TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Odpowiedz do tematu
Poprzedni temat :: Następny temat
[Legenda] Podróż przez obce ziemie
Autor Wiadomość
Ervin 
Uwieczniony w Historii
Żniwiarz



Wiek: 31
Dołączył: 25 Sie 2007
Posty: 1100
Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-03, 08:41   [Legenda] Podróż przez obce ziemie

Jak masz na imię?
~ Nazywam się Nikt.
Słucham?
~ Na imię mam Ervin Ichaer. Ten, kto mówiąc głośno, nie mówi Nic.
Myślałem, że powiedziałeś, że nazywasz się Nikt.
~Wolę być nazywany Nikt.


Podróż przez obce ziemie

Legenda o Ervinie. Niegdyś Szalonym, teraz już tylko zniszczonym przez życie. Żniwiarzu, na pewno nie ponurym, chociaż śmierć idzie z nim w parze, a on nigdy nie jest uśmiechnięty



***

Tego wieczora dzieci nie siedziały na dywanie, przy kominku. Tego wieczora wesoły pomruk znany wszystkim pijakom zamilkł. Tego wieczora nie zostanie opowiedziany już żaden dowcip, a żadna dziewka nie będzie już podrywana, czy szczypana w tyłek. Tego wieczora najodważniejsi mężowie zasiedli wokół pomarszczonego, drobnego staruszka, by posłuchać prawdziwych legend. Nie bajek o smokach i księżniczkach. To nie było życie. Prawdziwe życie to bród, smród i cierpienie. Ciemność zaułków, błoto na butach i zapach fekaliów w nozdrzach. Ciężar miecza w dłoni i dnia poprzedniego na karku. To zapach potu i spermy, krwi i zgnilizny. Każdy z zasiadających wokół osiłków, z piwem w potężnych dłoniach, znał to życie. A zgarbiony, wiekowy staruch znał to życie najlepiej. Z racji wieku, a zarazem doświadczenia szybko uzyskał szacunek, tak samo podczas słuchania, jak i rozmowy ze słuchaczami.
Było już długo po zmroku, pewnego jesiennego wieczora, gdy deszcz był na tyle łaskawy, że tylko paroma kroplami dał o sobie znać paru spóźnialskim, którzy dopiero teraz weszli do ciepłego wnętrza jednej z imperialnych karczm. Pokój miał dziesięć siedem metrów, cały zastawiony w podłużnych stołach, przy których stały tak samo potężne ławy. Pod ścianami stały mniejsze stoliki przy takich samych podłużnych ławach, ustawione jeden przy drugim. Okna w karczmie, co ciekawe, wypełnione szklanymi szybami były zasłonięte, lekko tylko przepuszczając drobne dudnienie mżawki. Kontuar przecinający salę w jednej czwartej jej szerokości oddzielał klientów od drzwi do zaplecza, po prawej jego stronie znajdowały się wąskie drewniane schody prowadzące do wynajmowanych pokoi. Właściciel, pokaźnych rozmiarów ork o wystających z ust kłach, był oparty o ladę, również ze wzrokiem skierowanym w stronę bajarza. Za jego plecami znajdowało się mnóstwo trofeów miecze, czaszki zwierząt, kielichy, puchary, toporki, medaliony. Wszystkie miały pewnie dla zdobywcy wielką wartość sentymentalną, co widać było po wielkim dwuręcznym mieczu postawionym pod ścianą zaraz za sylwetką barmana. Pod trofeami, na półkach ustawione były wszelkiego rodzaju alkohole, wódki, wina, butelkowane - importowane z dalekich krajów piwa, dziwaczne likiery, czy dymione w dębowych beczkach alkohole, zwane przez ichnich twórców bour'bhonem czy też Weiss'key. Wprawnemu obserwatorowi te kilka faktów wystarczyłoby do stwierdzenia, że karczma ta znajduje się w jednym z większych miast imperium, a do tego nie należała do tych tanich. Taki wybór alkoholi można było w znaleźć w niewielu przybytkach użytku publicznego w tej części sorii.
Wielki ork widząc kolejnych wchodzących do przybytku klientów podrapał się po brodzie wzdychając tylko lekko, patrząc w stronę starca, jakby z tęsknotą. Wyjął spod blatu trzy grube, szklane kufle mieszczące zapewne około litra złocistego płynu i zaczął nalewać powoli, po ściance szklanicy, zapobiegając spienieniu. Goście podnieśli ręce w geście powitania, jakby bojąc się przerwać panującą wokół ciszę.

Starzec milczał, trzymając w swoich drobnych, bladych ustach drewnianą, długą fajkę. Na jej potężnym cybuchu widać było piękne rzeźby, smoki i rycerze toczyli na nim przerwaną w kulminacyjnym momencie walkę. Ogon smoka owinięty wokół ustnika, kończył się przy samych wargach starca. Wypuszczany co jakiś czas dym miał szary odcień, był gęsty niczym mleko, a sam starzec co jakiś czas bawił się, tworząc z niego kółka. W całej izbie, roznosił się wspaniały zapach smakowego tytoniu.

Ktoś głośno wyłamał palce, jakby dając znak, że publiczność jest już zniecierpliwiona. Zamyślony starzec jakby otrząsnął się z transu. Od zakończenia jego ostatniej historii minęło już trochę czasu. Mimo, że od paru dni, opowiadał historię jednego bohatera, słuchacze ciągle nie byli znudzeni, a jakby chcieli więcej, z uwagą przysłuchując się każdemu słowu barda. Jego stare, inteligentne oczy przebiegły po mężczyznach, zatrzymując się na coponiektórych, jakby przypominając ich sobie z poprzednich wieczorów. Wziął głęboki oddech, jakby chcąc zacząć opowiadać, jednak nagła myśl nie pozwoliła mu doprowadzić planu do realizacji. Spojrzał na właściciela przybytku, jakby chcąc potwierdzenia, że wszyscy są już gotowi. Ork skinieniem głowy zachęcił go do opowieści.

Ogień trzaskał w kominku, nadając ton i tworząc wspaniały podkład dla opowieści. Dawał jednocześnie delikatne, ciepłe światło, rozproszone po całej izbie, wydłużając cienie, prowokując je do tańca wokół postaci rozłożonych przy stołach, marszczących czoła w skupieniu.

- Swoją historię skończyłem w momencie, gdy nasz bohater, szaleniec, zdobył potężny artefakt. - przerwał na chwilę, stwierdzając, że jego gardło jest zbyt suche. Wypił drobny łyk wody, długo przełykając - Gdy po pięciu latach krążenia po wszelkich planach powrócił do sorii, jego dusza była tłamszona przez wszystkie inne, które zdążył przyciągnąć podczas swojej wędrówki. Dodatkowo, efekt ten był potęgowany przez szaleństwo Ervina, spowodowane strasznymi wydarzeniami, które spotkały go podczas wcześniejszych przygód.

Ciepłe światło kominka przestało być wesołe, a cienie zaczynały tworzyć surrealistyczne kształty, jakby ożywiając szalony umysł bohatera.

- Miecz żniw, żałobne ostrze wyssało wszystkie niechciane dusze z ciała szaleńca, zostawiając go samego wewnątrz swojego ciała i umysłu. Biedny Ervin, pozbawiony swoich jedynych przyjaciół został pozostawiony po środku dosłownie niczego, w opuszczonych ruinach. Błądząc przez parę dni, o samej wodzie, wybranej z rzek wpadających w Erx, dotarł do jednego z mniejszych miasteczek...

***


Ludzie byli przerażeni. Oto, w samym środku nocy, w przeraźliwym deszczu, błyskawicami na niebie, przez środek wsi szedł nieznajomy z wielkim ostrzem w ręku. Dobrze zbudowany mężczyzna, z rozwianymi, długimi włosami, niegdyś zapewne związanymi w warkocze, kroczył powoli przez zabłocony trakt. Wręcz ciągnąc za sobą ostrze miecza, który mimo swoich wielkich rozmiarów nie wypadł mu z dłoni. Zmęczona, brudna twarz o gładkich, wręcz elfickich rysach i wąskich, migdałowych oczach wygięta była w grymasie bólu. Nic dziwnego, skoro koszula rozerwana na piersi cała umazana była w krwi. Wyglądając między okiennicami, mężczyźni kierowali swoje kobiety z powrotem do łóżek samemu wyciągając miecze z pochew.
Półelf zdołał dojść na sam środek wsi, w miejsce, w którym zawsze, co parę dni był rozstawiany targ, na którym można było kupić warzywa i owoce w o wiele korzystniejszych niż w stolicy cenach, mimo niewielkiej odległości, możliwej do pokonania na koniu zaledwie w parę godzin, a dla wytrwałego piechura była to odległość na jeden dzień zwykłego marszu.
Dotarłszy do tego miejsca, padł na kolana, opierając się na mieczu, jakby klękając przed władcą, składając mu swój miecz.
Natychmiast wokół niego znalazło się pięciu mężczyzn. Pierwszy, największy z nich wyrwał ostrze z rąk półelfa.
Długo jednak nie zdołał utrzymać go w swych rękach, ponieważ sam chwilę później padł na kolana, trzymając się za swoje przedramię z rozwartymi palcami, na których było widać bąble poparzeń. Sam miecz uniósł się i przylgnął do szyi męża. Ten ze strachem w oczach nie ważył się nawet drgnąć. Miecz wstrzymał się w tej pozycji chwilę, jakby ostrzegając. Po chwili przeleciał w powietrzu w kierunku swojego właściciela i wylądował w jego dłoniach w takiej samej pozycji w jakiej znajdował się wcześniej.
Mężczyźni w strachu wycofali się do swych domów, zostawiając intruza na pastwę żywiołu.

Do rana żaden z nich nie zmrużył oka, wspominając czarną, zapisaną runami klingę, niemal pochłaniającą światło błyskawic. Przypominając sobie niesamowitą magię, pozwalającą ostrzu samoistnie poruszać się w powietrzu.

Żaden z nich nie zmrużył oka.

Ranek nadszedł smutnym marszem, w tempie wygrywanym przez równo padający deszcz. Słońce wzeszło nad horyzont, dając światło, zwiastujące nowy dzień. Jednak dzień ten nie był wesoły, nie był szczęśliwy.
Ostrze niosło za sobą śmierć i zniszczenie.
Zanim zdołali zanieść mężczyznę do jednej z izb, jeden padł, od ataku niewidzialnego przeciwnika. Nieprzytomny półelf był bezbronny. Miecz wariował, oceniając wszystkich zbliżających się jako wrogów. Gdy czarne jak sama śmierć ostrze zanurzyło się w ciele wieśniaka, jego oczy natychmiast skryły się za mgłą, całe ciało jakby w jednej sekundzie straciło siły. Jego ciało zostało wyssane z całej energii, a sam miecz zaczął energiczniej bronić właściciela.

Dopiero gdy Ervin został przyniesiony do izby, miecz samoistnie położył się na stole niedaleko zbrojnego. Gdy którykolwiek z mężczyzn zbliżał się do niego, miecz drżał groźnie, unosząc ostrze o paręnaście centymetrów, informując o swojej gotowości. Po paru próbach, wszyscy mężczyźni wyszli z izby, zostawiając tylko jednego na straży kobiet, rozbierających i myjących intruza.

Sami mieszkańcy wsi wierzyli, że Ervin jest zaklęty, a miecz to klątwa. Nie wierzyli, że ktoś o takim wyglądzie, z taką blizną na piersi zdołałby walczyć takim potworem.

Jak bardzo się mylili...

Ervin został położony w miękkim łożu, przykryty białą, puchową kołdrą. Co jakiś czas szeptał coś do siebie, jakby rozmawiając z samym sobą. Kobiety myślały, że to przez trawiącą go gorączkę.

Jak bardzo się myliły...

***


Otworzył oczy. Pierwszą rzeczą, jaką zauważył były równo ułożone, przydymione deski, świadczące o tym, że nad jego głową znajdowało się jeszcze jedno piętro. Poczuł na sobie parę kilogramów, kołdra, puchowa, ciepła. Nie ważył się ruszyć.
Jesteście? Spróbował
Odpowiedziała mu tylko głucha cisza.
Po jego policzku spłynęła łza. Parę metrów od niego coś brzęknęło ostrzegawczo. Jakby mówiło do niego, żeby nie wracał do tych czasów.
Ruszył palcami u stóp, rąk, mrugnął parę razy. Kontrola całego ciała.
Był pełen sił. Wypoczął za całe wieki. Nie pamiętał, kiedy ostatnio spał na tak wspaniałym, miękkim łóżku, pod taką kołdrą.

Miał nadzieję, że szybko stąd zniknie.
Oparł się lekko na rękach, podnosząc tors, by móc rozejrzeć się po pokoju.
Drewniana podłoga, ściany, meble, sufit, drzwi. Wszystko z drewna. To tak typowe dla ludzi mieszkających praktycznie w środku lasu. Oprócz niego i jego nowego towarzysza nikogo w pokoju nie zastał. Oprócz łóżka w skromnej izdebce znajdowała się wąska szafa zamykana na podwójne drzwi, stolik obok łóżka, niski, na trzech chudych nóżkach z jasnego drewna, na którym leżały złożone jego stare, brudne ubrania. Czemu ich nie wyrzucili? Sam był ubrany w materiał bardzo miękki, nie drapiący, dający uczucie komfortu.

Za oknem słychać było pierwsze pianie kura. Jakiś pies zaszczekał w oddali, a ptaki w niedalekim lesie śpiewały w pełni sił. Oprócz tych paru dźwięków, nie słyszał nic, co mogłoby świadczyć o tym, w jakiej wielkości mieście się znajdował, chociaż samo pianie koguta, mogło mu pewien fakt sugerować.

Jeden fakt mógł stwierdzić na pewno.
Żył.
I miał się dobrze.
 
 
     
Ervin 
Uwieczniony w Historii
Żniwiarz



Wiek: 31
Dołączył: 25 Sie 2007
Posty: 1100
Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-04, 09:29   

Ciepłe powietrze było pełne kurzu. Cyrkulacja powietrza unosiła go w widocznych dzięki promieniom słońca wpadającym przez okno wirach. Uchylone okiennice wpuszczały tylko tyle światła, ile potrzebne było by nie chodzić po pokoju w kompletnych ciemnościach, zatem szarawe cienie pokrywały całą podłogę i część ścian. Ervin oparty ścianę siedział na łóżku, zwieszając nogi na podłogę. Ubrany był w szare lniane ubrania, ocierające jego skórę. Jego wzrok skupiony był na jednym punkcie znajdującym się około trzech metrów od niego. Stół, a konkretniej coś co się na nim znajdowało. Miecz. Czarna klinga. Wypisane na niej runiczne zaklęcia. Szerokie ostrze, zdobiona rękojeść. Piękne dzieło kowalskiego fachu. Kto go stworzył? do jakich celów? Na pewno nie był to jeden z mieczy wykutych dla szeregowca broniącego terytorium. Miecz niósł w sobie wielką magię. Wielką siłę. Wielką klątwę. Posiadając go wcale nie zyskiwał wiele, a wiele tracił. Tak czuł. Widział to w czarnych wyrytych na ostrzu literach. towarzysz do końca życia. Albo do czasu gdy przedmiotowi się znudzi. Niósł ze sobą straszne widmo śmierci. Sam widok żałobnego ostrza przyprawiał o ciarki półelfa. Nie mógł przywyknąć do myśli że nim włada. Wiedza na temat jego możliwości samoistnie znalazła się w jego umyśle, jakby w momencie, gdy został jego właścicielem, została do niego wlana. Ervin czuł drobne wibracje ostrza. Wiedział, że wyrywa się do walki. Miecz chciał zabijać, to on był panem, to on rządził w tym nierównym związku. Przynajmniej na razie, dopóki Ervin nie odzyska zdrowia psychicznego po utracie części swego umysłu.

Ervin żył.
Żył.
I miał się dobrze.

Ale ludzie z wioski w której się znajdował nie żyli. Ich martwe ciała leżały na środku placu targowiska, w miejscu gdzie całą noc przeleżał nieprzytomny zbrojny. Wielki stos ciał sięgał wysokości trzech metrów i szerokości około czterech. Twarze wykrzywione w grymasach strachu i bólu zastygły na wieczność. Zalane krwią oczy i usta zostały przemienione w pustą maskę. W teatrze życia zakończyło się to przedstawienie, a kukiełki nie były już potrzebne.

***

Parę kroków bosymi stopami po drewnianej podłodze. Wysuszony parkiet skrzypiał, akcentując każdy z nich. Zapach kurzu. kurzu i potu. Dotyk zimnego metalu. Dźwięk przesuwania ciężkiego przedmiotu po drewnianej powierzchni. Błysk światła, który powinien odbić się na metalowej powierzchni ostrza, lecz czarna jak noc klinga nienaturalnie wchłonęła promień światła. Szybki, nierówny oddech zdenerwowanego człowieka.

Przeszedł przez pokój chwiejąc się na nogach, ciągnąc za sobą żałobne ostrze. Koniec miecza rysował za nim długą rysę, głęboką na niecały centymetr. Na jego twarzy widać było pusty wyraz, świadczący o tym, że wszystko mu było jedno, czy zabije całą wioskę, czy tylko połowę. W jego oczach jednak widać było rządzę mordu. W momencie gdy schwytał miecz w dłoń szedł pewniej, chociaż tak samo zataczał się na boki. Cały czas mruczał coś do siebie pod nosem. Gdyby komuś dane było oglądać to z boku, stwierdziłby, że Ervin z kimś rozmawia.

Evin nie rozmawiał z nikim. Próbował zaspokoić swoją chęć wewnętrznej dyskusji, rad i docinek jego jedynych przyjaciół. W jego umyśle nie można było znaleźć żadnej konkretnej myśli. Wszystkie obracały się wokół emocji, uczuć, a nie konkretnych słów, czy też zdarzeń. Jego umysł wypełniony był szaleństwem. Mnóstwem szaleństwa. Człowiek opuszczony, wycieńczony, w szoku po strasznych przeżyciach.
Zabijemy, zaszlachtujemy! szeptał do siebie pod nosem
Tak jak oni nas! Tak jak my teraz nie żyjemy. Oni umrą.
Odpowiadał sam sobie, tworząc w głowie potencjalne scenariusze rozmów.

Jednak rozmówcy się nie pojawiali. Jego głos ciągle brzmiał tak samo. Nie było szemrań, krzyków, ostrzeżeń. Nie było ciągłych podejrzeń. Mania prześladowcza minęła wraz z ostrzegającymi go głosami. Czy było to spowodowane tym, że chcące żyć w jego ciele dusze - pasożyty, robiły wszystko, by ta cielesna powłoka żyła jak najdłużej? Chcieli zyskać czas by osłabić duszę właściwą Ervina, by spokojnie przejąć jego ciało. Oczywiście Ervin nie tłumaczył sobie tego w ten sposób.

***


Ogień w kominku zahuczał, wzbijając w górę tysiące małych iskierek, wędrujących razem z powietrzem we wspaniałych spiralach ku sklepieniu. Komin nie wciągał całego dymu, jakie wytwarzało palenisko. Wszyscy odwrócili głowy w stronę osoby, która dorzuciła drew do ognia. Tą osobą był nikt inny jak właśnie sam ork - właściciel. Spojrzał spode łba na zebranych, otrzepując ręce z pyłu, następnie usiadł na swoim stołku przy wejściu za kontuar i oparł się wygodnie. Za oknem pogoda nieco pogorszyła się, ponieważ krople deszczu już bardziej wyraziście wybijały melodię na szybach. Korzystając z nieplanowanej przerwy paru słuchaczy podniosło się ze swoich miejsc, podnosząc puste kufle. Ork warknął coś pod nosem o ciężkich czasach i ciężkich klientach nie dających słuchać w spokoju opowieści, by wyjąć spod kontuaru kolejne kufle, które szybko zaczął napełniać, już mniej przejmując się buchającą pianą. Stukanie szklanych kufli o drewniany blat zakończyły rozluźniające interludium.

Na twarzach słuchaczy znów było widać skupienie. Bajarz nabił ponownie swoją fajkę i począł ją rozpalać, przykładając do niej kawałek żarzącego się drewna i zaciągając się mocno. Po chwili starzec siedział znów rozparty w wielkim fotelu ze skórzanym obiciem, co chwilę zaciągając się dymem. Jego oczy zapatrzone były w nieokreślony punkt na ścianie naprzeciwko niego, gdzieś między zakrytym grubym materiałem oknem, a rozwieszoną na ścianie skórą polarnego niedźwiedzia, którego białe futro mocno kontrastowało z szaroburą przydymioną i poobijaną ścianą.

- Ervin Ichaer był niespełna rozumu, ostrze żniw zabrało mu resztki sił umysłowych, zmuszając go do pełnego poddania się jego woli. - wrócił do historii - To tylko przedmiot, możecie się zastanawiać. Ale nie znacie całej prawdy o jego istocie. Nie widzieliście jego potęgi, nie widzieliście strachu, który pojawiał się na sam widok wyciąganego z pochwy miecza. - zamyślił się na chwilę, wdychając dym parę razy. - Ervin...

Ogień w palenisku ponuro zatańczył, a polano trzasnęło, wybijając w powietrze kolejne tysiące iskier.

***


Ervin wyszedł z pokoju. Poczuł na swojej twarzy przyjemny podmuch przeciągu. Wyszedł na podłużny korytarz. Po jego prawej stronie widział półprzymknięte drzwi, wychodzące najpewniej na zewnątrz, ponieważ ze szczeliny między odrzwiami a futryną widać było taki sam promień światła jak w jego pokoju. Z tą różnicą, że u niego światło wpadało przez okno. Drzwi po prawej oddalone były od niego o niecałe pięć metrów. Między nim a wyjściem znajdowały się jeszcze jedne drewniane drzwi, po przeciwnej stronie korytarza, szczelnie zamknięte, nie przepuszczały żadnych dźwięków. Po jego lewej stronie znajdowały się drewniane schody, zakręcające po paru stopniach, prowadząc na niewidoczne dla oczu bohatera pierwsze piętro. Widok korytarza jak i pokoju w którym dane mu było odpoczywać, dawał Ervinowi do zrozumienia, jakimi ludźmi są jego gospodarze. Skromni, ale gościnni. "Jego" pokój, zapewne gościnny, urządzony wręcz "minimalistycznie" - łóżko i stół. Nie zauważył żadnej szafy. Samo posiadanie czegoś takiego jak pokój gościnny, w imperialnych wsiach było symbolem ekstrawagancji. Erxen to dziwne państwo. Szkoda, że nie dane mu było poznać jego gospodarzy. Naiwni i głupi. W myślach miał widok mężczyzny upadającego na ziemię. z głową odłączoną od reszty ciała. Agresja, adrenalina. Czuł to we krwii. Poczucie obowiązku wypełnienia krwawego paktu, który mentalnie zawarł z orężem.

Zabijać. Zabijać! ZABIJAĆ!

Skierował swoje kroki w lewo. Nikt nie ujdzie z życiem.

Zabijać.

Pierwszy stopień. Był to pierwszy krok postawiony w stronę zupełnego odczłowieczenia się.
Skrzypnięcie mogło ostrzec mieszkańców.
nie dbał o to. I tak nie uciekną daleko. Nie uśmiechał się, chociaż rozpierało go uczucie szczęścia, na samą myśl o rzeźni, jaką tu za chwilę zgotuje. Uniósł miecz. Mając go przed twarzą zatrzymał się i przyłożył do niego czoło, chwilę milcząc. Po tych paru sekundach złożył zimny pocałunek na jednej z czarnych run ostrza. Czuł zimny dotyk metalu na ustach. Pocałunek śmierci.
Oddanie, przyjaźń. W tym momencie łączyły ich uczucia, chociaż zapewne tylko sztucznie podtrzymywane przez magię żałobnego ostrza. Ervin był mu potrzebny do zaspokojenia swojego głodu. Nie pamiętał, kiedy mógł zanurzyć się w ciele przeciwnika. Tych dwóch ostatnich nie liczył. Co to za uczta składająca się tylko z przystawki?

Pierwsze piętro wyglądało podobnie do partertu. Długi korytarz, ciągnący się na około 7 metrów, po obu jego stronach znajdowały się drzwi, dokładnie trzy sztuki. Dwa pokoje po lewej stronie , jeden po prawej.
Najpierw skierował swoje kroki do pierwszego po lewej. Po otworzeniu skrzypiących drzwi, jego oczom ukazał się zwykły składzik na narzędzia czyszczące. Miotła, wiadro, mop, czy inne pomoce domowe. Szybko zrezygnował z penetracji tego malutkiego pomieszczenia

Pokój po prawej. Kuchnia. Piec, w którym żarzyły się węgle, wielki gar z parującą w nim zupą. Mnóstwo patelni, porozwieszane pod sufitem kiełbasy, warzywa, schnące w ciepłym pomieszczeniu. Znów nic ciekawego. Między jego nogami przebiegł kot. Jak mógł go przegapić? Zwykły czarny dachowiec. Jego brzuch był tak duży że niemal ciągnął się za nim po ziemi, długie wąsy skakały w rytm szybkich kroków zwierzaka.

Nie

Nie ma potrzeby go zabijać. Zwierzęta nie mają duszy. Na pewno nie takiej, której oni mogli potrzebować.
Zaklął tylko pod nosem, przeklinając swoją nieuwagę.

Pokój trzeci. Ostatni do którego musiał wejść, by sprawdzić całe piętro. Otworzył drzwi. Musiały być niedawno naoliwione, ponieważ nie wydały z siebie nawet najmniejszego piśnięcia. Po chwili już wiedział dlaczego. Sypialnia całej rodziny miała około dwudziestu pięciu metrów kwadratowych. Długa na 6 kroków i szeroka na pięć, pod ścianami ustawione były meble. Przed nim stała potężna dwudrzwiowa szafa, zapewne mieszcząca wszystkie ubrania rodziny, pod ścianą naprzeciwko ustawiony został stół, na którym porozrzucane były kawałki węgla i rozłożyste liście, które miały imitować kartki papieru. Po prawej stronie znajdowały się dwa łóżka. Jedno z nich było puste, rozkopana pościel stygła, pozostawiona przez swojego właściciela. Drugie łóżko było większe, szersze. Spały na nim trzy osoby. Matka z dwójkom dzieci. Czemu ta informacja mimowolnie przeleciała przez umysł Ervina, nie zostawiając nic w jego sumieniu? Musiał to zrobić. Nie było innej alternatywy w jego działaniach.
Dzieciaki leżały wtulone w matkę nie spodziewając się niczego. Rodzicielka obejmowała je ramionami, gdy te spały oparte o jej klatkę piersiową. Oczy mieli zamknięte, piękne blond włosy spadały im na czoło, brudne od wczorajszej zabawy węglem. Ręce przełożone przez brzuch mamy ledwo co sięgały jej drugiego biodra, a palce, zakończone poobgryzanymi paznokciami zaciskały się na koszuli nocnej kobiety.
Taki piękny widok.
Ervin nawet nie zastanowił się co robi. Uniósł tylko miecz.
Spojrzał się tylko jeszcze jeden raz na ich twarze, czerpiąc niemą rozkosz z faktu, że jest panem ich życia i śmierci.

Kobieta nie zdążyła krzyknąć. Nie zdążyła ostatni raz spojrzeć na swoje pociechy. Maluchy za to nawet nie wiedziały, że umierają. Szybkie pchnięcie w klatkę piersiową nie dawało im żadnych szans w starciu z ostrzem żniwiarza.

Ervin nie panował nad sobą. ekstatycznie napawał się siłami, napływającymi do jego półefiego ciała.

Pamiętał tylko piękne, zielone oczy.
_________________
W tym roku Sesja znów zaskoczyła studentów


Last.fm
Filmweb
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group