Najemnik walczący u boku drowa nie miał już kogo dobijać, zajął się więc pomocą przy pozostałych dwóch przeciwnikach.
Napastnicy jednak zdawali się być nie całkiem przejęci, ani słowami Peliosa, ani śmiercią ich kompana. Z błyskiem w oczach kontynuowali zabawę w zabijanie. Sojusznik bohatera jakby zrozumiał jego zamiar, i bronił ich obu przed atakami bandytów, w czasie gdy Pelios miał razić ich celnymi pchnięciami. Bohater zdążył jednak zranić jednego z przeciwników tylko dwa razy, gdy stało się coś, co zaskoczyło go całkowicie. Ranny napastnik rzucił się całym ciałem na najemnika u boku bohatera i przytrzymał go, w czasie, gdy drugi z napastników na ślepo ciął po obu. Po chwili zarówno ochroniarz jak i bandyta leżeli trupem na pokładzie. Peliosowi pozostał tylko jeden przeciwnik, ale został też bez pomocy.
Ostatnio zmieniony przez Khazarid 2014-09-24, 22:25, w całości zmieniany 1 raz
Śmierć wokoło nie zrobiła na Peliosie większego wrażenia, sam miał z nią styczność już wiele razy, zadawaniem jej zaś zwykł się delektować.
Obecnie stał naprzeciwko jednego jedynie oponenta. Chociaż uważał go za zwykłego kmiotka, nie zamierzał w najmniejszym stopniu pozwolić ulecieć adrenalinie. Mięsnie miał równie zwarte i gotowe jak gdyby walczył z samym Kataxxu.
Pozwolił sobie jednak na złowieszczy uśmiech. Jasne zęby przyświecające pośród czerni skóry i ubioru.
Ruszył.
Gotowy do uniku w razie potrzeby, podskoczył do oponenta. Sztylet pomknął prosto w kierunku gardła stojącego przed nim łupieżcy. Potem ciął znowu celując w odsłonięte części ciała. Znowu i znowu, aż do osiągnięcia zamierzonego efektu. Tym zaś było uśmiercenie bądź unieszkodliwienie przeciwnika.
W momencie, gdy Pelios zdecydował się ruszyć na przeciwnika, usłyszał z kierunku brzegu głośny, przenikliwy okrzyk. Błysk w oku bandyty przed bohaterem nagle zniknął, jakby zasmucił się bardzo wydanym rozkazem. Gdy drow przygotowywał się do ewentualnego uniku, człowiek wyciągnął zza pasa podłużny obiekt, z którego wystawał krótki sznurek. Pelios nie potrzebował nawet chwili, by poznać rzecz w ręku łupieżcy. Była to bomba dymna. Wiedza ta nie pomogła jednak bohaterowi. Nim Pelios dopadł do niego, sznurek już został wyciągnięty i człowiek cisnął bombę na pokład. Jeszcze zanim zasłona wybuchnęła, drow zobaczył, jak napastnik obraca się i szykuje do ucieczki drogą, którą przybył.
Wiał niewielki wiaterek, bohater mógł być pewien, że dym z bomby rozwieje się nie dłużej niż w pół minuty. Przy przeciwległej burcie również widok powinien być czysty, więc gdyby bohater dogonił człowieka, miałby czyste pole do walki. Ochroniarze za plecami Peliosa na pewno nie widzieli całkiem nic, ale dotyczyło to z pewnością i napastników. Nawet ten, który pozostał z łukiem na brzegu nie powinien mieć szans na czysty strzał.
Ta myśl dodała otuchy drowowi, przywodząc przy okazji obraz wielokrotnych polowań w górach - tfu - środka świata.
Dym czy nie, starał się zaszarżować na jednego z obecnych na pokładzie nieznajomych. Dopadnięcie go teraz dawało mu przewagę zaskoczenia, której nie mógł tak po prostu zignorować.
Knykcie dłoni zaciśniętej na sztylecie zdążyły już zbieleć w oczekiwaniu. Oczyma wyobraźni widział ostrze zatapiające się w karku swej ofiary i przerażone oczy, z których powoli acz nieubłaganie uciekało życie.
Uśmiech na twarzy elfa stał się jeszcze szerszy.
Jednak gdy Pelios dopadł do drugiej burty jedynym co zobaczył był ostatni z napastników przeskakujący płynnym ruchem przez relingi. Dwa następujące potem po sobie pluski upewniły drowa, że obaj z ludzi uciekli z pokładu.
Najemnik, który walczył u boku drowa dołączył teraz do niego, stając lekko z tyłu z lewej strony. Dym z bomby zaczął się już rozwiewać.
Przez niknącą zasłonę Pelios mógł dostrzec, że po stronie obrońców nie było już więcej strat. Paru marynarzy również stało teraz na pokładzie, dzierżąc kordy, tasaki i noże. Drow nie był pewien, czy obecna część załogi wybiegła dopiero teraz, jak sytuacja stała się już bezpieczna, czy też pomagała w walce od strony brzegu.
- Mogło być kiepsko - stwierdził z uznaniem człowiek. - Gdybyś ich nie dostrzegł...
- Nadal może być kiepsko - skwitował Pelios z niesmakiem w głosie, który jednak wynikał bardziej z ucieczki zwierzyny, niż z sytuacji na pokładzie.
Powolna analiza owej sytuacji dała drowowi do zrozumienia, że nie jest najgorzej.
- Dopilnuj by nic nie powróciło na pokład od tej strony - rzucił do człowieka wskazując na burtę, z której właśnie uciekli napastnicy.
Sam ruszył na przeciwną stronę pokładu by dopilnować jak najszybszego zakończenia walk.
Jeśli jakiś nieprzyjacielski karaluch nadal walał się po pokładzie, natychmiast zaszarżował aby przeciąć mu więzadła przy stopie lub kolanie. Pochwycenie jednego żywego mogło okazać się bardzo pomocne. Poza tym tego którego unieszkodliwi osobiście, mógł sam przeszukać i zabrać jegomościowi wszystko co chciał. Przynajmniej zakładał, że tak to działa.
W burcie wciąż tkwiły wbite haki. Dwa, solidne stalowe, każdy z trzeba zębami. Do końca każdego z nich przywiązana była lina. Bez ich pomocy napastnicy z pewnością nie byliby w stanie wspiąć się na pokład statku.
Człowiek, słysząc słowa Peliosa odciął liny od haków, po czym stanął oparty o reling i wpatrywał się w wodę.
Żaden żywy przeciwnik nie ostał się na pokładzie. Ci, którzy walczyli po stronie brzegu właśnie znikali wśród piasków pustyni; wciąż byli dość blisko, jednak ich ubrania i noc zdecydowanie utrudniały ich spostrzeżenie. Zielony elf, nie posiadając wzroku Peliosa, nie był już w stanie porządnie wycelować strzału z łuku. Ewidentnie zdecydował się nie marnować pocisków na ślepe próby, bowiem łuk odłożył do sajdaka, a kołczan zrzucił z ramienia.
- Zarobiliście na swoją zapłatę, chłopcy - rzucił kapitan donośnym głosem. Sam przy pasie też miał pokaźnych rozmiarów kord, choć raczej na wypadek porażki ochrony. Nikt, nawet najemnicy, nie mogli przecież oczekiwać, że dowódca jednostki będzie walczył w pierwszej linii.
Przeszukanie pokonanych napastników nie przyniosło Peliosowi żadnych bogactw. Ci ludzie z pewnością przybyli tu z całkiem niedaleka, i tylko z jedną rzeczą w głowie. Nie mieli przy sobie jednej monety, nie mieli jedzenia ani bukłaków. Mieli tylko swoje ubrania i broń. I parę worków na łupy - teraz całkiem pustych.
Pierdoleni piraci
Nawet zarobić się z nich niczego nie dało.
Zakończywszy przeszukiwanie tego co na pokładzie jeszcze leżało, Pelios z całej siły potraktował kopnięciem głowę ścierwa, po czym splunął prosto na jego pierś.
Następnie skierował swe kroki w stronę kapitana, po drodze oceniając stan załogi. Głównie interesowało go czy na pokładzie walają się zwłoki kogoś z 'personelu' łajby włącznie z najemnikami.
- Ile czasu zostało nam do morza? - rzucił w stronę kapitana z niekrytym niesmakiem wymalowanym na twarzy.
Drow czuł się wyjątkowo niepocieszony. Miał nadzieję dopaść jednego z napastników i zabawić się z nim na swój....dosyć pokręcony sposób...oczywiście w celu wyciągnięcia informacji....
Z ciałem da się zrobić niezwykle wiele nim upływ krwi pozbawi je przytomności.
- Przy dobrych wiatrach cztery dni - odparł kapitan, mierząc wzrokiem brzeg, z którego zaatakowali ludzie. - Przy złych, tydzień.
Kapitan stał tak jeszcze chwilę, po czym zdjął kapelusz i przejechał wierzchem dłoni po czole, ocierając pot.
- Uratowałeś nam rzyci, żeś zauważył tych ludzi pustyni. Klany koczujące przy rzece żyją z łupienia okrętów. Zmora wszystkich handlarzy... i żeglarzy, owszem - człowiek odwrócił się do Peliosa i spojrzał mu prosto w oczy. - Przydałby mi się taki ktoś na okręcie. Nie myślałeś, żeby zaciągnąć się na stałe? Płaca rozsądna, koje, zresztą jak widziałeś, najwygodniejsze w całym Erxen, a już na pewno Imperium. A i podróże są, i życie ciekawe...
Machnął po tym ręką, jakby i tak nie spodziewał się zgody, i odszedł w kierunku swojej kajuty.
Propozycja kapitana sprawiła jeno, że samopoczucie Peliosa jedynie się pogorszyło.
- Nie dzięki, jeśli Vestriel pozwoli nigdy więcej nie będę miał styczności z waszymi wodnymi powozami.
Reakcja kapitana była nad wyraz wskazana i pożądana. Drow nie miał ochoty na dalsze rozmowy. Pospozierał jeno przez chwilę spode łba na współpasażerów, po czym ruszył w stronę swojej kabiny.
Nie miał nic więcej do przekazania reszcie pieprzonej załogi. W zasadzie miał ich gdzieś. Gdyby wszyscy teraz wyskoczyli za burtę, przejąłby się owszem. W końcu mieli przed sobą jeszcze przynajmniej 4 dni potencjalnych ataków.
Pelios w sumie nie wiedział jak sprawa wygląda po wyjściu na morze. Miał jednak przeświadczenie, iż wtedy ataku ustaną. Przeto na środku jeziora nikt cię nie napadnie. A morze ponoć jest dużo od jeziora większe.
Na dalszą wartę tej nocy wybrano grupkę marynarzy. Cała załoga uznała jednogłośnie, że całej ochronie należy się odpoczynek. Martwi najemnicy, morskim zwyczajem, zostali wrzuceni do wody, z odpowiednimi honorami. O tym wszystkim Pelios usłyszał już później, bowiem sam wrócił do swojej koi. Tej nocy nikt już nic od niego nie chciał, żaden z ochroniarzy nie zdawał się być skory do rozmowy.
Następnego dnia okazało się, że jednego z marynarzy brakuje. Co nie zaskoczyło nikogo, był ciemniejszej karnacji, podobnie jak ludzie żyjący w pobliżu pustyń Morterry. Zaciągnął się na statek również stosunkowo niedawno. Konkluzja wyciągnięta została szybko: był to człowiek związany z napastnikami, w jakiś sposób przekazujący wiadomości o ich położeniu i o bogatym ładunku. W obliczu porażki uciekł pod osłoną nocy, by dołączyć do swoich. Cała załoga była z tego powodu niepocieszona, chętnie powiesiliby kurwiego syna na rei.
Wniosek z ucieczki marynarza okazał się być trafny. Aż do końca rzeki nie wydarzył się już żaden incydent. Ta część podróży była okrutnie monotonna, co też z pewnością nikomu szczególnie nie przeszkadzało.
Kapitan stwierdził, że jeżeli wiatry się utrzymają, cztery dni powinny wystarczyć, by okręt dotarł do celu. Raz tylko po drodze mieli zawinąć do portu aby poddać się ocleniu. Poza tym statek miał płynąć dniami i nocami, nie było więc już potrzeby wystawiać nocnych wart.
- No, teraz to już będzie zupełnie coś innego - rzucił z uśmiechem krasnolud przy ostatnim śniadaniu na rzece. - Płynął któryś z was kiedyś morzem? Ha, zobaczymy teraz, który z was twardy!
- Co masz na myśli? - rzucił elf przeżuwająć kolejny kęs podanego śniadania. Sztylet przeciął kęs strawy kierując go do ust zwinnym sprawnym ruchem.
Pelios nie miał żadnego doświadczenia w morskiej podróży, toteż każda informacja na jej temat miała dla niego bardzo duże znaczenie. Krasnolud zdawał się zorientowany w temacie.
- Ha! Bandyci, bitki i podrzynanie gardeł to nic, w porównaniu do tego, co spotka nas na morzu!
- Co, piraci i potwory morskie? - zapytał kpiącym głosem ktoś z załogi.
- Chciałbyś - odparł, po czym zaśmiał się krasnolud. - Zabrzmi to niewinnie, ale na morzu buja. Oj, tak. Góra, dół, góra i dół. Metr do góry, metr do dołu. Żołądek podchodzi do gardła, członki nie chcą się słuchać głowy... Żadnego śniadania nie utrzymacie za zębami, powiadam wam!
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum