A więc mówisz, że jeśli obudzisz się w nieznanej ci części miasta, to była dobra impreza? Ha! Zadziwię cię więc pewną opowieścią, której nie powstydziłby się najlepszy karczemny bajarz. Ha, karczma. Tak, ta historia jak i wiele innych zaczyna się własnie w miejscu, gdzie ludzie zbierają się by zachlać banie.
Mówili na niego Krwawy Koleus. Wysoki czerwony elf, morderczy i agresywny wojownik. Ubrany był w kiepskiej jakości skórznie, na którą zarzucony miał podróżny płaszcz, przy jego pasie zaś nie było jednej broni. Miał trochę pieniędzy Erxenu, za które w Imperium nie dostałby nawet w mordę. Czuł się za to świetnie. I za cholerę nie miał pojęcia czemu znalazł się w Argten.
Nie to, żeby obudził się w nieznanej okolicy, setki kilometrów od swego ostatniego położenia i zrzucał to na wczorajszą libację z krasnoludzkim ekspertem od międzywymiarowych portali. Nie, dobrze pamiętał całą drogę tutaj, jakkolwiek całkowicie nie ważną. Bezcelowa podróż jednak ma taką właściwość, że potrafi zawieść w przeróżne miejsca. Najdziwniejsze, najciekawsze, dawno zapomniane przez istoty żywe, choć przez te nieumarłe nierzadko zamieszkane. Ale najczęściej prowadzi do tych nudniejszych miejsc.
Na przykład takiego Argten, często przez mieszkańców nazywanym ostatnim miastem na bagnach. Nie to, żeby wszelkie inne mieściny dawno zostały pochłonięte przez mokradła, czy spalone przez dzikich jaszczuroczłeków. Nie, było zwyczajnie najdalej wysuniętym przyczółkiem Imperium na zachód tych ziemi. Nikt nie był pewien z czego żyją ludzie tu mieszkający. Oczywiście, były tu wszelkie zakłady rzemieślnicze, kuźnia, pracownia magiczna nawet! Handel z resztą Imperium był jednak mocno jednostronny, a główny w nim udział brało jedzenie. Mokradła wokół zwyczajnie nie nadawały się do niczego. Z plemionami jaszczuroczłeków mieszkańcy mieli tak bardzo neutralny stosunek jak tylko się dało. Po prostu nawzajem się ignorowali, więc i nawet handel z tymi prymitywnymi humanoidami nie wchodził w grę. Miasto ponoć powstało przez plotki o potężnym złożu węgla, które miałoby znajdować się w tej okolicy. Było to jednak dawno temu, i nikt już nawet nie pamięta, czy którykolwiek z osadników znalazł choć grudkę tego czarnego paliwa. Miasto jednak się ostało.
Osada była niewielka, bowiem każdy metr ziemi który trzeba by przygotowywać pod jakąkolwiek budowę nie poddawał się łatwo. Z tego powodu gęstość zabudowy była niesamowita. Jedna tylko uliczka nadawała się do przejazdu wozem, kończyła się placem, zresztą na tyle tylko dużym, by dało się tam wykręcić i nie urwać kamienia ze ściany budynku. Po reszcie uliczek widać było, że ledwo mieścił się tam średniej budowy koń. Większość domów miała cztery i więcej pięter, zapewne każde należące do innego właściciela. Gdyby ktoś się nad tym zastanawiał, zobaczyłby tu wiele genialnych rozwiązań architektonicznych. Ale nikt z mieszkańców się nie zachwycał, było to dla nich normalne. Przybysze natomiast mieli zbyt duży problem z przeciskaniem się przez uliczki, by mieć czas na dłuższe spojrzenie w górę.
Tak więc wyglądała osada, w której przyszło się znaleźć Koleusowi. Zanim w ogóle pomyślał nogi same zawiodły go do jedynego szerokiego budynku w mieście - karczmy. No bo w końcu gdzie najlepiej odpocząć po trudzie drogi?
Środek był tak samo gęsto zastawiony jak i miasto. długie ławy stały tak blisko siebie, jak to tylko możliwe biorąc pod uwagę chcących tam usiąść gości. Jedna szersza alejka prowadziła od wejścia do kontuaru i pozwalała na dojście do każdej z ław. Godzina była jeszcze wczesna, karczma więc była stosunkowo pusta. To znaczy - połowa miejsc była jeszcze niezajęta. Goście przedstawiali mieszaninę wszelkich mile widzianych i tych tolerowanych w Imperium ras Sorii, widok krwawego elfa u drzwi nie zwrócił więc niczyjej uwagi. Niczyjej, prócz barmana.
- Co podać? - usłyszał gromki głos grubego, łysego człowieka za kontuarem. Gospodarz spoglądał prosto na niego i zdawał się być bardzo uszczęśliwiony widokiem kolejnego klienta.
Ostatnio zmieniony przez Khazarid 2012-07-15, 22:39, w całości zmieniany 2 razy
Uśmiech. Owo skrzywienie na twarzy elfa, towarzyszyło mu już od jakiegoś czasu. Nie miał do końca pojęcia skąd się wziął na jego twarzy i dlaczego się tam utrzymywał, ale jego samopoczucie było bardzo dobre.
Kolejna wioska, najwyższy czas.
Tylko dlaczego zawędrował na jakieś bagna? Nie miał pojęcia. Choć możliwe, że dlatego, iż mapy nie były jego mocną stroną, ba, w ogóle nie wiedział jak wygląda rozmieszczenie poszczególnych krain.
Jednak nie narzekał. Nie miał nic przeciwko takiemu terenowi. Trochę więcej wkurzających owadów i tyle.
Wioska, jej architektoniczna strona i polityka w niej panująca, czy też handel i kontakty z innymi mieścinami nie obchodziły wojownika ani trochę. Jego wzrok nawet nie raczył zwrócić uwagę na żadne z tych aspektów. Bo co mu do tego? Nie będzie bawił tu długo, w wstępnym założeniu.
Jak zwykle to bywa, najlepszym miejscem dla podróżnika jest karczma. Jest to prawda tak pewna jak to, że słońce zajdzie by znów w następny dzień wzejść i oświecać wszystkim drogę ku drzwi gospody. I nic dziwnego, że tam zawędrował i tym razem Koleus. Elf nie był rasistą, ale lubił gdy gdy zaczepiano go za sam wygląd. Tutaj widząc gości, wątpił by ktoś zwrócił na niego uwagę. Pierwsza tego dnia przykra myśl, ale szybko uciekła mu z głowy, bo pojawił się barman z pytaniem.
-A daj mi coś do jedzenia i picia, najlepiej kufel piwa.- może nie umierał z głodu, jednak pokarmu nigdy dość. Choćby na zapas.
Jeżeli barman nie zada kolejnych pytań elf wybierze sobie jakieś miejsce, nie miał specjalnych wymagań, pierwszy lepszy, po czym usadowi się wygodnie na ławie, zdejmując przed tym płaszcz i plecak, by postawić je gdzieś pod ręką.
Nie lubił czekać, jednak w tym momencie nie przeszkadzało mu to w ogóle. Patrzył sobie po ludziach, czy ktoś przypadkiem nie ma ochoty dostać dziś po mordzie.
Byłby to w tedy naprawdę wspaniały dzień.
Słysząc pytanie Koleus nie usiadł więc od razu. Miał za to sposobność rozejrzeć się już nieco po sali. Menażeria wyglądała standardowo. To znaczy paru chłopów, co to wyglądali jakby bójki karczemne po pijaku traktowali jak sport. Przy jednej ławie siedziała trójka jorów, każdy trzymał w dłoniach jakieś kawałki papieru, wymieniali się nimi, rzucali na stół. Karty - przypomniał sobie elf - to były karty. Na środku, pomiędzy nimi, znajdowała się mała kupka monet. Przy innym stole siedziała grupka, która wyglądała na podróżników. Uwagę zwracała zdecydowanie jedyna kobieta w ich gronie. Bynajmniej nie urodą jednak. Zdecydowanie bohater mógłby pomylić ją z nieszczególnie urodziwym, długowłosym przedstawicielem męskiej części ludzkiej rasy, gdyby nie pokaźne piersi. Dwuręczny miecz oparty za nią o ścianę dopełniał obraz twardej wojowniczki. W karczmie znalazł się nawet samotnie siedzący ork, choć ten wśród swoich pobratymców musiał być uznawany za słabeusza - nie wyglądał szczególnie okazale. W jednym z kątów siedział srebrnowłosy drow, któremu towarzyszył człowiek o wyrazie twarzy tak podłym, że gdyby usmarować go węglem mógłby wyglądać jak krewny swego kompana. W przeciwnym kącie zaś siedział leśny elf, który z wcześniej wspomnianym drowem wymieniał wciąż mordercze spojrzenia.
Oprócz tego wśród ciżby elf nie dojrzał nikogo szczególnie ciekawego, lub wyglądającego na skorego do bitki. Jednym co mogło uderzyć bohatera, to że w całej tej mieszaninie nie było ani jednego jaszczuroludzia, mimo takiego położenia miasta.
Generalnie gdyby tylko grzecznie się zachował, Koleus mógłby liczyć na dobrą karczemną bójkę.
-A jakieś tam mam- odpowiedział koncertując wzrok na karczmarzowi. Zimne, puste i mroczne oczy, które płonęły żądzą krwi - uwielbiały jej widok.
Ten wzrok przeszył karczmarza, w tym samym czasie ręka sięgnęła po dwie srebrne monety. Pokazał je karczmarzowi i zapytał –Wystarczy?-.
Jeśli karczmarz potwierdzi doda– Zapłacę po posiłku-.
I tak jak postanowił sobie chwilkę wcześniej, zostając przy tamtym planie, rozpocznie usadowienie się przy jednym z stolików.
Towarzystwo było iście ciekawe. Elf nie miał okazji zwiedzać miejsc, gdzie było tak wiele przedstawicieli różnych gatunków.
Postanowił usiąść gdzieś bliżej jorów. Z czystej ciekowości. Nie miał jeszcze okazji oglądać nikogo z tej śmiesznej rasy. Chciał się im przyjrzeć.
Poza tym chciał też mieć oko na elfa i drowa, bo oni wyglądali, przynajmniej w jego mniemaniu, na takich, którzy pierwsi zaczną rozróbę. A Koleus takiej okazji nie mógł przepuścić. Miał okropną ochotę komuś przywalić. Barmanowi niestety nie wypada.
Karczmarz zmrużył oczy, widocznie próbując dojrzeć co elf trzyma w dłoni, ale chwilę potem machnął ręką i odwrócił się, by sięgnąć po kufel z szafki za sobą. Złocisty płyn już był nalewany dla Koleusa, gdy usadowił się przy ławie blisko grupki jorów.
Pokryte szarym futrem szczury oczywiście nie omieszkały zmierzyć go wzrokiem, jednak bardzo szybko wróciły do gry, jakby oczekując, że w każdej chwili jeden z nich może zapadnąć się pod ziemię z całą pulą, gdy tylko reszta nie będzie patrzeć.
- Podbijam - stwierdził jeden ze szczuroludzi, dorzucając srebrną monetę na kupkę na środku.
- Aleś ty kurwa bogaty się poczuł... - mruknął drugi, marszcząc nos, co w akompaniamencie poruszających się wąsów wydało się Koleusowi szczególnie zabawne. Mimo oczywistego niezadowolenia również rzucił na środek monetę. - No, pokaż co tam masz.
Oba szczurołaki położyły swoje karty na ławie. W akompaniamencie śmiechu trzeciego z jorów, ten drugi zebrał całą pulę. Potem wszystkie trzy szczurze pyski obróciły się w kierunku krwawego elfa.
- Chciałbyś zagrać? - Zapytał ten jor z najciemniejszą sierścią.
- No, nie daj się prosić - dorzucił drugi. - To prosta gra.
Między ławami nie wiadomo kiedy, i nie wiadomo jak, przecisnął się barman by postawić gliniany kufel wypełniony czymś, co prawdopodobnie było piwem. Mruknął coś w stylu "jedzenie za chwilę" i począł posuwać się z powrotem w kierunku kontuaru.
Obaj elfowie natomiast, zarówno mroczny jak i leśny, nie wyglądali tak, jakby zbyt szybko mieli zacząć walkę. Koleus mógł być pewien, że gdy tylko ci dwaj zaczną się bić skończy się to, o ile ktoś ich nie obezwładni, śmiercią choć jednego z nich. Oni też zdawali sobie tego sprawę, a pewnie byli świadomi wyroków, które mogły im grozić. Nie przeszkodziło to jednak drowowi przyjąć bardziej lekceważącą postawę, a zielonemu rzucać jeszcze bardziej mordercze spojrzenia.
Elf słysząc pytanie parsknął śmiechem po czym chwycił kufel i wypił łyk piwa, czy też płynu który mu podano.
Kręcąc głową odpowiedział –Nigdy nie słyszałem, by szczur grał w coś i nie oszukiwał. Nie mam za dużo pieniędzy by je tracić.- jego wzrok był pełny szyderstwa. Właściwie to miał nadzieję, że ta trójka rzuci się na niego.
Coś tam kiedyś ktoś mu opowiadał, że ta rasa jest bardzo zręczna i szybka, ale straszliwie słaba. Mają swoje zęby i pazury, lecz z kolcami wojownika nie mogły się równać. Dobrze już poznał moc kilkudziesięciu kolców przekłuwających mu skórę i niosąca śmierć przeciwnikom. Uwielbiał je.
W to jednak wątpił przecież nic takiego obraźliwego nie powiedział. Na razie postanowił zostać w roli obserwatora i spokojnie zjeść, i wypić. Choć, jeśli coś ciekawego się wydarzy, nie odpuści sobie tego.
Jego ochota na rozlanie kilku kropel krwi nie malała. Nie ważne czyja to by była krew, człowieka, elfa, szczura, orka czy kogoś innego. Chciał komuś przywalić.
- Daj pan spokój! - zakrzyknął jeden ze szczurów. - Bądźmy nowocześni! Tolerancja, brak uprzedzeń...
- Poza tym - wtrącił drugi. - Erxenskim groszem tu nie zapłacisz. Jak barman się zorientuje...
- A my damy ci grać tymi pieniędzmi - trzeci dokończył z uśmiechem. - Zarobisz na piwo i jedzenie.
- No, to jak? - zapytał pierwszy.
A piwo smakowało... cóż, było to piwo, choć z pewnością nie najprzedniejsze na świecie. O czym zresztą w tej chwili próbował przekonać jakiś pijany gość karczmy.
Koleus teraz dopiero usłyszał delikatną muzykę graną przez jakiegoś grajka na lutni. W ogóle teraz dopiero go zauważył. Może dopiero przyszedł? Muzyka nie była jakaś wymyślna czy szczególnie porywająca, ale dobra.
Poza tym nic się w karczmie nie zmieniło. Nikt szczególnie nie rwał się jeszcze do bitki. Było zwyczajnie za wcześnie.
Elf uśmiechnął się drwiąco, miał trzy grosze. I co z tego, że je straci?
-Jeżeli zobaczę, że kantujecie.- jego uśmiech nieco zmroczniał a oczy, gdyby mogły, delikatnie by zapłonęły –wybije wam kiełki.-
Wyjął sakiewkę, poszukał trzech groszy, by potem ją znów schować i dosiąść się do gry z trzema monetami w ręku.
-Więcej nie mam.- powiedział i położył je na brzegu stołu.
Co za śmieszna sprawa, grać z najlepszymi złodziejami. Każdy wiedział, że każdy jor to złodziej i oszust. Był czujny, by przypadkiem jego sakiewka nie zginęła podczas gry. Wyczulił swoje zmysły by mieć ich wszystkich na oku.
-No to chyba czas poznać zasady gry.- dodał na końcu czekając na ich odpowiedz.
Nie miał nigdy okazji grac w coś takiego jak karty. Jego jedynym hazardem był ring i przeciwnik.
Koleus jednak nie miał nic przeciwko doświadczaniu nowych wrażeń.
- My? Kantować? - zapytał ten z najbardziej ciemnym futrem, przybierając karykaturalnie obrażony ton i machając jedną ręką. - Przysuń się przyjacielu. Groszem na jedzenie nie zarobisz... ale rozumiem, jeśli nie chcesz przegrać tych szylingów.
- Patrz - ten siedzący po tej samej stronie ławy rzucił przed elfa karty. - Masz liczby od 1 do 10. - Faktycznie, na kartach przedstawione były jakieś znaczki, po dwa rodzaje na każdej karcie. Jedne bardziej przypominały rysunki, drugie zaś... Koleus nie umiał ich niestety przeczytać. Jor zdał się zauważyć tę niezręczność. - Liczbom odpowiadają znaczki na środku. Pięć znaczków - piątka. Rozumiesz? Kolorami się nie przejmuj... - faktycznie karty były w dwóch kolorach - czarnym i niebieskim. Przed jorem leżały jeszcze jakieś inne karty, dużo bogaciej zdobione. Rysunkami.
- Gra jest prosta - odezwał się trzeci jor, siedzący po przeciwnej stronie ławy, po lewym boku od tego z najbardziej ciemną sierścią. - Po kolei dobieramy po jednej karcie z talii na środku. Kiedy już nie chcesz więcej, mówisz stop. Celem jest liczba najbliższa trzydziestu... jednak ten kto ma powyżej trzydziestu przegrywa. Przed wzięciem pierwszej karty rzucamy na środek stawkę. Powiedzmy... jeden grosz na razie? Potem możesz faktycznie zarobić na swój posiłek - jor mrugnął do niego szczurzym okiem.
Elf nie od razu opowiedział. Popatrzył na karty, potem po twarzach graczy i na końcu na pieniądze. Takie dziwactwa, ale na pierwszy rzut oka nie wydawało się to trudne.
Liczyć kropki. Do 30? Elf prawdopodobnie wiedział ile to jest, pieniądze liczyć umiał, to czemu by nie miałby policzyć kropek?
-Zagram.-
Zgodził się na grę postanawiając sobie, że przegra te 3 grosze. Będzie grał tak długo, aż przegra wszystko co wygra, jeżeli będzie coś takiego, lub te trzy grosze. Nie miał zamiaru wyciągać sakiewki i swoich pieniędzy.
Czas zacząć zabawę.
Wojownik wciąż czujny położył prawą rękę na blacie, a z jej górnej strony urosło piętnaście kolców tak, by nie przeszkadzały mu w zaciskaniu pięści. Sporo, o różnych wielkościach nie mniejszych niż 5 centymetrów, ale musi to wyglądać brutalnie. Do braku komfortu elf był przyzwyczajony –To na oszustwa.- uśmiechnął się do nich i wypił łyk swojego piwa drugą ręką.
I rzeczywiście, jeżeli zobaczy, że któryś z nich oszukuje, bez ostrzeżenie zaatakuje. Nieważne czy szczur przeżyje czy nie.
Kolce przebiły się przez skórę elfa na wierzchu prawej dłoni. W pełni zamierzonej liczbie i długości. Mimo przyzwyczajenia ból wciąż był bólem, w końcu jak można przyzwyczaić się do przebijania własnej skóry?
Trójka jorów zdawała się być zupełnie nieprzejęta oczywistą groźbą Koleusa. Jeden z nich wziął karty do rąk, pomijając te z obrazkami i zaczął je mieszać w sprawny sposób. Wkrótce po środku pojawiła się równo ułożona talia i trzy miedziaki imperialne.
Elf popatrzył na mieszającego karty.
Sięgnął dłonią po swój pieniądz i wysunął go do reszty. Po tym powiedział do Jora, który tasowal –Dawaj te karty i tak wam nie wierze, sam je pomieszam.-
Nie miał zamiaru być oszukiwanym i postanowił, że będzie grał, jeżeli dają mu pogrzebać w kartach. Nie umiał tasować, ale poprzekładać kilka kart z góry na dół, ze środka na górę i dół tak, by się wymieszały nie wymagało dużej inteligencji.
Jeżeli nie będzie sprzeciwu, rozpocznie z nimi grę.
- Dobrze... - odpowiedział szczur po chwili patrząc się uważnie na elfa. Podał mu do rąk talię. Mrugnął może nerwowo? Koleus nie był pewien.
Oczywiście mieszanie kart nie szło bohaterowi tak sprawnie jak jorowi, właściwie poprzekładał parę kart... przy całej kupce niewiele zmienił, ale być może zepsuło to jakiś układ. Chociaż... mimo pewności, że szczurołaki będą coś kombinować elf nie był w stanie sobie wyobrazić jak mogliby oszukiwać robiąc to w takim tempie i bez zastanowienia.
Jor ponaglił go, zasadniczo w momencie kiedy elf już odkładał talię na stół. Ten siedzący obok sięgnął by poprawić krzywo ułożone karty i wziął już pierwszą kartę. Cztery znaczki. Wskazał ręką, że następny powinien być elf, więc ten zgodnie z myślą dalszego grania sięgnął po pierwszą z góry kartę. Dziewiątka. Następni jorowie wyciągnęli czwórkę oraz dwójkę. Pierwszy z jorów wyciągnął od razu kolejną. Piątkę.
Elf krzywo spojrzał na jora który poprawił karty. To, że nie wyglądało na to, że szczury oszukują, w cale nic nie znaczyło. Koleusowi wpojono kiedyś, że szczurołaki to złodzieje. Każdy jeden bez wyjątków. I tej zasady się trzymał.
Oczywiście nie zastanawiając się nad niczym sięgnął po następną kartę. Do 30 to mu jeszcze sporo brakowało.
A na razie nie miał zamiaru odpuszczać sobie gry. Był wojownikiem, teraz też toczył bój, tylko trochę inny.
Tylko przy tej walce uważnie obserwował przeciwników, by nie zostać oszukanym.
Jor zaś nic nie zrobił sobie z krzywego spojrzenia elfa. To, że nie wyglądało, że szczury oszukują, nie znaczy, że nie mogą tego robić. Kraść można na wiele sposobów, hazard jest zasadniczo tym najprostszym - ofiary zwykle są chętne grać.
Gracze spokojnie dobierali po kolei karty. Na razie wartości nic nie znaczyły, bowiem każdy z nich daleki był jeszcze nawet dwudziestki. Jedna kolejka... druga...
Karczmarz przyszedł w końcu z jedzeniem. Całą drogę do ławy spoglądał za siebie, na grajka, który zdawał się właśnie rozkręcać, jakby widział go pierwszy raz w życiu. Może tak było. Potem jak tylko dotarł do elfa i położył mu miskę z parującymi warzywami i kawałkami mięsa w jakimś gęstym sosie, krótkie spojrzenie na karty przed elfem skwitował tylko kręceniem głową. Jakby zastanawiał się, czy po grze Koleus będzie miał czym zapłacić za jedzenie. Ale mimo to odszedł bez słowa.
Zapach jedzenia pobudził kubki smakowe elfa. Musiał się jednak zdecydować, czy może zaufać jorom na tyle, by odwrócić uwagę od stołu choć trochę.
A na stole, gdy już minęła czwarta kolejka sytuacja przedstawiała się tak: Koleus miał przed sobą dziewiątkę, trójkę, szóstkę i dziesiątkę, co dawało razem wynik dwudziestu ośmiu. Jor naprzeciwko niego miał dwie szóstki, ósemkę i czwórkę - dwadzieścia cztery. Kolejny szczurołak miał dwójkę, siódemkę, jedynkę i dychę - równe dwadzieścia. Ostatni z graczy z czwórką, piątką jedynką i dziesiątką też miał dwadzieścia. Jako, że była jego kolej na dobranie karty dołożył do tego trójkę.
Koleus oczywiście mógł ryzykować dalej, licząc na jedynkę lub dwójkę...
Drow z kąta zaś rozkręcał się, rozprawiając głośno, chyba głośniej nie mógł, by nie krzyczeć, o wątpliwym męstwie leśnych elfów, oraz o licznych razach, gdy ich kobiety kupował w domach publicznych. Na jedną z ciekawszych opowieści nawet trójka jorów i męska wojowniczka zawtórowała w śmiechu drowiemu kompanowi. Mieszkańca Mrocznej Puszczy tylko to zachęciło... a leśny elf zdawał się mieć coraz większe problemy z trafieniem kuflem do ust.
Koleus bez dłuższego zastanawiania się zabrał kolejną kartę.
Karczmarz przyniósł jedzenie i to oderwało myśli Koleusa od mozolnego liczenia i dodawania kropek. Na razie hazard nie przypadł mu do gustu, choć dopiero grał kilka sekund. Był statyczny i nudny. Poza tym ciągle nie ufał jorom. W jego głowie rozmnażały się myśli o ich oszustwach i przekrętach. Tyle tego się nasłuchał w przeszłości, że teraz gdy spotkał przedstawicieli tej rasy i w dodatku z nimi gra, nie mógł się ode tego oderwać.
Ale chętnie zjadł by to co przyniósł karczmarz, jednak nie przy stole jorów.
Dogra tą partie, weźmie swoje jedzenie i wróci do wcześniejszego miejsca ze słowami – Wybaczcie panowie ale żołądek się na mnie gniewa.-
Poza tym sytuacja w karczmie zaczyna być ciekawa. Sięgając po misę, siłą woli rozkazał kolcom się schować. Jeżeli coś zacznie się dziać, nie wypada zabijać w karczmie.
Ale chętnie dołączyłby się do imprezy. Po powrocie na miejsce, dyskretnie sprawdzi sakiewkę, czy ta przypadkiem mu nie zniknęła. To mogłoby go wyprowadzić z równowagi, a kolce zatopiły by się we krwi.
Postanowił zjeść i wypić.
Dobrał jedną kartę... Jedynka. Razem dwadziescia dziewięć.
Jorowie podobierali karty, licząc na idealny wynik trzydziestu... niestety dla nich każdy z nich dobrał za dużo. Każdy z nich odmruknął obowiązkowe przekleństwo przy swojej ostatniej karcie. W kieszeni Koleusa wylądowały więc trzy miedziaki imperialne i jeden erxeński. Niezbyt duży łup. Ale żołądek się dopominał.
- Wróć więc, jak już zjesz. Musisz dać nam szansę się odegrać - stwierdził jor z najciemniejszą sierścią.
Na swoje poprzednie miejsce nie musiał daleko się przesiadać. W końcu wcześniej planował zasiąść jak najbliżej szczurołaków. Sakiewka była na miejscu, zdawała się być odpowiedniej zawartości, przynajmniej na wagę.
W miarę jak czas mijał Koleusowi przy jedzeniu karczma zapełniała się. Goście napływający byli teraz w większej mierze ludźmi. Przychodzili napić się po pracy, jeśli jakąkolwiek w tej mieścinie można było znaleźć, pogadać, pośmiać się. Ktoś dosiadł się do trójki jorów jak do starych kumpli i od razu zaczął z nimi grać w jakąś bardziej skomplikowaną grę. Ork-słabeusz wdał się w rozmowę z jakimś staruszkiem. Gwar rozmów zagłuszył już niestety opowieści drowa, sytuacja między elfami zdawała się więc uspokajać. Do czasu.
Do czasu aż leśny elf postanowił wyjść z przybytku. Jego czarny kuzyn poderwał się niemal w tym samym momencie i ruszył w kierunku drzwi, z oczywistym zamiarem zagrodzenia drogi swemu rasowemu wrogowi. Koleus nie mógł być pewien, jednak zdawało mu się, że wśród gwaru usłyszał słowa "gdzie leziesz kurwa". Wszystkiemu z zaciekawieniem przyglądał się nie tylko krwawy elf. Bowiem donośniejszy głos wojowniczki bohater usłyszał na pewno.
Elf był niemało zaskoczony wygraną i uśmiechnął się na pożegnanie do jorów. Było to dla niego nowe doświadczenie, lecz nie przypadło mu do gustu. Nawet pomimo wygranej.
Jedzenie. Coś co pomagało mu przeżyć na tym świecie i co pozwalało mu być tym kim jest, wojownikiem. Siła pochodziła właśnie z pokarmu napędzającego jego ciało.
Więc jadł i z uśmiechem na twarzy patrzył na rozwijającą się akcje w karczmie.
Postanowił poczekać.
Nie chciał być prowokatorem, lecz mieć pełny udział w burdzie. Miał nadzieję, że rozkręci się to na całego, bo pięści już go świerzbiły. Chciał połamać kilka kości.
Zasadniczo Koleus nie musiał się ani trochę martwić, że w razie rozpętania pełnej bójki nie zdąży zjeść czy zmarnuje mu się piwo. Bo gdy drowi elf stanął akurat pomiędzy drzwiami a leśnym elfem bohater połykał właśnie ostatni kęs. Piwa już dawno nie było w jego kuflu.
Koleus już widział jedno z niewielu krzeseł na sali mijające się z celem, którym była głowa mrocznego elfa, i trafiające w gościa siedzącego obok. Już widział sztylet, który drow miał schowany w bucie. Już miał przed oczyma wojowniczkę dołączającą się do bójki, mimo, że pierwszy cios jeszcze nie dotarł do niezamierzonego celu. Już miał bohater w głowie obraz świetnej rozrywki przy łamaniu kości i rozbijaniu głów gdy stało się coś bardzo, bardzo nieprzyjemnego.
Drzwi rozwarły się z hukiem by ujawnić czwórkę zbrojnych wpadającą do środka. Z długimi mieczami w dłoniach i w pełnym rynsztunku średniej ciężkości kolczej zbroi. W hełmach, z nabijanymi rękawicami. Jeden z nich miał nawet sporą trójkątną tarczę.
Wszyscy w karczmie zamarli. Elf nawet zdołał powstrzymać w powietrzu lecące przed chwilą krzesło. Pewnie nawet sam nie wiedział jak. Barman począł śpieszyć do wejścia, pewnie aby poznać przyczynę nagłych odwiedzin.
Zanim jeszcze jednak otyły gospodarz przecisnął się pomiędzy ławkami i ciżbą zbrojni ustawili się we w miarę ścisłe półkole. Zaraz jak tylko zajęli swoje pozycje przez drzwi przeszła jeszcze jedna osoba. Zgrzytając płatami zbroi półpłytowej, oczywisty dowódca grupy odchylił przyłbicę i zaczął mówić.
- Nikt się nie rusza. Nikt nie wychodzi. Nikt nie próbuje uciekać, zabijemy na miejscu. Musimy przeszukać karczmę.
Dopiero ciche pomruki i westchnienia wśród lokalnej ciżby upewniły Koleusa o tym, kim byli ci szczególni goście. Straż miejska przyszła na imprezę zanim się zaczęła.
„No to kurwa po zabawie” westchnął w myślach Koleus.
„Co to niby ma być? Co można znaleźć w karczmie?” właściwie to wszystko. Pomimo tego, że przerwało to dobrze zapowiadającą się zabawę, było nad wyraz ciekawe. Nieczęsto zdarza się by tak uzbrojeni goście zawitali do karczmy szukając czegoś.
Było w tym coś interesującego i tego uczepił się elf, by zapomnieć o gniewie i ledwo co pobudzonej żądzy krwi.
Spokojnie obserwował cale zajście, dokładnie wszystkiemu się przyglądając.
Nie widząc śladu sprzeciwu człowiek w półpłytowej zbroi machnął ręką w kierunku wnętrza karczmy i przez drzwi przeszło jeszcze dwóch strażników wyglądających dokładnie tak jak ci którzy przybyli na początku. Czwórka stojąca przy drzwiach nie ruszyła się. Nowo przybyli zaś rozpoczęli przeszukiwanie wszystkich gości tawerny po kolei. Przeszukany dostawał polecenie wyjść na zewnątrz i poczekać. Strażnicy posuwali się powoli i spokojnie, przy każdym osobniku zatrzymując się dłużej i sprawdzając go dobre parę minut. Do Koleusa jeszcze mieli daleko.
Blisko zaś mieli do grajka który jeszcze nie tak dawno pojawił się znikąd w karczmie.
- Nie kurwa, ja się tak nie dam - dało się słyszeć krzyk człowieka, gdy wskoczył na najbliższą sobie ławę i zaczął biec dużym łukiem w kierunku drzwi.
- Brać go! - krzyknął dowódca, a dwóch strażników zaczęło niezdarnie przeciskać się pomiędzy ciżbą.
Zasadniczo logiki grajkowi zarzucić nie można było. Żadnej. Czwórka strażników nadal stała przy wejściu, blokując jedyną możliwość opuszczenia karczmy. Być może oczekiwał, że i oni puszczą się w pościg i wymanewruje ich jakoś ale... w obecnej chwili nie bardzo mu to wychodziło. Zdecydowanie jednak dwójce strażników równie dobrze szło gonienie grajka. Ludzie niezbyt chętnie rozstępowali się, nie wiedząc o co chodzi i kto ucieka przed strażą. No i nie bardzo mieli gdzie się odsunąć w ciasno umeblowanej karczmie. Przy drzwiach zaś dowódca gotował się i krzyczał komendy do strażników, którzy zapewne i tak go nie słyszeli. Stał i machał rękoma z czerwoną ze złości twarzą, ledwo co prawda widoczną pod przyłbicą i wystającymi spod nosa wąsami. W końcu nie wytrzymał i skierował swoje słowa do tłumu.
Zabawne. Obława w karczmie. Elf przyglądał się temu uważnie. Tylu ludzi by złapać jednego gościa. To bardzo dziwne, w dodatku tak uzbrojeni. Cóż za zaangażowanie w zwalczanie przestępczości.
Albo zbieraniu pieniędzy.
Żołnierz który machał rękami i się wydzierał przekazał tym Koleusowi bardzo cenną informacje. Nagroda, a to pachnie pieniędzmi.
Szybko przebadał sytuacje. Możliwości jakimi dysponował grajek w ucieczce, kierunki w których ma jakąś możliwość, choć na razie nie wykazywał się zaradnością w cale nie musiał jej nie mieć. Dwie sekundy by sprawdzić wszystko, pół by ruszyć na uciekiniera, z celem złapania go.
Musiał być szybszy od reszty, tutejsi goście nie wyglądali na szarych obywateli, dlatego zapach pieniędzy i ich mógł poruszyć.
Z drugiej strony gdy wszyscy się rzucą może zrobić się tłoczno i na przykład coś zdobyczy się stanie, ale czy to właściwie ważne?
Teraz liczyły się monety, czas i szybkość.
Grajek wciąż skacząc od ławy do ławy, przebiegając kawałek na każdej, uciekając na kolejną zdawał się być poza zasięgiem ciężko uzbrojonych strażników.
Wszystko wydarzyło się szybko. Zerwanie na nogi, szybki skok, by znaleźć się na ławie dla łatwiej mobilności wśród tłumu, trzy, cztery susy by dotrzeć do zajętego strażnikami grajka. Koleus nie miał najmniejszego problemu by zwalić przeciwnika z nóg, zasadniczo widok krwawego elfa mającego zaraz wpaść na niego z pełnym impetem całkowicie zagasiła duch uciekiniera.
Dwójka z impetem spadła na podłogę tawerny, w cudem utworzoną lukę pomiędzy ciżbą. Co jak co, ale nikt nie miał zamiaru dać się poturbować. Teraz dopiero elf zauważył, że nikt zasadniczo nie poderwał się, by złapać grajka. Być może nikt nie chciał się mieszać w podejrzaną sprawę, być może nie uwierzyli w tę całą nagrodę. Może nikt osobiście nie lubił straży miejskiej. Może podobała im się gra barda.
- Kurwa, proszę, puść mnie... - wydusił z siebie bard, kiedy jeszcze żaden z nich nie zdołał do końca otrząsnąć się z upadku.
Widząc całą scenę jednak goniący grajka strażnicy mieli czas, by dotrzeć na odpowiednie miejsce. Zanim Koleus w ogóle mógłby zastanowić się nad reagowaniem jeden ze strażników odkopnął elfa od człowieka, a długi miecz drugiego wzniósł się pionowo, sztychem do dołu. Strażnik napiął mięśnie, szykując się do okrutnego pchnięcia.
[...]Test ataku (Potężny atak I): k20+19=16+19=35, Obrona: 25
Test obrażeń: 4k10+11 = 7+7+5+7+11 = 36
Człowiek zdążył się ruszyć, nim koniec miecza sięgnął jego ciała, jednak jedynie na tyle, by żelazo nie trafiło prosto w serce. Teraz jednak człowiek okrutnie się wykrwawiał, bowiem miecz wbił się pod jego ramię, rozrywając arterię tam się znajdującą. Jego życie potrwa pewnie jeszcze na tyle długo, by zdążył się zorientować jak bardzo głupio i boleśnie zginął. Wystarczyło siedzieć cicho, choć się poddać. Katowskie ścinanie głowy było ponoć bezbolesne.
- Sprawdzić go! - krzyknął dowódca grupy i jeden ze strażników pochylił się nad jeszcze konającym grajkiem.
Elf patrzył na całą scene i był nieco zdziwiony. Zabić kogoś w takim miejscu? To było szalenie dzwine.
Krew. Ją oglądał od zawsze, nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Sam często maczał w niej kolce.
Jednak tu nie o to chodziło, problem leżał w tym, że to on złapał barda. Wstał. Otrząsnął się teatralnie i rzekł bardzo głośno –No więc jaka ta nagroda?-
Był czujny. Cała ta banda nie wyglądała na przyjazną a człowiek, który stracił przed chwilą życie, najlepszym był tego przykładem.
Nie był tak bezbronny jak grajek. Lecz potencjalnych przeciwników kilku było, a nagroda mu się należała!
Czekał na reakcje kapitana. Całe te zgromadzenie również wyglądało dziwnie. Nikt nie chciał nagrody?
Coś tu jest nie tak.
Szósty zmysł awanturnika i zabijaki nie mógł oszukiwać elfa. Coś musiało być nie w porządku.
- I jak? - zapytał w końcu domniemany kapitan, kiedy przeszukiwania truchła nieco się już przedłużały.
- Nic nie ma - stwierdził ten zajmujący się brudną robotą. - Jakieś duperele, dwie sakiewki. Jedna z wyszytym... JK - strażnik widocznie umiał czytać.
Na sali robiło się coraz gęściej. Gościom widocznie nie podobało się to, co zaszło w karczmie. Żeby przerwać bójkę w momencie najlepszym, bo w momencie rozpoczęcia, i wparować uzbrojoną grupą do karczmy to jedno. Ale zabić jednego z nich tylko dlatego, że wyraził niezadowolenie wszystkich w bardziej dobitny sposób? No tak to być nie może. Ale nikt jeszcze nie posunął się do niczego więcej niż złych pomruków i narady z sąsiadem. Mimo wszystko ich było siedmiu. Oni mieli broń. Za nimi stało prawo. No i ostrzegali, że zabiją, nie?
- Zaraz, zaraz! - ocknął się jakiś człowiek w tawernie. - JK? To moja sakiewka! Zniknęła mi dzisiaj na targu! Mogę podać dokładną ilość monet! Do diabła jestem uczciwym kupcem...!
- Dobrze, dobrze. Zgłoście się do strażnicy, panie kupiec - przerwał mu kapitan. - Wynieście trupa i kontynuować przeszukiwanie!
Dwójka bardzo niechętnie zabrała się za wyznaczoną im robotę. Gdzieś kątem oka Koleus dostrzegł jak karczmarz łapie się za głowę widząc całą scenę. Zdecydowanie mogłoby to odbić się negatywnie na jego biznesie. Gdyby w mieście była inna karczma. Strażnicy jakby nagle zapomnieli o obiecywanej nagrodzie.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum