Piekło.
Cóż rzec można o tej fascynującej krainie.
Z pewnością jedno. Nikt o choć odrobinę zdrowych zmysłach nie zapuściłby się tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli.
Bardzo ciężko jednak znaleźć kogoś, kto trafiając tu miał w tej kwestii jakikolwiek wybór.
Podobnie sprawa się miała z pewnym krasnoludem imieniem Lothor.
Dzień jak Co dzień
Kroniki Lothora Krótkowłosego
Umarł. Miecz konnego zakończył jego krótką przygodę w sposób dość drastyczny i szybki.
Czemu zatem posiadał nadal umysł, w którym przewijały się myśli i wspomnienia. Czemu zatem posiadał plecy, które mrowiły delikatnie i informowały go o niewygodnym ziarnistym podłożu. Czemu odczuwał nieprzyjemne gorąco? Czemu płuca, tak płuca, wzięły właśnie oddech powietrza. Suchego, gryzącego powietrza zawierającego w sobie drobiny pyłu i odrobinę zgniłego zapachu.
Czyżby żył?
Lothar otworzył szeroko oczy.
Ciało zdrętwiało na moment, gdy ukazała się im ciemna czerwień czegoś, co jedynie w koszmarach chorego umysłu mogło uchodzić za niebo.
Niewyraźne smugi pyłu niesionego przez powiew ciepłego wiatru przywodziły na myśl pustynię.
Kolejny wdech pylistego powietrza spowodował u bohatera wyraźny protest ze strony płuc, niosący ze sobą gwałtowny kaszel.
Postawiony z jego pomocą do pozycji siedzącej Lothor miał okazję rozejrzeć się po okolicy.
Ta zaś skutecznie ukróciła wszelkie nadzieje krasnoluda, utwierdzając go w przekonaniu, że jednak nie przeżył spotkania z konnym. Umarł. Wyzionął ducha. Ten zaś, powędrował prosto do przeklętego planu piekielnego, gdzie przywdział ciało tylko w jednym celu.
By śmierć nie przyniosła mu już nigdy ukojenia.
Bohater nie wiedział wiele o Piekle, domyślał się jednak, że to właśnie tam obecnie się znajdował. To na co spoglądały zaś jego oczy, przechodziło wszelkie wyobrażenie, najgorsze koszmary zaś szufladkowało do jednej grupy z bajkami.
Gdyby ktoś kazał mu opisać co tak naprawdę wzbudzało w nim taki niepokój, nie potrafiłby tego wytłumaczyć. Czemu szaleńcza pustynia ciemnoczerwonej popękanej ziemi powodowała drgawki w jego ciele? Czemu widok masywu górskiego i ostrych szczytów o nienaturalnym, niemożliwym wręcz układzie uwolniła cichy jęk z jego gardła? Czemu gęsta formacja kamienna nieopodal sprawiała, że chciał odwrócić się do niej plecami i biec jak najszybciej, jak najdalej od niej z zamkniętymi oczyma? Czemu sam powiew wiatru i zawirowania pyłu wokoło sprawiały, że umysł jego krzyczał, niemal przekazując to samo polecenie ustom krasnoluda?
Ręce drżały, oczy zaś trwały szeroko otwarte, choć Lothar tak bardzo pragnął je zamknąć. Skulić się, zacisnąć powieki i odciąć od wszystkiego wokół. Od szaleństwa i koszmaru, który otaczał go z każdej strony.
Niewypowiedziana trwoga i strach, których nie dane było mu poczuć nigdy dotychczas kompletnie zawładnęły jego ciałem.
Ciałem, które choć do złudzenia przypominało jego własne zdawało się obce, nowe, nienaturalne. To tylko dokładało węgla do pieca zasilającego psychozę, szaleństwo i rosnący niepokój krasnoluda.
Lothor powoli otarł twarz rękoma po czym z niedowierzaniem rozglądał się wokół.
Myślał tylko jak teraz będzie wyglądało jego życie i co dalej ma ze sobą zrobić jak ma żyć i co ma robić. Chciał z tego wielkiego cierpienia wyć, drzeć się, szaleć...
Chwilę po tym jak o tym pomyślał zaczął wyzywać wszystko co go spotkało począł bezmyślnie biec w stronę którą wskazywały oczy był on jak oszalały w tym co robił więc nie baczył na otoczenie.
Ciało choć kipiało od 'niewłaściwości' słuchało się krasnoluda nad wyraz dobrze. Ręce uniosły się, przetarły oczy pozwalając im choć na kilka sekund odpocząć od horroru i spaczonych okropności, które dane im było oglądać.
Nie pomogło to jednak. Lothor nadal był w Piekle. Nadal wdychał suche, przepełnione odrobiną nieprzyjemnego fetoru powietrze. Oczy zaś nadal spoglądały na budzące najgorsze emocje widoki. Spoglądały na horyzont nieprzepastnej pustki, w której nie czekało na niego nic oprócz cierpienia.
Nogi przeszły do działania zgodnie z poleceniem umysłu. Biegł, pędził przed siebie, bez celu, bez opamiętania, bez sensu. Oczy zamknęły się chcąc powrócić do ciemności, dającej ukojenie i odpoczynek od przyprawiających o szaleństwo i wywołujących niepojęty niepokój widoków.
Upadł.
Powstał jednak i biegł dalej. Minutę, dwie, dziesięć? Czas nie miał znaczenia.
Upadł jeszcze wielokrotnie, nie miało to znaczenia. Ból mięśni, obtarcia, pęd powietrza, pilnowanie oddechu. To wszystko dawało ukojenie i pozwalało odciągnąć umył od wszystkiego wokoło. Pozwalało mu skupić się na czymś konkretnym, miast wędrować po bezkresie niezrozumiałych odczuć i widoków.
I choć płuca protestowały, choć nogi i wiele innych mięśni wołało o przerwę, on biegł dalej.
Nie wiedział jak długo biegł przed siebie. Nie zdawał sobie nawet sprawy w kierunku czego w zasadzie się przemieszczał. Czy też od czego uciekał.
Oczy zaszły mgłą, nogi wrzeszczały z bólu i braku tlenu. Przepona unosiła się w ekspresowym tempie, pompując kolejne hausty powietrza do wołających o nie płuc. Żołądek, pusty od 'przebudzenia' wołał razem z pozostałymi, przypominając bohaterowi, że śmierć głodowa jak najbardziej jest realną możliwością.
Czuł się lepiej. Umysł bombardowany przez sygnały z nowego ciała nie był w stanie należycie skupić się na wynaturzonej okolicy. Było to ratunkiem dla psychiki Lothora.
Rozbieganym spojrzeniem dostrzegł bohater, iż zbliżył się znacząco do jednej z bluźnierczo powykrzywianych formacji skalnych. Z jadeitowych powierzchni co poniektórych skał wyrastały zielonkawe wypustki, przypominające połączenie macek z roślinami. Nie poruszały się, po prostu zdobiły fragmenty geometrycznych potworności o podobnym kolorze, stanowiących jedynie część kaskady przerażających...z braku lepszego określenia - skał.
Lothor zatrzymał się. Zobaczył coś co z jednej strony go przerażało a z drugiej fascynowało. Jak to Krasnoluda. Podszedł bliżej do minerałów dotknął z niedowierzaniem gdyż nie często jego oczy mogły się napawać jadeitem. Próbował on zabrać ze sobą choć jeden malutki fragmencik jadeitu. tuż przed próbą otrzymania fragmentu minerału postanowił się jeszcze spokojnie rozejrzeć i chwilkę odpocząć gdyż wszystkie wysiłki jakie przyszło mu z własnej woli wykonać zmęczyły go zbyt mocno. Począł on rozglądać się za czymś do jedzenia szukał jakiejś strawy czy czegoś podobnego aby zapełnić swoje 4 żołądki.
Po wszystkich trudach i mękach jak usiadł swobodnie na ziemi próbował sobie przypomnieć jak tak naprawdę zginął i czy jego śmierć może jednak jeszcze przynieść coś dobrego tam na górze.
Gdzieś w odmętach nie w pełni zdrowego umysłu powróciło wspomnienie jadeitu. Minerału rzadko spotykanego, o dosyć dużej wartości. Przynajmniej na Sorii.
Bohater jednak nie był już w Sorii. Ba, nie był nawet na planie materialnym.
Przyciągany kolorem, czymś co wydawało się najbliższe, najpiękniejsze w tej nieznanej, potwornej krainie, zbliżał się powolnym, zmęczonym krokiem do skalnej formacji o kształtach, na które bohater nie był w stanie spozierać dłużej niż kilka sekund, nim oczy samoistnie odwracały się ku ziemi.
Wniknął pomiędzy masywne, wysokie na kilkanaście metrów skały, kierując się do najbliższej jadeitowej powierzchni. Do nozdrzy zaczął docierać nieprzyjemny fetor. Nie był to smród zatykający zatoki czy wywołujący wymioty, był jednak zdecydowanie nieprzyjemny.
Im bardziej zbliżał się bohater do jadeitowej powierzchni, tym bardziej uświadamiał sobie, że nie jest to bynajmniej szlachetny minerał znany mu ze świata żywych. Miejscami chropowata, czy też pomarszczona powierzchnia, bardziej przypominała zadek trolla niż nadzwyczaj twardy, gładki kamień, z którym dzielił jeno nieco podobny kolor.
Wzrok nie ośmielił się przyjrzeć bliżej ponad metrowej wypustce zdobiącej szczyt owej skały, nieco jeno większej od krasnoluda.
Drżąca dłoń dotknęła kawałka powierzchni, która zdawała się najbardziej gładka, jedynie by ujawnić, że fakt ten wynikał ze śliskiej, lepkiej substancji pokrywającej jadeitową powierzchnię.
Na domiar złego, powierzchnia ów, jakby nieco odkształciła się od dotyku bohatera, zupełnie jak gdyby miast z twardego minerału, wykonana byłą z czegoś o konsystencji wspomnianej uprzednio dupy trolla. Tysiące myśli, żadna zaś kojąca, nawiedziło na raz umysł Lothora.
Obolałe oczy mówiły mu w podświadomości, że powinien on coś ze sobą zrobić, że nie tak łatwo jest żyć a szczególnie gdy nie wie sie gdzie tak naprawdę się znajduje. postanowił on bacznie rozejrzeć sie jeszcze raz miejscu w którym się znalazł i może tak wpadnie na pomysł wyjścia z tej sytuacji.
Lothor rozejrzał się bacznie po okolicy.
Dłoń krasnoluda oderwałą się od wymacanego jadelitowego kamienia o konsystencji dupy trolla. Ów kamieńnie sprawiał wrażenia jakiejkolwiek inteligencji czy też instynktu. W przeciwieństwie do wyrastającej z niego wypustki.
Ta bowiem błyskawicznie namierzyła się na ciekawskiego krasnoluda.
Świst powietrza.
Ból, potworny, jak najbardziej realny ból.
Obraz segmentowej macki wystającej z piersi kranoluda.
Uczucie wyrwania z doczesności, niematerialności, podróży, przyspieszenia.
Obudził się. Czyżby wszystko było jedynie koszmarem? Czyżby jałowa ziemia piekła, jego duszący smak i zapach oraz gorąc przywodzący myśli o śmierci był jeno snem?
Otworzył oczy z nadzieją, która choć znikoma, nadal była w umyśle Lothora obecna. Szybko jednak została rozwiana.
Oczy ujrzały czerwone, zachmurzone niebo, nos wyczuł przykry zapach zgnilizny i siarki, spierzchnięte usta odczuły suchy smak pyłu, plecy zaś wyczuły twarde popękane podłoże.
- Niech szlag trafi Beorisa... - te słowa wychwyciły zaś uszy. Dobiagały od innego pólnagiego ciała, które leżało nieopodal Lothara i na pierwszy rzut oka należało do elfa o bladej skórze.
Z ogromnym wysiłkiem Lothor proboje podniesc glowe do gory patrzac a osobnika obok prubuje wymamrotac : 'Co tu sie dzieje gdzie ja jestm do jasnej anielki!'
Po czym powolnym ruchem zbiera sie aby podnieść swoje ciało z ziemi i rozejrzeć sie po okolicy.
Elf w pierwszej chwili nie zwrócił najmniejszej uwagi na krasnoluda. Jego półnaga postać, w oczach Lothora zdawała się zaś zamazywać i zniekształcać gdy tylko próbował na dłużej skupić na niej wzrok.
To w połączeniu z niedawnym odrodzeniem wywołało u niego mdłości na tyle silne, że tuż po wypowiedzeniu zamierzonych słów, mimowolnie pochylił się do przodu, starając się zwymiotować coś, czego w pustym żołądku zwyczajnie nie było.
Poprzestał zatem bohater na serii odruchów wymiotnych, które jedynie zwilżyły śliną wyschnięte, pyliste podłoże.
- Anielki? - spytał elf niezbyt podekscytowanym głosem - Cóż to za bóstwo którego dopominasz się w piekle? Czy wasza karłowata rasa wyznaje obecnie jakąś Anielkę?"
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum