Dornost, miasto jak wiele innych. Pod względem kupców, straganów i tłoku jak wiele innych razem wziętych. Nie na darmo otrzymało miano centralnego miasta kupieckiego Imperium. Niektórzy zwykli nawet mawiać "Wszystkie drogi prowadzą do Dornost".
Po części jest to racja, gdyż niemal wszystkie szlaki handlowe w okolicy zbiegają się właśnie w tym punkcie.
Także wielu bohaterów zawija tutaj czasem w przerwie od swych podróży, czasem wręcz celowo. Bo gdzie indziej znajdzie się taki wybór towarów najwyższej klasy.
Z jakiego powodu zawitał tu Wanald ? Miasto zwyczajnie stanęło mu na drodze, a on od dawna był pozbawiony towarzystwa. Teraz miał go aż za nadto.
"Eeej, szhhefie. "
Mężczyzna w obdartym ubraniu, który kompiel zaznał ostatni raz zapewne w wieku niemowlęcym, zaś o żyletce nawet nie słyszał, pochylił się nad bohaterem stanowczo za blisko zbliżając swoją twarz do jego. Oddech dobitnie ział gorzałą.
"Dohhłożyłbyśsiędo...." powstrzymał odruch wymiotny, po czym kontynuował już nieco bardziej zrozumiale "Dołożyłbyś się dhho piwa ? Parę srebrników jhhheno, nie bąź skhhnera."
Karczma, w której postanowił odpocząć Wanald nie należała do najpiękniejszych. Rozpalony kominek, siedem stolików, drzwi na zaplecze, a obok nich brudna lada. Gnieździło się tu wiele osób, to że bohater odnalazł pusty stolik, zakrawało o cud. Do pełni "szczęścia" brakowało jeszcze tylko karczemnej bójki, a zważywszy na poziom upojenia miejscowych nie było o takową trudno.
Przysadzisty, acz wcale nie gruby karczmarz zajęty był właśnie rozmową z kimś w szarym płaszczu z kapturem, zaś karczemna dziewka właśnie została uszczypnięta przez podstarzałego, łysiejącego grubasa. Podskoczyła, trzepnęła go tacą w łeb, po czym ruszyła na zaplecze.
Ostatnio zmieniony przez Pelios 2007-12-15, 19:52, w całości zmieniany 3 razy
-Przykro mi nie mam pieniędzy - skłamał do pijaka wojownik. Nie miał zamiaru dawać pieniądzy komuś, kto zaraz by je przepił, bo po co? Nie dało by to nikomu korzyści. Nie chciał truć człowieka. Patrzył po sali, w której się znajdował. Odbiegało to od zabaw paladynów, lecz cóż porzucił ten fach z własnej nie przymusowej woli. Takie było jego przeznaczenie.
"Aesirze czemuś mnie tak pokarał wysyłając w takie miejsce" - mówił sobie w duchu. Było tu obrzydliwie. Nic nie pił. Po prostu siedział.
Aesir jednak nie odpowiedział na to pytanie. Nie zdziwiło to bynajmniej bohatera, gdyż jego dawny bóg, nie miał w zwyczaju odpowiadać nawet swoim wiernym wyznawcom, co dopiero komuś, kto porzucił ścieżkę "prawości".
Wzrok padł na kufel stojący przed nim na stoliku. Kiedy dziewka karczemna zdołała go przynieść ? Nawet nie zauważył.
Zapłacił za piwo, gdyż nie mógł siedzieć w karczmie nie zamówiwszy niczego.
"Nhhooo zo ty." podjął znowu pijaczek "Thhaki zazny pan jhhak ty z pwhhewnośśścią ma mnóstwo pienięzy. Nie bąż taaki szhheeeefie."
Teraz zaczynał już irytować ex paladyna. Człowiek był wyjątkowo natrętny, do tego zachowywał się, jakby jego głównym celem było zagazowanie bohatera swym gorzelniczym oddechem.
Drzwi od karczmy otworzyły się. Wkroczył nimi osobnik w czarnym płaszczu. Kaptur skrywał twarz oraz posturę.
Osobnik rozejrzał się po przybytku. Nie było tu innych leśnych elfów, znalazło się jednak ze dwóch krasnoludów. Przy jednym ze stolików siedział także jor, wesoło gaworząc z trójką obdartusów. Ervin poczuł, że nie jest to najlepsze dla niego miejsce, jednak o tej porze, a było już późno, było jedynym spokojnym, jakie w okolicy znalazł. Dopiero co dotarł do tego ludzkiego miasta i miał ochotę chwilę odpocząć, najlepiej przy jakimś mocniejszym trunku. Wprawne oczy szybko zlokalizowały jedyny w miarę wolny stolik. Siedział przy nim mężczyzna w skórzanej zbroi i narzuconej nań kamizelce. Niewielka tarcza spoczywała oparta o krzesło, zapewne osobnik chciał ją mieć pod ręką.
O stolik opierał się jakiś pijaczyna, uprzykrzając najwyraźniej życie wojownikowi. Pochylał się tuż przed jego twarzą i kołysząc się na boki starał się najwyraźniej sformułować jakieś składne zdania. Człowiek nie wyglądał na zachwyconego z takiego towarzystwa.
Elf dostrzegł jeszcze jedno wolne miejsce, przy ladzie. Stały tam trzy wysokie taborety. Jeden zajmował osobnik w szarym płaszczu, drugi człowiek o bujnej czuprynie, kończący właśnie wielki kufel piwa. Z trzeciego właśnie powstał inny człek, o rudych, krótko przystrzyżonych włosach. Chyba zbierał się do wyjścia.
Ostatnio zmieniony przez Pelios 2007-12-15, 19:46, w całości zmieniany 1 raz
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2007-12-15, 15:28
Karczma, tłum go przytłaczał, zobaczył ludzi i znów poczół ogrom przytłoczenia wywartego przez nich. Musiał się napić, odpocząć od wcześniejszych przygód. Potem zobaczył przywalającego się do człowieka pijaka. Najlepszym posunieciem byłoby zostawienie go w spokoju, sam by sobie poradził. Ale w nowym mieście trzebaby było poznać kogoś nowego.
-Odwal się od niego! Nie widzisz, że chce odpocząć? A ty mu w tym nie pomagasz!- Wyładował się na pijaku. Czekał aż odejdzie. Gdyby odszedł powiedział do Człowieka - Witaj nazywam się Ervin
- Jestem Wanald - przywitał nowo przybyłego. - Zostaw go Ervinie. Masz tu pieniądze i daj mi spokój - rzekł do pijaka i dał mu jedną złotą monetę. - Co tu robisz elfie? - zapytał swego nowego towarzysza. Nie podobała mu się jego bezpośredniość. Widać że był dobrze zbudowany co za tym idzie silny. Wolał tak szybko nie zyskiwać wrogów. Był na nowej ścieżce życia więc nie chciał na początku jej zepsuć.
Pijak popatrzył się zmąconym wzrokiem na Ervina. Zezując starał się dostrzec kto właściwie z nim rozmawia i czy na pewno zwraca się właśnie do niego.
Nim jednak zdążył podjąć jakąś decyzję, czy też uchwycić w miarę wyraźny obraz zakapturzonego przybysza, w jego ręku znalazła się złota moneta.
Zbliżył ją do oczu na odległość cala, po czym z szerokim uśmiechem ukazującym wszystkie sześć zębów, odparł:
"Dzhhięki shhefie ! Wieziałem, że ź csiebie równy gość !"
Chwiejnym krokiem odszedł w kierunku lady.
Przybysz rzeczywiście był elfem, co mógł stwierdzić Wanald dopiero, gdy nieznajomy odezwał się bezpośrednio do niego. Przysadzistej budowy nie można było trafnie stwierdzić pod płaszczem, choć nawet po jego zdjęciu, dla ludzkiego oka, przyzwyczajonego do ludzkich standardów, byłby Ervin co najmniej przeciętny. Dopiero w porównaniu z innym przeciętnym elfem, widać byłoby już różnicę.
Dzień ten nie wyróżniał się w żaden sposób od innych dni w mieście Dornost. Strażnicy przy bramie zapewne nie spodziewali się, że osoba w jaskrawo czerwonej szacie, zbliżająca się do zewnętrznych bram jest kimś niezwykłym. Nie przypuszczała tak też zapewne Baiken, która zbliżała się do tej samej bramy, choć inną drogą. Mury miasta były całkiem imponujące. Kilkumetrowe, solidnie wykonane z kamiennych bloków. Dwie wieżyczki strażnicze po obu stronach okutej bramy i mała furtka z wizjerem-zasuwką w niej samej.
"Wyjątkowy ruch jak na tą porę", ktoś mógłby pomyśleć. Szczególnie ktoś czytający tą historię. Niemal wszyscy jej bohaterowie dotarli do Dornost w tym samym czasie. Los potrafi tworzyć zaiste niezwykłe zbiegi okoliczności.
Owy charakterystyczny osobnik, którego kilkadziesiąt metrów przed sobą widziała Baiken, posiadał długie, gładko opadające na łopatki włosy, zaś wzrostem przewyższał zapewne większość ludzi. Szpiczaste uszy wskazywały na elfią rasę. Nie tyle szedł po drodze, co przez nią płynął. Z gracją i dystynktem, który w pewien sposób przyciągał całą uwagę.
Zaintrygował w pewien sposób jorzycę, nie umiała tego do końca wyjaśnić. Być może była to zwykła, ciekawość. Co ktoś taki robił o tej porze przed murami miasta ?
Osobnik zatrzymał się przed furtką w bramie, gdy jorzyca miała jeszcze do niej około 20 metrów. Zapukał.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2007-12-15, 20:20
Ervin pomyślał, sam nie wiedział czemu podszedł do Człowieka.
- Nie wiem, może po prostu potrzebuje kogoś przy kuflu piwa, ostatnio dużo przeszedłem, potrzbuje towarzystwa... -
Popatrzył na człowieka
- Mogę się przysiąść? -
- Przysiądź się - rzekł do Ervina. Czuł, że zyskał nowego znajomego, a może nawet przyjaciela. - Czym się zajmujesz? - zapytał elfa. Postanowił, że on wpierw będzie pytał potem może on udzieli odpowiedzi na pytania Ervina. Na razie nie chciał zdradzać swego byłego stanu. Wiedział, że mógł by się narazić nie którym osobom. Nie wiedział dokładnie z kim ma do czynienia. Pociągnął spory łyk z kufla.
Piwo nie smakowało najlepiej. Jednak niczego więcej nie mógł się bohater po tym lokalu spodziewać. Przynajmniej było zimne i zwilżało wysuszone gardło.
Ervin widząc popijającego człeka, sam poczuł dobitne pragnienie. Swoją drogą był też całkiem głodny.
Kątem oka ujrzał jak zza zaplecza wychodzi dziewka karczemna z dwoma kuflami piwa na tacy. Zaniosła je do stolika sąsiadującego z tym, przy którym siedzieli bohaterowie. Spośród czwórki wstawionych już ludzi rozległ się okrzyk aprobaty, gdy tylko kufle stanęły na stole.
Pijak, obdarowany przez Wanalda z trudem przysiadł na wolnym zydelku przed ladą i z satysfakcją położył monetę na ladzie, cedząc coś do karczmarza.
Zasuwka w drzwiach po chwili odsłoniła wnętrze miasta oraz oczy jednego z nieszczęśników, którym przypadła nocna warta. Po krótkiej wymianie zdań, której Baiken niestety nie słyszała, furtka stanęła otworem. Elf wkroczył do środka, przystając jednak zaraz za wejściem. Dyskusja między nim, a strażnikiem najwyraźniej jeszcze się nie skończyła.
Baiken zbliżyła się już na odległość kilkunastu metrów. Zaczynała słyszeć pojedyncze słowa.
"...monet...radzę...slumsy..."
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2007-12-15, 21:05
Ervin zwrócił siędo dziewki.
-Poprosze kufel piwa, i cos do jedzenia.- odwrócił się do Wanalda - Jestem wojownikiem, byłem w wojsku, po czym dokonałem... - Tu przerwał na chwilę - Dezercji, jeżeli można to tak nazwać.
"Zdezerterował, coś nas łączy" pomyślał bohater. Chciał jeszcze wypytać dlaczego ale postanowił pozostawić to na później. Nie chciał narażać się nowo poznanemu elfowi. Wolał ten temat przemilczeć.
- Można powiedzieć, że ja też zdezerterowałem - mówiąc to pociągnął największy jak do tej pory łyk. Pierwszy raz w życiu chciał się upić. Nie wiedział dlaczego. Może aby utopić smutki, po stracie przyjaciela? Nie wiedział. Chciał się upić. Pociągnął znów łyk piwa.
Baiken podchodziła dalej powoli, niby zainteresowana dostępem do miasta. Stanęła skrzywiła się lekko na twarzy, pochyliła głowę przystawiając do ust dłoń, na którą pociekło trochę krwi... Odkaszlnęła trochę z dziwnym niezadowoleniem Wyprostowała się chcąc kontynuować swoje zamiary.
Dziewka zwróciła uwagę na Ervina, który do tej pory jeszcze nie ściągnął kaptura z głowy. Spojrzała na niego krzywo, po czym podeszła kilka kroków bliżej, jednak poza zasięgiem rąk elfa.
"Piwo kosztuje 6 srebrników, zaś do jedzenie mamy dzisiaj wędzoną wieprzowina i gulasz drobiowy. Oba z pajdą chleba i oba po 8 srebrników. Co zatem podać ?" głos miała niezbyt entuzjastyczny, urodą również nie przyćmiewała. Nazwanie jej brzydką, byłoby jednak nadużyciem.
Baiken zaczynała już słyszeć więcej, jednak niewiele jej to dało, gdyż rozmowa wydawała się kończyć.
Elf pogrzebał chwilę przy pasie pod szatą, po czym położył na dłoni strażnika coś małego, czego Baiken nie była w stanie w wątłym świetle pobliskiej pochodni dostrzec. Strażnik jednak wybałuszył oczy i rozdziawił usta spoglądając na to co leży w jego dłoni. Chciał coś z siebie wydusić, jednak osobnik w czerwonej szacie już odchodził.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2007-12-15, 21:51
- Cholera - zaklął pod nosem - nie mam aż tyle - spojrzał na swój plecak - nie dziękuję, nie lubie wieprzowiny.
Cholera jasna! nie mógł się nawet napić piwa. no cóż, wyjął z plecaka, troche z racji żywnościowej, tak by się troche najeść.
-Co cię sprowadza do tego miasta?- spojrzał na Wanalda
Baiken nie chcąc tracić okazji przyśpieszyła na tyle, aby przechodząc przez bramę nie zgubić interesanta... Pomyślała, że z pewnością strażnik otrzymał pewną sumę pieniędzy, którą Baiken nie kwapiła się wydobywać z sakiewki. Zagwizdała za swoim toważyszem, a gdy ten przyleciał wskazała mu owego strażnika... Chciała aby jej sokół narobił szmotaniny tóż nad głową strażnika, by mogła swobodnie przejść.
- Szczególnie nic. Po prostu w czasie wędrówki natknąłem się na nie. To miasto jest idealne na chwilę wytchnienia w czasie podróży - odpowiedział elfowi. Nie chciał na tym etapie ich znajomości zdradzać zbyt wiele szczegółów jego wędrówki. Nie miał jeszcze do niego zaufania.
- Idę się przewietrzyć - powiedział do Ervina wypijając do końca swoje piwo. - Idziesz ze mną? - zapytał wstając od stolika.
Dziewka słysząc, iż Erevin nie chce nic zamówić zmrużyła dobitnie oczy. Zaś gdy zobaczyła jak wyjmuje swoje własne racje żywnościowe, niemal wybuchła.
"Chyba sobie żartujesz ! Jeśli nic nie zamawiasz to wynocha z karczmy !"
Zaś po jakże trafnych słowach Wanadla dodała.
"O tak, z pewnością chętnie się obaj przewietrzycie i to natychmiast !"
Piwo stało puste, atmosfera wyraźnie zgęstniałą, Wanald nie miał zbyt wielu powodów by pozostawać w tej karczmie.
Sokół posłusznie przyleciał i usiadł Baiken na wyciągniętej ręce. Silnie zaciśnięte szponu niemal przebiły delikatną skórę jorki. Ptak najprawdopodobniej instrukcję zrozumiał, gdyż wzbił się w powietrze, przelatując ponad murami miasta.
Gdy Baiken zbliżyła się jeszcze bardziej, ujrzała jak strażnik chowa do swojej sakiewki przedmiot otrzymany przez elfa. Był to malutki, połyskujący w świetle pochodni kamyk, zapewne szlachetny.
Gdy mężczyzna wyszczerzony w uśmiechu oderwał w końcu wzrok od sakiewki, towarzysz jorzycy spadł na niego niczym piorun. Zaskoczony strażnik wrzasnął i zaczął oganiać się od oszalałego ptaka. Jego kompan ruszył z pomocą, wyjmując szybko długi miecz. Baiken miała szansę się prześlizgnąć, chociaż raczej o nie zauważeniu w tak wąskim przejściu nie mogło być mowy. Ludzie zajęci sokołem, mogliby jednak zbyt późno zareagować, na wbiegającego z charakterystyczną dla siebie szybkością jora.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2007-12-16, 21:29
- Bardzo miłą obsługe tu macie! - powiedział do panienki - Chodź Wanaldzie, Ja też ide się PRZEWIETRZYĆ - Zaakcentował ostatnie słowo wojownik - Coś tu śmierdzi - spojrzał znacząco na panienke
wyszedł na dwór, wyprzedzając Wanalda
- Gdzie się udamy? - Spojrzał do tyłu - Nie mam ochoty podróżować samotnie po tym mieście, zwłaszcza nocą. Zaszczycisz mnie swym towarzystwem?
Wanald trochę oburzony trochę zdziwiony zachowaniem dziewki wobec niego. Przecież dobrze się zachowywał. Ten elf już zaczął go wprowadzać w kłopoty. Już było bardzo dobrym słowem bo poznali się przecież dopiero kilka minut temu. Fakt, faktem że w karczmie nie miał już nic do roboty. Piwo się skończyło więc skończył się też jego pobyt w gospodzie. Trzeba było znaleźć nocleg bo Wanaldowi nie uśmiechała się noc na ulicy.
- Trzeba poszukać jakiegoś noclegu - powiedział twierdząco do elfa. - Znasz to miasto? - zapytał.
Baiken rozpędziła się. Wycelowała w wąskie przejście. Biegła dalej. Gdy była jeszcze daleko od wejścia zagwizdała na Sokoła, aby ten odleciał i zostawił strażników w spokoju. W pełnym pędzie mignęła w przejściu.
Dornost nocą było wyjątkowo ciche. Po zachodzie słońca stawało się czymś zupełnie innym, niczym odwrotność miasta duchów, które opuszczone za dnia, nocą opiewa w życie, lub raczej nieżycie.
Wanald i Ervin, odprowadzeni przez wzrok naburmuszonej dziewki karczemnej, poznali jak na razie jedynie tą cichą i spokojną stronę miasta.
Niebo, lekko zachmurzone, nie obfitowało w gwiazdy. Również księżyc, stanowił jedynie nieznaczną poświatę za jednym z grubych obłoków.
Noc była chłodna, jednak bezwietrzna, co czyniło ją całkiem przyjemną.
Obecnie bohaterowie znajdowali się w bocznej uliczce, odchodzącej od głównej, nieopodal południowej bramy.
Przez, którą to właśnie bramę właśnie przemknęła Baiken. Zawczasu odwołała swego sokoła, dzięki czemu uniknął dotkliwego zranienia, gdyby strażnik zdzielił go swym mieczem. Jorzyca naraziła się jednak tym samym na pochwycenie. Strażnik uwolniony od natrętnego ptaka, mógł teraz bez problemu dostrzec zbliżającą się do bramy kudłatą kobietę.
"Hej ty !" krzyknął, zaś gdy jego towarzysz obrócił się, by zobaczyć co się dzieje, Baiken przemknęła tuż obok niego.
Elf oddalił się zaledwie o kilkanaście metrów i najwyraźniej słysząc zamieszanie, począł odwracać się w stronę bramy.
Bohaterka miała kilka możliwości dalszego postępowania. Stanąć i dać się złapać, biec dalej główną ulicą lub skręcić w którąś z odnóg, z których najbliższe był dwie po prawej stronie szerokiej, brukowanej drogi.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2007-12-17, 20:30
- Przepraszam, że tak wpędzam cię w kłopoty. - Wysłuchał pytania Wanalda - Nie nie znam miasta, lecz chyba najlepiej zacząć wędrówke od głównej drogi. Stamtąd wszedzie trafimy.
Poczekał na odpowiedź człowieka, gdyby wyraził zgodę na podróż do głównej ulicy, od razu tam poszedł, powolnym, spokojnym krokiem. Gdyby Wanald wskazał inną drogę, poszedł za nim.
- Dobry pomysł - powiedział do towarzysza już uradowany. Cieszył się, że ten elf choć trochę myśli. "Chyba z nim nie zginę" pomyślał. "Ciekawe jak walczy" zastanawiał się i dumał też nad tym czy aby na pewno jest gody zaufania. Wanald mało go znał więc nie mógł wygłosić oceny. Bał się go. Nie wiedział czy jest zrównoważony psychicznie. Przecież w każdej chwili mógł dobyć miecz i zaatakować Wanalda. Na razie się tym nie martwił, trzeba było znaleźć nocleg.
Jeszcze w pędzie Baiken podbiegła do Elfa od prawej strony, zwalniając tak aby zadać mu pytanie patrząc mu się ciągle na twarz.
- Kim jesteś?
Jednak pytanie to było retoryczne, gdyż wpływ pędu, choć mniejszy od znikomej chwili, to wybił Jorkę za bardzo, aby ta miała jeszcze czas usłyszeć głos o zwyczajnym tonie.
Wiedząc, iż w hałasie pędu nie usłyszy Elfa zerwała się w boczną uliczkę...
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum