Ostatnim obrazem, jaki utkwił mi w pamięci był błysk ostrza samurajskiego miecza i złowieszczy świst, który rozległ się niespodziewanie tuż nad moją głową. Był to cios wymierzony z niewiarygodną precyzją- na szczęście nie był on przeznaczony dla mnie...
Chwilę później, upadłam ciężko na leśną ściółkę. Wszystko zniknęło...
Niespodziewanie, poczułam jak w moje plecy wbija się twarde, niewygodne posłanie. Zmarszczyłam nieznacznie czoło, uświadamiając sobie,że moje dłonie wcale nie spoczywają już na listowiu. Zaniepokojona, podniosłam z trudem powieki i podniosłam się ostrożnie. Z przerażeniem stwierdziłam,że wcale nie jestem sama... Przy niskiej, przyozdobionej kolorowymi reliefami prostokątnej ławie siedział mężczyzna o sięgających nieco za ramiona czarnych, prostych włosach. Siedział na podłodze, ze stopami opartymi na udach. Wtedy, nie zdawałam jeszcze sobie sprawy,że to Kwiat Lotosu, który jedynie sprawia wrażenie łatwego siadu... Nieznajomy trzymał w dłoni niewielką czarkę wypełnioną przeźroczystym płynem. Nie zwracając na mnie najmniejszej nawet uwagi, upił znów drobny łyk. Zrobił na to tyle ostrożnie, by nie zamoczyć w trunku długiego rękawa swojego zielonego kimona. Wstałam cichutko i powoli podeszłam do niego. Dość niepewnie, przykucnęłam po drugiej stronie ławy. Przechyliłam nieco głowę w bok, zaskoczona jego całkowitą ignorancją. Samuraj siedział nieruchomo, trzymając w dłoni czarkę, a jego oczy pozostawały przymknięte. Zupełnie jakby nawet nie zauważył mojej obecności!
W końcu,pochyliłam się nieco w jego stronę i powiedziałam cichutko:
-Kimkolwiek jesteś, jestem ci winna podziękowania. Gdyby nie ty...
Przerwałam, kiedy zrozumiałam,że nawet nie drgnął. Nieco poirytowana, zapytałam go:
-Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
Wzburzona jego całkowitym brakiem zainteresowania, zadałam kolejne pytanie:
-A niech mnie... Czy ty zawsze jesteś taki milczący?
Niespodziewanie, kącik ust mężczyzny uniósł się ledwie dostrzegalnie w leciutkim uśmiechu.
Wzruszyłam z rezygnacją ramionami i mruknęłam pod nosem:
-Wspaniale. Trafiłam pod dach mnicha, który nie rozumie ani słowa z tego, co do niego mówię, albo nie dopuszcza do siebie żadnych dźwięków ze świata zewnętrznego. Gorzej być już nie mogło...
Zamarłam, kiedy nagle podniósł głowę i utkwił we mnie spojrzenie swoich bystrych, orzechowych oczu. Jak gdyby nigdy nic, pociągnął kolejny łyk trunku i rzekł spokojnie:
-Wiele zależy od punktu widzenia i oczekiwań.
Nagle, nie czekając na moją odpowiedź, zapytał jeszcze- z lekkim rozbawieniem:
-Czy ja naprawdę wyglądam ci na mnicha? Jeśli sądzisz,że filar mojej egzystencji stanowi medytacja... To ośmielam się stwierdzić,że bardzo się mylisz.
Milczałam. Nie wiedziałam nawet, co bardziej mnie zaskoczyło- jego głęboki, niski głos, czy może raczej sam fakt,że wreszcie się odezwał... Niespodziewanie, wstał i skinął głową w subtelnym geście zachęcającym, bym poszła za nim.
-Chodź, pokażę ci coś.
Zgodziłam się. Cóż innego mi pozostało?
Już niebawem znaleźliśmy się na otwartym terenie urzekającym górskim pejzażem i zielonymi pofałdowaniami. Mężczyzna zerwał nieduży liść i usiadł na leżącym nieopodal przewróconym drzewie. Przysiadłam tuż obok, słuchając jego gry na liściu. Kiedy podał mi go z lekkim uśmiechem, uniosłam wysoko brwi. Ja i muzyka? Przecież to jak postawić orka na straży lasu w zielonym, wdzięcznym wdzianku... Wzięłam liść w dłonie i szybko usłyszałam:
-Jeśli walczysz równie kiepsko jak grasz, to twojego sensei czeka ścieżka usłana ciężkimi, topornymi głazami. Weź to pod uwagę.
Odwróciłam się w jego stronę, mrużąc oczy. Powiedział to z powagą, ale jego oczy się śmiały. Westchnęłam jedynie i mruknęłam z udawaną urazą:
-Możesz mi wierzyć lub nie, ale obdarzyłam cię szczerą niechęcią zanim zdążyłam cię poznać.
Po raz pierwszy od początku naszej rozmowy, zobaczyłam na jego twarzy szczery, szeroki uśmiech. Zmarszczki przy jego oczach jeszcze bardziej się przy nim pogłębiły,ale widok był tak rozbrajający,że sama się uśmiechnęłam. Nie wiedzieć dlaczego, rzekł w moją stronę:
-Siedzisz obok samuraja, który samą swoją obecnością może przysporzyć ci znacznie więcej powodów do niechęci. Jestem Kang. Miyamoto Kang.
Zaryzykuję.
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Ostatnio zmieniony przez Aramea 2010-12-04, 17:39, w całości zmieniany 1 raz
Obudziły mnie pierwsze, dość nieśmiałe jeszcze promienie słońca. Zerwałam się z posłania, zaniepokojona nieobecnością Miyamoto, który miał zwyczaj pogrążać się wczesnym rankiem w medytacji. Narzuciłam na ramiona niebieskie kimono i otulając się nim, wyszłam powoli na zewnątrz. Zatrzymałam się, kiedy tylko ujrzałam na trawie porzucone niedbale zielone "haori"- płaszcz z długimi rękawami... Jak mogłabym go nie rozpoznać? Już niebawem, zobaczyłam i samego Miyamoto, trenującego zawzięcie w długich, szerokich spodniach zwanych "hakama". Przystanęłam, obserwując dyskretnie długi kij, który trzymał w dłoni,jego silne ramiona i wyrzeźbione plecy,przyozdobione orientalnym wizerunkiem smoka.
Czarne włosy spięte z tyłu bez jakiejkolwiek dbałości o ich porządek, miarowo to wznosiły się, to opadały na plecy. Nie interesowały go nawet opadające mu na twarz niesforne, krótsze od reszty włosów kosmyki. Jego ruchy były lekkie i zdawały się tworzyć finezyjną całość. Miyamoto stanął w rozkroku i w ogromnym skupieniu, wykonał zamaszysty obrót, "przecinając" kijem powietrze. Otworzyłam szeroko oczy, obserwując kolejne uderzenia następujące po sobie w zadziwiająco krótkim odstępie czasowym. Już wtedy wiedziałam,że mimo opanowania i powściągliwej natury bezpieczniej mieć Kanga po swojej stronie...
Niespodziewanie, oparł kij na podłożu i trzymając go mocno oburącz, odbił stopy od ziemi. Nie zrażony tym,że jego włosy zupełnie już uwolniły się z prowizorycznego kucyka, zgiął nogi w kolanach. Wyprostował szybko jedną z nich w powietrzu, wyprowadzając atak całą stopą.
Przeniósł ciężar ciała na prawą nogę, lądując na stabilnym gruncie. Wierzchołek kija skierował w moją stronę, jakby jedynie z przekory nie zdradził już wcześniej,że doskonale wiedział o mojej obecności. Gdybym nie wiedziała jak bardzo jest dumny, posądziłabym go o próżność lub co gorsza- popisywanie się. Pokiwałam kilka razy głową, mówiąc:
-Z kawałkiem drewna radzisz sobie całkiem nieźle... Zastanawiam się jednak, co będzie, kiedy przeciwnik wybije ci go z rąk. Bezbronny wojownik to martwy wojownik, czyż nie?
Miyamoto spojrzał na mnie w milczeniu i rzucił w moją stronę kij. Pochwyciłam go bardziej intuicyjnie niż świadomie... Przyglądałam mu się przez chwilę, zaskoczona jego prostotą i niepozornością. Nie minęło nawet kilka minut, gdy przyszło mi bronić się rozpaczliwie przed kolejnymi natarciami Miyamoto. Z trudem odparłam drewnianym kijem pierwszy z jego ciosów,wymierzony w moją łydkę. Każde z uderzeń było zadawane w linii prostej, przywodząc na myśl dostojnego smoka. Najgorsza była jednak świadomość,że Miyamoto traktuje to wszystko jako dobrą zabawę i nawet nie kosztuje go ona zbyt wiele wysiłku.
Uchyliłam się instynktownie przed następnym ciosem ręką. Poczułam jak Miyamoto ciągnie w swoją stronę drugi koniec broni.Nawet nie wiem, kiedy zdołał wyjąć mi go z rąk...Pamiętam jedynie twardy kij oparty wzdłuż mojej talii. Niezbyt subtelny dotyk zimnego drewna nie był jednak tak irytujący jak ciepły oddech na moim policzku i wypowiedziane cicho, ale tryumfalnie słowa Kanga,które mruknął przyciągając mnie nieznacznie do siebie:
-Nadal uważasz,że bez mojego roku-shaku-bo jestem bezbronny?
Byłam pewna,że nigdy nie przekonam się do długich kijów... i zbyt pewnych siebie samurajów. Los chciał jednak, bym co do jednego okrutnie się pomyliła...
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Ostatnio zmieniony przez Aramea 2010-12-04, 17:39, w całości zmieniany 1 raz
Usiadłam po drugiej stronie niskiej ławy, tuż przy Miyamoto. Po dłuższej chwili milczenia, podniosłam na niego dyskretnie wzrok. Bardziej jednak z zainteresowania samą jego osobą niż z powodu zaniepokojenia wszechobecną ciszą. Prawdę mówiąc, po tych wszystkich dniach w towarzystwie Miyamoto Kanga zdążyłam się już przyzwyczaić do spokoju. Kto wie... Może i nawet zdołałam go ostatecznie polubić? Niespodziewanie, mężczyzna o długich, czarnych włosach podsunął mi niewielką, płaską miseczkę wypełnioną przeźroczystym płynem. Podniosłam ostrożnie czarkę, patrząc dość niepewnie na towarzysza. Kiedy skinął głową ze spokojem, zbliżyłam ją do ust i upiłam drobny łyk. Przez moją głowę przemknęła tylko jedna myśl... Trucizna! Cóż innego może być tak paskudne w smaku? Skrzywiłam się straszliwie i poczułam jak czarka wymyka mi się z rąk, lądując z głuchym brzękiem na podłodze. Miyamoto spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem i jak gdyby nigdy nic, przechylił własną czarkę, wypijając jej zawartość.
- Imponujące! W twoim sercu kryje się niezwykły upór,ale musisz się jeszcze wiele nauczyć- rzekł po chwili, a ja zmarszczyłam czoło. Pochylając się w moją stronę, dopowiedział jeszcze, ze spokojem. W jego głosie czaiła się jednak odrobina gorzkiego cynizmu:
-Aikawo...Musisz zrozumieć,że droga samuraja to nie tylko walka. Jedną z zasad bushido jest rei, którego jak widzę dotkliwie Ci brakuje.
-Rei? -mruknęłam, patrząc na niego zdezorientowana. Miyamoto, utkwił we mnie wzrok i rzekł tylko półgłosem,z lekkim znudzeniem-jakby mówił o czymś oczywistym.
-Rei to dobre wychowanie, grzeczność i kultura.
Zmrużyłam oczy i podniosłam nieco głowę, po czym odpowiedziałam mu warknięciem:
-Sugerujesz,że brakuje mi dobrych manier?
Przymknął oczy, uśmiechając się ledwie dostrzegalnie i odpowiedział ze spokojem:
-Wcale nie.Przypominam jednak,że rozlałaś moje sake i nawet nie przeprosiłaś za zniszczone choko, w którym ci je podałem.Uważam jedynie,że jesteś dość...nieokrzesana. Wstyd mi za ciebie,Aikawo. Po prostu... Wstyd.
Jego ton był poważny,ale spojrzenie niewielkich oczu- zaskakująco szelmowskie.
Tego było już za wiele... Zerwałam się pośpiesznie z miejsca i podbiegłam do ściany z bronią, zdejmując z niej sejmitara. Stanęłam na środku pokoju, zachęcając go gestem dłoni, by podszedł bliżej. On- jak zawsze opanowany, wstał spokojnie i podniósł swój długi, drewniany kij. Chwilę później, odpierał z wyraźnym rozbawieniem każdy z moich ciosów.
-Już zapomniałaś jaki był wynik naszego ostatniego pojedynku? - zapytał, blokując mój cios wymierzony w jego brzuch.
-Bawi cię moja wściekłość? - syknęłam, mrużąc oczy- Dlaczego ani razu na mnie nie natarłeś? Tylko dlatego,że jestem kobietą? A może... Najzwyczajniej w świecie boisz się,że na nic zda się twój przerośnięty patyk, kiedy mam przy sobie sejmitara?
Mężczyzna w kimonie uniósł jedynie brew i niespodziewanie, ruszył w moją stronę. Nie minęło nawet kilka minut,a ja poczułam jak sejmitar wymyka mi się z dłoni,a moje plecy zderzają się boleśnie z matą. Zacisnęłam bezradnie dłonie w pięści, kiedy Miyamoto oddalił ode mnie jeszcze bardziej sejmitara jednym, niedbałym kopnięciem.
-Zaskakujesz mnie! - zawołał nagle mężczyzna, pochylając się nieco nade mną.
-Walczysz jeszcze gorzej niż grasz. To niebywałe...
Podniosłam się pośpiesznie na łokciach i już miałam zamiar się na niego rzucić, kiedy znów powalił mnie na matę stawiając tym razem dość delikatnie stopę na mojej klatce piersiowej.
Uniemożliwił mi wstanie i krzyknął w moją stronę, z rozbrajającym uśmiechem:
-Chugo!
Popatrzyłam na niego z niechęcią, a on natychmiast dodał jeszcze, równie radośnie:
-Lojalność i szacunek do zwierzchników!
-Od kiedy to niby jesteś moim zwierzchnikiem? - mruknęłam oschle, znów próbując wstać. Miyamoto zgiął nogę w kolanie i pochylił się jednak nisko nade mną,muskając moją twarz kosmykami swoich długich, czarnych włosów. Zbliżył niebezpiecznie usta do mojego ucha i mruknął z nieskrywanym zadowoleniem i szelmowską satysfakcją- krótko,ale jakże dosadnie:
-Od tej pory.
Kang moim sensei? Zapowiadały się trudne, trudne chwile...
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Odgarnęłam z twarzy kosmyki włosów, poruszając energicznie głową. Nie minęło jednak kilka sekund,a moje długie, czarne włosy znów opadały mi na podbródek, zasłaniając oczy. Bardziej niż niezbyt przyjemne uczucie łaskotania dokuczliwy był dla mnie fakt,że kosmyki znacznie przesłaniały mi pole widzenia. Po raz kolejny uświadomiłam sobie jak bardzo nie znoszę treningów Miyamoto Kanga... Z każdą chwilą coraz trudniej było mi zaczerpnąć powietrza,a mięśnie, które miały zostać wzmocnione- zdawały się o ironio- słabnąć. Czując,że moje ręce odmawiają już posłuszeństwa, przerwałam na chwilę najbardziej znienawidzone przeze mnie ćwiczenie. Wkrótce, ujrzałam kątem oka czubek sandałów i usłyszałam niezwykle dobrze mi znany, głęboki, niski głos:
-Ćwicz nieustannie. Zanim bushi osiągnie honor i sławę musi nauczyć się yu-dzielności.
Miyamoto przykucnął przede mną, trzymając w dłoni długi, drewniany patyk. Westchnęłam ciężko i wyprostowałam znów ręce w łokciach. Unosząc ciężar ciała na tyle żwawo, na ile pozwalało mi rosnące zmęczenie- wspierałam się to na zewnętrznych, to na wewnętrznych częściach dłoni. Kiedy zrozumiałam,że jakimś cudem pozostało mi jeszcze trochę siły, podniosłam nieco głowę, by spojrzeć na milczącego sensei. Posłałam w jego stronę najpiękniejszy uśmiech, jaki jest w stanie podarować wyczerpana kobieta w umorusanym od piachu kimonie... On- w odpowiedzi zaczął szybciej przesuwać patyk w linii poziomej po podłożu. Mimo wszelkich starań, by dorównać mu szybkością- upadłam ciężko na ziemię, zatapiając twarz w piachu.
-Musisz być aż tak wymagający? - warknęłam, podnosząc się na łokciach, z ogromnym trudem. Czułam jak moje czarne włosy opadają znów na moją twarz, wdzięcznymi kaskadami przywołującymi na myśl górski potok. Mogłabym przysiąc,że zobaczyłam w oczach Miyamoto zachwyt... Nie minęła jednak nawet chwila, a poczułam na przedramieniu smagnięcie drewnianym patykiem. Upadłam znów na piasek.
-Najwyraźniej mylisz mnie z kimś innym- rzekł ze spokojem Miyamoto, wstając powoli. Pochylił się nieco nade mną i uniósł moją głowę, wspierając dłoń na moim podbródku.
-Nie jestem twoją piastunką, Aikawo. Jestem twoim sensei! Ćwicz. Wytrwałość ma płynąć w twoich żyłach zamiast krwi.
Kątem oka zauważyłam,że usiadł na trawie, jedząc leniwie jabłko. Po kilku podskokach, zerknęłam znowu w jego stronę. Ku mojemu zaskoczeniu- leżał już na wznak, pochrapując cicho. Ułożyłam się na piachu. Nie miałam już nawet sił,by przenieść się w wygodniejsze miejsce.Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam...
Obudziło mnie lekkie uderzenie w tył głowy. Zerwałam się z miejsca, by zobaczyć tuż obok siebie... ogryzek!
-Tak szanujesz swojego mistrza? -mruknął z rozbawieniem Miyamoto.
-Ryuu...Już nie mogę...- wyszeptałam,ale szybko mi przerwano.
-Nie nazywaj mnie smokiem. Wyrażasz w ten sposób brak szacunku do swojego sensei- rzekł chłodno Kang, ignorując to,co powiedziałam na temat wyczerpania ćwiczeniami.
-Jeśli tak wygląda twoja droga wojownika,to możesz być pewien,że już niedługo cię znienawidzę - syknęłam, kiedy tylko upadłam po raz kolejny. Zamarłam, kiedy poczułam,że ktoś podnosi mnie delikatnie z podłoża. Miyamoto pomógł mi usiąść i podsunął mi bukłak z wodą. Upiłam łapczywie kilka łyków, patrząc na mojego sensei z niedowierzaniem. Odwróciłam szybko jednak głowę w bok, by uniknąć jego spojrzenia. Podniosłam na niego wzrok dopiero, gdy poczułam jak jego dłonie musnęły lekko moją szyję, zakładając coś na niej... Objęłam ostrożnie palcami nieduży przedmiot i wyczułam natychmiast kształt... smoka. Ofiarował mi swój wisior?
-Miyamoto, dlaczego mi go podarowałeś? - zapytałam półgłosem,a on popatrzył tylko na mnie, nie mówiąc nawet słowa. Dopiero kiedy delikatnie wtuliłam się w jego ramię, rzekł z powagą, jakby w lekkiej zadumie.
-Smok symbolizuje siłę i roztropność. Staraj się mu dorównać, Aikawo. Bierz z niego przykład, a będzie cię strzegł.
Czułam,że brakuje mi obu tych cech... Najgorsza była jednak świadomość,że bardziej niż na opiece smoka zależało mi na obecności kogoś innego...Co za życie!
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Przewróciłam się na drugi bok, leżąc na niezbyt wygodnej macie. Westchnęłam ciężko, kiedy uświadomiłam sobie,że przebudziłam się po raz kolejny w samym środku nocy. W głębi duszy wiedziałam,że to wcale nie przez twarde posłanie... Usiadłam ostrożnie, podpierając się na łokciach. Nie było to wcale takie proste, biorąc pod uwagę,że nadal dotkliwie odczuwałam skutki ostatniego wyczerpującego treningu jaki zafundował mi mój sensei... Zgięłam nogi w kolanach i podwinęłam je pod siebie. Oparłam leciutko na nich podbródek i przymknęłam oczy. Podniosłam odruchowo głowę i rozejrzałam się wokół siebie, kiedy usłyszałam niezbyt głośne,ale ciężkie kroki. Poczułam jak mimo woli na mojej twarzy pojawia się delikatny uśmiech. Miyamoto usiadł na podłodze,obok mojej maty i zmierzył mnie czujnym wzrokiem. Wyprostował plecy i skrzyżował nogi w pozycji medytacyjnej. Jedną z dłoni oparł jednak na moim ramieniu i zapytał cicho, zupełnie do niego niepodobnym, kojącym tonem głosu:
-Coś cię dręczy?
Podniosłam na niego powoli wzrok, nieco zaskoczona jego zachowaniem. Czyżby to jego dręczyły wyrzuty sumienia, kiedy uświadomił sobie jak bardzo znienawidziłam jego treningi?
W odpowiedzi, uniosłam lekko ręce, pokazując mu moje obolałe, zaczerwienione nadgarstki. Nie mówiąc nawet słowa, zmrużył oczy, a jego usta wykrzywiły się w rozbrajającym uśmiechu. Wzruszył tylko ramionami i mruknął z rozbawieniem:
-No tak... Czego ja się w zasadzie spodziewałem! Jeszcze sporo wody upłynie z górskiego potoku zanim nauczysz się być jak ona, Aikawo. Woda, pokonuje przeszkody ze zwinnością godną węża. Podąża drogą, jaką wskazało jej przeznaczenie- nawet jeśli prowadzi ona przez ścieżkę usłaną kamieniami. Sprawia wrażenie delikatnej i łagodnej,ale w rzeczywistości jest niezwykle silna. Nie może jej zniszczyć żaden oręż.
Słuchając go z uwagą, przypomniałam sobie,że całkiem niedawno wspominał o naśladowaniu smoka. Zmarszczyłam nieco czoło i mruknęłam gorzko pod nosem:
-Kim mam w końcu być, wodą czy smokiem?
Mężczyzna o długich, czarnych włosach związanych w kitkę, popatrzył na mnie, jakby pogrążony w lekkiej zadumie. Nagle, rzekł w moją stronę z zaskakującą nawet jak na niego powagą i pewnością siebie:
-Niezależnie od tego, kogo obierzesz na swojego przewodnika i jak trudna okaże się twoja droga...Nade wszystko, pozostań sobą, Aikawo.
Podniosłam na niego wzrok i znów się uśmiechnęłam, rzucając z lekkością:
-Sobą? Przecież ty mnie nie znosisz... Nie zniósłbyś mojego towarzystwa, gdybym nadal była tą samą Aikawą!
Miyamoto, podniósł w milczeniu liść i zaczął cichutko grać. Kiedy oparłam ostrożnie głowę na jego ramieniu, odłożył na chwilę liść i powiedział w moją stronę, półgłosem:
-Może faktycznie, czasem przesadzam z sake,ale...z tego,co pamiętam- nigdy tego nie powiedziałem.
Roześmiałam się serdecznie,patrząc na niego z nieskrywaną sympatią. Wstałam powoli i przykucnęłam przed Miyamoto, przytulając się do niego. Kiedy zareagował cichym,błogim mruknięciem-przesunęłam dłonie nieco w dół, gładząc go delikatnie po plecach. Dokładnie w tym samym momencie- zerwał się z miejsca i pokiwał przecząco głową.
-"Nie miej serca pełnego przywiązań i miłości..." Bushi powinien być silny i ostrożny.. Ulegając uczuciom, stajemy się narażeni na ciosy przeciwników.
-Nie widzę tutaj przeciwników- wyszeptałam i usiadłam znów na macie, oszołomiona jego nagłą reakcją. Miyamoto, rzekł ze spokojem:
-Twoim najgroźniejszym przeciwnikiem jesteś ty sama. Pamiętaj o tym. Droga do równowagi duchowej polega przede wszystkim na walce z własnymi słabościami.
Opuściłam głowę, znów obejmując dłońmi kolana. Kącik moich ust uniósł się leciutko w górę, kiedy poczułam jak ktoś ostrożnie mnie obejmuje. Chwilę później, usłyszałam niski, głęboki głos Miyamoto Kanga:
-Śpij już, Aikawo.
"Nie miej serca pełnego przywiązań i miłości..." Tak, ostrzeżenia zawsze w cenie. Szkoda tylko,że zazwyczaj wtedy, kiedy jest już stanowczo za późno. Niech to! Tego nie było w umowie uczeń-sensei...
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Taflę spokojnej, nadzwyczaj łagodnej tafli jeziora zmąciło kolejne, cichutkie pluśnięcie. Niezwykle urokliwe miejsce, otoczone majestatycznymi drzewami pokrytymi gęstym zielonym, listowiem nadal pozostało jednak równie ustronne, co przesycone wszechobecnym, odprężającym milczeniem. Niespodziewanie, spod wody wyłonił się czubek głowy. Nie minęło nawet kilka chwil, a ukazały się długie, czarne włosy-równie proste, co lśniące i jak doskonale mogłam poczuć- całkowite przemoczone… Moja smukła dłoń musnęła delikatnie przedramię, spłukując z niego pozostałość mydlin. Przymknęłam oczy, zapominając choć na ułamki sekund o wszystkim, co mnie dręczyło. Byłam odprężona-do czasu, gdy usłyszałam nieopodal nie wróżący niczego dobrego, wyraźny szum wody… Instynktownie, zanurzyłam się ponownie, aż do ramion i zaczęłam dyskretnie rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu ewentualnego intruza…
Zamarłam, kiedy spostrzegłam sunącą powoli w moim kierunku niewielkich rozmiarów bambusową tratwę, z charakterystycznie zakrzywionymi w górę końcami. Zapewne nie wzbudziłaby ona we mnie większych emocji, gdyby nie wygodnie usadowiony na niej mężczyzna o długich, czarnych włosach. Nie wiedząc, czyj widok bardziej mnie zaskoczył, patrzyłam przed siebie, pogrążona w zupełnym milczeniu… Widząc zdezorientowany wyraz twarzy mojego sensei, zmrużyłam oczy i rzuciłam mu nadzwyczaj groźne w moim miewaniu spojrzenie, witając go jakże uroczym i przyjaznym warknięciem:
- Nie wiem, czy twój kodeks bushido obejmuje takie punkty jak „prywatność" i "dla sensei’a wstęp wzbroniony”, ale mój własny- jak najbardziej. Jeśli nie godzi to w twój honor samuraja, uprzejmie proszę, byś go uszanował!
Samuraj wzruszył tylko ramionami i pociągnął pokaźny łyk sake ze swojego bukłaka, mówiąc zaskakująco zasadniczym, poważnym tonem:
- Prawdę mówiąc, nie wydaje mi się, byś cieszyła się prawem niepodzielnej władzy nad tym jeziorem… Nie wyglądasz mi na strażnika wody, Panlonga. Nawet jeśli jesteś smoczym strażnikiem to wyjątkowo mizernym. Nie masz nawet ogona.
Zmierzył mnie czujnym, bynajmniej niedyskretnym wzrokiem, pochylając się nieznacznie.
- I kto to mówi… Sake-żłop z wytatuowanym wizerunkiem przerośniętej salamandry na plecach! – mruknęłam z niezbyt subtelną ironią.
Miyamoto skierował znów wzrok na moją twarz i odparł tylko, równie spokojnie, co poprzednio, ale znałam go stanowczo zbyt dobrze, by nie usłyszeć w jego głosie rozbawienia.
- To nie salamandra lecz smok. Jakże mógłbym cię jednak winić za to niedopatrzenie…Droga Bushido jest niezwykle trudna. Zadaniem mistrza jest przede wszystkim wzbogacanie wiedzy swojego ucznia i wskazywanie jego błędów wynikających z…
Nie zdążył dokończyć. Nie pozwoliłam mu na to... Wykorzystując chwilę nieuwagi samuraja, zaparłam się nogami o dość przewrotną tratwę, przewracając ją na tyle niespodziewanie, że Miyamoto nie zdążył nawet pochwycić w locie swojego bukłaka. Wpadł do jeziora z głośnym chlupotem, a jego zielone kimono natychmiast zmieniło barwę na ciemniejszą w kontakcie z wodą. Miyamoto Kang błyskawicznie wyłonił się znów na powierzchnię i potrząsnął kilkakrotnie głową, otrzepując włosy z drobnych kropel. Zanim zdążyłam nacieszyć się świadomością, że udało mi się go przechytrzyć, poczułam jak na moim nadgarstku zaciskają się dość delikatnie, ale pewnie palce należące do mojego sensei. Zerknął na mnie z pewną surowością, ale po raz kolejny, dojrzałam w jego oczach wyraźne rozbawienie… Oblicze Kanga przybrało więcej powagi, kiedy uwolniłam rękę z jego uścisku i zniknęłam pod powierzchnią tafli….
Miyamoto zaczął rozglądać się wokół siebie z zainteresowaniem i zarazem niepokojem. W końcu,spojrzał w stronę brzegu i kiedy tylko spostrzegł mnie stojącą w niebieskim kimonie- ruszył natychmiast w moim kierunku. Zajęło mu to znacznie mniej czasu niż oczekiwałam...
Jego spojrzenie było spokojne- dopóki nie zorientował się, że trzymam w ręce coś, co należało do niego. Zrozumiał,że wykorzystując chwilę nieuwagi odebrałam mu jego bukłak z sake...
- No tak! Ten uśmiech szelmy nie mógł wróżyć niczego dobrego - mruknął Miyamoto, podchodząc do mnie. Kiedy wyciągnął dłoń- cofnęłam się o kilka kroków w tył.
-Myślałam,że samuraj nie przywiązuje uwagi do rzeczy materialnych... - powiedziałam, szczerząc zęby w promiennym uśmiechu. On- uniósł wysoko obie brwi i jak gdyby nigdy nic, uśmiechnął się tajemniczo. Jednym, stanowczym ruchem podniósł swój drewniany kij i natarł na mnie zręcznym pchnięciem. Zablokowałam jego cios sejmitarem, nieświadoma,że prawdziwy atak był wymierzony gdzie indziej... Krzyknęłam, kiedy poczułam na dłoni nieprzyjemne drapnięcie przywodzące na myśl atak drapieżnego ptaka Palce mojego sensei istotnie były ułożone w "dziób" żurawia. Pfff...Kang i te jego wschodnie sztuki walki!
Bukłak upadł na ziemię. Szybko jednak sięgnęły po niego dwie dłonie. Podnieśliśmy razem bukłak, z którego wylało się nieco sake. Kang, pociągnął go lekko w swoją stronę,ale napotkał opór ze strony przeciwnej... Oczy samuraja się śmiały, choć on sam wydawał się niezwykle poważny i pogrążony w skupieniu. Miyamoto wymierzył drugą ręką kolejny cios kijem. Nic z tego! Sejmitar i kij zetknęły się tuż nad naszymi głowami. Niespodziewanie- wypuściłam z ręki bukłak. Wykorzystując chwilę nieuwagi swojego sensei, wymierzyłam mu kopniaka w łydkę. Mężczyzna w zielonym kimonie upadł na plecy, otwierając szeroko oczy w niedowierzaniu. Ja- niewzruszona zaskoczeniem samuraja pochyliłam się znów po bukłak. Spojrzałam z pewnością siebie na leżącego samuraja, odkopując od niego drewniany kij.
- Jesteś całkiem uroczy, kiedy jesteś zupełnie bezbronny, wiesz?
Mruknęłam, patrząc na niego z góry. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu!
- Czyżby uczeń przerósł... - odezwałam się znów po chwili, ale zanim zdążyłam dokończyć- czułam znów pod sobą twarde podłoże. Stabilny grunt osunął się spod moich stóp, a ja nawet nie wiedziałam kiedy się to stało!
- "Ręce to drzwi chroniące Twe ciało, nogi są młotem niszczącym wroga" - powiedział Miyamoto siląc się na powagę, ale jego orzechowe oczy znów się śmiały. Oparł stopę na moim brzuchu i spokojnym, leniwym ruchem podniósł do ust bukłak, pociągając spory łyk.
- Nie doceniłaś przeciwnika, Aikawo. Zyskałaś pewność siebie i zaślepiona swoim gigantycznym ego zapomniałaś zupełnie o pracy stóp!
Po chwili jednak, uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie i skinął głową, podając mi dłoń. Zacisnęłam mocno na niej palce i wstałam ostrożnie. Patrząc na sensei, nawet nie zorientowałam się, kiedy odwiązał mi obi- pas podtrzymujący kimono. Przewróciłam oczami z cichym westchnieniem, pozwalając by hakama-szerokie spodnie osunęły się na ziemię. Miyamoto zmierzył wzrokiem tak dyskretnym, na jaki tylko był w stanie się zdobyć smukłe nogi zakryte jedynie do połowy ud niebieskim haori. Podniósł powoli wzrok, spoglądając w moje oczy. Rozbawiona jego nieoczekiwanym zakłopotaniem, zawołałam tylko:
- Huo Yuan Jia! Nieustraszony wojownik, który boi się... kobiety?
Miyamoto Kang zarzucił mi przez talię mój własny biały pas i podciągnął stanowczym ruchem ku sobie oba końce, przyciągając mnie tym samym do siebie. Dopiero po przedłużającej się chwili, mruknął prosto do mojego ucha:
- Popełniasz stale ten sam błąd, Aikawo. Nie doceniasz przeciwnika...
Roześmiałam się, podnosząc powoli ręce. Oparłam je na twarzy mojego sensei, przesuwając powoli palce wzdłuż jego skroni. Kiedy musnęłam przypadkiem opuszkami palców kąciki jego ust, nie odsunął się. Otworzył jedynie swoje orzechowe oczy, spoglądając na mnie z chłodną powagą, kiedy wyszeptałam:
- Jesteś słabością zdolną złamać mnie w jednej chwili i... zarazem moją największą siłą.
- Wiem - skwitował krótko i jakże dosadnie Miyamoto. Zanim zdążyłam pomyśleć nad jakąkolwiek ciętą ripostą- zakończył wymianę zdań przygryzając nieznacznie dolną wargę moich ust.
Nigdy wcześniej nie byłam niczyim uchi- deshi, ale zarówno intuicja jak i rozsądek podpowiadały mi,że moje relacje z sensei znacznie odbiegają od... jakiegokolwiek wzorca.
Ale... Kogo w zasadzie obchodzą wzorce?
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Opuściłam nieznacznie głowę i zacisnęłam mocno wargi, przemierzając po raz kolejny pomieszczenie, w którym znajdowało się moje posłanie. Każdy z moich kroków był stawiany dziarsko, ale i na tyle ostrożnie by nie zbudzić prawdopodobnie śpiącego Miyamoto. Nie mogłam zobaczyć w swoich niemal czarnych oczach strachu, ale nie było to konieczne. Czułam go doskonale... Rozchodził się po całym ciele niczym zimny, ziołowy napar. Niestety- w przeciwieństwie do mikstur leczniczych, był bardziej szkodliwy niż pokrzepiający... Półmrok zakłócała jedynie niewielka struga światła księżyca, która wpływała przez zasłoniętą niedbale zasłonę. Pozostawiona zupełnie samotnie z własnymi myślami i poczuciem zagubienia, podeszłam do jednej ze ścian przyozdobionych wizerunkiem chińskiego smoka i oparłam o nią czoło, wzdychając ciężko. Sejmitar leżał tuż obok mojego posłania, znacznie spokojniejszy i o wiele lepiej przygotowany do bitwy niż ja... Niespodziewanie, zdałam sobie sprawę z tego, iż jutrzejszy dzień może okazać się moim ostatnim... Wizja rychłego starcia z wrogim wojskiem nie wzbudzała we mnie niczego prócz niepokoju. Czy jestem tchórzem? Nie, chyba nie. Nie odczuwałam lęku przed samą walką, która była nieunikniona i już dawno temu przesądzona. Nie obawiałam się odniesienia ran i ciepła własnej krwi spływającej strużkami po ciele. Okrucieństwa i zaciętości samurajów rywala mojego pana feudalnego również nie. Nawet wojna, której wynik mógł pozwolić na powiększenie terytorium seniora nie wzbudzała we mnie entuzjazmu. Czułam, że to najzwyczajniej w świecie nie jest moja wojna. To, co fascynowało innych samurajów, na mnie nie robiło większego wrażenia. Bardzo długo zastanawiałam się, co było moją motywacją i jedynym powodem, dla którego zdecydowałam się również stanąć o świcie do boju... Zniechęcona natłokiem myśli i znużona zadawanymi przez mój umysł pytaniami, na które nie znałam odpowiedzi, usiadłam przed wejściem do domu. Zgięłam nogi w kolanach, układając je w pozycji kwiatu lotosu i oparłam wygodnie dłonie na udach.
Odpowiedź na wszystkie nurtujące mnie pytania siedziała właśnie przy ognisku... Wstałam powoli i podeszłam ostrożnie do Kanga,wpatrzonego w rozpościerające się nad nim niebo.
Usiadłam tuż obok niego w milczeniu. Nawet nie odwracając głowy w moją stronę, Miyamoto przebiegł spokojnym wzrokiem przez usłany gwiazdami nieboskłon i rzekł:
-Popatrz tylko na nie, Aikawo... Sprawiają wrażenie tak bliskich, że wydają się być w zasięgu ręki. Są tuż obok nas, od tak długiego czasu, że zupełnie przyzwyczają nas do swojej obecności: tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie już z niej sprawy.
Nie doceniamy ich, chociaż ich jasne światło niejednokrotnie rozjaśnia naszą drogę. A jednak... Wyciągając rękę w ich stronę nie zdołamy ich nawet dotknąć. Na zawsze pozostaną jedynie w zasięgu naszego wzroku.
Zmierzyłam go czujnym wzrokiem, nie mówiąc przy tym nawet słowa. W końcu, znudzony przedłużającym się milczeniem Miyamoto położył się wygodnie na plecach, tuż przed ogniskiem. Wzruszyłam jedynie ramionami i uznając, że na dobrą sprawę mam niewiele do stracenia, ułożyłam się tuż obok niego na tyle blisko, by nasze ramiona się ze sobą lekko stykały.
-One są bliżej niż Ci się wydaje, Miyamoto.
Powiedziałam cichutko, zaciskając smukłe palce na jego dłoni. Mój sensei zamknął swoje orzechowe oczy, leżąc zupełnie nieruchomo. Zupełnie jakby czuł się niezręcznie wiedząc, że jestem tuż obok. Co więcej, sprawiał wrażenie bojącego się chociażby oddychać...
Podniosłam się na łokciach i pogładziłam go delikatnie po policzku. Kang otworzył powoli, dość leniwie oczy i uśmiechnął się nieznacznie, kiedy usłyszał:
-Smoku... Cieszę się, że jesteś przy mnie. Nauczyłeś mnie przez ten krótki czas więcej niż dowiedziałam się przez całe życie.
Mruknął w moją stronę z lekkim rozbawieniem:
-Jestem Twoim sensei. Towarzyszenie uczniowi i doskonalenie jego umiejętności należy do moich obowiązków. To nic osobistego,Aikawo.
Roześmiałam się mimo woli, czując jak przeczesuje delikatnie palcami moje długie, czarne włosy. Nic osobistego... Akurat. Spoważniałam, kiedy mój sensei zatopił znów palce w kosmykach moich włosów i mruknął półgłosem:
-Ty również wiele mnie nauczyłaś, choć zapewne nie zdajesz sobie z tego nawet sprawy.
-Ja?
Zapytałam cichutko, otwierając szeroko oczy w najszczerszym zdziwieniu.
-Każdy samuraj pozostaje przede wszystkim człowiekiem. Odkąd tylko pamiętam, uczono mnie odróżniać dobroć i miłosierdzie od zbytniej łagodności... To nie takie proste.
Niespodziewanie, oparłam delikatnie policzek o jego klatkę piersiową i zapytałam:
-Ryuu, powiedz mi tylko... Nie doskwiera Ci czasem samotność? Czy sam wybrałeś życie pozbawione kogoś, dla kogo byłbyś najważniejszym na świecie?
Czarnowłosy mężczyzna pogładził mnie lekko po głowie i po chwili zastanowienia, odparł w pewnej zadumie:
-Aikawo...Nigdy nikogo takiego nie potrzebowałem. Przeciwnik wyczułby natychmiast moją słabość i nie zawahałby się przed bezlitosnym jej wykorzystaniem. Naraziłbym nie tylko siebie, ale nawet życie istoty, która byłaby dla mnie najcenniejsza. Moje uczucia są nieistotne. Śpij już. Jutro czeka nas ciężki dzień...
Odpowiedziałam mu cichym, ciężkim westchnieniem i uśmiechnęłam się lekko, kiedy poczułam jak samuraj mocno mnie obejmuje. Wtuliłam się w niego, przymykając z błogością oczy.
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
_________________ Aramea Hana-wa Sakuragi , Hito Wa Bushi
,,Czasami trzeba usiąść obok i czyjąś dłoń zamknąć w swojej dłoni, wtedy nawet łzy będą smakować jak szczęście".
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum