"Każdy ptak opuszcza kiedyś swe rodzinne gniazdo" - Sentencje, Anonim
"Dziesięć złotych monet? Za tyle zabiłbym nawet swoją rodzoną matkę! Ale, cholera, na to już za późno." - Garrett Nożownik, stracony w 1513 roku za liczne zbrodnie.
Honor wśród złodziei
Kroniki Gha'ai Skhi
Od kiedy Gha'ai opuściła swoją mentorkę minęły trzy dni. Trzy dni na szlaku, w drodze do kolejnego potencjalnie gotowego do obrobienia miasteczka, Woły. Społeczność takich mieścin oczywiście raczej nie była zbyt bogata. Małe zajazdy, ledwie zarabiające na koszta, utrzymujące się głównie z lokalnej pijackiej kamraderii. Małe sklepy, istniejące głównie tylko by skupywać żywność od rolników i sprzedawać ją mieszkańcom. Mieszkańcom, którzy mieli całe ubrania i zelówki w butach, bo ich sąsiedzi naprawiali im je, w zamian za gliniane garnki lub świeże wilcze skóry. Ale czasem przez taką mieścinę przetoczył się kupiecki wóz, i wtedy srebro wpływało w kieszenie biednych ludzi. Największa część oczywiście w kieszeń burmistrza, zarządcy, czy jakkolwiek człowiek trzymający resztę za gardła chciał się nazywać. I tam należało szukać pieniędzy, uczyła bohaterkę Saht. Nie oczekiwać zbyt wiele, nie być zbyt pazernym, ale uderzać tam, gdzie zysk największy, a ryzyko najmniejsze. Ci, w końcu, co nie mają niemal nic, swoich ostatnich środków bronić będą kosztem swojego życia. A komplikacje nigdy nie są pożądane, o nie.
Miało to być kolejne miasteczko, kosztem którego Gha'ai miała się wzbogacić. Ale też nie można było go rozumieć jako po prostu „kolejne”. „Pierwsze” byłoby lepszym słowem. Bo też po raz pierwszy bohaterka miała działać samodzielnie. Nazwa miejscowości warta więc też była zapamiętania. Woły. Zdecydowanie w przyszłych opowieściach należało jednak zmienić je na coś mniej trywialnego.
Pozostawiła ją, swoją mentorkę, w małym miasteczku Namir. Rozstały się w zgodzie, przecież Saht nie mogła spodziewać się po Gha'ai niczego innego. Ba, w razie gdyby młoda jorzyca zmieniła zdanie, była mistrzyni powiedziała jej nawet gdzie się udaje - do osady Feberg, położonej niedaleko świeżo założonej kopalni żelaza, dokładnie w przeciwną stronę szlaku, w którą udała się Gha'ai. Tam liczyć można było na większy, łatwiejszy zysk. Przynajmniej zakładając, że kopalnia taki zysk zaczęła już przynosić.
A na bohaterkę czekał jeszcze Szlak. Co najmniej dwa dni w palącym słońcu. Dwa dni, nim jorzyca dotrze do Wołów. Na koniu dystans między miasteczkami pokonałoby się nawet i w jeden dzień. Ale Gha'ai nie miała konia. Ani kucyka. Wołu też nie.
Niebo tego poranka było bezchmurne. Powietrze praktycznie stało w miejscu. Jako, że droga prowadziła wśród równin, porośniętych zresztą uprawnym zbożem, więc i widoczność była zadowalająca, przed pół-Isklingiem bez wątpienia roztaczały się perspektywy co najmniej dwóch godzin bez najmniejszego cienia. Nie trzeba było być magiem, by przewidzieć, że długo nie napotka żadnej chmurki na niebie. Gha'ai liczyć mogła tylko na to, że pola ustąpią miejsca lasom. Tego jednak już przewidzieć nie mogła.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-10, 17:57
Rownina... Slonce, upal, ani widu chmurki... Jak zwykle szczurzy los nie byl laskawy. Choc w sumie skoro dozyla doroslosci cala i zdrowa uprawiajac taki fach, to moze jednak szczescie jej sprzyjalo? Tak czy owak, teraz byla rozdarta - z jednej strony podniecona i rozentuzjazmowana tym, ze mogla bez... opiekunki zaczac realizowac wlasne cele, moze nawet zdobywac rozglos, z drugiej zas dluzsza podroz w niesprzyjajacych warunkach, gdzie pojedynczy wedrowiec dosc znacznie wyroznial sie na tym rowninnym pejzarzu, nie mogl byc jej wymarzonym sposobem na spedzenie... o rany. bez mala dwoch dni. Przynajmniej dwoch dni zanim dotrze do miejsca docelowego. Przez czarny lepek przemknela jej mysl, czy aby na pewno dobrze zrobila oddalajac sie od Saht bez przygotowania dobrego planu dalszych poczynan. Choc z drugiej strony nie zdziwila by sie, gdyby ta pewnego dnia okazala sie lezc za nia... Taaak, to byloby calkiem w jej stylu. Stara chyba za bardzo ja polubila. Bardzo dobrze, ze wreszcie mogla zostawic ja za soba.
Otrzasnela sie. Nie dobrze jest za duzo myslec. Potem, i owszem, i tak bedzie musiala zajac sie opracowaniem planu, ale w zasadzie jedyne, co mogla robic teraz to probowac dotrzec do... Wolow. Wolow... jak to okropnie glupio brzmialo. Jesli to miejsce jest tak samo odpychajace jak jego nazwa, miala nadzieje zabawic tam jak najkrocej...
Rozejrzala sie uwaznie. Nie spodziewala sie zobaczyc zegokolwiek, co moglo przykuc jej wzrok, ale nauczyla sie byc czujna przy kazdej okazji. Jesli slonce mocno dawalo jej sie we znaki, zarzucila na glowe kaptur, co by choc odrobine sie oslonic. Byla swiadoma, ze lepiej zeby nikt nie zauwazyl koloru jej futra czy ogolnie nie dostrzegl ze cos jest w niej niepokojacego, a ochoty na wycieczke przez zboze nie miala, totez jesli nawet promienie nie wymuszaly okrywania twarzy, przygotowana byla przykryc oblicze gdy tylko ktos pokaze sie na horyzoncie. Co innego jej pozostalo? Po prostu isc przed siebie. Ku malej miejscowosci, ktora miala pozwolic jej po raz pierwszy sie sprawdzic...
Dwie godziny przyszło jej jeszcze wędrować w palącym słońcu, nudzie i znoju. Nie była wytrenowanym Poszukiwaczem Przygód, również nie doświadczonym wędrowcem. Pomiędzy wioskami zasadniczo nigdy nie podróżowała sama, a Saht nie miała problemu ze skradzeniem kuców... Teraz jednak Gha'ai musiała podróżować samotnie.
Po dwóch godzinach jednak pojawiło się na horyzoncie wybawienie od nudy. Jednak to nie był wędrowny bard czy błazen, o nie. To była trójka jeźdźców, nadciągających z przeciwnej strony w tumanach kurzu. Już z daleka, to znaczy jakoś z dwustu metrów, bohaterka była w stanie dostrzec, że każdy z nich był dobrze ubrany. Jeden z nich ciągnął jeszcze za sobą na sznurze jucznego kuca. Dwójka z ludzi miała na głowach szykowne kapelusze z szerokimi rondami, za plecami zaś powiewały im ciemnoszare peleryny. Trzeci miał na sobie jakiś rodzaj futra, rozpiętego całkiem. Więcej jorzyca nie była w stanie określić z takiej odległości. Zasadniczo nic nie było w nich specjalnego, zwyczajni podróżnicy, których stać było na konie.
W pewnym momencie dwójka jeźdźców spięła konie i puściła je galopem, pozostawiając tego z kucem z tyłu. Gha'ai nie była jeszcze całkiem pewna, czy to coś złego, czy w ogóle przyśpieszyli z jej powodu. Potem dostrzegła ich wyposażenie, gdy byli już mniej niż sto metrów.
Każdy przy pasie miał zwitek liny. O boki obijały im się pochwy, zaś szerokie sajdaki przy siodłach zdradzały posiadanie kusz.
Na razie żaden z jeźdźców nie sięgał po nic z tego oporządzenia. Byli jednak jeszcze dość daleko.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-10, 23:19
Gha'ai przez te 2 godziny niemal zaczeł przyzwyczajać się do monotonii tego podle zapowiadającego się dnia. Od czasu do czasu leniwie powłóczyla tylko wzrokiem wzdłóż widnokręgu wypatrując jakichkolwiek zmian w krajobrazie.
No i zmian się doczekała... przez pierwsze kilka sekund, zastanawiała się nawet co by tu na szybko wymyślić, żeby ten paskudny szlak zwiedzić konno z pomocą tamtej trójki, jednak już po chwili wiedziala, że nie nad tym teraz powinna się zastanawiać... -co do... - wymamrotała pod nosem, kiedy jeźdźcy zaczeli galopowac w jej stronę. Wszystko bylo pospinane, wszystko upakowane w plecaku... nie miala zbyt wielkiego pola do manewru... Postanowila wiec, że póki tamci nie sięgną za broń lub liny, sama spróbuje zachować spokój. Jednak jeśli tylko to zrobią... cóż. może przynajmniej jedno z ostrzy uda jej się wyciągnąć... Co prawda wątpiła, że ta dwójka przejedzie koło niej obojętnie, ale wolala sama z siebie ich nie drażnić.
Bohaterka w napięciu oczekiwała dalszych ruchów nieznajomych. Gdy trzydzieści kroków od niej jeszcze nie zwalniali, zaczęła się niepokoić. Wkrótce jednak mogła odetchnąć z ulgą. Jeźdźcy zatrzymali się nagle dziesięć metrów przed nią.
Nastała głęboka cisza. Żaden z jeźdźców nie odzywał się, nawet koń nie odważył się prychnąć. Z tej odległości Gha'ai widziała już dokładnie rękojeści mieczy wystające z pochew i naciągnięte cięciwy kusz. Twarze jeźdźców były mokre od potu i zarośnięte trzydniowymi brodami. Obaj byli mocno opaleni, wręcz mieli zniszczoną od słońca skórę. Nie wyglądali przyjemnie, zaś gdy w końcu jeden z nich postanowił się odezwać, bohaterka poczuła ciarki na plecach.
- Jorzyca Saht? - zapytał krótko ten po lewej, głosem spokojnym i donośnym.
Żaden z jeźdźców nie sięgał po żadną broń, przynajmniej na razie.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-14, 16:50
Jorka czekała w pewnym napięciu na to, co się stanie. Gdy zaś jeden z mężczyzn wreszcie się odezwał, nie zrozumiała uprzejmie. - ...ymm... co? - po chwili jednak ożywiła się odrobine - Że jorka to od razu złodziejka? Pff... - żachnęła się. - Nie, nie jestem żadna Saht, słyszałam o niej co prawda, ale nie mam pojęcia gdzie moglibyście jej szukać. Szczerze mówiąc to i mnie ona tam nie interesuje, popytajcie kogoś innego, chociaż od jakiegoś czasu nie spotkałam nikogo po drodze. A w ogóle to skąd pomysł, że złodziejka jakaś odrobinę sławniejsza łaziła by po pustejdróżce po środku niczego? - wyrzuciła z siebie niemal jednym ciągiem. swoim skrzeczącym głosikiem gestykulując łapkami w pełen wyrzutu sposób. - A w ogóle to coś Wy za jedni? Już myślałam, że stratujecie mnie tymi końmi. Albo będziecie strzelać! Albo siekniecie mieczem! Nie straszcie podróżników, którzy spokojnie łażą nikomu nie przeszkadzając przy tym!
Miała nadzieję, że taką zrzędliwością i zmianą tematu jak najszybciej pozbędzie się tych ludzi. A nawet jesli tak będzie... jeśli już pojadą, to może powinnawrócih i ostrzec swoją towarzyszkę..?
Już po wyrzuceniu z siebie połowy słów przemowy, Gha'ai widziała, że nie robi ona żadnego wrażenia, a na pewno nie jest ona nawet nużąca. Wręcz przeciwnie, przyjmowali to ze spokojem. Gdy tylko jorzyca skończyła, jeden z nich splunął na ziemię i odezwał się.
- Przeklęte wynaturzenia.
Oczy Gha'ai rozszerzyły się w przerażeniu, gdy zobaczyła, że człowiek sięga po kuszę. Jego ruch był niesamowicie szybki, płynny i... gdyby nie to, że zatrzymał się w połowie, bohaterka zapewne nawet nie zdążyła by zareagować, nim bełt nie sterczałby z jej twarzy. Ruch jednak nie zatrzymał się samoistnie, bowiem to drugi złapał towarzysza za rękę. Ten, który chciał zastrzelić jorzycę, wyrwał rękę z uścisku drugiego i strzepnął jej rękaw, tak, jakby dotyk drugiego miał go ubrudzić.
- Patrz - rzucił tylko ten spokojniejszy. - Ma czarne futro. To nie ten szczur.
- Faktycznie.
Przez krótką chwilę jeźdźcy spoglądali na Gha'ai spod rond kapeluszy.
- Być może jednak coś wróciłoby do pamięci, gdyby okazało się, że za głowę jorzycy Saht wyznaczona jest pokaźna nagroda? - powiedział w końcu ten bardziej nerwowy. - Pokaźna nagroda, którą, jako uczciwi ludzie - i tutaj zdawał się położyć nacisk na te dwa słowa - jesteśmy skłonni się podzielić z każdym, kto byłby w stanie udzielić nam znaczącej pomocy.
- Ostrzegam, że z oszustami rozprawiamy się jednak bardziej surowo - dodał drugi.
Po tych słowach oboje znów zamilkli, a ich spojrzenia znów mocno wbite były w oczy należące do czarnej mordki Gha'ai.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-17, 18:00
Gha'ai znieruchomiała. W sumie zastygnąć w bezruchu mogła na stałe, gdyby nie powstrzymanie kuszy przez drugiego mężczyznę...
Cholera jasna... w tych czasach naprawdę łatwo było skończyć swoje życie w bardzo głupkowaty sposób...
- Nagroda...? - jorka zmarszczyła brwi. Czy jej towarzyszka coś dla niej znaczyła? Czy miała by sumienie przyczynić się do jej śmierci...? Wszakże była da niej jak matka, jak nauczycielka, mentorka, mistrzyni... jak konkurentka...
Nie. Nie miała najmniejszej ochoty robić jej krzywdy, jednak co innego robić coś dla przyjemności, a co innego dla pieniędzy. Zakręciła ryjkiem bez większego zainteresowania - Już mówiłam, że nie mam pojęcia, gdzie się kręci każdy szczur tej wyspy, pytajcie kogo innego o takie rzeczy - otrzepała z siebie kurz jakby zbierając się do drogi. - Nagroda, jaka by nie była, niczego w mojej pamięci nie zmieni, przykro mi z tego powodu, bo jaki pieniążek byłby mile widziany - tu zastanowiła się jakby i parsknęła we właściwi sobie, nie odpowiadający żadnym uczuciom sposób - ale nie chcę pieniążka za cenę bełta w dupę za wprowadzenie was ww błąd, wielcy Panowie. - Skłoniła się usłużnie - Mam nadzieję, że nie będziecie źli, jeśli poproszę was o przepuszczenie mnie...
Wszakże długa droga ją czekała, jakby nie patrzeć... Tym dłuższa, że musiała koniecznie dowiedzieć się czegoś o tej nagrodzie o której mówiły te gnojki. No i postanowić, czy gra jest warta świeczki z jej własnej strony. A oni sami... figa z makiem! Niech sobie radzą, jeśli mają zdobyć łab Saht, to niech udowodnią, że na niego zasłużyli, nie będzie im pomagać!
- Jebane, brudne szczury - warknął ten, który chciał zastrzelić Gha'ai i obejrzał się do tyłu. Jako, że ostatnie dwa wierzchowce zbliżyły się już, sprężył konia i ruszył stępem do przodu. Wprost na Gha'ai, która musiała ustąpić miejsca kopytom konia, który widocznie także przeszkodę w postaci jora miał sobie za nic.
Wkrótce cała grupa minęła jorzycę i puściła się kłusem dalej w drogę. Drogę, prowadzącą prosto do Namir, gdzie rozstały się Saht i Gha'ai. Tam ludzie, dużo mniej przyjacielsko nastawieni do Saht niż bohaterka, na pewno zdradzą im, w którą stronę udała się szara jorzyca. A górnicza osada znajdowała się na końcu drogi którą obrała Saht. W Febergu... w Febergu znajdą ją już na pewno. W końcu.
Bohaterka musiała więc wymyślić teraz, jak zdążyć przed złapaniem swojej mentorki, skoro musiała pokonać dokładnie taką samą drogę jak konni. Nie miała mapy, nie znała żadnych skrótów. Ba, nigdy nie była w Febergu.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-19, 14:55
Gha'ai zakęła w duchu. A może trzeba było po prostu iść z nimi... Mieli konia, którym mogła by jechać, może nie zabili by jej po wszystkim i może faktycznie za jednym zamachem pozbyła by się konkurencji i zgarnęła pieniądze... Kurcze... A może... Nie... Nie miało sensu zawracanie ich i dzielenie się informacjami. I tak śmierdziało na kilometr ich niechęciom do jorów, pewnie skończyli by z nią potem, albo po prostu nie zabrali ze sobą, tak czy inaczej zostawiając tu, na tej równinie.
Miała niedużo racji żywnościowych i perspektywę trzymania się pierwotnego planu, albo wizję wracania do Namir i dalej do Febergu... Kilka dni wędrówki na pieszo, nie było szans... Chyba, że piesza wędrówka zmieniła by się w konną...
Poczekała aż obcy znikną jej z oczu, po czym niemal szybkim truchtem puściła się za nimi uważając, żeby nie zgubić z oczu śladu kopyt ich koni, czy tam łajna, które zapewne od czasu do czasu za sobą zwierzaki zostawiały. Nie miała jeszcze konkretnego planu, ale od czegoś trzeba było zacząć.
Gha'ai nie miała najmniejszego problemu z podążaniem za jeźdźcami, bowiem jechali równo traktem. Problem jednak miała z utrzymaniem truchtu, toteż musiała gonić łowców nagród jedynie forsownym marszem.
Sądząc po śladach kopyt, i po tym co mówili ludzie w Namir, konni nie zatrzymali się nawet na chwilę w mieście. Popędzili dalej. Gha'ai dogoniła ich dopiero późno w nocy. Jeśli tylko wyjdzie z całej historii cało, bohaterka winna chwalić Lunn, boginię księżyca, bowiem tej nocy oświetlał on drogę fenomenalnie, pozwalając jorzycy na podróż bez żadnego spowolnienia. Na miejscu Gha'ai była niemiłosiernie zmęczona, choć po tak długiej aktywności nie chciało się jej jeszcze spać.
Miejsce noclegu konnych bohaterka dostrzegła ledwo z pięćdziesięciu metrów. Obóz łowcy nagród rozbili dwadzieścia metrów od drogi, pod rozłożystym bukiem, który zasłaniał ich przed światłem księżyca. W środku obozu paliło się niemrawo ognisko, dające teraz już więcej ciepła niż światła, a i tego niewiele. Konie przywiązane były do gałęzi drzewa, nieco z zewnątrz obozowiska. Jeden z łowców nie spał, a przynajmniej nie leżał, zdawał się siedzieć na siodle, przodem do ogniska. Reszta leżała promieniście wokół centrum obozowiska.
Niebo upstrzone było mniejszymi chmurami, które poruszały się po niebie bardzo leniwie. Światło księżyca bardzo rzadko było zasłaniane, choć jeśli już, to na dłuższe momenty. Noc była właściwie ciepła, wręcz duszna, bowiem powietrze stało w miejscu. Jednakowoż było zdecydowanie lepiej niż za dnia.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-22, 15:19
Gha'ai nie miała bogów. Nie uznawała ich, ani ich wpływu na swoje życie. Wszystko zawdzięczała w życiu sobie i szczęśliwym przypadkom losu. I tym razem miała nadzieję, że dzięki umiejętnościom... i może odrobinie farta uda jej się bezgłośnie zabić trzymającego wartę mężczyznę (wydaję 2 punkty karmy, żeby dołożyć kostkę do testu przy podrzynaniu gordła i do testu skradania sie by podejść do siedzącego mężczyzny).
Wysmarowała się maścią, którą sprzedawca przedstawił jej jako tłumiącą zapach, uzbroiła się w swoje naręczne ostrza, które na wszelki wypadek, gdyby trzeba było walczyć wysmarowała posiadaną trucizną z wilczego ziela i poczekała na moment, kiedy księżyc został przykryty chmurami. Na ten dłuższy moment, od którego zależeć miało życie tego mężczyzny. W duchu miała nadzieję na to, że był to właśnie ten, który mierzył do niej z kuszy...
Podkradła się jak najciszej i spróbowała jednym cięciem poderżnąć gardło siedzącemu łowcy nagród tak, by za jednym zamachem pozbawić go też strun głosowych. Jeśli to się udało, spróbowała zamortyzować upadek jego ciała tak, żeby nie pobudzić śpiącej reszty bandy
Niestety, nie doszło do żadnego podrzynania gardeł. Pierwsze piętnaście metrów Gha'ai przebyła bez zarzutu. Co najciekawsze, następne pięć metrów nie przechodziła też głośniej. Widocznie to ten, który trzymał wartę, wyjątkowo wytężył słuch.
Wartownik poruszył się gwałtowniej, i to zatrzymało jorzycę w miejscu. Miała jeszcze do przebycia ledwo trzydzieści metrów. Człowiek jednak nie spojrzał się od razu do tyłu, w stronę, z której przybywała Gha'ai, jakby nie był pewien skąd dochodził głos. Rozejrzał się najpierw dokładnie w polu swojego widzenia, potem zaczął się powoli podnosić, by spojrzeć w drugą stronę.
To była jeszcze chwila dla Gha'ai. Mogła jeszcze zdążyć coś zrobić. Nie miała niestety załadowanej dmuchawki, mogła jednak jeszcze coś zrobić. Pytanie tylko - co? To należało jednak pozostawić jej szczurzemu móżdżkowi.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-23, 22:03
Jedynym, co podpowiedział jej rozsądek w tej krytycznej chwili to przypaść do ziemi i starać się nie drgnąć dopóki nie będzie pewna, że strażnik ponownie się zrelaksował... Co prawda jeszcze przed chwilą była zdeterminowana, żeby urżnąć mu łeb przy samej dupie, ale właściwie dopiero to zdarzenie sprawiło, że zaczęła zastanawiać się na co takiego sie porywa. Gość usłyszał ja z 30 metrów. albo miał słuch absolutny, albo to ona była tak zmęczona, ze podejście do byle zbira sprawiało jej problem... co, gdyby miało dojść do walki? Łudziła się jeszcze przed chwilą, że starczy prosta trucizna na ostrzach, że wystarczy jej szczęście... I jasne, może i by starczyło, gdyby chodziło o poderżnięcie gardła pojedynczemu facecikowi, a nie o walkę z takowym chłopem i jego dwójką towarzyszy... Była za słaba. Tak okropnie słaba... W jednej chwili zaczęła doceniać kunszt Saht, która w swej wprawie potrafiła nie tylko zabić wytrawnego woja czy dwóch atakując z zaskoczenia, ale przy tym ochronić ją - młodą, niedoświadczoną jorzycę, która zbiegła matce, postanawiając robić na złość światu. Jedno, jedyne, co przeważyło nad podziwem dla własnej mistrzyni to wściekłość. Wściekłość, że ta suka nie nauczyła jej tak naprawdę nigdy porządnie walczyć. Zdała sobie sprawę ztego, jak bardzo zakpiła sobie z niej Saht ucząc jakichś pierdolonych głupot zamiast przydatnych w walce i fachu skrytobójcy umiejętności. Ciągała ją na wszystkie swoje większe akcje pozwalając zająć się drobnostkami, a uniemożliwiając naukę praktycznych rzeczy... Kurwa, no tak, bo przecież dla skrytobójcy ważne, żeby umieć na pierdolonej piszczałce grać równie dobrze, co posługiwać się sztyletem! Zaczynała jej szczerze nienawidzić. Nienawidzić za to, że przez te dwa lata była dla niej zbyt pobłażliwa... że nie wymagała, że chroniła... a teraz taką bezbronną puściła w świat. W tej właśnie chwili postanowiła, że nikt inny jak właśnie ona musi zabić Mistrzynię Saht.
Nie mogła zabić byle gnojka na warcie, ale już się nad tym nie zastanawiała... teraz najważniejszym dla niej było, żeby stara skrytobójczyni zginęła z jej ręki.
Przeczekała z przygotowanymi do walki narecznymi ostrzami, w razie, gdyby ją wykryto. Z ostrzami, które nijak by jej nie pomogły, gdyby doszło do walki z łowcami nagród...
Można było pomyśleć, że upadając na ziemię można zrobić o wiele więcej hałasu, niż tylko idąc. I faktycznie, Gha'ai z przerażeniem zauważyła, że nieco mocniej zaznaczyła swą obecność. Ale człowiek zdał się tego nie zauważyć. Wstawał w tej chwili, być może większe ciśnienie krwi zagłuszyło nieco wszystko wokół niego. Może akurat jakiś kawałek drewna w ognisku postanowił głośniej strzelić? Ważne, że człowiek dalej nie zauważył jorzycy. Już w pozycji stojącej rozejrzał się bardziej dookoła.
Jorzyca powinna teraz chwalić bogów za swój kolor skóry i przeprosić w myślach swą mistrzynię, która to w końcu uczyła jej ukrywania się przed niechcianym okiem. Człowiek nie dość, że nie zauważył Gha'ai, to najwidoczniej uznał, że coś całkiem mu się przesłyszało. Usiadł bowiem ponownie przy ognisku i potrząsnął z niedowierzaniem głową. Wyciągnął zza pazuchy jakiś bukłak, z którego pociągnął mocny łyk. Później zastygł w bezruchu. Jorzyca miała znów pole do działania.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-24, 22:24
Jorzyca faktycznie nieco zbyt gwałtownie zareagowała na to, że mężczyzna zwrócił na nią uwagę i mogła zzachować się zbyt głośno, ale było już za późno.
Z ulgą odetchnęła, kiedy facet zdał się nie zwrócić na nią większej uwagi. Pewnie gdyby ją kto spyta, nie przyznała by się do tego, ale coś ściskało ją w dołku. Nie, nie strach przed śmiercią. Jory nie żyły długo, przeważnie nie dożywały nawet sędziwego wieku, zwłaszcza te, które trudniły się fachem złodziei czy skrytobójców, wiedziała o tym, jednak skok adrenaliny związany z możliwością wykrycia zawsze niósł ze sobą to samo, paskudne uczucie. Taaak, chociaż ukrywać się umiała porządnie... W każdym razie nocą na pewno.
No nic, kiedy tylko poczuła się już bezpiecznie postanowiła oddalić się w stronę przeciwną do tego, w którym podążali mężczyźni i ukryć, by nie mogli jej zauważyć przynajmniej 200 m od ich obozu, lub jeśli uznała, że i z tej odległości mogą ją wypatrzyć, odrobinę dalej. Była zmęczona, bardzo zmęczona i musiała odpocząć zanim spróbuje dotrzeć do Febergu. Kiedy już znalazła w miarę bezpieczne i niewidoczne dla obcych oczu miejsce, zostawiła tam cały swój ekwipunek i zwinąwszy się w kłębek zapadła w sen. Z rana coś zje, teraz już była na to zbyt zmęczona.
Gha'ai pobudzona adrenaliną i wolą przeżycia zniknęła otoczenia obozu błyskawica, minus grzmot i błysk. Po prostu w jednej chwili leżała na ziemi, w drugiej była sześćdziesiąt metrów dalej. Tak jej się przynajmniej wydawało. A była przy tym bezgłośna. Tak jak wcześniej człowiek usłyszał ją całkiem przez przypadek, tak jej udało się przemknąć tak szybko ciszej niż delikatny wiaterek, przeczesujący teraz jej futro.
Dalsze odejście od obozu nie stanowiło już żadnego problemu. Dokonałby tego każdy, kto tylko potrafiłby nie obudzić nikogo wśród wspólnie okupujących pokój kompanów, podczas wycieczki do łazienki. A więc prawie każdy. Z małymi wyjątkami, ale któż takimi by się w ogóle przejmował...
Najdogodniejszym miejscem do spania, jakie Gha'ai znalazła, był swoisty naturalny szałas, stworzony przez złamane przez piorun drzewo. Co ciekawe, liście rozciętego niemal w pół drzewa wciąż były zielone, co tworzyło idealną zasłonę przed światem zewnątrz. Idealne miejsce dla szczura chowającego się przed ludźmi.
Następny dzień przywitał bohaterkę słońcem stojącym już wysoko nad horyzontem. Ba, chyliło się wręcz ku niemu, miast wznosić się wyżej. Gha'ai musiała nieźle pospać, jednak najważniejsze było, że czuła się wypoczęta. Nie w pełni, bowiem takiego zmęczenia nie sposób pozbyć się na raz, o nie. Jorzyca powinna dziękować bogom, że mięśnie wciąż chciały ją słuchać po tak długim, szaleńczym marszu. Ile ona musiała przebyć...? Ze sto kilometrów?! Przecież to nie jest kompletnie możliwe! A jednak, dała radę.
Zaś pierwszym, co sobie uświadomiła, prócz tego, że szaleńcza ucieczka przed strażnikiem w nocy nie była tylko snem, było potworne ssanie w żołądku. Była głodna, i to jak.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-07-27, 00:04
Po tak okropnie męczącym dniu nie miała już siły myśleć jakim cudem przebyła tak długą trasę w tak niewiele czasu. Może po drodze zahaczył a o jakiś teleport? Albo może przypadkiem porwał o ją tornado? Nieważne , ważne, że była teraz bardzo niedaleko od miasta, w ktorym musiała sie spotkać z Saht.
Sen... nareszcie mogła się położyć i po prostu zasnąć... Potrzebowała tego odpoczynku jak niczego innego i ledwie zmruzyła oczy, kiedy okazało sie, że spała dużo dluzej niż powinna. Nie mogła jednak od razu wyruszyć w drogę, już nocą obiecała sobie porządne śniadanie, wszakże miała jeszcze, zdaje się, zapasy, które mogła pochłonąć, tak więc właśnie to zamierzała zrobić, jednak swoim zwyczajem, nigdy nie najadała się do pełnej sytości, nie chciała być ociężała, więc z zapasów ubyło jej akurat tyle, żeby z małą nawiązką zaspokkoić głód. Wypiła natomiast tyle wody, żeby przynajmniej kilka łyków zostało jej w bukłaku na później. W mieście uzupełni zapas wody. Albo gdziekolwiek, nieważne. Jeśli musiała, poszła za potrzebą, zabrała wszystko i ruszyła w dalszą drogę. Nie wypoczęła jeszcze w pełni, ale nie mogła się ociągać. Czas pędził, a łowcy nagród na pewno dawno już byli w drodze, albo i na miejscu, musiała się spieszyć. Zanim jednak na dobre puściła się w pogoń za tamtymi, postanowiła jeszcze zajrzeć do ich obozu. Nie chciała na to poświęcać dużo czasu, 5, może 10minut jeśli nie znalazła niczego godnego uwagi. Przy tym tempie marszu, tyle czasu nie powinno jej zrobić wielkiej różnicy
Rozwaga, czy nie, Gha'ai była potwornie głodna i spragniona. Jakby na to nie patrzeć, cały wczorajszy dzień spędziła na szaleńczej pogoni, bez jedzenia ani picia od poranku. Obudziła się dobrze po południu. Zanim się obejrzała, jej żołądek wypełnił się dzienną porcją jedzenia i litrem wody.
Ruszyła się po pół godziny. Zajęła się innymi potrzebami.
Podeszła do miejsca obozowiska. Niestety, nic dla niej już tam nie pozostało. Widocznie była w stanie rozpoznać miejsce, gdzie leżeli trzej ludzie wokół ogniska. Ogniska, po którym został teraz tylko popiół i poczerniałe resztki drewna. Przy drzewie, gdzie stały wcześniej konie, leżało pełno końskiego łajna. Trawa była nieco stratowana. Jedna rosnąca nisko gałązka pogryziona, acz jeszcze z liśćmi, co sugerowałoby, że gałązka nie smakowała.
Nie znalazłszy więc nic ciekawego, Gha'ai puściła się szybkim marszem ku Febergu.
Dotarła do Febergu po trzech godzinach podróży. Słońce stało jeszcze nad horyzontem, jorzyca mogła ocenić czas na dwie godziny przed zachodem. Znów zmęczyła się nieco, choć zdecydowanie czuła się lepiej niż po wczorajszej pogoni. Ale widok miasteczka poprawił jej nieco humor.
Feberg składał się z paru drewnianych konstrukcji wzdłuż głównej drogi, która zresztą była pasem piaszczystej ziemi wśród pożółkłych traw. Chaty mieszkańców znajdowały się po drugiej stronie miasteczka, rozsypane już szerzej, acz wyglądających na zbudowane w pośpiechu. Gha'ai nie wiedziała nic o okolicy, ale oceniłaby miejscowość na bardzo młodą. Piętrowa karczma nie nosiła jeszcze żadnych śladów pijackich wypróżnień, drewno budynków wyglądało na nowe, nie zniszczone jeszcze przez słońce, deszcz i wiatr. Nie było tu żadnego domu z cegły ani kamienia.
Po ulicach nie chodzili żadni ludzie, było zresztą na to zbyt gorąco. Jedyni, których Gha'ai widziała, chowali się w cieniu, pod daszkami, baldachimami. Z karczmy nie dochodził żaden gwar, na to jeszcze jednak mogło być za wcześnie. Ważniejsi jednak byli goście, siedzący pod karczmą. Bohaterka natychmiast rozpoznała dwójkę łowców głów, siedzących na drewnianych krzesłach, palących fajki w milczeniu. Trzy konie i kucyk uwiązane były przy wodopoju. Trzeciego z ludzi nigdzie nie było widać.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-08-13, 20:12
Jorzyca doskonale wiedziała, że najłatwiej byłoby się czegoś na temat pobytu Saht dowiedzieć właśnie w okolicach karczmy, ale nawet najgłupszy ogr nie pchał by się doń wiedząc, że jeśli zostanie rozpoznany przez silniejszych od siebie to czeka go pewna śmierć. Tak też i ona nie miała zamiaru pchać sie w pole widzenia łowców. Pomyślała, że musi jednak zadziałać inaczej... Postanowiła, że póki co bedzie poruszać sie ciemnymi zaulkami. Ciekawa była czy są tu jory inne od jej mistrzyni. Jeśli tak, mogła będzie wprowadzić w życie swoj plan, jeśli nie, będzie z tym troche ciężej. Tak więc. póki co ostrożnie, rozgladajac sie raz po raz sprobowała przyjrzeć sie tej miescinie. Uwagę. szczególną zwróciłaby na pewno w przypadku spotkania jakiegokolwiek innego jora, Sahjakiegokolwiek zagrożenia bądź... jakiegoś dzieciaka czy podejrzanej persony - może kogoś, kto wydalby jej sie złodziejem czy kimkolwiek podobnym. W przeciwnym razie na rozgladanie się poświęciła po prostu godzinę by w tym czasie dopracować plan działania.
Ciemnych zaułków w mieścinie nie było, bowiem drewniane budynki stały zwyczajnie zbyt daleko od siebie. Co prawda przemykać się pomiędzy chatami robotników można było... ale tam nie było już łowców głów. Jedynym wyborem było obejść miasto od zewnętrznej strony, by dotrzeć do mieszkalnej części.
Przejście dookoła mieściny nie zajęło Gha'ai zbyt długo. Widziała budowane jeszcze chatki robotników, widziała nie dokończone zaplecza budynków publicznych - karczmy, ratusza i paru jeszcze, których przeznaczenia jorzyca nie poznała rzucając okiem na mieścinę przybywając do niej. Widziała budowniczych kopalni wracających z pracy. W większości z nich ludzi, paru krasnoludów. Samej kopalni nie widziała - była znacznie dalej na południe, a przynajmniej w tym kierunku dalej prowadziła piaszczysta droga.
Czego też bohaterka nie zauważyła po drodze to dzieci. W Febergu nie było dzieci. A przynajmniej o tej godzinie nie było żadnego dziecka poza domem. Kobiet też zresztą było niewiele. Gha'ai nie spotkała też żadnego jora, podejrzanego typa ani też nie napotkała żadnego niebezpieczeństwa. Można było powiedzieć, że zwiad okazał się bezowocny.
Bohaterka dotarła znów przed karczmę, idąc tym razem z tyłu budynków na przeciwko. Problem, który mógłby się pojawić, gdyby musiała przekradać się między budynkami niezauważona przez łowców, zniknął. Ludzi w płaszczach nie było już przed karczmą.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-08-14, 21:17
Gha'ai przechadzając się po miasteczku zastanawiała się czy każde nowo wybudowane miasta są tak puste. I czy jest sens dalej szukać kogokolwiek, kogo mogłaby podczepić do swojego planu. Skoro nie było tu jorów, a wieść. o tym, że Saht jest w tych okolicach już sie rozniosła, to nie mogła czuć się zbyt pewnie przechadzajac się ulicami tego miasta. Postanowiła wybadać okolice kopalni. Jeśli droga była uczeszczana, to miast ścieżka, udala sie jej poboczami tak, by z drogi być mało widoczną. Naciąganęła przedtem na głowę kaptur i ruszyła raz po raz zwracając uwage na to, czy i kto przemierza odcinek między kopalnią a miasteczkiem jako takim.
Nowo wybudowane miasteczka mają to do siebie, że są postawione z jakiegoś powodu. Jeżeli miasteczko powstało z bardzo dużej, gęstej wsi - wtedy jest zwykle dość żywe. Rodziny już tam mieszkają, dzieci już dorastają. Jeżeli zaś stawia się miejscowość dla innego powodu... Jest ona stawiana przez ludzi, którzy przybywają do niej dla zarobku. Proste. Robotnicy, jeżeli żonaci to z żonami, handlarze, podobnie, szlachta, żeby rządzić. I tak dalej, i tak dalej... zapewne wielu z nich zginie, ale jest to poświęcenie, na które Imperator jest gotów! Nie, zaraz, to nie ta bajka. Tam był taki zielony... ogr zdaje się. Całkiem sympatyczny.
Ale to nie bajka niestety. To życie.
A w życiu kopalni nie stawia się zbyt szybko.
O, droga była dość pusta. Ci, którzy pracowali już zdążyli powracać, ewentualnie zbyt nadgorliwi, którzy chcieli przypodobać się niezauważającym tego nadzorcom nadgodzinami, jeszcze jakoś wracali. Domki nadzorców, jak się okazało, były zbudowane przy kopalni. Dwójka ludzi zaś stała, bardzo zniechęcona, przy obudowanym drewnem, wydrążonym w niewielkim, nawet nie stu metrowym wzniesieniu, tunelu.
Teraz robotnicy zajmowali się właśnie stawianiem kopalni. Narzędzia, luźno rzucone przed szybem i narzucone niedokładnie płótnem, były raczej łopatami i młotkami, niż kilofami do wydobywania rudy, choć takich też sporo leżało wokół.
Wiek: 33 Dołączyła: 30 Maj 2008 Posty: 300 Skąd: Centrum Wszechświata
Wysłany: 2013-08-25, 15:24
Gha'ai poczuła się odrobinę zrezygnowana - cały dzień poświęciła na rozglądanie się i w zasadzie nie znalazła nic, co mogłoby ją choćby naprowadzić na ślad starej Saht. Nic. Przez cały dzień! Poczuła, że skoro tyle cennych godzin uciekło jej sprzed nosa bez widocznych korzystnych efektów, to i teraz musi wziąć się w garść. Miała co prawda wielką ochotę wejść do kopalni i zbadać jej wnętrze, jednak nie chciała tłumaczyć nadzorcom powodu swojej wizyty. Będzie musiała z tym zaczekać... no cóż, nie w smak jej to było, ale postanowiła, że jeszcze odwiedzi to miejsce, zanim ruszy gdziekolwiek dalej poza miasteczko.
Zwłaszcza, że miała teraz ważniejsze rzeczy na głowie - takie, jak choćby wypytanie o swoją nauczycielkę. Postanowiła wrócić do karczmy. Zanim jednak weszła do środka, postanowiła, że wybada czy w środku nie ma aby na pewno łowców. Jeśli upewniła się, że nie ma ich ani w okolicach ani w środku karczmy, weszła do środka. Zakryta kapturem, oczywiście, co by uniknąć nadmiernego zwracania na siebie uwagi... zreszta kogo chciała oszukać... wygląda na to, że była tu jednym z nielicznych jorow, lub wrecz jednym z dwóch, jeśli Saht nadal tu bawiła... musiała swoim wyglądem zwracać na siebie uwagę, ale cóż...
Dotarłszy do karczmy Gha'ai mogła zobaczyć, że konie łowców głów dalej znajdują się przed karczmą, uwiązane do wodopoju. Obok nich leżały porzucone płócienne worki, z których jeszcze teraz śmierdziało końską paszą. Choć robiło się już szaro, by nie powiedzieć, że ciemno, to było wciąż ciepło. Klimat Sacterry zapewniał, że nawet zimą ciężko jest o chłodne noce. Koniom było więc całkiem przyjemnie, nie licząc tego, że zapewne chętniej pobiegałyby wolno. Ta, chciałoby się.
Bohaterka mogła jednak bez problemu ocenić, czy w głównej sali nie czatują na nią łowcy głów. Karczma miała w końcu okna. Ba! Nawet jedno szklane, co sugerowało pewną zamożność właściciela. Ale nie to było ważne, bo szkło i tak było mało czyste, więc i gówno widać było. Ważne było, że okiennice były w większości otwarte. Na prawdę było gorąco.
Dzięki temu bohaterka mogła bez problemu zajrzeć do środka i dowiedzieć się, że trójki ludzi nie ma w sali. Nie było nigdzie też widać kapeluszy dwójki z nich. Na gości składali się jednak głównie ludzie i paru krasnoludów.
Dlatego każdy zauważył pojawienie się Gha'ai w karczmie. Przynajmniej z tych, co siedzieli dość blisko wejścia, a nie wypili jeszcze zbyt wiele. Jorzyca usłyszała parę pomruków, warknięć i nielingwistycznych okrzyków. W zasadzie nikomu nie podobało się jej przybycie. Ale też żaden z patronów nie wstał z kijem, by rozłupać jej czaszkę. To już plus.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum