Tendencja typów spod ciemnej gwiazdy do zbierania się w grupy jest zadziwiająca. Nawet zżyci ze sobą, zawdzięczający sobie życia, od dwudziestu lat dzielący się łupami po równo, kiedy nadejdzie dzień wielkiego skoku, jeden drugiemu jest w stanie wbić nóż w plecy. Co lepsze, nie wciąż nie brakuje pomniejszych złodziejaszków, których tylko wystarczy zawołać, by dali się wykorzystać. Osobnym fenomenem są organizacje przestępcze. Te dają z zasady obopólną korzyść - silny przedstawiciel półświatka, tworząc sobie taką organizację, mając pod sobą słabszych ludzi, którzy normalnie do niczego by nie doszli, jest w stanie zbierać pieniądze z wielu przedsięwzięć naraz! Ci słabsi zaś mają szansę zarobić cokolwiek, mają szansę nauczyć się czegoś od starszych kolegów i w czasie urosnąć na kogoś bardziej niebezpiecznego. To tam generują się prawdziwi zbrodniarze. To tam znajdują pomoc i oparcie w walce z prawem! To dlatego to rozbijanie tych szajek jest ważne, dla bezpieczeństwa naszego, i naszych obywateli!
~przemowa Radnego Haclewa III na spotkaniu ze strażą Erxene
Erxen - kraj, w którym żadne przestępstwo nie ujdzie płazem. Gdzie najmniejsze przewinienia są ciężko karane, nie mówiąc już o gorszych zbrodniach. Raj dla każdego człowieka. Każdego, tylko nie tego, który na życie zarabia zbrodnią, a drobne przestępstwa są jego powietrzem. Taki człowiek praktycznie nie może żyć wśród porządnego społeczeństwa Erxenu, gdzie zbiorowe przyzwolenie tłumu na wszystko, bo "to nie moja sprawa" niemal nie istnieje. Gdzie żaden typ spod ciemnej gwiazdy, nawet mistrz ucieczek i najlepszy włamywacz, nie mają lekkiego życia.
A przynajmniej każdy przeciętny mieszkaniec Erxenu jest o tym przekonany.
Gangi Erxene
Kroniki Alii
Światło dnia już dawno ustąpiło z nieba, kiedy Alia przekroczyła bramę Erxene. Podróż do stolicy kraju nie była dla niej najlepszą. Miała wrażenie, że te niecałe dwa tygodnie trwały z rok, zdarzenia związane z poprzednią przygodą były w jej głowie już niczym więcej niż mętnymi wspomnieniami, nie zaś świeżą pamięcią. Nie było to jednak ważne.
Ważniejsze było, że Alia była w kraju, którego języka zupełnie nie znała. Jeżeli w jakikolwiek sposób planowała trafić do cywilizowanej części Imperium czekała ją co najmniej miesięczna podróż przez nieprzyjazne ziemie Morterry, bądź przyjemniejsza, choć jeszcze dłuższa droga wzdłuż podnóża Gór Środka Świata. Jedyną szybszą drogą mogła by być droga morska. Żeby znaleźć kogokolwiek mówiącego jej językiem, kto byłby w stanie zawieźć ją wokół pustyni musiała dotrzeć do Erxene.
Erxene dawała jeszcze wiele więcej możliwości. Nauka języka nie jest straszną rzeczą w końcu, a stolica bogatej krainy musi być bogatsza jeszcze bardziej. Profesją wyuczoną Alii było w końcu wszystko co związane z kradnięciem. Była złodziejem? A co z tego, że prawo w Erxenie działało tak sprawnie? Nie ma miejsca, w którym nie da się bezkarnie popełniać zbrodni. Ona nie da rady?
Tak czy inaczej Alia znalazła się u kresu tej pierwszej, krótszej, podróży. Główna ulica Erxene ciągnęła się przed nią, zapraszając do dalszego przejścia nią. Delikatnie oświetlona żółtym światłem latarni, równa brukowana ulica zabudowana była na całej długości budynkami, między którymi ziały przerwy tylko na odchodzące mniejsze alejki. Ludzi na niej nie było wielu. Trzy sylwetki snuły się koło stu metrów od bohaterki, w świetle latarni połyskiwał metal ich zbroi paskowych. Strażnicy. Jakiś człowiek skręcił właśnie w boczną alejkę. Pod ścianami nie było śladu bezdomnych żebraków. Ogólnie pusto. Alia jednak wiedziała, ze wystarczyło znaleźć najbliższą karczmę, by zobaczyć, że tam życie dopiero się zaczyna.
Tylko jak dowiedzieć się, gdzie ta najbliższa tawerna jest?
Wreszcie, wreszcie, wreszcie... Można będzie usiąść mając dach nad głową. Ba! I to przez całą noc. Koniec z chowaniem się pod drzewami. Koniec z szlajaniem się po mniej lub bardziej wydeptanych ścieżkach. W końcu cywilizacja, zabudowa, cztery murowane ściany z zakrytym środkiem. W końcu miejsce w które będzie można się zaszyć i nie wychodzić, póki nie zostanie opracowany plan powrotu z jakże wielce udanej misji dostarczenia jakiegoś mieszanego h*jstwa do jakieś średnio określonej dziury na drugim końcu świata. Jak ona właściwie się nazywała? Erxen... To było państwo. Erx... To wielkie jezioro, które ciągle towarzyszyło na horyzoncie od paru ostatnich dni. Haxe~...? Hesu~...? Xe~...? To wiedział zafajdany Jaspis. Powiedziałby, gdyby nie był na tyle głupi, by porzucić martwe ciało tuż za wozem na samym środku traktu handlowego. Gdyby żył to może nawet i gdzieś by dojechał a tak to wykrwawił się nie otrzymując pomocy od nikogo. Zaprawdę, oglądanie śmierci kolejnego szczura było czymś, co Bohaterka obejrzeć chciała znacznie bardziej, niż podjęcie próby ratowania go, choć i tak najprawdopodobniej z marnym skutkiem.
Przesyłka uciekła, Drow zniknął, szczur nie żył. Ile to już razy było mówione, że Alia pracuje sama? Właściwie któż by to liczył, a tym bardziej zwracał na to uwagę. Rubin i tak dostawał wszystko, co chciał. Żadnego sprzeciwu, niesamowita siła przebicia osobowości. Na pewno nie będzie zadowolony, ale w sumie... Któż i tym by się przejmował? Ważne, że się żyje i jest się w jednym kawałku. Problem w tym, że na całkowicie obcej ziemi, w całkowicie obcym mieście, całkowicie opanowaną przez szarańczę.
Szczęście, że szarańcza nie jest aktywna w nocy. Szczęście, że Alia dostała się do miasta jeszcze przed zamknięciem bram miasta. Właściwie, czy w tym państwie zamyka się miasta na noc?
Ostrze Światłocieni przystanęło na brzegu ulicy by przyswoić sobie upragnione zakończenie pierwszej części planu powrotu do domu... Jeśli można byłoby nazwać tak jedno pomieszczenie zabite dechami. Choć w porównaniu z dziczą obcego kraju można było nazwać jej pokój domem.
Miała na siebie zarzucony płaszcz, trzymała niewielki worek ze swoimi klamotami, jedzeniem oraz czymś, co mogło okazać się przydatne, choć kto wie, torbę Jaspisa. Co prawda jej zawartość jeszcze nie była dokładnie przeglądana ale pierwsze zerknięcie wystarczyło, by znaleźć w niej broszkę, którą zamówiła jeszcze przed wyruszeniem z Anori. Ciekawe kiedy ten drań miał zamiar ją przekazać...
Usiąść mając dach nad głową... Usiąść mając dach nad głową... - Jedyne, czego teraz bohaterka prawdziwie potrzebowała. Cztery ściany i dach, nie ważnym było jak zapuszczona speluna by to była, oby nie wiało i nie padało. Nagromadzenie szarańczy jakoś przeboleje.
Miasta zwykle posiadały jakąś główną ulicę, bądź przynajmniej pomniejsza uliczki prowadziły właśnie do niej. Chyba, że w tym państwie jest inaczej. Zostało jeszcze parę minut przespacerowania się wzdłuż ułożonego bruku wymieszanego z ziemią a życzenie się spełni. Rzecz jasna z dala od wszystkich osób, w szczególności strażników. Ci na granicy już i tak byli kłopotliwi, w sercu krainy mogło być gorzej.
Wszelkie miasta posiadały jakąś główną ulicę, a Alia właśnie znajdowała się na takiejże ulicy Erxene. Rozpoczęła więc powolny spacer wzdłuż niej, spodziewając się gdzieś po drodze napotkać jakąkolwiek tawernę. Niebo było czyste, nie zapowiadało się, by tej nocy były jakiekolwiek opady. Chłodny wiaterek leniwie przemykał się uliczkami miasta. A wszystkiego, czego teraz potrzebowała Alia to dach nad głową.
Jeden z trójki strażników odszedł od nich, ściskając im ręce, widocznie na pożegnanie. Swoje kroki skierował w jedną z bocznych alejek. Szedł prawdopodobnie do domu, do rodziny, może do żony. Wszystko jedne szkodniki. Dwójka pozostałych stróżów miasta poczęła iść w tę samą stronę co bohaterka, zdecydowanym, szybkim krokiem.
W odległości pięciu latarni od Alii, dokładnie przed nią, szedł jeszcze jeden osobnik, również w tę samą stronę. Całą jego posturę skrywał płaszcz z kapturem, który to kaptur naciągnięty miał na głowę. Szedł wyprostowany, pewnym krokiem - to bohaterka była w stanie dojrzeć. Co również dojrzała, to że strażnicy szli w jego kierunku. Ich krok przyśpieszył jeszcze, jakby bali się, że im ucieknie.
W końcu dogonili go, jeden z nich złapał osobnika za ramię, zatrzymując go i obracając w miejscu. Rzucił parę słów, których ze zrozumiałych powodów Alia nie była w stanie zrozumieć. Nie to, że była za daleko, bo słowa nie były wypowiedziane wcale cicho, a słuch miała bardzo dobry. Zwyczajnie powiedziane zostały po erxeńsku. Ale zaraz później bohaterka miała się nieco zdziwić. Bowiem kiedy drugi ze strażników pokazał swemu koledze, że nie są sami na ulicy, mogła doskonale usłyszeć, jak wypowiada się w niemal doskonałym imperialnym.
- I co kurwa, myślałeś, że to przejdzie? Szef nie lubi niezrzeszonych.
- Szlag... - Zamamrotała pod nosem z wyraźnym grymasem na twarzy.
Fakt zaczepienia osobnika w płaszczu nie był sprzyjający, gdy chciało się dotrzeć karczmy bez nawiązywania kontaktów. Nawet gdy strażnicy posługują się Imperialnym w dalszym ciągu może być to problematyczne. Nawet jak nie będzie żadnych problemów to ci je wymyślą - mają to wrodzone w swój zawód.
Skręt w pierwszą uliczkę, obejście paru budynków i powrót na ulicę główną powinien naprawić sytuację.
Bohaterka i tak nie szła szybkim krokiem, nie miała też zamiaru zmieniać tępa. Ważnym było, by zniknąć póki wszyscy są zajęci i nie polują na nowo przyjezdnych zabójców Światłocieni. Ot skręcić w rozwidlenie na końcu którego i na nią ktoś wyczekuje.
Do najbliższej uliczki Alia miała pięć kroków w jedną, lub drugą stronę tej głównej. Tak czy inaczej wystarczająco długo, by móc usłyszeć kolejną porcję rozmowy.
- Jaki szef? - ton człowieka, bo to ludzka twarz widoczna była teraz pod kapturem, nie zdradzał ani krzty bojaźni. Jakby spodziewał się takiego obrotu spraw. - Który?
- Wszyscy! - wykrzyczał pierwszy ze strażników. Wciąż wszyscy rozmawiali w języku Imperium. - Nie, nie możemy pozwolić, żeby złodziejaszek kradł sobie na własne konto, prawda?
- O nie - poparł drugi.
Kątem oka jeszcze Alia mogła dostrzec, jak jeden ze strażników uderza człowieka okutą rękawicą prosto w skroń, by drugi złapał go w momencie utraty równowagi. Gdzieś na krańcu wizji skórzane obcasy zaczęły przesuwać się po bruku, najpewniej w kierunku innej z bocznych uliczek.
- Myślą, że są tacy sprytni?! Ja i tak wygram!
- Oj nie szarp się.
Ale to Alia już tylko słyszała. Widziała bowiem jedną z bocznych alejek, na końcu których na razie nikt zdawał się na nią nie czekać. Uliczka była dużo węższa, z boku bruku ułożone były podłużne, wklęsłe płytki, tworzące delikatny rowek, przez całą długość chodnika. W ścianach widniały rzędy okien... szklanych okien! Nieliczne tylko zrobione były z błony zwierzęcej, widocznie biedniejszych(!) mieszkańców. Wszystko tak samo łatwe do spenetrowania, włamania... śpiący ludzie tak bezbronni... W tej uliczce latarnie były dużo rzadziej. Widzące ze ścian, oświetlały łącznie mniej niż połowę ulicy, dużą część pozostawiając w mroku. Idealnie, by móc się schować w cieniu przed zbyt ochoczymi strażnikami. Lub przed mieszkańcami, wierzącymi w szczerych prawu strażników.
Ostatnio zmieniony przez Khazarid 2012-09-02, 20:17, w całości zmieniany 1 raz
Grymas ciągle pozostawał, jednak nieco mniejszy. Ledwie obcas stanął na bruku i już trzeba kombinować, żeby postawić drugi.
Tutejszym zwyczajem najwidoczniej jest dostać w twarz za noszenie płaszcza nocą. Nie ma co liczyć na to, że płaszcz Alii znajdzie się w taryfikatorze przewinień na pozycji 'Puścić wolno'.
Skręcić w bok tak jakby szło się po wytyczonej ścieżce, którą przemierza się parę razy dziennie. Tamci są zajęci, więc szukać dodatkowych osób nie będą.
Czy w tym państwie Imperialny jest używany na co dzień? Jeśli tak, sprawa była prostsza. Jeśli nie, to jacy strażnicy używają obcego języka? Może mają obowiązek znać? W końcu stolica państwa przylegającego do Imperium. Oczywiście zakładając, że tamta dwójka to strażnicy miejscy. Zbroje paskowe to standardowe wyposażenie?
Pytania pojawiały się i pojawiały, starając się nakreślić sytuację w jakiej znajduje się Alia. Nawet jeśli nie byłyby prawdziwe to o wiele prościej jest przez to podejmować decyzję, szczególnie te, które muszą być podjęte natychmiast.
Porachunki chyba-strażników nie interesowały bohaterki właściwie póki była poza Anori. Tam dopiero może by się tym zainteresowała. Tutaj jakiekolwiek zamieszanie może nabawić kłopotów. A te były ostatnim, co bohaterka chciała.
Pytania pojawiały się i pojawiały, brak tylko było odpowiedzi. Cóż, jeśli Alia miała dotrzeć do karczmy, zapewne jedyne odpowiedzi, które miała dostać, usłyszałaby w Erxeńskim.
Alia dotarła do końca alejki nie niepokojona przez żadną bandę nielubiących płaszczy strażników. Zasadniczo... przez żadnego człowieka. Czystość ulic, jeśli chodzi o ludzką "szarańczę" mogła zadziwić każdego, kto wizytował którekolwiek miasto Imperium. W każdej bocznej uliczce jeśli nie śpiącego bezdomnego żebraka, Alia napotkać powinna bandytę, albo nawet i do sześciu, czekającego w najbliższym cieniu z nożem i głodem pieniędzy. Albo i czegoś więcej.
A tu... tu było pusto. Bruk. Mury. I szklane szyby. Na szczęście poziom śmieci nie był za niski.
Skręt, koniec uliczki, skręt.
Główna ulica. Dwa szybkie rzuty okiem i Alia mogła stwierdzić, że horyzont jest czysty. Nie, wróć. Byli dwaj strażnicy, ci sami, którzy wcześniej zaciągali człowieka w alejkę. Wyszli zresztą właśnie z tej uliczki, teraz kierując się na drugą stronę głównej ulicy. Jeden z nich odwrócił głowę w stronę Alii, jednak czy nie zauważył jej, czy po prostu zignorował... nie ważne, oboje kontynuowali swoją drogę, aż zniknęli w kolejnej uliczce, tym razem po drugiej stronie.
Przystanęła na sekundę i przyjrzała się im jeszcze trochę upewniając się, że zmierzają w odpowiednim dla niej kierunku. Następnie obruciła się i kontynuowała spacer główną ulicą obcego miasta.
Co do karczm, doszukiwała się szyldów wiszących wysoko nad brukiem, głośniejszych miejsc, promieni światła wypadających na ulicę przez niedomknięte drzwi zatłoczonego centrum towarzystwa zapijaczonych mord i szczurzego smrodu.
I pomyśleć, jak potrzeba jest w stanie zwiększyć odporność na obecność gniazda robactwa...
Szła ciągle niezbyt szybko, rozglądała się, wypatrywała, zaglądała przez moment do bocznych uliczek. Patrzyła zarówno wysoko w górę jak i pod nogi. Niemalże jak małe dziecko szukające swojego rodzica, który, cholera, jeszcze chwilę temu był obok.
Czy w tym państwie w ogóle wychodzi się po zmroku z domu?
Strażnicy kontynuowali ruch w tym samym kierunku. W końcu zniknęli w cieniu jednej z uliczek na przeciwko, kiedy światło latarni głównej ulicy przestało ich dosięgać.
Alia mogła bez przeszkód kontynuować poszukiwania karczmy. W końcu jakaś musiała być przy tej ulicy. A nawet jeśli przecznicę dalej... w takiej ciszy łatwo usłyszeć byłoby rozwrzeszczaną i przepitą ciżbę ludzi, czyż nie?
Ale Alii nie było dane ujść paru kroków w spokoju.
Usłyszała za sobą krzyk, oczywiście w obcym języku. Równie dobrze mogło to oznaczać "pomocy" czy "fajną masz dupę". Rzut oka do tyłu wystarczył jednak, by zlokalizować źródło dźwięku, a nawet zawęzić znaczenia usłyszanych słów do tych paru sensownych.
Z alejki, którą Alia specjalnie wcześniej ominęła wyszedł typ w płaszczu, z kapturem naciągniętym na głowę. Nie trzeba było mieć wzroku Alii, by zorientować się, że to ta sama osoba, która została zaciągnięta tam przez strażników. Bohatera była nawet w stanie dojrzeć jego twarz, całą zakrwawioną, z jednym okiem, które puchnąc poczynało się zamykać. Obcy opierał się o róg budynku, widocznie oczekując, aż Alia odpowie. Mimo wszelkich uszkodzeń na twarzy nie wyglądał ani trochę żałośnie, zaś choć nie był w stanie stać bez podpórki, trzymał się prosto. Biła od tego człowieka jakaś siła... W żaden sposób nie umniejszona przez wpierdol, który najwyraźniej przed chwilą dostał.
Z pewnością jednak Alia mogła stwierdzić, że człowiek nie stanowi dla niej zagrożenia. Chyba, że człowiek był świetnym aktorem, a cała akcja była zaaranżowana, by ją tylko zwieść. Nie, to nie miało wiele sensu. Nieprawdaż?
Ha! Wolne żarty! I co jeszcze? Może podejść, przetrzeć twarzyczkę chusteczką i dać cukierka na pocieszenie? Nigdy w życiu!
Niech szczur szuka innego frajera, który podejdzie na taki okrzyk. Nie jest człowiekiem, nie jest na tyle głupia, żeby to zrobić. Ba! Nawet gdyby go tłukli, gwałcili, czy odcinali kończyny metr od bohaterki, ta nie zrobiła by kompletnie nic. Co to, obrończyni uciśnionych do cholery? Niech ginie, przynajmniej o jednego szkodnika mniej. Jedna z pierwszych lekcji w Anori: Nie twoja sprawa - nie wtrącaj się.
Że może wskazać gdzie jest karczma? Ha! Prędzej całą noc będzie krążyć w deszczu a o nic żadnego człowieka prosić nie będzie. Nie zniży się do takiego poziomu. Nawet jak będzie trzeba kolejną noc spędzić pod gołym niebem - nie ma takiej możliwości.
Szukanie dachu to szukanie dachu. Nie ma żadnego gadania z kimkolwiek. Szczególnie nocą, gdy w stolicy widzi się trzy osoby...
Już w chwilę po tym, jak odwróciła się tyłem do człowieka mogła usłyszeć kolejne słowa. Tym razem już nie wykrzyczane, wypowiedziane, choć wcale nie cicho. Marudzenie zwykłego człowieka... ale! Alia zrozumiała przynajmniej co mówi. Słowa jednak nie koniecznie musiały się jej podobać.
- No co za kurwa jedna... Dobra, spierdalaj, sam pójdę. I nie pokażę ci tej dziury. Ha, przydałoby ci się, widać, że nie wiesz gdzie idziesz, ale chuj, nie to nie - marudzenie, generalnie marudzenie. Co trzy, cztery słowa głośny kaszel czy głębsze westchnienie. - A mnie te kurwy zlały...
Marudzenie, marudzenie... O jaką dziurę mu chodziło? Ale marudzenie nie malało w natężeniu, w miarę jak Alia oddalała się od tamtej alejki. Nie musiała oglądać się za siebie, by zrozumieć, że człowiek idzie za nią. Za nią, czy tylko po prostu w tę samą ulicę? Nie ważne, szybko w miarę szedł, jak na kogoś, kto musi podpierać się o ścianę.
Nieznajomy zaśmiał się.
- A.. ha.. ha...le! Też jesteś tu nowa, też im się nie spodobasz, o nie. Oniee... Chyba? Chyba, że się pomyliłem? Nie, nie! Ja rozpoznam swojego... Ale kurwa, ty mnie nie rozumiesz, a ja gadam do siebie... ja pierdole, co za życie... ale ja jeszcze pokażę wam, kurwy jedne, o tak! - nieznajomy ściszył głos do marudzenia pod nosem i Alia nie potrafiła już usłyszeć nic z gadania człowieka.
"Skończ jęczeć" Odbiło się w jej głowie po dłuższej chwili słuchania splotu bzdur.
Bohaterka takim gadaniem przejęła się tak, jak przelatującą muchą. Człeczyna został olany całkowicie, a jego drogocenna wiedza znalazła się w rubryczce 'Wypchaj się'. Tutaj się szuka karczmy, nie 'dziury' a stolica jednej nie ma. Jeśli nie ta, to jakaś inna. Nie miało to najmniejszej różnicy. Byle było coś nad głową.
Nie odwracała się już do obitej persony. Szła przed siebie dalej, bezradnie szukając swojego rodzica, który...
Jest tam! A nie... To nie to. To tylko cień.
Przydatną rzeczą byłyby drogowskazy! "Za dziesięć kroków skręć w lewo, by dotrzeć do karczmy, której szukasz". Czy w tym państwie w ogóle są jakiekolwiek tabliczki? Szyldy? Może coś dla osób niepiśmiennych?
Spacerowała dalej, co jakiś czas przekładając trzymany worek do drugiej ręki. Jak ciężkie może być znalezienie tak kluczowego miejsca wszystkich miast?
Czy w tym państwie w ogóle są karczmy?
Czy ktoś w tym państwie zabłądził na głównej ulicy miasta?
Na głównej ulicy nie sposób było zabłądzić z jednego powodu: była prosta.
Pięć minut podróży później, nie niepokojona przez żadnych strażników, a nawet innych ludzi, pomijając denerwujące marudzenie za plecami, Alia mogła się dowiedzieć, że jej kierunek był z grubsza poprawny. Gdzieś przed nią, przez oślepiające na dłuższą metę światło latarni, bohaterka mogła dostrzec zarysy masywnego, piętrowego budynku. Główna droga zdawała rozdzielać się na dwie, omijając ten budynek, a być może coś jeszcze dalej, tego Alia nie była jeszcze w stanie powiedzieć. Co jednak była w stanie powiedzieć, że na swej drodze, a właściwie po jej drugiej stronie, napotkała zapijaczonego, kroczącego niepewnie w przeciwnym kierunku, półelfa.
Jednak w tym państwie są jakieś karczmy! Nawet w których piją mieszańce pokroju zagubionej Przesyłki.
Grymas oczekiwania na znalezienie swojego celu zmalał na rzecz chwilowego przebłysku zadowolenia i ulgi. W końcu będzie można gdzieś usiąść, bądź nawet znaleźć mały pokoik w którym można się schować przed wszystkimi i wszystkim. Krok stał się nieco pewniejszy, kierujący z początku prosto do budowli na rozwidleniu ulicy. Nawet gdyby okazał się ratuszem - od niego już na prawdę nie może być daleko. W końcu mieszaniec zaszedł o własnych siłach aż tutaj.
Wejście, szukać wejścia... Małe drzwiczki? Dwuskrzydłowe? Może jednak szyld na brukowaną ulicą?
Doszła do samego rozwidlenia, oceniła czym jest wielki budynek stojący przed nią. Rozejrzała się jeszcze po wszystkich stronach mając nadzieje, że wzrok skutecznie pokieruje ją dalej. Gdyby było inaczej, uda się w stronę po której szedł mieszaniec. Ten na pewno obrał najprostszy kurs powrotu do swoich stron. Oczywiście zakładając, że wraca z karczmy a nie dopiero do niej zmierza.
Czas poszukiwań dla Alii miał się zakończyć, bowiem nad potężnymi, podwójnymi drzwiami budynku na rozwidleniu ulicy widniał namalowany na drewnie wielki, tłusty świniak z jabłkiem w pysku. To mogło oznaczać tylko jedno, chyba, że Erxen wraz z całą swoją niezwykłością, w porównaniu do Imperium, wyróżniać się miał też komicznym wręcz godłem stolicy.
Budynek był zacny, z kamienia, wysoki na trzy piętra, choć rzędy okien miał tylko dwa, przez co z daleka wydawał się Alii niższy. Wszystkie okna karczma miała szklane - aż dziw, bo zapewne raz w tygodniu jedno z nich wybijane musiało być przez gościa, uczącego się latać, bądź choć ławę, która nie trafiła swego celu. Cóż, kraj bogaty, a karczma zdecydowanie lokację miała najlepszą, zarobki więc musiała mieć adekwatne. W takim razie, czy faktycznie burdy mogły się tu odbywać? Nie, pytanie było niedorzeczne, cóż to za karczma bez burd. Pytanie jednak, które sens jakiś miało, to czy Alię stać by było na usługi w tym przybytku? Cóż, istniał tylko jeden sposób - zapytać się. A skoro strażnicy i każdy pobity przechodzień znał imperialny... więc czemu i nie barman, takiego zresztą prominentnego przybytku?
Ze zgrozą jednak Alia musiała stwierdzić, że wspomniany pobity przechodzień wciąż znajdywał się za nią. Nie marudził już w ogóle, jednak zdecydowanie cały czas podążał tą samą drogą. A teraz kierował się całkowicie na wprost, a więc do drzwi przybytku przed bohaterką. Alia jednak całkowicie sama dała sobie radę tu dotrzeć, co za dziurę miałby więc on jej pokazywać?
Duży, majestatyczny wręcz, jebitny budynek w centrum samego centrum. Można byłoby powiedzieć, że zawstydziło Imperium. Bądź przynajmniej te włości, które widziała na własne oczy.
Szyld jest.
Drzwi są. Nawet podwójne.
A czy są otwarte...? To trzeba sprawdzić.
Bohaterka zbliżyła się do jednych ze skrzydeł, wyciągnęła ostrożnie rękę i popchnęła do przodu. Co jak co, lecz na taki przybytek drzwi musiały być otwarte przez cały czas. Kto wie kiedy chciałaby zawitać jakaś zbłąkana dusza?
Gdy przebiegało wszystko z planem, Alia nawet z lekką nieśmiałością popchnęła drzwi bardziej, by móc zajrzeć do środka. Gdy przez sekundę było wszystko w porządku, można było wślizgnąć się do środka. Nie było potrzeby pchać się z kopniakiem, by wszyscy w środku zamarli z zaciekawienia. Im mniej ludzi w ogóle odnotuje pojawienie się jej tym lepiej. Wtedy w spokoju będzie można znaleźć skrawek narożnika dla siebie.
A ten śmierdziel? Niech sobie idzie gdzie mu się podoba. Pijaczyna jak każdy inny, na ten przykład jak piąta osobistość napotkana w stolicy.
Trzech strażników, zakapturzony menel, któremu obito ryj, półprzytomny mieszaniec. Cóż za kolorowe miejsce.
Drzwi jak najbardziej okazały się otwarte. Ba, zaraz po uchyleniu ich Alia dojrzeć mogła całą główną salę w okazałości. Gwar karczmy wylał się na ulicę, ciepło bijące od środka uświadomiło Alii, że na dworze robiło się coraz zimniej. Teraz już zdecydowanie pora była już nocą, nie fazą przejściową.
W środku, ku uldze bohaterki, ludzi było stosunkowo niewiele. Większą część populacji zajmowali półelfowie, zaś dość sporą część, bo cały jeden długi na całą salę stół, zajmowały krasnoludy. Po ich kosztownych ubraniach i suto zastawionym stole poznać w nich można było raczej grupę handlarzy przybyłą do miasta, niż poszukiwaczy przygód. Pod ścianą na lewo od wejścia były pojedyncze, mało widoczne w ścianie drzwi, zaznaczone jednak wyraźnie obecnością dwóch rosłych zielonych orków. Prócz tego paru ludzi, paru zielonych elfów, a co najważniejsze - jeden wolny stół. Był to ten najbliżej tajemniczych bronionych drzwi.
Zanim Alia zdążyła wślizgnąć się po cichu do środka i zająć sobie miejsce... drugie skrzydło drzwi rozwarło się szybko, a do karczmy wpadł człowiek z ulicy, potrącając bohaterkę i wpadając do środka. Opierając się na stołach i oparciach nielicznych krzeseł, osobnik w płaszczu poruszał się, mimo wszystko pewnym krokiem, ku dwójce orków. Wszyscy, którzy go zauważyli natychmiast odwracali wzrok, jednak nie z obrzydzeniem, jak to normalnie czyni się widząc bezdomnego z rozkwaszoną mordą, a... z nutką lęku? Niektórzy rozbawienia, czy nawet rozdrażnienia. Nikt jednak nic nie powiedział.
Ho! Orkowie? Ile minęło lat gdy ostatnio Alia widziała jakiegoś orka? Gdzie w ogóle znajdują się ich ziemie macierzyste? Daleki zachód? Może trochę na północ? Daleko musieli zawędrować. Niemalże cała szerokość Imperium.
Bohaterka jeszcze nie zdążyła odetchnąć cieplejszym powietrzem wnętrza, gdy nagle została popchnięta. Któż nie inny jak pan Obita Morda? Z zaciśniętymi kłami przylgnęła bardziej do swojego skrzydła, by nie powodować zaostrzenia sytuacji i bez zaczepek pozwolić mu wejść do środka. Chciała zareagować, nawet bardzo, lecz zdołała się powstrzymać, by nie robić sobie problemów. Chciał odreagować? Proszę! Doigra się tak samo jak Jaspis i skończy tak jak powinna skończyć cała reszta robactwa. Odprowadziła go jeszcze zabijającym wzrokiem i wpełzła tuż za same drzwi, chcąc zająć miejsce dopiero, gdy człeczyna zniknie w cieniu dwóch goryli.
Przemknęła i usiadła w rogu najbardziej odległym od wszystkich zgromadzonych, lecz tak by mieć ich przed sobą. Chwila odpoczynku po paru godzinnym łażeniu, a wielodziennym szukaniu cywilizacji, będzie bardzo przyjemną chwilą. W pomieszczeniu nie zdejmowała kaptura ani płaszcza, tym bardziej opaski z oczu. Raz, że chciała się szybciej ogrzać, dwa wolała być otulona czernią, niż świecić jak ozdoba.
Worek położyła na swoje kolana, by zacząć w niej grzebać, gdy już zrobi się przyjemnie cieplej. Czas w końcu na przetrzepanie tego, co pamiętał nazwę mieściny do której mieli dojechać.
Człowiek jak na złość jednak nie chciał zniknąć za drzwiami, żeby Alia w spokoju mogła już usiąść. Cóż właściwie, to dwójka orków bardziej nie chciała, by człowiek ten zniknął za rzeczonym przejściem. Na szczęście pan Obita Morda przynajmniej w żaden sposób nie okazał ponownego zainteresowania osobą bohaterki.
Ork po prawej szczerząc kły warknął coś do człowieka, na tyle głośno, by jego głos przebił się przez gwar karczmy. Człowiek jednak widocznie nie miał ochoty usłuchać go, dał więc krok w stronę drzwi. To był jego ostatni krok zanim potężna pięść orka nie dodała swojego dotyku na twarzy człowieka, a ten nie przeleciał dwu metrów do tyłu. Elfka siedząca samotnie obok, teraz całkowicie odwrócona od swojego stołu, uznała sytuację za widocznie niesamowicie zabawną, wybuchła bowiem głośnym śmiechem.
Mimo więc, że człowiek nie zniknął jeszcze za drzwiami droga do wolnego stolika, który choć nie w rogu, to stał pod ścianą. Jednak to do bohaterki należała decyzja, czy postanowi usiąść przy nim, mimo, że człowiek wciąż znajdował się w pomieszczeniu. Oczywiście, on nie był jedynym człowiekiem na sali, a miejsca przy wolnym stoliku, nie były jedynymi wolnymi miejscami. Zasadniczo jeden stół stał tylko w rogu, zajęty przez dwójkę półelfów. Stół zaś przysunięty był całkowicie do rogu. Jeden z kątów zajęty był przez kontuar, zaś przy dwóch pozostałych ziała pusta przestrzeń - gospodarz widocznie postanowił, że lepiej będzie, gdy dwa stoliki otaczać będą pusty róg, niż na odwrót. Przy dwóch z takich stolików siedzieli ludzie. Jeden zajęty był przez półelfią parę. Ostatni zaś był tym stołem, który znajdował się najbliżej tajemniczych drzwi.
Tak to już jest na tym świecie, że idioci umierają ostatni. Czemu nie mogło być tak z Obitą Mordą? Co to w ogóle za typ? W ciągu parunastu minut dostaje drugi raz po facjacie za samo swoje idiotyczne zachowanie. Alia pewnie skończyła by podobnie, gdyby nie odrobina oleju w głowie.
Popatrzyła się to na orków, to na idiotę. Stać w przejściu zamiaru nie miała żadnego, puste krzesło, bądź kawałek ławy kusiły bardziej, niż pozbycie się szczura. Przekrzywiła się lekko z zażenowaniem, następnie póki jeszcze leżał, obeszła go spoglądając jeszcze niego jak i końcowo na samych orków.
Dosiadać się do nikogo też nie chciała. Wolne miejsce przemawiało bardziej. Natomiast gdy ktoś nieporządany się przykoleguje dostanie po pysku po raz trzeci.
Alia bezproblemowo dotarła na swoje miejsce. Nikt nie postanowił obić jej pięknej buźki, nikt też wcale się do niej nie dosiadał. Pan "niepożądany" zaś chwilowo miał inne rzeczy do roboty, z tego, co zdołała usłyszeć bohaterka.
- Wypierdalaj - padło z ust elfki poprawnie, choć z nieco dziwnym akcentem, wymówione słowo w imperialnym języku.
- C-co? - zapytała zdezorientowana ofiara dwóch pobić.
- Tutaj już nikt cię nie chce, chłopcze, wracaj do imperium - odpowiedziała elfka, nie pozbywając się śmiesznej wymowy. - Ale... twoja koleżanka może wejść. Wygląda na taką, która mogła by się przydać...
- Kto, co? Jaka... koleżanka - człowiek widocznie nie miał zamiaru otrząsnąć się ze zdezorientowania. Zaczął jednak wstawać na nogi. - Zresztą, i tak nie chciałem się do nikogo przyłączać, pracuję sam! Nie zastraszycie mnie!
- Oj, spierdalaj - odparła elfka. Dwójka orków stała nieruchomo przy drzwiach. - Z miasta najlepiej. Dla twojego dobra - na twarzy elfki na krótką chwilę wykwitnął piękny uśmiech. - Hmm... skąd ona jest? Po jakiemu mówi?
Rozpłynęła się niemal do błogiego stanu, po usadowieniu się na siedzisku. Ponad połowa miesiąca a jak bardzo można zatęsknić za tak prozaiczną rzeczą.
A przepis jest dość prosty. Ściąć drzewo. Przeciąć na pół. Nieco wygładzić. Ściąć trochę po bokach i podstawić pod spód. Proszę bardzo, jak teoretycznie niewiele skomplikowana czynność, dla przykładu orka stojącego obok, jest w stanie uszczęśliwić.
Dopiero teraz wiedziała i uświadomiła sobie, że nie musi już nigdzie się ruszać. Że może tu zostać na tyle ile jej się podoba. Że nie przeszkadzać będzie żaden wiatr, czy deszcz, ani chłód. Ława jest cała jej i nikomu nie odda swojego miejsca. Osiadła na dobre i równie dobrze mogła zapuścić korzenie w tym samym miejscu. Przymknęła oczy i nabrała kilka wolniejszych oddechów. Było jej znacznie lepiej od czasu opuszczenia Anori.
...koleżankę...
To słowo zwróciło trochę uwagi bohaterki. Otworzyła oczy, spojrzała w kierunku elfki i szczura. Dziwni są ludzie w tym państwie. Dziwne podejście mają do osób, których nie znają. Jakie przydać? Że niby jak? Że niby jeszcze komu? Nigdy w życiu. Wracać do Imperium? O tak! Prosto do swojego pokoju - to na pewno. Właściwie po odpoczynku Alia nie miała zamiaru robić niczego innego, co nie tyczyłoby się organizowania powrotu w znane jej strony.
- Cóż, weszła z tobą - odpowiedziała elfka, kierując słowa do człowieka. Ten otworzył jeszcze usta, zaczął coś mówić, jednak kobieta nie słuchała go już. Nie, elfka była już na nogach i kierowała się swobodnie w stronę stolika.
Elfka była dość wysoka jak na swoją rasę. Smukła, wyróżniająca się urodą nawet jak na długoucha. Jednak wszystko, co przypominało w niej zieloną elfkę kończyło się na skórze. Sprężysty, miarowy krok, postawa zawsze gotowa do reakcji na atak. Spod luźniejszej kamizelki, nałożonej na obcisłą koszulę i nad podobnie wąskie spodnie, raz czy dwa błysnęła stal. Alia nie miała jednak bladego pojęcia gdzie dokładnie i jaka broń była tam ukryta. A może to tylko gra światła na miedzianym guziku kamizelki? Bohaterka nie mogła być pewna. Zaś wyraz twarzy... półuśmiech i to spojrzenie... Alia musiała mrugnąć parę razy, by upewnić się, że skóra elfki nie jest jednak czarna jak głębia Puszczy Wiecznej Nocy. Jakieś zaklęcie maskujące kolor skóry? Bękart? Obie opcje wydawały się dużo bardziej prawdopodobne niż to, że jest ona faktycznie leśną elfką.
Kobieta dotarła w końcu do stolika Alii i swobodnie zasiadła na przeciwko niej. Powiedziała coś, z pewnością w języku, w którym bohaterka porozumiewać się nie potrafiła. Potem jednak dodała, nieco mniej pewnym głosem, właściwie pytającym, jeszcze jedno słowo.
Przyglądała się jej, nie to że z ciekawości, lecz z potrzeby określenia z kim ma do czynienia. Właściwie elfka była lustrowana niezwykle dokładnie, centymetr po centymetrze. Patrzenie spod kaptura i przez opaskę pozwalało, by bez problemu wbić wzrok.
Czy to zmęczenie płata figle niezawodnej percepcji? Możliwe... A co jeśli nie? A co jeśli to była stal? A co jeśli dojdzie do użycia jej? Jest za dużo ludzi, by zabić kogoś przy wszystkich. Chyba, że wszyscy są razem. Ale czemu zabić? Ona jest drowem?! Nie... Niemożliwe... A może?
Bohaterka poczuła się nieco nieswojo, osaczona w samym środku stada różnorakich ludzi i nie ludzi. Zabrała wzrok od elfki i zwróciła ku sobie oceniając czy wyglądem nie przyciąga uwagi, czy nie wybija się w śród tłumu. Cofnęła się centymetr, minimalnie schowała w sobie i spięła mięśnie.
Czy czegoś się obawiała? Bardzo możliwe. Czy tylko nie potrafiła znaleźć reakcji na próbę nawiązania z nią kontaktu? Właściwie kto i po co by z nią rozmawiał? Jeszcze tutaj.
Wyciągając wnioski z doświadczenia jakie Bohaterka zebrała od Przebudzenia zawsze kończyło się to pochwyceniem wideł, kos, pochodni, spuszczenia psów i chęci pozbawienia jej życia. Rubin był jednym jedynym wyjątkiem. Liczyć na kolejny nie było szans. Nie będzie kolejnego wyjątku.
Jak mogła nie wziąć tego pod uwagę?! Jak mogła wpakować się w paszczę wygłodniałego potwora? Cholera jasna! Nie wybiegnie przecież przez drzwi jak opętana. Nie może dać po sobie poznać.
Końcowo Alia nie odpowiedziała nic, jednak wróciła wzrokiem na postać, wystarczająco pokazując, że słucha.
Och, jak różny widocznie Erxen był od Imperium! Państwo dobrobytu, gdzie nieznajomego każdy wieśniak przywita chlebem i solą miast widłami. Nawet dziwnie wyglądającego. Drowa może i przepędzi, ale psy spuści dopiero jak zbliży się na sto metrów. No, pięćdziesiąt nawet, jeżeli człowiek dobrego serca! Gdzie wszyscy chcą rozmawiać, zagadywać każdego nieznajomego... a może to tylko ją? I jak to się stało, że wszyscy ci ludzie znają język imperialny i widocznie znają się nawzajem? Zapewne gdyby orkowie jeszcze odezwali się językiem ludzi nikt nie uznałby tego za dziwne.
Ale czemu zwracała na siebie uwagę tych ludzi?
Elfka nie miała szans dojrzeć spojrzenia bohaterki spod opaski, widocznie jednak nie miała zamiaru odpuścić.
- Niezbyt rozmowna, co? - elfka mruknęła pod nosem. Jednak widocznie uznała, że Alia mówi raczej po Erxeńsku. Kobieta bowiem zaczęła znów mówić coś, zdecydowanie mową artykułowaną, jednak zupełnie niezrozumiale dla Alii.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum