać kłopot. Najważniejsze z nich, czyli Pierścień i Kostur, Orick zawsze bowiem miał przy sobie.
Szalony taniec literek na pergaminie, który elf kurczowo ściskał w dłoniach, z pewnością nie ułatwiał odczytania zawartości listu. Mimo tego jednak, głównie dzięki sporej ilości samozaparcia, Orick zapoznał się z treścią wiadomości. Czytał te słowa nie po raz pierwszy, za każdym razem z uwagą przyglądając się każdemu zdaniu, niedowierzając, że to właśnie on, skromny dyplomata, któremu dane było wskoczyć w odpowiednim miejscu i czasie na pędzący rydwan historii i tym samym zdobyć pewną renomę, został wybrany do tak zacnej roli. Początkowo wahał się, czy przyjąć propozycję - wszak, mimo całej swojej patriotycznej postawy, wolał unikać odpowiedzialności - a funkcja Członka Rady, w dodatku honorowego (a wuj zawsze zwykł mawiać, że na honor to rzecz bardzo kapryśna, trudno ją uzyskać, zaś utracić można przy jednym głębszym łyku wina), wiązała się niewątpliwie ze sporą odpowiedzialnością. Ostatecznie jednak postanowił skorzystać z kolejnej szansy podarowanej przez los i dowiedzieć się, na czym miałaby jego rola w ogóle polegać. Zawsze przecież mógł potem powiedzieć "cóż, nie tego się spodziewałem" i odejść, licząc, że w przyszłości dostanie kolejny taki list.
Problem w tym, że na samą tę wiadomość czekał pięć lat. Nie chciało mu się marnować kolejnych pięciu w oczekiwaniu, że zginie jakaś inna poważana persona i ktoś wpadnie na szalony pomysł, żeby to Orick ją zastąpił.
Gdy tylko usłyszał, że podróż powoli dobiega swego kresu, podziękował woźnicy serdecznie, po czym krytycznie spojrzał na swój ubiór. Całe szczęście, że ktoś pomyślał za niego i przygotował dla niego strój znacznie godniejszy. Dlatego też najpierw postanowił uporządkować wszelki bałagan w powozie, a następnie przebrał się w przygotowane dla niego szaty. Cały czas jego myśli zaprzątała jednak sprawa spotkania z Sae’lienorem i tego, co może się z nią wiązać. Na razie jednak, pełen dobrych myśli, poprawiał rękawy szat i w nerwowym oczekiwaniu co chwila zerkał na zewnątrz, w nadziei, że zaraz spostrzeże jakieś zmiany w otoczeniu, sugerujące, że pojawił się w Sallenael.
To miasto Sallenael, jedno z większych i zarazem jedno z piękniejszych jakie wzniosła rasa Magów. Zbudowane w koronach drzew ukryte magią przed wścibskimi oczyma tych, którzy penetrowali te ziemię. Wysokie na 100 metrów drzewa były zrośnięte grubymi gałęziami i koronami. Z poziomu ziemi widać było tylko zieleń, lecz z lotu ptaka można było ujrzeć ogrom zabudowań. Gałęzie i korony tworzyły wielką platformę, na której zbudowano z lekkich materiałów domy, świątynie, magiczne wieże i wszelkie budynki potrzebne do tego, aby te liczące 30 tysięcy mieszkańców miasto mogło funkcjonować. Orickowi znane jednak były te fakty. Bywał tu już, choć w okolicznościach, które ze względów wszelakich każda rozsądnie myśląca istota wolałaby zapomnieć. Krew setki elfów, którzy przypłacili swoimi życiami próbę zdobycia Pierścieni Wieczności już dawno temu zmyta została z marmurowej posadzki atrium Sallenael, lecz pamięć o nich wciąż tkwiła, niczym niemy wyrzut historii wobec całej rasy Księżycowych Elfów, która dopuściła do tej tragedii. Zastanawiającym zdawał się być wręcz fakt, jak niewiele uwagi elfowie przywiązywali do tamtej masy bezimiennych męczenników, całkowicie skupiając się tylko na owej szczęśliwej szóstce, której się powiodło...
Nowe ubranie Oricka z całą pewnością można było określić mianem "szykownego". Utkana z delikatnego jedwabiu srebrnych pająków koszula oraz tunika, zdobiona złocony, delikatnie wyszywanym roślinnym ornamentem, oraz skrojone na miarę legginsy znakomicie komponowały się w jedną, srebrzystą całość. Nie był to może strój pełen przepychu i bogactwa, lecz z pewnością był to strój który podkreślał, iż jego właściciel nie jest pierwszą lepszą personą wziętą z ulicy. Zanim zakończył pakowanie wszystkich swoich mniejszych i większych gratów, powóz zaiste, znalazł się już u celu podróży.
- Panie Orick, witam, tym razem oficjalnie, w Sallenael.
Woźnica z zaskakującą jak na przedstawiciela tak mało szanowanej profesji gracją otworzył przed Orickiem drzwiczki powozu, kłaniając się dystyngowanie. Orick zdał sobie sprawę z tego, iż, gdy się ubierał - powóz znalazł się już niemal sto metrów ponad powierzchnią ziemi. Za drzwiczkami rysowały się bramy miasta oraz budynki przeznaczone dla wierzchowców i powozów.
- Niestety, nie wolno mi wozem wjechać dalej, więc drogę od bram miasta do Budynku Rady musicie pokonać pieszo - rzekł, jakby przepraszając, iż zmusza istotę pokroju Powiernika do używania własnych kończyn dolnych do przemieszczania się.
- Życzycie sobie, by eskorta towarzyszyła wam aż do Budynku Rady?
Orick znał doskonale drogę, orientując się w większej części miasta równie swobodnie jak w Anderull. Ostatnim razem, gdy pokonywał dystans od bram miasta ku tej budowli miał zamiar złożyć skargę na pewnego srebrnego elfa za chęć dokonania handlu potężnym artefaktem z gogiem.
- Ach, Sallenael, stare, dobre, Sallenael... To tutaj wszystko się zaczęło - mruknął do siebie Orick, wychodząc na powietrze. Wziął głęboki wdech, zamykając oczy, zaś wspomnienia, nie zawsze przyjemne, powróciły do niego, jak gdyby zawieszone były w przestrzeni, czekając na niego, aż tutaj wróci. Rozejrzał się wkoło, zaś na jego twarzy pojawił się nikły uśmiech. Okolica zdecydowanie wzbudzała jego zachwyt i pewne poczucie respektu do tego miejsca. Każde drzewo, pnące się wyżej, mimo i tak już sporej wysokości, zdawało się mówić "patrz, jaki jesteś przy mnie malutki". To elfy żyły dla tego lasu, nie odwrotnie. Na pewno nie.
Orick wysłuchał słów woźnicy, gestem głowy wyrażając uznanie dla jego dobrych manier. Ach, gdyby miał pieniądze, z pewnością wręczyłby teraz jakąś monetę temu mężczyźnie, lecz nie posiadając majątku, nie mógł, mimo szczerych chęci, obdarować nim kogoś. Zaś danie miedziaka woźnicy byłoby chyba uznane za jeszcze większą obrazę, niż nie danie dodatkowej zapłaty.
- Nic się nie stało, jestem Ci wielce wdzięczny za szybką, komfortową i bezproblemową podróż - rzekł elf, uśmiechając się ciepło do woźnicy. Na pytanie o eskortę na chwilę zawahał się, lecz po chwili skinął głową:
- Cóż, mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane za akt jakiegoś wywyższania się... Jednak nie chcę robić sztucznego tłumu wkoło siebie. Dwóch wojowników niech mi towarzyszy dalej. Najlepiej, żeby znali to miasto - oznajmił rozglądając się - Nie sądzę, że Sallenael zmieniło się drastycznie przez te pięć lat, lecz zawsze będę czuł się raźniej mając u boku kogoś, kto zna okolicę.
Woźnica, wysoki elf o pogodnym wyrazie twarzy, ubrany w ocieplany kaftanik koloru purpury skłonił się ponownie. Jego długie włosy podczas skłonu otaczały jego twarzy pasmami po obu stronach twarzy, niczym swoista aureolka.
- Oczywiście. Natychmiast każę powiadomić pana Sae'lienora o pańskim przybyciu.
Dwójka spośród czterech towarzyszących przez ostatni tydzień Orickowi żołnierzy sama, bez konieczności wyznaczania, zgłosiła się ochotniczo do eskortowania dyplomaty. Było to o tyle miłe i wygodne w ich strony, iż oszczędzało trudnej konieczności "rozkazania" komukolwiek z nich ponadprogramowego obowiązku. Najwyraźniej jednak ta dwójka elfów nie traktowała tej pracy w kategoriach obowiązku, a raczej swoistej nobilitacji. Czuli się potrzebni i odpowiedzialni, a na ich młodych, niewiele młodszych od jego własnej, twarzach widać było grymasy przejęcia i zaangażowania w wielką "misję". Obaj ubrani byli w lekkie półpancerze, zaś u ich pasów swobodnie zwisały długie miecze o fantazyjnie, elfio zdobionych rękojeściach. Choć mogli sprawiać wrażenie niedoświadczonych młokosów, Orick nie wątpił, iż w razie jakiejkolwiek potrzeby, ta dwójka prędzej oddałaby życie, niż pozwoliła sobie na stratę honoru poprzez nieobronienie Powiernika. Sae'lienor, jak można było się domyśleć, miał doskonałe oko jeżeli chodziło o wybór swoich pracowników. Ta dwójka symbol jego domu, liść klonu opisany w okrąg, mogła nosić zaiste, z dumą.
Nie tracąc jednak więcej czasu, Orick wraz z eskortą przekroczył bramy miasta. "Bramy" przy tym były tu pojęciem wielce umownym. Przy mieście tak położonym jak Sallenael obronne mury i spiżowe wrota pilnujące wejścia do grodu były elementem tyleż abstrakcyjnym, co zbędnym. Tu sam las i same drzewa stanowiły obronę, której zdecydowana większość obcych armii nigdy nie byłaby w stanie pokonać. Orki musiałyby wyciąć w pień większość Księżycowych Lasów by choćby poznać położenie tego miasta, a co dopiero mówić o jego zdobyciu. Tym samym, wejście do Sallenael odbywało się przez bardziej symboliczną niż obronną bramę wykonaną z kutego metalu, fantazyjnie zdobioną roślinnymi ornamentami. Tuż za bramą z kolei zaczynał się widok jak z prawdziwych baśni. Długa, główna ulica miasta, po której obu stronach wznosił się rząd czteropiętrowych kamienic, jedna przy drugiej, co jedna to śliczniejsza i bardziej misternie wykonana. Na ulicy zaś kramy, sklepiki, obwoływacze, oraz różnokolorowy tłum elfów gnających w sprawach swojego życia codziennego. Miasto aż zdawało się zapraszać, by spędzić nieco więcej czasu na poznawaniu oferowanych przezeń uciech. Spróbowaniu lokalnych specjałów, spędzenia paru chwil w lokalnych karczmach, czy po prostu przejrzeniu ofert lokalnych sklepów. Na to jednak w chwili obecnej czasu zwyczajnie nie było.
- Proszę trzymać się blisko nas, panie Raven - rzekł jeden ze strażników, wyraźnie starając się brzmieć bardzo poważnie i bardzo fachowo.
Mimo środków ostrożności okazało się jednak, iż obecność dwójki zbrojnych nie była wcale potrzebną. Po niecałych dwudziestu minutach marszu główną ulicą Sallenael trójka elfów dotarła pod Budynek Rady bez większych komplikacji. Orick z zadowoleniem zauważył, iż droga przebiegała dokładnie tak, jak ją zapamiętał i że nadal potrafi się on odnaleźć wśród murów tego miasta, pomimo pięciu lat nieobecności.
- W czym mogę pomóc?
Wejścia do Domu Rady pilnowała dwójka strażników ubrana w kolory straży miejskiej i na chwilę obecną blokowała wejście towarzyszom do środka.
Oricka bardzo cieszył zapał jego obstawy. Choć niewątpliwie byli starsi od niego, czuł się jednak, jak jakiś poważany i stary elf, któremu dwóch młodych wojów bardzo chce zaimponować swoją odwagą. Powiernik bardzo to doceniał, dlatego też z ciepłym uśmiechem podziękował mężczyznom i ruszył wraz z nimi wgłąb miasta.
Sallenael budziło jego wielkie uznanie, nawet mimo tego, że nie był tutaj pierwszy raz i wiedział, czego się spodziewać. Mimo to nadal otaczające go drzewa, fantazyjne budynki, wykończone w iście baśniowy sposób, budowały aurę, której Orick pragnął się oddać. Posłusznie wykonał rozkaz swojej eskorty, trzymając się blisko nich, lecz cały czas wodził wzrokiem po okolicy. Ucieszył się, że wiedział dokąd idą, że nadal orientuje się w mieście: to w jakiś sposób dodawało mu otuchy.
W Sallenael mógł czuć się jak w domu. Ale czy na pewno?
Gdy na drodze stanęła im dwójka strażników, elf skłonił się nisko, następnie wyciągając list powiedział:
- Witajcie, nazywam się Orick Raven i przybyłem do Sallenael na wezwanie pana Sae’lienora. - oznajmił spokojnie, pokazując straży list, który miał być dowodem jego czystych zamiarów. Wiedział, że choć słowo elfa znaczy wiele, to w przypadku takiej persony może nie wystarczyć i żołnierze będą potrzebować dodatkowego dowodu - Jego także szukam, czy możecie mi zdradzić, gdzie go znajdę?
Strażnik, pochylając się z uwagą nad rozpostartym przed nim rozłożonym skrawkiem papieru pogrążył się na chwil kilka w lekturze. Po błysku w jego oczach dało się zauważyć, iż słyszał miano bohatera, a w każdym razie przykazano mu zwracać na nie uwagę, a więc tym samym więcej uwagi niż zazwyczaj poświęcił sprawdzaniu dokładnej tożsamości przybysza. Ostatecznie po krótkiej lekturze oddał list Orickowi, kłaniając się grzecznościowo.
- Oczywiście, mamy przykazane skierować pana do pana Sae’lienora natychmiast po pańskim przybyciu.
Orick wraz z eskortą już miał zamiar zebrać się do marszu, gdy drugi ze strażników gestem ręki powstrzymał go przed realizacją tego planu.
- Niestety, panie Raven, pańscy żołnierze nie mogą iść dalej. Wnoszenie uzbrojenia przez kogokolwiek poza strażą miejską jest ściśle zabronione.
Jeden z towarzyszących Orickowi gwardzistów skinął głową ze zrozumieniem.
- To prawda, panie Raven. Fakt, iż działamy z rozkazu i polecenia pana Sae’lienora nie ma tu żadnego znaczenia. Dalej musicie iść sami.
- W normalnych okolicznościach prosiłbym was, panie Raven, o złożenie również swojego kostura – dodał gwardzista – lecz liczę, iż wobec osoby pańskiego formatu nie będzie to koniecznym. Proszę o wybaczenie, że sugeruję nawet takie rozwiązanie.
Orick, bywając już w wielu różnych bogatych halach i miejscach wiedział doskonale, jak skrupulatna potrafiła bywać nań ochrona. Szczególnie wbijała mu się w pamięć jedna sytuacja, gdy podczas pełni księżyca ochroniarze w Lar’Dudanwall na przyjęciu w Domu Klonu stanęli przed wyjątkowym dylematem poproszenia Powiernika Pierścienia o złożenie jego potencjalnie morderczej broni. Gdyby nie natychmiastowa reakcja Matrony Domu Klonu cała sytuacja o mało a nie skończyła się wyjątkowym, społecznym nietaktem – posądzeniem Powiernika Pierścienia i bohatera wojennego o przybycie na przyjęcie celem mordowania pobratymców. Pechowych strażników wtedy, o ile Orick kojarzył, zwolniono ze służby jeszcze tego samego wieczoru. Szczęśliwie, tu obecni panowie wykazywali się odrobinę większą dawką rozsądku i nie stawali więcej adeptowi na drodze ku budynkowi Rady.
- Zapewne napotkacie pana Sae’lienora na drugim piętrze, w jego gabinecie. Pozwólcie, panie Raven, uczynić mi te honory, iż będę wam przewodnikiem – dodał po chwili ten sam gwardzista.
Elf ze spokojem wyczekał, aż strażnik zechce go wpuścić, Był mile zaskoczony tak ciepłym i honorowym przyjęciem i gdy żołnierze polecili mu, aby wszedł sam, bez ochrony, skinął głową.
- Ależ oczywiście, rozumiem waszą ostrożność. Zresztą wierzę, że za progiem tego budynku i tak mi nic nie grozi. - uśmiechnął się ciepło, zaś na wzmiankę o kosturze przycisnął go mocniej. Stary dobry czarodziejski pretekst "chyba nie chcesz pozbawić starca podpory?" nie zadziała, gdyż Orick był relatywnie młodym elfem. Odetchnął jednak z ulgą, gdy dowiedział się, że pozwolono mu zachować kostur, będący nie tylko bronią, lecz nawet i pamiątką.
- Dziękuję Ci za zaufanie - rzekł, skinąwszy głową strażnikowi - I nie musisz prosić mnie o wybaczenie, to raczej ja winien jestem ci stokrotne dzięki za życzliwość. W tym także i za bycie moim przewodnikiem. - Orick ruszył za gwardzistą.
Gwardzista ukłonił się jedynie, nie mówiąc już ani słowa. Dopiero teraz Orick zauważył, iż mężczyzna ów jest wyraźnie zmęczony. Jego migdałowe oczy koloru bursztynu były obecnie poznaczane ciemnymi pręgami i workami niewyspania. Na czole perliły mu się kropelki potu, zaś jego skóra przybrała bladego, niezdrowego odcienia. Strażnik najwyraźniej zauważył, iż Powiernik Pierścienia przygląda mu się z uwagę, bowiem uśmiechnął się z wysiłkiem, przepraszająco. Od pasa odtroczył skórzany, niewielki bukłaczek z – zapewne – wodą, po czym pociągnął zeń solidnego, zauważalnie głośnego łyka.
- Proszę wybaczyć chwilę zwłoki – wyjaśnij skrupulatnie, z zauważalnym bólem i chrypą w głosie – wczoraj urodziny Damiego były.
Orickowi miano „Dami” nic a nic nie mówiło. Nie znał żadnej osobistości w mieście, która mogłaby się tak dziwacznie, obco zwać, ani tym, bardziej nikogo, kto przyprawiłby porządnego strażnika o podobne katusze dnia następnego. Niemniej jednak, po chwili przerwy nie zdawało się mieć to dla bohatera większego znaczenia. Zdecydowanie ważniejszym był bowiem cel, do którego skacowany strażnik go prowadził, niż źródło samego kaca.
Po przekroczeniu bramy, dwójka elfów weszła do wnętrza Domu Rady. Potężny, zbudowany na planie koła hol powitał Oricka olśniewającą czystością, oraz gustem i smakiem wykonania. Budynek nie etapował bogactwem, ale widać było, iż projektanci wnętrz doskonale zasłużyli na swoje honoraria. Drewniana podłoga błyszczała, odbijając od siebie refleksy światła wpuszczane do środka przez wysokie, szklane okna. Droga Oricka wiodła na piętro budynku, przez szerokie, spiralne schody o poręczy stylizowanej na ciało niezwykle długiego węża, tuż pod ogromnym, kryształowym żyrandolem. Po całym budynku kręciło się całkiem sporo elfów. Tuż przy wejściu, za dębowym biurkiem o szerokim blacie siedziała elfka o włosach upiętych w wysoki kok, ubrana w obcisłe, gustownie skrojone szaty, zasypana dosłownie stertą papierów. Wszędzie kręcili się gwardziści, oraz niemała grupka zwykłych mieszkańców miasta, przybywających tutaj w sprawach swojego życia codziennego. Idąc po schodach na piętro, w połowie drogi bohatera minęła również wyjątkowej urody elfka o jasnych włosach, upiętych w kok, lecz z pozostawionymi dwoma cieniutkimi warkoczykami okalającymi jej zjawiskowo piękną twarz po obu jej stronach. Orick, bezwiednie taksując ją wzorkiem od głowy, poprzez krągłości biustu, wąskość talii oraz kobiecość bioder musiał przyznać, że pracując wśród takich istot jak ona, życie rządcy miejskiego wcale nie jest tak złym, jak mogłoby się wydawać (wada: kochaś). Orick dosyć szybko doszedł do wniosku, iż jeżeli przyjdzie mu spędzić tu więcej czasu, będzie potrzebował lepszego przewodnika niż zmęczonego gwardzistę. Budynek był naprawdę duży i o zagubienie się w gąszczu korytarzy nie było wcale trudno. Ostatecznie jednak, obydwoje zatrzymali się przed wysokimi, drewnianymi, dwuskrzydłowymi drzwiami. Gwardzista delikatnie zapukał, zaś w momencie, gdy zza ich powierzchni dobiegło ich stłumione „tak?”, uchylił je lekko, usłużnie informując:
- Pan Orick Raven właśnie przybył.
- Oczywiście! – głos elfa zza uchylonych drzwi momentalnie zmienił swój ton z uprzejmie zaciekawionego, na jowialnie radosny – Proszę wejść, proszę wejść.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2010-11-23, 21:10, w całości zmieniany 1 raz
Dami, Dami... dziwne imię, jak na elfa. Orickowi przywodził na myśl sadystycznego bajarza, który siedzi w karczmie i opowiada historie o dawnych czasach, skupiając się na tym, by bohaterowie jego legend mieli jak najbardziej pod górkę. Potem przypomniało mu się, że będąc dzieckiem słyszał opowiastkę od babci o trollu "Damim" mieszkającym w Tor'un. Podobno zjadał dzieci, pił dużo alkoholu i uczył się jak ostatni frajer, co do trolla niepodobne. Orick wzruszył ramionami i ruszył za strażnikiem.
Budynek zachwycił elfa. Owszem, spodziewał się luksusów i elegancji, ale nie aż w takim stopniu. Z każdego kąta w kierunku Oricka wypływało bogactwo i przepych, zaś dodatkowo obecność pięknych kobiet, wzbudzających niekoniecznie czyste myśli elfa, sprawiała, że ten bardzo chciał tutaj zamieszkać.
Słysząc "Pani", z ust wartownika, Orick skrzywił się nieco. Być może źle zrozumiał - zwłaszcza, że głos ze środka stanowczo należał do mężczyzny. A szkoda, elf znacznie bardziej wolałby mieć do czynienia z hojnie obdarzoną przez naturę kobietą, niż nawet najbogatszym i najlepiej wychowanym dostojnikiem. Posłusznie wszedł do środka.
Abstrahując od osobistych wyobrażeń i fantazji, Orick stanął po raz pierwszy tego dnia oko w oko z osobnikiem, który pośrednio, lub też całkiem bezpośrednio zdawał się stać za całą ową sytuacją. Kim jednak był Sae’lienor z Domu Nash’Abdar? Orick do tej pory nie miał okazji zamieniać z nim wielu słów. Kojarzył go głównie jako możnego maga, odpowiadającego za przesłuchanie Laeriana Gwiezdnego Żaru pięć lat temu, oraz osoby, która za swoim wstawiennictwem zapewniła Orickowi prawo do pięciominutowego wystąpienia przed Księżycowym Wiecem. W tamtych czasach jednak Orick nie przykładał wielkiej wagi do takich detali, jak polityka, prawodawstwo, oraz proste zależności, jak chociażby rozważania dlaczego tak niektóre instytucje funkcjonowały, a nie inaczej. Kim był Sae’lienor, iż pozwolono mu stać na czele Wiecu jako jego przewodniczący i koordynator kolejnych faz głosowań? Kim był Sae’lienor teraz, stojący na czele rady miasta Sallenael? Orick po przekroczeniu progu gabinetu znalazł się jak gdyby w innym świecie. Delikatny dźwięk zamykanych za nim drzwi zwiastował, iż prędko ze świata tego się również nie wydostanie. Sae’lienor urządził swój gabinet skromnie, lecz niezwykle gustownie. Ponad bogate zdobienia, mag wyraźnie przedkładał funkcjonalność. Nie brakowało tu ani potężnego regału zajmującego całą ścianę księgami i manuskryptami, jak i wysokich, kryształowych okien gwarantujących odpowiednią ilość światła jak i znakomity widok na północną część miasta. Nie brakowało tu biurka o potężnym, szerokim, polerowanym blacie, na którym panował nienaganny ład i porządek, jak również malutkiego, okrągłego stolika z kafarkami alkoholi. To przy nim właśnie znajdował się srebrny elf.
- Wina? – zapytał grzecznościowo, stawiając na stoliku dwa kryształowe pucharki o wysokich nóżkach.
Był wysoki, jak na typowego elfa przystało. Włosy koloru srebra opadały mu bujnymi falami na ramiona, lecz widać było po nich, iż były zadbane i nienagannie rozczesane, nie pozwalając sobie na choćby cień nieładu. Ciemnozielona szata z jedwabiu leśnych pająków złocona była na mankietach wyszywanym motywem różanym. Przenikliwe spojrzenie mądrych, wiekowych oczu penetrowało aktualnie na wylot stojącego przy drzwiach adepta. Nie, nie adepta. Adeptem Orick był pięć lat temu, gdy Sae’lienor odmówił mu swojej Krwi Elfów przed Wiecem. Obecnie Orick był Powiernikiem Pierścienia i kandydatem do Rady. Pozycje minimalnie się zmieniły więc.
- Wnioskując z pańskiej obecności mniemam, iż mój list dotarł do celu bez problemów?
Głos elfa był niski i uprzejmie neutralny. Dokładnie taki, jakiego należało się spodziewać u wstępu do niekoniecznie łatwej i krótkiej rozmowy.
Rzeczywiście, dopiero teraz do Oricka doszły wspomnienia, niewyraźne cienie dni minionych, które uświadomiły mu, że nie spotyka się ze swoim rozmówcą po raz pierwszy. Od dawna miał kiepską pamięć, niegdyś prowadził nawet specjalne notatki, w których zapisywał napotkane osoby i grupy, lecz z czasem zrezygnował z tej formy utrwalania zdarzeń. Widać był to błąd.
Wnętrze pomieszczenia nie zrobiło na elfie tak wielkiego wrażenia, jak wcześniej zrobił to hol, lecz nie na tym także się skupiał. Cała jego uwaga skierowana teraz była bowiem na Sae'lienora. Na propozycję wina, Orick skinął głową i podziękował uśmiechem. Rozejrzał się za miejscem do siedzenia, lecz nie śmiał spocząć, dopóki nie uzyska wyraźnego zezwolenia gospodarza.
- Tak, bez najmniejszych przeszkód - elf uśmiechnął się, skinąwszy głową i poprawiając włosy - Dziękuję za troskę. Całe szczęście, że czasy nie są już tak mroczne jak niegdyś... - rzekł, zdobywając się na małą dygresję. Ot tak, żeby rozmowa nie miała tak czysto formalnego tonu oraz poniekąd też dlatego, by dodać sobie odwagi. Czuł niemały dyskomfort i tremę, rozumiejąc powagę sytuacji i istotę rozmowy.
Kryształ zadzwonił czysto, gdy tylko zabulgotała w nim radośnie rubinowa czerwień wina. Sae'lienor usłużnie i z gracją podał Orickowi pucharek. Wykonany z wysokiej klasy i przejrzystości kryształu pucharek do wina posiadał niskie naczynie o bardzo szerokim obwodzie, oraz wysokiej nóżce tak, by ciepło dłoni nie ogrzało przypadkiem przyjemnie schłodzonego napoju. Samo wino, choć Orick nie był znawcą w tym zakresie, zdawało się być idealnie klarowane, oraz aromatyczne. Wszystko z dbałością o najmniejszy detal i dobrą kulturę. Sae'lienor gestem dłoni wskazał Orickowi wygodny fotel umiejscowiony po drugiej stronie biurka, po czym usiadł dopiero po tym, jak jego gość zajął wskazane miejsce.
- Cieszy mnie wobec tego tak szybkie pańskie przybycie.
Mag podniósł delikatnym gestem swój kieliszek ku górze, oddając honory swojemu gościowi. Patrząc z boku, obiektywnym okiem, mogłoby się wydawać, iż Orick jest jednym z wielu petentów, którzy mieli okazję zapewne widywać w tym gabinecie Sae'lienora właśnie z tej strony szerokiego, drewnianego blatu biurka. Jakże mylnym byłoby to przypuszczenie!
- Zaiste, wiele zmieniło się w ostatnich latach - ostrożnie podjął rozpoczęty temat gospodarz - wojna dobiegła końca, lecz to dopiero nasze dzieci będą w stanie ocenić, z jakim skutkiem. Jak zwykle bowiem w historii, jeden mrok odpędzono na chwilę, rozświetlając go kagankami nadziei, tworząc tym samym dziesiątki innych, wcale nie mniejszych cieni.
Sae'lienor delikatnie umoczył wargi w czerwieni wina, patrząc uważnie i badawczo na Oricka. Adept nie potrafił do końca rozgryźć tego spojrzenia. W jaki sposób był postrzegany? Jego gospodarz musiał być przynajmniej kilka, może kilkanaście razy starszy od niego. Co widziały te wiekowe oczy w nim, młodym Powierniku Pierścienia?
- Właśnie w tym między innymi celu prosiłem o przybycie Oricka Ravena do Sallenael. Ja, oraz cała Rada.
Orick wziął łyk wina, smakując je i rozkoszując się jego aromatem. Nie był smakoszem czy koneserem, lecz nawet on potrafił docenić wyborny trunek, jeżeli miał z takim do czynienia. I ten z pewnością do takowych należał. Następnie odłożył pucharek na blat biurka, po czym usiadł, podobnie jak jego rozmówca i zamienił się w słuch.
- Owszem, czasy zmieniły się i wierzę, że nasi potomkowie zapamiętają nas dobrze - rzekł Orick, uśmiechając się smutno - Za cenę wielu żyć naszych braci, udowodniliśmy chwałę i siłę naszego narodu. Był to czas wielkich elfów i nadal nie mogę wierzyć, że los powierzył mnie skromny udział i uczestnictwo w tych doniosłych wydarzeniach, u boku osób tak wspaniałych. Jeżeli zaś wspominany przez pana mrok powróci... - Orick zawiesił głos na chwilę, zbierając myśli - To wierzę, że i wtedy będziemy w stanie się zmobilizować, zanim dojdzie do większej tragedii. Oby jednak los uchronił nas przed cierpieniem.
Wziął kolejny łyk wina, słuchając ostatnich słów swego rozmówcy, po czym znów odłożył pucharek i skromnie splótł ręce, schylając głowę w geście pewnego uniżenia.
- Cóż, nie byłoby mnie tutaj, gdybym całym sercem nie cieszył się z powierzonego mnie zaufania. Chętnie wysłucham, co ma pan do powiedzenia. - powiedział, po czym spojrzał na swojego rozmówcę w pełnym skupieniu, oczekując, na to, co ten chce mu przekazać.
- Zło - Sae'lienor uśmiechnął się delikatnie w stronę swojego gościa - potrafi przybierać różne postaci.
To jedno zdanie stanowiło jedyny, lakoniczny komentarz do wypowiedzi Oricka. Zupełnie tak, jak gdyby mag pozostawił swojemu rozmówcy pewne wolne pole bez komentarza, do unikalnego wglądu własnego i własnych przemyśleń. W oczywisty sposób nie chciał on kontynuować tego wątku na głos, jednocześnie jednak uznając, iż pozostawienie tak ciekawej kwestii bez choćby zdania podsumowania byłoby oczywistym błędem.
Wargi maga po raz drugi delikatnie musnęły kryształ dzierżonego pucharu z winem. Pucharek z delikatnym stuknięciem spoczął po chwili na drewnie blatu biurka.
- Jak już napisałem w liście, zupełnie niedawno, Shealenor Eli’Velian, głowa domu Seladerine zmarł w nieszczęśliwym wypadku. Zgodnie z tradycją, stanowisko po nim w Radzie Miasta winien przejąć syn, zaś w razie braku takowego - brat. Pech dziejów niestety zechciał, iż jedynego syna Shealenor stracił pod Lanelle, zaś brat jego całkowicie jest niezainteresowany polityką, poświęciwszy swoje życie wyłącznie malarstwu. Nawiasem mówiąc, przedniemu.
Sae'lienor zaprzestał nareszcie wbijania swojego świdrującego spojrzenia w Oricka, kierując wzrok gdzieś, w bliżej nie określoną przestrzeń.
- Decyzja o tym, kogo powołać do Rady przypadła samej Radzie, zaś jak zwykle w takich sytuacjach Rada iście postradała zmysły. Każdy Dom najchętniej widziałby na wakującym miejscu swojego przedstawiciela, rzecz jasna. Po kilku dniach zajadłej dyskusji jasnym stało się, iż niemożliwym będzie osiągnięcie jakiegokolwiek konsensusu.
Na ustach maga pojawił się zagadkowy uśmieszek.
- Tutaj ciężar decyzji przypadł mnie, przewodniczącemu Rady. Ja zaś dałem Radzie prawo wyboru: albo członkiem obiorą kogoś spoza dotychczasowych Domów, albo decyzję podejmie Przewodniczący Rady Miasta Lar'dudanwall, Pani Shile. Jak łatwo sobie wyobrazić, konsens został osiągnięty w przeciągu jednej sesji obrad. Padło nazwisko powiernika pierścienia, Oricka Ravena, zaś Rada przyjęła go jednogłośnie.
Wzrok Sae'lienora ponownie utkwił w bohaterze.
- Rzecz jasna, nie mamy prawa czynić Pana członkiem Rady bez pańskiej zgody. Stąd moja prośba o przyjazd. Nawet zaś jeżeli Pan się zgodzi, Rada wciąż zastrzegła sobie miesięczny termin próby, jaki zostanie przed Panem postawiony, Panie Raven, zanim ostateczna decyzja zostanie podjęta.
- Czy jak do tej pory wszystko co powiedziane zostało między nami jest jasne i nie budzi żadnych wątpliwości?
Mag wysłuchał słów elfa z pełną uwagą, składając ręce w charakterystyczny "daszek" i co chwila kiwając głową i potakując, by pokazać rozmówcy, że nie uronił żadnego słowa z jego wyjaśnienia. Gdy pojawiło się imię Pani Shile, wzdrygnął się nieznacznie. Choć cieszyła się sporym szacunkiem, Orick nie ufał jej do końca. Nadal pamiętał jej radykalne podejście do sprawy wojny podczas wiecu i fakt, jak łatwo udało jej się do niego przekonać swoich braci. Był pewien, że ta kobieta mogła wykorzystać swój autorytet i siłę do czynienia rzeczy wielkich, nie za pomocą swoich rąk. Wielkich i niebezpiecznych. Nigdy jednak z nikim nie podzielił się swoimi przemyśleniami na jej temat.
Gdy Sae'lienor zakończył, elf pokiwał głową.
- Miesiąc próby, rozumiem. Chciałbym jednak wiedzieć, na czym dokładnie miałyby polegać moje kompetencje, obowiązki. Sam pan rozumie, nie chcę zgłaszać się do czegoś, co mogłoby okazać się odpowiedzialnością i powinnością ponad moją skromną osobę. Chodzi wszak o dobro miasta i naszych braci. - zauważył, obracając pierścień na palcu.
Sae’lienor skinął głową ze zrozumieniem. Mag zdawał sobie doskonale zdawać sprawę z tego, iż jego propozycja mogła u większości osób wywołać skrajną reakcję sprzeciwu. Nie każdy gotów byłby podjąć się podobnego zobowiązania, które spadło nań dosłownie w jasnego nieba, nie mając żadnego uprzedniego przygotowania czy to prawnego, czy to administracyjnego. Bądź co bądź, z wielką władzą z reguły idzie wielka odpowiedzialność, jak to w popularnej legendzie powiada porzekadło.
- Nie zgłoszono by pańskiej kandydatury, Oricku, gdyby ktokolwiek w Radzie wątpił w to, czy sobie poradzicie – odpowiedział spokojnie mag – owszem, nie ukrywam, nie będzie to zadanie łatwe, lecz podjęliśmy już teraz pewne środki, by możliwie złagodzić pańskie twarde zderzenie z realiami polityki Sallenael.
Mag uśmiechnął się ponownie, choć równie zagadkowo, co uprzednio.
- Kompetencje członka Rady to kompetencje samej Rady. Pańskim głównym obowiązkiem byłoby uczestnictwo w jej posiedzeniach. Rada jako najwyższy organ administracyjny miasta Sallenael odpowiada za całokształt jego polityki zagranicznej oraz wewnętrznej. W kompetencji Rady jest zawieranie umów z innymi miastami, zarówno handlowych jak i militarnych, jak również przyjmowanie delegacji z innych ras i nacji. Rada ustala budżet miasta na nadchodzący rok oraz stawki podatkowe oraz listy produktów zakazanych. Rada ustala warunki wydawania koncesji na prowadzenie lokalnych interesów. Oczywiście, wiele z tych czynności wykonywana jest przez urzędników wykonawczych, lecz to w kompetencji Rady leży ustalenie konkretnych warunków ich pracy. Szczęśliwie, rozmowy nad budżetem już mamy za sobą, więc raczej przymusowej nauki ekonomii w tym miesiącu nie będziecie musieli odbyć. Cóż więcej? Rada wybiera najwyższych urzędników miejskich oraz mianuje kapitana straży miejskiej oraz odpowiada za organizację lokalnych sił zbrojnych.
Delikatny łyk wina.
- Ponadto w kompetencji Rady leży szereg uprawnień sądowniczych. Rada rozpatruje zapytania prawne od Sędziów Pokoju, którzy nie mogą poradzić sobie z konkretną sprawą.
Orick wiedział, iż w Księżycowych Lasach, poza przypadkami przyłapania zbrodniarza na gorącym uczynku, gdzie sąd następował natychmiast, wykonywany przez odpowiednie służby porządkowe, sprawy o większym stopniu skomplikowania cywilne oraz karne rozpatrywane były przez Sędziów Pokoju. Sędziowie byli wybierani spośród obywateli o nieskalanej opinii i uznaniu w społeczeństwie i orzekali oni w oparciu o literę prawa, odpowiednie dowody oraz opinię własną. Od decyzji Sędziów Pokoju z reguły nie przysługiwały odwołania. Tylko w wyjątkowych wypadkach skomplikowania lub wagi spraw dozwolone było jej ponowne rozpatrzenie przez kolegialny organ, złożony z losowo wybranych trzech sędziów pokoju. Każdy wyrok był przedstawiany odpowiednim organom władzy elfie i podlegał zatwierdzeniu.
- Rada posiada wyłączną kompetencję do rozpatrywania spraw cywilnych z zakresu obrotu nieruchomościami. Jak zapewne się domyślasz, w miastach takich jak nasze, położonych blisko sto metrów ponad powierzchnią ziemi posiadanie nieruchomości to interes na tyle intratny, iż wymaga specjalnego wglądu organów najwyższej wagi. Podobnież Rada sądzi przestępstwa polityczne, najcięższe sprawy karne, oraz wszystkie te sprawy, z którymi nawet trójka sędziów pokoju nie potrafiła dać sobie rady.
Sae’lienor machnął dłonią w powietrzu, jak gdyby z lekkim lekceważeniem.
- To musi w twoich uszach brzmieć niezwykle groźnie – rzekł – lecz uwierz mi na słowo, iż to tylko takie pierwsze wrażenie. W rzeczywistości spotkania Rady to spotkania jedenastki nudnych elfów, którzy obradują bez końca nad każdym nawet najmniejszym problemem teoretycznym i prawnym.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wysłuchawszy uważnie słów rozmówcy i popijając wino, Orick niemalże zatopił się w fotelu, próbując wyobrazić sobie to wszystko. Ot on, zwykły adept, który już dawno temu porzucił ścieżki magii, znalazłby się nagle w gronie osób znacznie potężniejszych, szlachetniejszych i mądrzejszych niż on sam. Obracając pierścień w palcu zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak. Na pewno było dużo więcej osób znacznie bardziej nadających się do tej roli, osób, które miasto znają od podszewki i które znacznie lepiej zdają sobie sprawę z jego potrzeb.
Dlaczego więc akurat Orick?
Spojrzał na swój pierścień i zrozumiał. Były dwie opcje - albo ktoś chciał go wykończyć, usunąć, zauważywszy, że z czasem mógłby stać się, właśnie ze względu na ten artefakt, kimś potężnym, albo miał być narzędziem. Narzędziem doskonałym, wszak tak naiwnym, ślepo spełniającym zachcianki osoby, która pociąga za sznurki. Nietrudno było wszak Orickiem manipulować, elf doskonale zdawał sobie z tego sprawę: wystarczyło przecież omamić go hasłami takimi jak "dobro narodu", "patriotyzm"", "szlachetność" czy "powinność Powiernika Pierścienia", a Orick zrobiłby to, co się mu nakazuje. Ryzyko, że ktoś blefuje, byłoby przecież zbyt duże.
Ale kto? I czy elf na pewno ma rację?
- Wszystko, co pan mówi, jest szczególnie interesujące - przyznał adept, podnosząc wzrok na swojego rozmówcę, starając się, by na jego twarzy nie pojawił się ani cień troski o to, czym przed chwilą myślał. - I myślę, że byłbym w stanie podołać temu zadaniu. Oczywiście w ramach miesiąca próby - dodał szybko, by nie wyjść na zbyt pewnego siebie - Ciekawi mnie tylko, dlaczego ja? Kto dokładnie wysunął moją kandydaturę?
Chwila prawdy? zapytał w myślach Orick, choć spodziewał się odpowiedzi wymijającej lub takiej, która całą jego konspiracyjną teorię wywróciłaby do góry nogami.
Wino należało do tego miłego podniebieniom gatunku win, które było na tyle mocne, by poczuć w sobie ciepło alkoholu po każdym łyku, lecz jednocześnie na tyle słabe, by alkohol ten cieszył nie uderzając zbyt szybko do głowy. Było na tyle słodkie, by słodycz ta wywoływała rozkoszne doznania smakowe u pijącego, lecz zarazem na tyle cierpkie, by wiedział on, iż pije wytrawny trunek, a nie jego tani, niegodny czasu i pieniędzy weń zainwestowanych odpowiednik dla biedoty miejskiej. Słowem, było to wino godne stołu przewodniczącego Rady Miejskiej miasta Sallenael. Aż można było przez chwilę poddać się smutnej refleksji, iż nie jest się koneserem alkoholi na tyle, by móc uraczyć swojego rozmówcę trafnym odgadnięciem konsumowanej właśnie marki, lub też zabawną anegdotką dotyczącą spożywanego trunku. Któż by jednak, z drugiej strony, zaprzątał sobie głowę takimi faktami, nieistotnymi w gruncie rzeczy, podczas gdy naprawdę istotną zdawała się być odpowiedź na zgoła inne, witalne pytanie.
- Ciekawi mnie tylko, dlaczego ja? Kto dokładnie wysunął moją kandydaturę?
Orick zadał swoje pytanie, wielką wagę przywiązując do tego, by zabrzmiało ono naturalnie i banalnie, wprost wynikając z toku prowadzonej rozmowy. Tak, by wydawało się ono zwyczajną koleją rzeczy, zwyczajną kwestią, której nie wypada wręcz nie omówić podczas dyskusji na temat swojego miejsca w radzie miejskiej. Tak, by, na bogów, rozmówca nie zorientował się i nie przejrzał targających siedzącym naprzeciw niego elfem emocji i obaw. Orick, rzecz jasna, nie był w stanie ocenić, na ile manewr maskowania własnych intencji się powiódł a na ile został rozszyfrowany. Dość jednak rzec, iż w zachowaniu Sae'lienora nie dostrzegł młody adept żadnego symptomy zdradzającego fiasko swojej sztuki. Wnioski mogły płynąć zeń dwojakie. Albo Orick faktycznie skutecznie ukrył swoje emocje przed magiem, albo to sam mag był mistrzem kamuflażu i sztuki prowadzenia konwersacji.
- O ile pamięć mnie nie myli - zaczął Sae'lienor, w sposób oczywisty korzystając jedynie z pewnej figury retorycznej. Nie do pomyślenia wydawał się fakt, by osoba jego pokroju mogła mieć problemy z pamięcią - pańską kandydaturę wniósł Dom Olenari, kolegialnie.
- Musisz bowiem wiedzieć, Oricku, iż z chwilą objęcia swojego stanowiska, sytuacja w Radzie ulegnie znacznemu skomplikowaniu. Do tej pory, tradycyjnie, miejsca w Radzie dzieliły się pomiędzy trzy Domy: Seladerine, Me'aleve, oraz Olenari właśnie. Po trzy miejsca dla każdego, co daje łącznie dziewięć miejsc. Ostatnie, dziesiąte miejsce, z reguły należało do elfa niezrzeszonego, niezwiązanego z żadnym z głównych domów. Ostatnim, jedenastym członkiem Rady jest jej przewodniczący, bez prawa głosu, lecz z prawem rozstrzygania w kwestiach rozłożenia się równej liczby głosów pomiędzy sporne kwestie, oraz innymi kompetencjami wykonawczymi.
- Teraz elfów niezrzeszonych będzie dwóch. - spokojnie kontynuował wykład mag.
Wino powoli kończyło się w obu kieliszkach, lecz gospodarz nie proponował dolewki.
Adept uśmiechnął się sam do siebie. Dom Olenari. Jak przypominał sobie ze swojego poprzedniego pobytu tutaj, cieszył się on złą sławą. Dlaczego tak zależało im na Oricku? Czyżby liczyli, że uzyskawszy jego przychylność, otrzymają czwarty, często decydujący głos?
Mag zmarszczył czoło, frasując się własnymi przemyśleniami i zastygając w bezruchu, z dłonią trzymającą pucharek wina, lecz nie sięgając nim do ust. Coraz bardziej wydawało mu się, że wkracza głęboko w bardzo skomplikowany i nieznany mu świat, który może mu spłatać wiele figli. Ryzyko było duże, lecz była to jedna z niewielu szans dla Oricka na rozwinięcie skrzydeł i ruszenie dalej, wyżej...
Rzucił okiem na pierścień. Nie nosił go bez powodu.
- Rozumiem, zatem zapewne jako niezrzeszony członek cieszyłbym się... hmm... szczególnym zainteresowaniem domów w sprawach spornych - oznajmił, raczej do siebie, niż by zdradzić Sae'lienorowi coś, co sam wie zapewne doskonale - Niewątpliwie czeka mnie ciężkie zadanie, ale zgodzę się. - oznajmił poważnie - Dołożę wszelkich starań, by to miasto rosło w siłę, a jego mieszkańcy żyli w dostatku. Domyślam się, że czeka mnie jakieś oficjalne zaprzysiężenie? - zapytał, biorąc wreszcie łyk trunku, oczekując odpowiedzi.
Sae’lienor uśmiechnął się leciutko, jak gdyby spodziewając się podobnej odpowiedzi po młodym adepcie siedzącym po drugiej stronie jego przepastnego biurka. Jego kieliszek wina z delikatnym stuknięciem spoczął na drewnianym blacie mebla. Oczy maga pozostały jednak równie bezkresnymi i tajemniczymi, co nie dalej jak pół godziny temu.
- Znakomicie – rzekł, nie komentując ni słowem wypowiedzi Oricka.
- Zaprzysiężenie, naturalnie, jest w planach, lecz dopiero w chwili, gdy minie miesięczny okres próby – wyjaśnił spokojnie mag – póki co jednak, czeka cię wystarczająca ilość wyzwań i testów, by nie wiązać przedwcześnie zbyt wielkich sił i przysiąg w nasze, oficjalne, sprawy.
Sae’lienor wstał, poprawiając niedbałym gestem spoczywającą na nim szatę, która i bez owego zabiegu sprawiała wrażenie idealnie skrojonej, oraz pozbawionej nawet jednej, przypadkowej rysy czy zagięcia materiału.
- Dom Seladerine wysunął pod publiczną debatę propozycję ofertę zamieszkania pańskiej osoby w jego salach. Pozostałe domy uznały ten zabieg za dopuszczalny z racji faktu, iż to właśnie ten dom pozostawił miejsce w radzie wakującym dla pana, panie Raven. – kontynuował wyjaśnienia spokojnie mag. Oczywiście, od pańskiej wyłącznie decyzji zależy, czy skorzysta pan z gościnności Domu, czy też zdecyduje się na inne miejsce zakwaterowania.
Za innymi miejscami zakwaterowania niewątpliwie przemawiał argument niezależności. Intelekt Orick podpowiadał mu bezwzględnie, iż dom Seladerine nie oferuje mu noclegu i utrzymania za dobre słowo jedynie i że ponad wszelką wątpliwość oczekuje czegoś od niego w zamian, jak wszystkie domy mające swoje miejsca w Radzie. Jednocześnie jednak ten sam intelekt bohatera podpowiadał, iż miesięczne lokum w dowolnej, nawet najtańszej karczmie w mieście było wydatkiem, którego Powiernik Pierścienia nie mógł na siebie przyjąć przy jego obecnym stanie sakiewki. Poza tym, jakkolwiek sprytne by zagrywki poszczególnych domów nie były – on był wstanie je przezwyciężyć!
Sae’lienor wstał zza biurka.
- Oczekiwać będę pana jutrem po południu na przyjęciu mającym zatwierdzić pana jako oficjalnego kandydata na miejsce w radzie – oznajmił spokojnie – póki co proszę jednak udać się przed budynek Rady. Wyznaczyliśmy specjalnie dla pańskich potrzeb jednego z pracowników Urzędu, młodego kleryka, jako pańskiego doradcę i tutora w zależności od potrzeb. Będzie oczekiwał pana przed bramą Rady Miasta. Sądzę, iż bez problemu pan sobie poradzi.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Po wysłuchaniu słów rozmówcy, szczególnie odnośnie zakwaterowania, Orick poruszył się nerwowo. Odrzucenie oferty domu Seladerine byłoby uważane co najmniej za coś nieuprzejmego i nietaktownego, a taki afekt był ostatnią rzeczą, jakiej by teraz potrzebował, na samym starcie swojej 'kariery'. Wolał jednak na spokojnie zobaczyć owe mieszkanie, kto wie, może wówczas wyjdą na jaw prawdziwe zamiary jego 'gospodarzy'.
- Dziękuję za poświęcony mi czas i za sam fakt obdarzenia mnie zaufaniem - rzekł elf, kłaniając się nisko i z uśmiechem. - Oraz za owego urzędnika... Z pewnością przyda mi się ktoś taki. - Orick stał już za swoim stołkiem, czekając, aż będzie mógł odejść. Nie chciał odwrócić się i pójść w swoją stronę, to byłoby wielce nietaktowne.
Mag odwzajemnił zarówno ukłon, niski i wyrażający szacunek, jak i zdecydowanie mniej formalny uśmiech. Może nazwanie tego ostatniego mianem „przyjacielskiego” byłoby sporym nadużyciem, gdyż z całą pewnością nie było żadnej podstawy do takowej relacji między dwoma elfami, lecz z całą pewnością uśmiechy nie należały również do standardowych reakcji w relacjach na linii – przewodniczący rady a kandydat na radnego. Uśmiech, wobec tego, skoro już zaistniał, z pewnością nie pojawił się na twarzy bez powodu i nie wyrażał zupełnie niczego. Jak to jednak uśmiechy mają w swoim zwyczaju, interpretować można było go na tyle sposobów, ile było osób go postrzegających. Póki co jednak obaj elfowie, powstawszy ze swoich miejsc i wymieniwszy grzecznościowe pożegnania, mogli zakończyć konwersację i zająć innymi, nie mniej ważnymi sprawami.
- Niech światło księżyca cię opromienia, Oricku.
Rzekł na pożegnanie Sae’lienor. Po chwili drzwi do jego gabinetu zamknęły się za adeptem, zaś ten znalazł się z powrotem w korytarzu na piętrze budynku rady. Po strażniku, który go tutaj jednak pierwotnie zaprowadził nie było jednak ani śladu. Drogę jednak Orick, na ile intelekt go nie zwodził, był sobie w stanie swobodnie i bez trudu przypomnieć. Ostatecznie, pomimo całego rozbudowania kompleksu pomieszczeń i korytarzy, nie było wcale tak daleko, aby zupełnie stracić orientację.
Nie czekając długo, elf ruszył plątaniną korytarzy. Miał cichą nadzieję, że jakoś trafi do wyjścia, lecz gdyby tylko zgubił drogę - zapytał strażnika, lub kogokolwiek, kto stał blisko. Jednocześnie niekoniecznie jasne i radosne myśli krążyły po jego głowie. Właśnie rozpoczynał się szczególny rozdział w jego życiu i czuł się zagubiony, jak nigdy wcześniej. A stawał przecież przed zadaniami i niebezpieczeństwami znacznie większymi. Co sprawiało, że Orick czuł się tak nieswojo?
Czas pokaże.
Obecnie jedynym zadaniem, jakie stało naprzeciw młodego adepta sztuk magicznych, który dziwnym trafem stał się posiadaczem jednego z najpotężniejszych artefaktów współczesnego świata było wydostanie się o własnych siłach z nieprzebytego labiryntu korytarzy budynku rady. Szczęśliwie dla bohatera, wszelako, intelekt i umiejętność odnajdywania drogi pod tym względem go nie zawiodły. Gdy tylko dotarł do charakterystycznej klatki schodowej, Orick nabrał niezmąconej pewności, iż do wyjścia pozostało mu zaledwie kilka kroków. Nawet elfka, siedząca za szerokim biurkiem pozbyła się już owej ogromnej sterty papierów i pergaminów, które wcześniej pochłaniały całą jej uwagę. Nie poskąpiła też Orickowi promiennego uśmiechu i skinienia głowy na pożegnanie. Orick nie miał wątpliwości, iż gesty te pełniejsze były wyuczonej grzeczności niż kokieterii, ale i z drugiej strony nie mógł nie zauważyć, iż elfka należała do tej licznej w Księżycowych Lasach grupy kobiet zdecydowanie wartych męskiej uwagi. Abstrahując już jednak od rozważań dotyczących znajdowania drogi oraz kobiecych narządów wszelkiej maści, powiernik pierścienia wydostał się z budynku rady, ponownie odnajdując się blisko bramy pilnowanej przez obolałego strażnika i jego towarzysza. Oprócz nich w pobliżu kręciła się również trzecia persona, nerwowo spacerująca to w jedną, to w drugą stronę wzdłuż bramy. Na widok Oricka persona owa zatrzymała się, nerwowym gestem poprawiając na sobie ułożenie zgrzebnej, niemiłosiernie pomiętoszonej i pozaginanej szaty. Pod pachą osobnik ów trzymał spore naręcze pergaminów i ksiąg. Odrobinę ułożone w artystycznym nieładzie włosy opadały mu srebrnymi kosmykami na czoło i ramiona. Mimo to uśmiech mężczyzny, lub też „jeszcze niedawno chłopca” sprawiał wrażenie sympatycznego i inteligentnego. Ogólnie chłopak wyglądał jak żywa personifikacja archetypu roztargnionego, wiecznie rozerwanego na milion obowiązków studenta.
- W-witam szanownego pana, panie Raven – skłonił się nisko, gdy tylko Orick uczynił kilka kroków w stronę bramy – moje miano b-brzmi Lilieon Tel’Naram. Przykazano mi tutaj czekać na p-pana.
Sądząc z głosu i intonacji oraz składni gramatycznej zdań, Lilieon zaiste był człowiekiem dużej wiedzy i inteligencji jak na swój niepozorny wygląd. Uwadze Oricka nie umknął fakt, iż głos chłopca drgał ze zdenerwowania, jąkając się lekko. Ciężko było jednak orzec, czy fakt jąkania się był wadą wrodzoną Lilieona, czy też wynikał z presji chwili.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum