Wysłany: 2012-02-01, 21:38 [Legenda] Każdy zasługuje na drugą szansę
Czym jest nieśmiertelność wobec szansy na drugie życie?
Ervin ocknął się. Znów był świadomy, znów myślał, wiedział, że istnieje. Nie wiedział natomiast z czego się ocknął. Ostatnim czym pamiętał był... sen. Świadomy sen... a może to nie był tylko sen? Tak, zginął w tym śnie. Bardzo paskudnie, i gdyby tylko mógł pewnie porzygałby się na myśl o tym.
Ale zaraz, czemu nie mógł? Przecież obudził się, wrócił z tego snu... A jednak jego oczom ukazywała się tylko ciemność. Nic też nie słyszał, jego skóry nic nie drażniło dotykiem. Skóry na kończynach, których nie czuł. Kurwa jego chędożona mać, krzyknął by, gdyby nie nagła świadomość, że nie właściwie nie czuje żadnego elementu ciała. Nic, ni mięśni ni chuja.
Zaraz jednak kolejną rzeczą, która dotarła do jego ledwo odzyskanego umysłu, było to, że faktycznie nic nie słyszy. W jego głowie był tylko jeden jedyny głos. Ten, który towarzyszył jego myślom od samych narodzin.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-01, 23:36
Świadomość to bardzo względne pojęcie. Świadomość własnego ciała, własnej osobowości. Można być świadomym swojej siły, swoich możliwości. Można być świadomym konsekwencji. W jego przypadku akurat nie za bardzo się to sprawdzało. Nigdy nie miał świadomości konsekwencji swoich czynów. Zawsze działał w sposób chaotyczny. Co było powodem takiego postępowania? Można podejrzewać że jego choroba. Chociaż sam nie był jej świadomy, widział jej konsekwencje.
Strach.
Tak. Strach był głównym uczuciem towarzyszącym mu ostatnimi czasy. Chociaż, teraz już nawet nie był pewny, ile czasu minęło, od kiedy ostatni raz miał ową "samoświadomość".
Wracając do świadomości, nie wiedział, jaką posiada. Wiedział, kim jest. Za to nie wiedział, gdzie. Do tego, nie czuł swojego ciała, co było jedną z gorszych rzeczy w jego obecnej sytuacji. Brak posiadania ciała, czy też czucia oznaczał brak możliwości ruchu, co dodatkowo oznaczało brak możliwości obrony.
W tym momencie obudził się w nim instynkt zabójcy - strach. Krzyczał wewnętrznie, jakby zobaczył mysz w kuchni.
Zaraz... Kuchnia, jako domena kobiet go aktualnie nie dotyczyła, tak samo jak strach przed myszami. Chyba jego świadomość wyleciała trochę za bardzo w przestworza.
Tak czy inaczej, krzyczał.
Wrzeszczał. Z niepewności, strachu, braku świadomości. Tej podstawowej, materialnej.
Niestety Ervin nie mógł uciec przed świadomością, że krzyczy również niematerialnie. Jego umysł kazał ciału krzyczeć, jednak rozkaz nie miał gdzie trafić, bohater krzyczał więc jedynie we własnych myślach. A może faktycznie krzyczał, tylko niezdolny do postrzegania tego ani nie słyszał swego głosu, ani nie czuł jak wrzask zdziera mu gardło? Nie mógł stwierdzić. Niczego nie mógł być pewien.
Prawie.
Nagle pojawiły się obrazy. Pojawił się dźwięk, pojawiło się czucie. Ervin miał pod sobą jakieś trawy... tak, był na łące. Trawy bujały się na wietrze. Było ciemno, choć gdzieś u góry bohater mógł zobaczyć słońce, falujące niczym odbicie na jeziorze. Pierwsze bąble powietrza uświadomiły mu, że w zasadzie łąka jest pod wodą. Tak w ogóle, to trawy są glonami, bujającymi się wraz z powolnym ruchem wody. Tak, więc Ervin był pod wodą. Tak, a pod wodą nie można oddychać. Półelf przeraził się więc i zaczął płynąć ku powierzchni, ku falującemu delikatnie słońcu. Glonom jednak to zdecydowanie nie spodobało i ich ręce sięgnęły po kostki Ervina. Kostki, które, jak dojrzał spoglądając w dół, składały się właściwie z dziwnych nitek i czegoś, co kiedyś mogło być kośćmi. Łańcuchy glonów zacisnęły się więc na teraz czarnych, w pełni okazałych elfich kostkach i ściągnęły go z powrotem do dna. Wtedy nagle przypomniał sobie, że właściwie to odzyskał wzrok.
I z tego nagłego przypływu emocji obudził się.
Bowiem wyczerpany ze strachu, paniki i bezdźwięcznego krzyku zwyczajnie zasnął.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-02, 00:29
Nie mógł być pewien tego, co widział, słyszał, czuł, zaraz po tym jak nie czuł nic. Nie wiedział zupełnie nic. Wiedział to, co było teraźniejsze, był tego pewien. Na przykład tego, że w tym momencie nie może być niczego pewien. Nie wiedział nawet, czy nie widzi nic, czy po prostu widzi ciemność, nieskończoną pustkę, a jego ciało po prostu nie istnieje. Dosyć ciekawa wizja śmierci. Nieskończone krążenie w pustce ze świadomością własnego niebytu. To musiało być to rozsławione piekło.
Wrzeszczał, nie czując, że kończy mu się tlen.
Przecież tlen nie istniał. Tak samo jak nie istniało jego ciało, krew, płuca, komórki ciała, które by tego tlenu wymagały. Co więcej, nie miał też żadnego organu, który mógłby mu mówić, czy ten tlen potrzebuje, czy nie.
Nie istniał?
Gdyby to stwierdzenie było prawdziwe, co by teraz czuł? Gdyby brak istnienia był faktem, nie mógłby go nawet stwierdzić. Co więcej, nie byłby w stanie nawet zadać sobie tego pytania, gdyby nie istniał, co tworzyłoby swoistą zasadę błędnego koła.
Przypadek? Wątpił.
Jedną więc rzecz musiał stwierdzić. Ciągle istnieje. W postaci materialnej, czy nie, nie mógł stwierdzić, lecz logika kazała mu przypuszczać, że skoro swojego ciała nie czuje, nie posiada go.
Odzyskał wzrok?
Możliwe. Znalazł się na polanie. W jego usta wpłynęło ciepłe powietrze, poczuł słodki zapach kwiatu i lekką woń trawy.
To było prawdziwe, czy tylko jego ŚWIADOMOŚĆ go okłamywała? Tyle razy przeżywał taką sytuację w dzieciństwie, że jego umysł automatycznie na widok każdej polany przysuwał mu oklepane już bodźce? Nie mógł być pewien, lecz mnogość odczuć jakie dziś spotykał wprawiała go w lekkie skonfundowanie.
Lekkie?
Woda. Mnóstwo wody. Teraz na myśl przyszła mu kolejna rzecz. Co dziwne, nawet nie przejął się milionami, miliardami litrów wody, które go teraz zakrywały. Pomyślał o jednej prostej rzeczy.
Skoro nawet nie poczuł wilgoci, która w takim miejscu jak woda, wynosiła blisko 100%, jego ciało musiało być tylko złudzeniem, a to co widział, tylko swoistą projekcją umysłu.
Co jeszcze dziwniejsze (O zgrozo), myśli takie jak ta, bardzo rzadko zdarzały się elfiemu wojownikowi. Przypadek. I tym razem można by sobie zadawać takie pytanie. Jednak odpowiedź na nie jest banalnie prosta. Ervin nie zastanawiał się zbyt często nad naturą swojego istnienia z paru bardzo prostych przyczyn:
1. Jest zwykłym, bardzo prostym wojownikiem, co ma odwzorowanie w jego światopoglądzie, ograniczającym się do
a) spania
b) zabijania
c) picia
d) ruchania
Ewentualnie jedzenia, ale to już odkładał na dalszy plan
2.Nigdy nie miał powodu, aby się nad czymś takim zastanawiać (patrz: pkt. 1)
I ostatni, lecz najważniejszy powód był trywialnie prosty
3. Wartość atrybutu inteligencja Ervina wynosił jedynie 11.
Instynkt jednak był górą. Zaczął płynąć w stronę słońca, które było zapewnieniem, że gdzieś tam, w górze znajduje się tlen. Płynął, jednak jeszcze zanim zdążył się rozpędzić, jego kostki zostały owinięte przez żyjące dziwnym trafem trawy (swoista gra słów), które były na tyle wytrzymałe, że nie dał rady się z nich wyślizgnąć.
Potrzebował powietrza.
Jednak Ervin istniał. Istniał, nawet nie zdawszy sobie sprawy jak wiele pojawienie się snu w jego umyśle znaczyło. Jak wiele rzeczy na raz mogło to znaczyć, a jednocześnie właściwie nic. Wszystko to mogło być wszak reakcją obronną organizmu na czarny niebyt, w którym znalazł się kłębek myśli i świadomości, którym był teraz bohater.
Głupota Ervina zdawała się teraz go szczególnie nie ograniczać. Swobodny umysł nie musiał przeznaczać części swojego potencjału na tak trudne procesy jak oddychanie czy sterowanie ciałem. Bohater zdawał się mieć zresztą nieograniczoną ilość czasu, z resztą też i miejsca, na myślenie. Czego widocznym efektem mogła być w miarę zwarta i sensowna lista dlaczego mógł wieść kiedyś beztroskie życie tępego wojownika, do sporządzenia której nigdy nie byłby zdolny.
Ervin doświadczył jeszcze paru sesji snów. Większości jednak nie zapamiętał zaraz po przebudzeniu, tak, jak to dzieje się normalnie. Jak przez mgłę widział jeszcze obraz dziwnie znajomej elfki i słowa "I tak byłeś adoptowany!"
Nie miał bladego pojęcia o co w nich wszystkich chodziło. Zresztą i o tych fragmentach za chwilę zapomniał, bowiem...
Pokój. Widział, widział! pokój. Niezliczoną ilość półek i szafek pokrywały rozmaite słoiki, flakoniki, szklane naczynia czy inne przedmioty. Poziom jego wzroku był gdzieś na poziomie metra nad podłogą. W pokoju było chyba ciemno... nie mógł do końca stwierdzić, bo... nie widział kolorów. Wszystkie kształty widział niemal doskonale, niemal, bowiem lekko falowały... niczym słońce na powierzchni jeziora. Dokładnie na przeciwko niego stał natomiast stół. Podłużny, wysoki. Taki, przy którym pracują rzeźnicy... lub kaci.
Wciąż bohater nie czuł ni własnego ciała, ni zapachów. Nic też nie słyszał.
Nie czuł żadnej części, którą mogło mieć ciało. Prócz oczu.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-03, 09:42
Ervin od kiedy pamiętał miał problemy ze snami. Chociaż... czy można było to nazwać problemem? Po prostu ich nie miewał. Może jego mózg, schorowany i rozdarty między parę osobowości nie był w stanie wytworzyć jednostajnych wizji, a te które powstawały były tak niezrozumiałe i chaotyczne, że jego świadomość je odrzucała? Nie był pewien. Nawet się nad tym nie zastanawiał, szczerze powiedziawszy. Bo i po co miał się zastanawiać?
Tak czy inaczej, teraz spotkały go sny. Dziwne połączenie wspomnień(?) i wymyślonych, abstrakcyjnych sytuacji, które i tak po krótkiej chwili wyleciały mu z głowy.
Po chwili jednak obudził się, powracając do szarej rzeczywistości. Słowo "szarej" nie jest użyte tu bez powodu. Nie widział koloru. To była pierwsza rzecz, na którą zwrócił uwagę. widział wszystko w skali szarości, jak pies. Kolejną rzeczą, która dała się we znaki, to pokój. Znajdowały się w nim dziwne szafki, flakoniki. Nie zdziwiłby się, jakby sam się w takim flakoniku znajdował. Przed nim stał jeszcze stół. Sala tortur? Dobra, tylko czemu miał akurat materialne oczy? Czyżby wraz z mózgiem znajdowały się w jednym słoju? To by było coś.
Zbyt mądrze myślał, coś się z nim stało.
Spróbował rozejrzeć się wokół, szukając części swojego ciała.
Jeżeli jego oczy faktycznie pływały w jednym z takich słoi, to musiałby być pozbawione mięśni, które normalnie nimi poruszały. Ervin mógł jedynie patrzeć w jeden, jedyny punkt. Oczywiście w ramach pola widzenia mógł skupić się na różnych przedmiotach, czego, ciekawe, długo musiałby się uczyć z wolno ruszającymi się gałkami. Ta umiejętność w tej chwili jednak nie była niczym, z czego bohater mógł się cieszyć. Szczególnie mając przed sobą rzeźniczy stół.
Ervin nie miał pojęcia ile czasu minęło, pięć minut, czy godzina zawieszenia w miejscu, gdy do pokoju nagle wszedł jakiś elf. Jakiś, bowiem przy braku kolorów bohater nie był w stanie stwierdzić koloru skóry, oczu, włosów, więc jednoznacznie oznajmić do którego odłamu tej rasy osobnik należał. Wchodził do sali wyraźnie ucieszony, zacierając ręce i... chyba mówiąc coś do siebie, bowiem jego wargi delikatnie poruszały się. W pewnym momencie przystanął, patrząc się niepewnie na Ervina, a przynajmniej miejsce, gdzie były jego oczy. Chwycił potem szybko za jakiś instrument z szafki - przypominający wagę, jednak o nierównomiernych, zaokrąglonych ramionach, miast szalek mających serie okręgów, połączonych ze sobą. W drugą rękę wziął malutką igiełkę i wyszedł z pola widzenia Ervina. Wkrótce jednak powrócił, przesuwając się nad czymś po jego lewej, aż dotarł do miejsca jego oczu. Zatrzymał się nad nimi i uśmiechnął szeroko. Powiedział coś znów, lecz mimo, że był blisko nachylony, bohater nie potrafił z ruchu warg odczytać słów.
Elf pomachał mu przed oczami wskazującym palcem, tak jak pokazuje się małym dzieciom, że czegoś nie wolno. Odszedł parę kroków, odwrócił się, a delikatna mgiełka spływająca z jego palców była ostatnim, czym Ervin zobaczył ponownie zapadając w ciemność.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-03, 12:23
Nie mógł zmieniać pola widzenia. Nie mógł się rozglądać, nie mógł kontrolować nic, oprócz skupienia wzroku na danym punkcie. Był bezradny. Jak często ostatnio towarzyszyło mu to uczucie. co więcej nie miał żadnego odniesienia w czasie, czy przestrzeni. Nie wiedział nic. Ile czasu minęlo, gdzie się znajduje, jak dużą powierzchnię zajmuje. Nie czuł zapachu, nie rozróżniał kolorów. Był jak małe dziecko, nie potrafiące nad sobą panować i nie mogące wziąć za nic odpowiedzialności. Miał ochotę pójść do karczmy i komuś wpierdolić, tak po prostu, żeby dostać raz po ryju.
Wziąć na siebie odpowiedzialność za swoje czyny.
A nie biernie czekać, patrząc na to co dzieje się wokół niego, nie mając w to żadnej ingerencji.
Tak czy inaczej, czekał. Minęła godzina. Tak przyjął. Mógł przyjąć, że minęła sekunda, ale tego nie zrobił. Minęło pięć. Albo sto. Milion.
Minęło 10 minut.
Elf wszedł do pokoju jakby był jego. JEBANY, przecież to pokój Ervina, był w nim, mógł na niego patrzeć, przez ostatni względny czas zdołał się do niego przyzwyczaić.
Przecież to był jego pokój! Jego stół, jego słoje, jego półki.
Jak ten jebany elf mógł sobie tak po prostu wejść bez pukania?
Chwila... A może pukał?
Ervin nie był w stanie ustalić tego faktu.
Tak czy inaczej, jego terytorium zostało naruszone, a sam intruz został uznany za postać typowo wrogą.
Może gdyby Ervin skupił się wystarczająco mocno, zdołał by pokazać wzrokiem elfowi, że go nie lubi. Może, ale właśnie ten wzrok stracił.
- Hahahah! Niech jeszcze sobie... kurwa, teraz to się uaktywni... - usłyszał głos w ciemności. Dźwięk uderzył go, jakby dostał młotem, choć ostatecznie nie był taki głośny. Mógł porównać go później z dwoma tupnięciami... a później znów z niesamowitą ciszą.
Głos elfa cały czas jednak brzmiał mu w głowie, miał zresztą dużo czasu, by go przeanalizować. Wysoki, piskliwy, pasowałby do byłego klienta mistrza od kastrowania. Mówił w mowie zrozumiałej Ervinowi, jego pochodzenie stało się więc bardziej pewne. Śmiech natomiast brzmiał na co najmniej niekontrolowany. Również wysoki, choć głęboki. Tak, tak... a podłoga to chyba sosna.
Postać wroga, czy nie, tak, czy inaczej Ervin znów był jej całkowicie nieświadom. Mogła właśnie gwałcić jego domniemanie istniejące ciało albo dawno opuścić jego pokój. Jego, no przecież to on w nim kurna egzystował. Ba, kto wie? Może nawet stół, słoje i półki były bardziej jego, niż mu się to wydawało?
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-03, 13:04
Kolejne zmiany. Już powoli miał ich dosyć. Nie mogło się wszystko unormować? Na spokojnie mógł wtedy podejść do sytuacji. Ale niestety, zamiast wzroku, tym razem miał słuch. Ale po chwili również go stracił. I pozostał sam na sam ze swoimi myślami. Bądź co bądź, powoli rozwiewały się niektóre tajemnice. coś musiało zadziałać, podłoga była sosnowa a elf mówił w zrozumianym mu języku. Tak czy inaczej, chuja mu to dało, bo nie mógł się ruszać. Co gorsza, nic nie widział, co jeszcze bardziej ograniczało jego pole manewru. Kurwa, przecież on nie miał pola manewru. Mógł być biernym obserwatorem.
Kurwa.
Co będzie następne? Będzie mógł ruszać palcem? Albo będzie czuł swoje włosy.
Dobre
Palec, włosy... to już byłby nowy etap. Z pewnością Ervinowi bardziej podobała by się opcja stopniowego odzyskiwania czucia różnych części ciała, niż nagle powrócić do życia.
A tu chuj.
W jednej chwili powróciło wszystko. Wzrok, słuch, węch, dotyk i to piąte. Tak, w ustach czuł cholerną suchość. Ale to nie przeszkadzało mu krzyczeć ile sił w płucach. Płucach, tak, miał też i płuca. Tak samo jak głowę, tułów, nogi, ręce i wszelkie inne części kompletnego ciała. Nie był pewien co do włosów. Widział wciąż w odcieniach szarości, nie było już za to drobnego falowania.
- Oj, już, już, wystarczy tego krzyku - usłyszał znajomy głos. W tej samej chwili jakby coś chwyciło go za gardło. Przestał też czuć kończyny. - Widać, że możesz oddychać - powstrzymany wybuch śmiechu. - Nie mogę ci jeszcze pozwolić na ruch... Mógłbyś sobie zrobić krzywdę.
Przed oczami Ervina pojawił się jakiś podłużny przedmiot. Oczy elfa bezwładnie podążyły za nim, gdy przesuwał się powoli w prawo i w lewo.
- Taak... wzrok chyba sprawny - do uszu bohatera dotarło mruknięcie. - Ale, ale, czy w ogóle mnie rozumiesz? Hnm... sprawdzimy przy okazji i głos, rozumiesz mnie?
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-04, 11:50
Przez chwilę myślał, że to będzie stopniowe. Stracił wzrok, samoświadomość, by po chwili wróciła ona z siłą, która przerastała jego najśmielsze oczekiwania. Z dwojga złego, wolał ją mieć, niż w kółko mieć jej tylko trochę.
Krzyczał.
Robił to odruchowo, pierwotny krzyk, jak u nowo narodzonego dziecka, który poprzez krzyk i płacz uczy się oddychać. Czuł jak palą go płuca, struny głosowe i gardło. Czuł swoje ciało. To było budujące. Mógł używać swojego ciała. Był dumny.
wszystko to jednak minęło po chwili, gdy zabrano mu zdolność ruchu.
Skurwysyn się do niego odezwał. Znów zabijał go wzrokiem. Jedyne co mógł zrobić.
Słowa. Mnóstwo słów. Gdzie się podziały słowa w jego głowie? W jego myślach było cicho jak nigdy. Nie pamiętał czasu, gdy nie było jego przyjaciół. Mimo, że pojawili się oni dopiero niedawno.
- Gdzie ja jestem? - nie obchodziło go to, chciał po prostu żyć. Może i był tchórzem. Wiedział, że ten skurwysyn będzie chciał go zabić. Na pewno. Bawił się nim, by później go torturować. A później zabić. I znów, w kółko, w kółko.
Słowa przeorały suche gardło elfa niczym pług zmarzniętą glebę. Inaczej - bolało w chuj.
- Aahahah! Działa, działa - elf gdzieś na skraju wzroku Ervina zatańczył ze szczęścia. Gdy wrócił do bohatera klasnął jeszcze dwa razy w dłonie. - Ah, czy nie jestem geniuszem?
Pytania Ervina zdawał się nie usłyszeć. Przeciągał nad jego ciałem różne instrumenty nieznanego mu przeznaczenia. Tak czy inaczej nie czuł się jak na razie inaczej.
- Ale... zaraz, zaraz... a może... - osobnik powrócił do mamrotania pod nosem. Podejrzliwie spojrzał na bohatera. - Czy potrafisz władać językiem swoich - wybuch śmiechu - pobratymców, czarnych elfów?
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-04, 12:19
Słowa elfa nieco go zdziwiły. Abstrahując od tego, że wypowiedzenie jakichkolwiek słów bolało go jak cholera. O czym ten elf mówił?
- Wątpię. - powiedział tak cicho, jak się dało, by wypowiedziane słowa nie rozerwały mu strun głosowych - Widzę tylko w dwóch kolorach - poskarżył się.
Może go nie zabije, jeśli będzie musiał coś poprawiać?
Chciał kupić sobie nieco czasu.
Najlepsze było, że nie wydawało mu się dziwne to, że jakiś tańczący elf uważa SIEBIE za geniusza, ponieważ to ERVIN mógł wypowiedzieć słowa. Przychodziło mu na myśl tylko parę rzeczy. Ale wszystkie wydawały się bardzo mało prawdopodobne. Może nie żyje? Może to piekło?
Chuj go wie.
- Hahah! Dobrze, dobrze! Dobrze! - Elf był wyraźnie ucieszony, a każde słowo wypowiadał coraz wyżej. - Hahah! A jak chciałbyś widzieć w ciemności? Na różowo? Ale dobrze, dobrze!
Osobnik pokrzątał się jeszcze nieco nad unieruchomionym ciałem Ervina, po czym odszedł parę kroków.
- No, zobaczymy, czy dasz radę wstać!
Bohater nie widział co elf zrobił, natomiast poczuł tego skutki. Na powrót poczuł wszystkie kończyny, tak, jakby nagle kręgosłup ponownie zaczął przepuszczać sygnały nerwowe. Cóż, to spowodowało pierw nagły ból, a nagły ból, że Ervin poderwał się ze stołu do siedzenia.
Tak, stołu. Znajdował się właśnie na tym samym rzeźniczym stole, który wcześniej widział. Teraz mógł się rozejrzeć wystarczająco, by stwierdzić, że znajduje się w tym samym pokoju. Pod ścianą przeciwległą do łóżka stało w rzędzie parę identycznych, różniących się tylko rozmiarem, narzędzi... stojaków? Ich szklane ramiona układały się w litery U, wszystkie w jednej płaszczyźnie. Ervin nie był w stanie wymyślić przeznaczenia kolejnych zabawek elfa.
Wraz z poderwaniem się ze stołu wróciło dużo uczuć. Przede wszystkim jednak ciążenie grawitacji i reagujący na nie błędnik. Zrobiło mu się więc delikatnie niedobrze.
- No, stań na nogach... - powiedział elf, ale raczej brzmiało to, jakby mówił do siebie. - Dalej...
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-05, 02:02
Czuł się jak zabawka. Zabawka w rękach szaleńca.
Szaleństwo, tak mu znajome, przerażało go, jeśli nie dotyczyło jego osoby. To zadziwiające, że we własnym zachowaniu nie sposób się dopatrzeć jakichkolwiek odchyłów, a u kogoś zupełnie nieznanego bardzo łatwo zauważyć chociażby drobne odbieganie od normalności.
Stał. Tak mu się wydawało. Stał na własnych nogach, nad którymi panował. Zakręciło mu się w głowie chwile później, a na oczy zasunęła się biała mgła. Kiedy ostatnio stał? Krew odpłynęła od mózgu. Stał. I spróbował zrobić krok, wyciągnąć rękę w stronę swojego oprawcy, jakby grożąc mu. Wiedział, że to do niczego nie doprowadzi, ale rozwarte palce zacisnął jakby w geście... w obietnicy.
Ervin stał praktycznie bez problemu. Krok również nie był dla niego w tej chwili niczym nadzwyczajnym. Nie czuł żadnego odrętwienia, mięśnie nie wymagały rozchodzenia bardziej niż po długim śnie na niewygodnym łóżku.
- Dobrze! Dobrze! - elf zaśmiał się przeszywająco. - Ale, ha ha! nie ma co grozić! - znów pokiwał palcem, jak wtedy, gdy wszystkim czym miał Ervin był wzrok. - Wszak wróciłem ci życie!
Elf odwrócił się nagle o 180 stopni. Zrobił obszerny ruch rękoma, jakby coś zagarniał i w następnej chwili w stronę bohatera leciał jakiś kształt. Zwitek ubrań - Ervin był nagi. Gdy zwrócił na to uwagę, patrząc na swoje ciało coś mu nie pasowało. Nie był w stanie jednak stwierdzić jeszcze co dokładnie.
- Ubierz się! Nie chcesz przecież chodzić po mym domu nago - szaleniec coraz bardziej zdawał się zwracać na Ervina uwagę jako na osobę, nie zabawkę. Wciąż jednak zacierał ręce i nie kontrolował śmiechu, a spoglądał na bohatera niczym na gotową rzeźbę czy obraz. - Tak, tak. Na pewno potrzebujesz jeść i pić. Tak!
Elf obrócił się nagle i ruszył ku drzwiom. Nie czekając aż Ervin dokończy poprzednie polecenie machnął na niego ręką, by szedł za nim.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-05, 02:45
Satysfakcja i duma wypełniła po chwili Ervina. Stanął na nogach bez żadnego problemu. A Elf jakby śmiał się z niego. Nie wiedział, o co mu chodzi. Zastanawiając się nad tym, już zdążył oberwać ubraniami, w które mimowolnie zaczął się ubierać. Nie wiedział dokładnie co mu nie pasowało we własnym ciele. Coś na końcu myśli mu mówiło, co się stało z jego ciałem, co w nim jest źle. Jednak na razie nie był w stanie sobie przypomnieć o co chodzi. Na razie najważniejsze było chodzenie i ubieranie się.
Nic nie mówił. Bał się.
Bał się przeszywającego bólu gardła, rozrywającego jego głowę, jakby mówił w języku orków, czy krasnoludów, do którego jego struny głosowe, język i reszta ciała nie były przyzwyczajone, ani przystosowane. Chciał uciec stąd tak daleko jak się da, by uniknąć nieznanego.
Lniana koszula i spodnie leżały wygodnie na ciele Ervina. Mimo przejmującego strachu zdołał ubrać się szybko. I mimo tego strachu podążył za elfem. Nie było gdzie uciekać.
Za drzwiami znajdował się nieco większy i dużo mniej zagracony pokój. Jego wyposażenie zamykało się w zwyczajnym, skromnym umeblowaniu. Stół, parę szafek, półek, krzeseł i innych pierdół. Coś na kształt piecyka, czy kominka. W ścianie po lewo znajdowały się drugie drzwi. Co jednak zdecydowanie nie pasowało Ervinowi, nie było tu żadnych okien, a jednak widział wszystko doskonale, bez kolorów, ale doskonale.
- Jesz mięso? Ha, nie masz wyboru... skąd to pytanie? - Elf znów zaczął mamrotać pod nosem. Odwrócił się twarzą do Ervina i pokazał mu talerz, czekający już na stole. Szara, parująca masa... chyba mięsa... zdecydowanie nie wyglądała apetycznie, ale na widok jedzenia żołądek Ervina przypomniał sobie o swojej funkcji i niemiłosiernie ścisnął trzewia półelfa. Na stole stał również jakiś dzbanek. - Ahah! Jedz, pij, musi ci tego śmiertelnie, hahaha! brakować!
- Wybacz - rzekł elf i szybko minął Ervina, powracając do poprzedniego pomieszczenia. Zza pleców bohater usłyszał serię skrzypnięć, trzask tłuczonego szkła, szeroką gamę przekleństw i jeszcze trochę niezidentyfikowanego hałasu. Z pewnością ze strony gospodarza nie był to jeszcze koniec niespodzianek.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-08, 00:07
Ubranie, które szybko znalazł się na ciele pół-elfa przyprawiło go o dreszcze. Powrót do cywilizacji. Drobna rzecz, jedna z wielu rozróżniających nas od zwierząt. Ubranie, dzięki niemu od razu poczuł się trochę pewniej. Może to dzięki temu poszedł za swoim nowym "przewodnikiem" z jakby mniejszym strachem?
Pokój. Jedną z ważniejszych rzeczy, jakie tu zauważył, był kominek, gdy tylko elf wyszedł z pokoju, rzucił się w jego strony, patrząc, czy przypadkiem nie ma przy nim hubki i krzesiwa, by rozpalić ogień. Nie chciał widzieć w ciemności, przyprawiało go to o dreszcze, była to typowa domena drowów. Śniło mu się? To były tortury?
Co tu się dzieje?
Jeśli przy palenisku znajdowały się odpowiednie akcesoria, spróbował rozpalić ogień, który mógłby mu pomóc rozejrzeć się po pokoju i przyjrzeć bliżej swojej osobie. W innym wypadku, masa mięsa była bardzo zachęcająca, mimo swojej aparycji.
Hubka i krzesiwo znajdywały się na kominku, tak jak przewidywał elf. Pod jego palcami ogień szybko zajął drewno nieznanego Ervinowi gatunku. Ogień był słaby, delikatny, mimo to na początku mocno olśnił bohatera. Zaraz, gdy to wrażenie, znane mu tylko z bezpośredniego spojrzenia na słońce, minęło zobaczył, że ogień ma kolor. Pomarańczowe, żółte i czerwone pasma przeganiały się w powietrzu, a był to chyba najszczęśliwszy widok, który Ervin zobaczył tego dnia. Oderwawszy oczy od ognia zobaczył resztę barw - podłogi, ścian, mięsa... mięso miało kolor i teraz wyglądało w miarę normalnie. Apetycznie.
Nigdzie jednak Ervin nie był w stanie dojrzeć lustra. Ha, gdyby Ervin nie widział wcześniej bogatej pracowni nie szukałby w tym pokoju takiego luksusu, jak lustro.
Elfa, który właśnie powrócił, jednak mógł obejrzeć bez lustra. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy nie była jednak obszerna, kolorowa, ozdobna szata, w którą przebrał się, nareszcie wyglądając niczym prawdziwy mag. Też nie zwój, zapewne bardzo w tej chwili dla elfa ważny. Czarna skóra, czerwone oczy i biała niczym śnieg czupryna sprawiła na Ervinie największe wrażenie, niezależnie od tego jak bardzo mógł się tego spodziewać.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-17, 10:32
Rozpalenie w kominku zajęło mu mniej czasu czasu niż sądził. Myślał, że będzie potrzebował jakiegoś czasu, by znów umieć w pełni korzystać ze swojego ciała. Światło najpierw oślepiło go, dając mu do zrozumienia, że ciągle ma odpowiednie odruchy. Nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać, gdy zdał sobie sprawę, że wystarczyło się spojrzeć na ręce, by wiedzieć, czy wszystko z jego skórą jest w porzadku. Bał się, że jeżeli posiadł umiejętność widzenia w ciemności, mógł mieć również inne cechy mrocznych elfów. Bał się swojego gospodarza, nie mógł mu zaufać. Bo jak możnaby zaufać komuś, kto zmienia Cię w drowa? Chyba logicznym wydaję się, że nie ma takiej możliwości. Gdy zobaczył, że drow wszedł, jeszcze bardziej się zdenerwował. Spróbował skierować swoje kroki w taki sposób by znaleźć się po stronie stołu przeciwnej do mrocznego elfa.
Tętno przyspieszyło, tak samo jak oddech. Oparł się na stole, wbijając wzrok w "zbawiciela", który przywrócił go, jak sądził, do życia. Wbijał w niego wzrok, szukając przy okazji w polu widzenia jakiejś broni, którą mógłby użyć w walce.
Czekał... Na słowa które wypadną z ust drowa.
Za stołem znalazł się bez problemu. Drow nie przeszkadzał mu, ba, widocznie bawiła go cała sytuacja. Stał z rozstawionymi rękoma, z których szata zwisała niemal do podłogi i uśmiechał się szeroko. W tym uśmiechu było szczęście, ale dużo więcej... czegoś. To coś zdecydowanie nie pomagało samopoczuciu Ervina.
W jego zasięgu, z rzeczy których mógłby choć w połowie skutecznie użyć jako broni, był widelec, nóż o raczej tępym ostrzu oraz krzesło. Ewentualnie talerz i mięso. Były też płonące drwa z ogniska. Nie, w zasięgu wzroku elf nie miał żadnej broni.
- Ha! - drow klasnął dłońmi. - Nie byłeś przed chwilą głodny i spragniony? - zapytał, podnosząc nienaturalnie wysoko głos pod koniec zdania. - Nie musisz się mnie bać, wszak to ja, Arethius Saarthal z czcigodnego domu... - przerwał, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że Ervin nie może znać ani jego imienia ani nazwy jego domu. - No... to ja wróciłem cię do życia. Zresztą, ha! przyniósłbym ci tylko lustro - okręcił się za siebie, ale zaraz, odwrócił się znów w stronę elfa - ah, ja głupi, spójrz sobie choć na dłonie!
I faktycznie, Ervin wcześniej, mimo, że myślał o tym, nie zdążył spojrzeć na swoje dłonie, bowiem jego rozmyślania przerwane zostały przez wejście drowa. Teraz spojrzał na nie mimowolnie, a widok potwierdził jego najgorsze przypuszczenia. Jego skóra była czarna.
Salwa śmiechu znów przekroiła ciszę pomieszczenia gdy drow oczekiwał na reakcję Ervina.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-02-21, 22:14
Czarna.
Zachciało mu się płakać.
Czarna.
Jak się tu znalazł? Co się z nim stało?
Czarna.
- Kim Ty kurwa jesteś?!?!
Hebanowa.
- Co Ty kurwa zrobiłeś?!
Czarna.
Nie panował nad sobą.
Nie wiedział co się z nim dzieje.
Czarna. Jego skóra była czarna.
W pełnym świetle ognia. Nie było mowy o pomyłce.
- Co Ty ze mnie zrobiłeś?!!
Nie wiedział, jak długo był w szale. Ale można było to porównać do berserkerskich wyczynów. Z pewnością.
- Ożywiłem!! - padła odpowiedź na pierwsze pytanie.
- No, może nie do końca...
- Sprowadziłem... - zaczął odpowiadać drow, ale jakby teraz dopiero zauważył reakcję Ervina. - Ha! Spokój! - Drow nagle spoważniał, jego ręka pomknęła ku Ervinowi.
Szał Ervina nie minął. Wciąż był niesamowicie wściekły, krzyczał, miał ochotę zabić nie tylko tego drowa, ale i zniszczyć wszystko wokół. Nie zwracał uwagi na rozdzierający ból nienawodnionego jeszcze gardła. Chciał zrobić rozpierdol. Chciał. Ale nie mógł. Nogi przestały reagować na sygnały z mózgu, ręce trwały zawieszone w powietrzu, tak jak wcześniej. Przestał słyszeć swoje słowa.
- Siad.
Ciało Ervina pomknęło do krzesła i z impetem wylądowało dupą na drewnianych deskach.
- Ja będę teraz mówić, a ty słuchać. Jak skończę, będziesz mógł zjeść - tym razem jego słowom nie przerywał ani jeden wybuch śmiechu. Wciąż był jednak uśmiechnięty. Parsknął, choć nie było w tym już nic z szaleńczych napadów - będziesz mógł się ruszyć.
Podszedł do stołu i oparł się o niego rękoma. Po dłuższej chwili wpatrywania się w Ervina postanowił jednak zasiąść na przeciwko bohatera.
- Sprowadziłem na świat twoją duszę. Umarłeś, to na pewno pamiętasz, jednak nie tak, jak normalnie się umiera. Twoja dusza nie trafiła tam, gdzie trzeba. Nie mam najmniejszego zamiaru tłumaczyć ci teraz wszystkiego, twój lichy umysł i tak nic z tego nie pojmie. Wystarczy, że pozwoliło mi to sprowadzić cię do świata żywych... ale bez powrotu twojego ciała. - W głębokich, czerwonych oczach w kształcie migdałów Ervin nie widział już wcześniejszego szaleństwa. - Bałem się, że zaklęcie się nie uda... twój duch okazał się... odmienny, niż oczekiwałem. Cóż, problem łapania duszy na chybił, trafił. Ale udało się, chyba. Rozumiesz też co mówię, a pamięć masz jakoby swoją, to też zasługa zaklęcia, które spreparowałem specjalnie na tą okazję - faktycznie, tak jak wcześniej Ervin posiadając jedynie oczy nie potrafił z ruchu warg przeczytać słów, tak dopiero teraz zauważył, że to co słyszy nie pokrywa się z tym co widzi. - Czemu zadałem sobie trud, żeby cię tu sprowadzić? Ha! W tym cała zabawa.
Drow poderwał się z krzesła i odszedł tanecznym niemal krokiem od stołu. Rozwarte wpierw ramiona wskazały potem na Ervina.
- Ty! - krzyknął - Ty jesteś moim dziełem. Najlepszym, całkowicie zależnym ode mnie, a jednak myślącym samodzielnie sługą. Połączeniem zwykłego golema ze zjawą umarłych. W pełni sprawnym, normalnym czarnym elfem, a jednak! zobowiązanym spełnić każdą moją zachciankę. Mogę sterować tobą całym, jak na przykład usadowić przy stole... czy wykonywać drobniejsze zadania - nagle drowie palce Ervina wystukały nieskomplikowany rytm na stole.
- Ale po co? Skoro twoją największą zaletą jest samodzielne myślenie! Samodzielne działanie! To co?
Ervin poczuł, jak władanie wraca do jego kończyn.
- Nie jesteś głodny, spragniony? - Wybuch śmiechu niemal ogłuszył Ervina.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum