Ludzie (jak i nieludzie zresztą) uwielbiają się nawzajem zabijać. Czy to z powodu zdrady, czy z racji niedobrego piwa czy w końcu obrazy ze strony tego drugiego. Tak... To chyba leży w naturze wszystkim istot żywych. Kogoś jednak natura obdarowała bardziej. Mroczne elfy, te nawet powodów nie szukają. A przynajmniej tak mi się wydaje...
Szkielet, śmiech, ból, ciemność. Myśli kołatające się po głowie elfa powoli zlepiały się całość zwaną jaźnią. Drow więc chcąc nie chcąc odzyskiwał przytomność. Na początku pisk w uszach, podobny temu, który słyszymy wchodząc na wysoką górę lub gdy coś obok nas wybuchnie. Signereth wolał pierwszą opcję, umiał chociaż wytłumaczyć z jakiego powodu się tak dzieje. Po chwili jednak pisk ustąpił a w uszach śmiałka zagrała leśna muzyka. Nie było w niej radosnego śpiewu ptaków, ani przyjemnego dla ucha szumu liści. Nie proszę pana, nie ten adres. Wojownik słyszał raczej pohukiwania sów, łamane w jakiejś odległości gałęzie oraz ryki dzikich zwierząt. Sytuacja nieprzyjemna ale typowa dla Puszczy Wiecznej Nocy. I dla zamieszkujących ją drowów. Dlatego też Signereth praktycznie niewzruszony wstał i rozejrzał się. Wzrok miał mętny i rozmyty. Jeszcze niezbyt przyzwyczajony. Musiał tu leżeć naprawdę długi czas.
Nagle!
- Ty cholerny skurwysynu! - zawył ktoś w pełnym desperacji, drowim języku gdzieś z prawej strony. - Czego chcesz do kurwy nędzy? - krzyknął jeszcze po chwili.
Signereth chwycił za swoje miecze i spojrzał w stronę ,z której dobiegał głos . Signereth wykonał dziwny gest jakby obrócił głowę w prawą stronę i odezwał sie sam do siebie: "Cholera jasna jeżeli tu jesteś ty przeklęta dziwko ... Przeklinam cię ... CO i ty śmiesz się tak odzywać... rusz swoją zieloną dupę i pójdź sprawdzić co za szmata sie odzywała w tym kierunku " wskazał mieczem, który nadal mocno trzymał . Wbrew temu ze Signereth widzi zjawy i halucynacje jest w pełnej gotowości do walki. Po chwili przykucnął do ziemi i wytężył wzrok i powoli ruszył uważając na jakiekolwiek gałązki i inne przedmioty, które mogły narobić niepotrzebnego rumoru, ruszył w pokazywanym przez siebie kierunku.
Tymczasem pomiędzy kolejnymi zarzutami do majaków Signereth usłyszał dźwięk zwartej stali. W pobliżu najwyraźniej ktoś zręcznie sparował atak. Potem już tylko - Kurwa mać! Czego chcesz do jasnej cholery? - jęk niósł się pewnie znacznie dalej niż tylko do tymczasowej siedziby drowa.
Elf rozpoczął zakradanie. Kilka kroków i jęk:
- Kurwa mać!
Następne:
- Cholera jasna!
Elf stanął nagle przed pasem około metrowych krzewów, których nijak nie dało się ominąć, a jeśli wchodzić by w nie, wzbudziłoby się pewnie niesamowitą ilość hałasu. Za pasem krzaków dało się wyróżnić dość równą drogę, na której rozgrywała się sytuacja, której odgłosy słyszał wcześniej drow. Dwójka mrocznych elfów stała naprzeciwko siebie najwyraźniej przygotowując się do kolejnego ataku. Pierwszy od prawej ręki elfa był kimś pokroju wędrownego cyrkowca. Miał na sobie wybitnie barwny strój, w którym na pierwszy rzut oka Signereth rozpoznał cyrkowe fatałaszki, po głębszym przemyśleniu jednak okazywał się raczej ubiorem służącego jakiegoś znaczącego i ekscentrycznego szlachcia. Dzierżył on w ręku krótki miecz, którym niezbyt wprawnie wywijał starając się najwyraźniej odstraszyć drugiego. Według wojownika jednak nie przestraszyłby tym nawet zgrai wróbli. Tymczasem drugi był wręcz całkowitą przeciwnością służącego. W sumie tylko kolor skóry mieli podobny. Drugi był cały przyobleczony w cień. W sumie każdy niedrow nie dojrzałby go w Puszczy. Facet wyglądał jak cień i tak też się poruszał. Był zwinny i szybki. W ręku kręcił teraz zręcznie sztyletem. On mógł znacznie bardziej przestraszyć. Na piersi nosił lekki skórzany pancerz, a twarz skrywał mu kaptur.
"O co tutaj chodzi kto jest kim dla kogo dlaczego oni ze sobą walczą ... czy należy któremuś pomóc... Którego zaatakować ... Czy w ogóle powinienem się ruszyć z miejsca..." O tym myślał Signeret przyglądał sie całemu zdarzeniu i próbował wywnioskować który z nich potrzebuje jego pomocy.
Drow w fikuśnym stroju roztrzęsioną dłonią wymachiwał swoim mieczykiem samemu pewnie będąc pewnym, że niewiele nim zaradzi. Czarny jednak, najwyraźniej nie miał żadnych problemów z pewnością siebie. Zręcznie podrzucił sztylet po czym złapał go tak, że teraz był skierowany ostrzem w dół.
- E se passo attraverso la valle scura…. - warknął pod nosem w nieznanym żadnemu ze zgromadzonych języku po czym ruszył do ataku.
"Służący", jak zdążył przechrzcić go już bohater, odskoczył zręcznie od dwóch pierwszy ciosów, rezygnując jednak tym samym z własnych ataków. Czarny momentalnie poprawił dłoń na sztylecie i doskoczył do swego przeciwnika. Dwie równe rany cięte zarówno dały do zrozumienia wojownikowi, który z tych dwóch ma bardziej przerąbane oraz czemu ubranie "służącego" jest w większej części czerwone. Raniony zawył żałośnie po czym odskoczył trzymając się za brzuch. Puścił miecz.
- Dam Ci wszystko... Nie zabijaj mnie... Proszę - jeśli śmiałek miał kiedyś wkroczyć to była to idealna sytuacja. Czarny najwyraźniej niezbyt sposobił do spełnienia prośby przeciwnika, gdyż powoli z coraz podlejszym uśmieszkiem podchodził do niego. Bohater miał na reakcje około kilkunastu sekund. Zakładając oczywiście, że czarny, jak to drow będzie pastwił się nad swoją ofiarą. Jeśli nie, czas topniał do zaledwie kilku sekund.
Signereth wiedział że to jedyna chwila na uzyskanie kompana podróży rozejrzał sie dokoła za jakimś większym kamieniem, jeżeli owy dostrzeże ciska nim jak najmocniej w kierunku elfów lecz tak by przeleciał nad nimi i narobił hałasu dalej. Gdy w tym miejscu nie znajdzie jednak żadnego kamienia, dzierżąc miecze w obu dłoniach skrada się w stronę owych drowów, tak by zadać cios "służącemu". W jego głowie przebłyskiwały kolejne wizje, czy to dobre czy złe nikt nie wie , lecz na twarzy bohatera ukazywał sie obraz bólu i wściekłości, co sprawiało że jeszcze bardziej chciał walki.
Drow rozerwał się. Był w lesie z czego wynikała niewielka liczba kamieni. Na całe szczęście był też w pobliżu większego traktu, a to dawało mu dość dużą ilość pozostałych po budowie go kamieni. Schwycił więc elf jeden z nich i cisnął na drugą stronę traktu siląc się przy tym na dyskrecję. Udało mu się to w stopniu średnim. Kamień wylądował w pasie krzaków, na szczęście tym na przeciwko, wywołując przy tym nie lada hałas zagłuszający odgłosy pracującego. Tylko jednak "Kolorowy" zwrócił na to uwagę obracając w geście rozpaczy tam głowę.
- Pomocy! - zawył zaraz po czym spróbował wstać. Na swoje nieszczęście jednak, zdołał jedynie lekko odsunąć się od przeciwnika, który niestrudzenie zmierzał do niego.
- Non temo la malvagità - warknął jeszcze po drodze Czarny po czym skoczył zwinnie niczym pantera na swojego przeciwnika. Signereth zdążył jedynie mrugnąć, a gdy otworzył oczy "Kolorowy" leżał już plackiem jęcząc, a "Czarny" klęczał na nim kolanami przygniatając ręce do ziemi.
Signereth wiedział że skradanie się już nie ma najmniejszego sensu, podniósł się najdelikatniej jak tylko sie dało i wysunął sie zza krzaków bardzo powoli z opuszczonymi mieczami w dół, tak by "czarny" nie pomyślał sobie że go mam ochotę zaatakować . Idzie lekko w stronę drowa na twarzy ma zarzucony kaptur tylko czasem maska na twarzy dawała dziwne blaski. Podczas tego wolnego pochodu myślał " A jeśli znów wypowie te dziwne słowa ... Co jeśli mnie zaatakuje ... będę się bronił ... Mogę zginąć... " A po chwili odezwał się "Hej przyjacielu, mówią mi Signereth jestem drowem i jestem zupełnie neutralny do ciebie . Czy możemy pogadać ? " Lekko drżały ręce bohatera lecz druga osoba nie była w stanie tego zobaczyć.
Czarny był zbyt zaabsorbowany pastwieniem się nad swoją ofiarą aby zwrócić uwagę na lekkie szmery w okolicy.
- Perché sono il più grande in questa valle! - orzekł elf po czym wpakował kolorowemu sztylet prosto w krtań. Gdy tylko ten charknął i zalał się krwią z własnej tętnicy, zabójca odskoczył i powierzchownie sprawdził stan swego ubrania. A Signereth musiał mu przyznać, że nawet się nie ubrudził. Facet był dobry w tym co robił.
Po chwili śmiałek odezwał się, a Czarny momentalnie zwrócił w jego stronę swój wzrok.
- Sciocco! - orzekł po czym odstąpił od oczyszczania sztyletu i ustawił się w pozycji odpowiadającej atakowi. Inicjatywa należała jednak do Signeretha.
"hej hej hej ..."wykrzyczał Signereth "...spokojnie nie chcę z tobą walczyć i wiesz co gówno mnie obchodzi dlaczego zabiłeś tego gościa ..." Przygotował się również do ataku który mógł zadać czarny. "Chce tylko z tobą pogadać i może udać się w dalszą podróż ... " lekko drżał "... Więc jak będzie ? " Jeżeli słowa nie podziałają Signereth przejdzie do czynu przybierze postawę do ataku i zrobi to jak najszybciej potrafi jego ciało tak by uderzyć przeciwnika w czułe miejsca.
Ścięte w gniewie usta nie miały nawet zamiaru wydać z siebie ni dźwięku. Buty tymczasem nie miały nic przeciwko znaczącemu tupaniu zwiastującemu rychłe przybycie przeciwnika Signeretha, tak, przeciwnika, gdyż facet, którego miał przed sobą nie miał nawet zamiaru wysłuchać wymówek śmiałka. Parł na niego w karykaturze szarży. W tym wypadku drow nie miał wyboru.
Równe, długo szkolone cięcie z obu ostrzy nie musnęło jednak nawet przeciwnika. Zwinnie odskoczył on na bok nic nie robiąc sobie z przeciwnika. Jego atak za to idealnie trafił gotującego się do kolejnego ataku drowa. Jego udo przecięła czerwona pręga. Rana jeszcze nie bolała, choć niechybnie niedługo miało to nastać.
Śmiałek właśnie odczuł, że do niektórych spraw nie wypada się wtrącać.
Signereth brobił się jak najlepiej potrafił. Gdy tylko przeciwnik dokończył swój atak od razu przechodzi do ofensywy. Gdy ataki mieczy nie bedą skutkować bohater wykonuje przykucnięcie i uderzenie swoją noga z całej siły w piszczele przeciwnika . To bedzie przed ostatnia deska ratunku, bo gdy to nie zadziała to zostanie mu tylko ucieczka. Więc jężeli wszysto zawiedzie Signereth podrywa się do góry i biegnie ile sił w nogach byle jak najdalej od "czarnego"...
Drow zauważył, nie najlepiej radzi sobie w walce. Ani walka wręcz, ani dwoma mieczami na raz nie szła mu najlepiej. Dwa ostrza minęły zwinnego przeciwnika przecinając jedynie powietrze. Kopniak w nogę okazał się skopaniem bogu ducha winnej atmosfery. Natura kiedyś zemści się za te krzywdy!
"Czarny" najwyraźniej o wiele lepiej radził sobie se swoją bronią. Jego sztylet zarysował czerwoną pręgę - dla odmiany - na lewym udzie, a następnie przejechał pod klatką piersiową Signeretha. Drow cieszył się, że jest chociaż w stanie chodzić. Nie było to niby przyjemne, ale zawsze to lepiej niż wywalić się, a potem leżeć i kwiczeć jak świniak na rzezi. Choć w sumie... To wyglądało jak rzeź. Signereth wciąż był raniony samemu nie będąc w stanie trafić ni razu.
Na ucieczkę nie było już czasu.
Signereth nie wiedział jak pokonać tak silnego przeciwnika z jakim przyszło mu walczyć, lecz jeśli ataki cięte na niego nie działają może wykorzysta swoją siłę. W ułamku sekundy zbliżył się do przeciwnika i odrzucił jeden miecz na bok po czym rzuca się na "czarnego" tak by może powalić go do ziemi po czym okładać po twarzy i wrażliwych miejscach takich jak brzuch krtań czy splot słoneczny. Gdy to nic nie da stara się pchnąc go mieczem trzymanym w prawej dłoni silniejszej.
Dwa cięcia. Po lewym przedramieniu - głębokie i obficie krwawiące, drugie po prawym zaznaczając tylko irytującą pręgę. Mimo to Signereth czuł się już skrajnie wycieńczony, wszystkie rany obficie krwawiły i w efekcie elf ledwo trzymał się na nogach. Mimo to przeszedł do ofensywy, w swojej nowej i nieznanej dotąd "Czarnemu" formie.
Udało się! Przeciwnik nie był przygotowany do jakiejkolwiek obrony przed atakiem drowa. Zasłonił tylko twarz oboma rękami i jęknął boleśnie gdy ciała zwarły się w uderzeniu. Signereth szczerze mówiąc również nie poczuł się miło gdy klatkę piersiową zgniotło mu prawie uderzenie. Leżąc na ziemi już wraz ze swoim przeciwnikiem przez chwilę próbował łapać oddech, a dopiero potem dorwał się do przeciwnika. Nie zmieniło to jednak w żaden sposób sytuacji. "Czarny" wciąż leżał w szoku.
Signereth wiedział że taka chwila może już nigdy nie nastąpic, więc wiedział gdzie uderzac skoro "czarny przysłonił swoją twarz nie miało sensu uderzac w nią z całej siły, wystarczy jednak silne uderzenia w klatkę piersiową i splot słoneczny. "Giń lub przyłącz się do mnie suko " wykrzyczał Signereth w miedzy jednym ciosem a drugim. Gdy zauważy że przeciwnik jest wystarczająco obity chwyta za swój miecz tylko jeden aby zadać jakąś ranę przeciwnikowi aby ten poczuł co to ból i widok własnej krwi , bo przeciwnika krew znał on doskonale.
Dwa uderzenia. Spokojne, pewne. Mimo to jedno nie trafiło.
Pierwsze wywołało niemałe zamieszanie. Pięść Signeretha mocno uderzyła w klatkę piersiową przeciwnika wywołując tym samym głuchy dźwięk. Mimo to nie dało się wyróżnić w tym dźwięku łamanych kości. Z całą pewnością nie był to jednak dźwięk przyjemny. Krew splamiła zbroję "czarnego" a on sam jęknął boleśnie.
Drugie było już gorszę, przeciwnik zręcznie uchylił się przez co elf przyłożył z całej siły w ziemię. Dziękował wszystkim bogom jakich znał, że nie połamał przy tym palców.
Drow wypowiedział swoją kwestie jednak odpowiedzią na nią było tylko splunięcie w twarz śmiałka i rozpaczliwe miotanie się, które miało być najwyraźniej próbą wyrwania się z uścisku. Przy odrobinie włożonej siły wojownik stłumił niejaki "bunt". Postawiony w tak rozpaczliwej sytuacji elf próbował zaatakować sztyletem jednak śmiałek spostrzegł to i momentalnie zatrzymał ten atak nim jeszcze został wyprowadzony.
Krew wciąż ciekła mu z ran nie wieszcząc niczego dobrego. Elf czuł się coraz słabszy, chociaż był pewien, że wciąż może celnie uderzać. Mimo to wszystko wokół zdawało się dziać się w zwolnionym tempie, jak przy wybitnym zmęczeniu.
Signereth wiedział że na wiele sił mu nie starczy . Bohater oczyścił swój umysł i do kolejnego ataku podszedł bardzo spokojnie i z opanowanym umysłem . Mocniej dogniótł przeciwnika nogami do ziemi tak by ten poczuł ból a jego ręce uderzały coraz to nowe nie osłaniane miejsce na ciele przeciwnika. Uderzał mocno lecz nie używał całkowitej swojej siły bo może mu się przydac na później. " To za tę ślinę śmieciu ..." i bił przeciwnika.
Umysł brudny czy oczyszczony wciąż wykazywał tą samą skuteczność. Signereth dałby głowę, że nawet gdy ktoś wykonałby mu trepanację czaszki i dokładnie odkurzył mózg nie zmieniłoby to nic. Wciąż raz by trafiał, a drugi nie. Tym razem jednak Signereth zadziwił sam siebie. Cios zadany był z taką siłą, że wszystkie palce po kolei odezwały się głosem typowym tylko dla nastawianych ich. Aby potwierdzić potęgę ciosu przeciwnik dodatkowo jęknął boleśnie. Znów ozwała się pustka grająca teraz smętne melodię w klatce piersiowej "czarnego".
Po chwili jednak elf zauważył jak jego przeciwnik podnosi wyżej swą broń. Drow broniłby się, w sumie bardzo chętnie by się obronił gdyby właśnie nie wbijał swojej pięści w trakt zaraz koło głowy przeciwnika. Dlatego też sztylet zatańczył chwile w powietrzu po czym przejechał czerwoną pręgą po przedramieniu elfa. Coś mówiło Signerethowi, że mimo, że wygląda to tylko na zadrapanie to tą raną osiągnął maksimum swojej wytrzymałości. Kolejny cios sztyletem czy choćby z pięści prawie na pewno równałby się nieprzytomności, a to znowu, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, z wykrwawieniem. Na całe szczęście przeciwnik również nie wyglądał najlepiej. Oddychał ciężko, a wzrok miał nieobecny. Walka miała się ku końcowi, oboje z tych dwóch osiągnęli już granicę, który z nich jednak miał ją przekroczyć?
Signereth miał chwile na to że przeciwnik odsłonił twarz zadając cios sztyletem wiec przyłożył się i uderzył z taką samą siła jak w klatkę piersiową "To za wszystko sukinsynu" Wykrzyczał bohater i zadawał kolejne i chyba ostanie ciosy albo dla siebie albo dla niego .
Jedno uderzenie. Tylko tyle wystarczyło aby zakończyć ten spór. Aby zakończyć tę wycieńczającą walkę drowowi wystarczyło jedno celne uderzenie.
Coś strzeliło, pięść Signeretha zagłębiła się nienaturalnie głęboko. Bezwładna ręka opadła na ziemię. Sztylet wypadł jeszcze w trakcie lotu. Wbił się ostrzem w dół.
Huhu! Jęknęła sowa zapewniając tej agonalnej scenie maksymalną dzienną dawkę dramatyzmu. Signerethowi najwyraźniej zaszkodziła ona aż do przesady, gdyż nagle poczuł się niesamowicie słaby. Razem z krwią z ran uciekały siły. Teraz drow wiedział czemu to miał być ostatni cios. Kolejny ze strony "czarnego" zabiłby go niechybnie. W sumie zastanawiał się czy nie zabije go droga do najbliższego uzdrowiciela. Ha! Uzdrowiciela, pobożne życzenie.
Wciąż jednak uderzał ciało zachowujące się teraz niczym szmaciana lalka z niewypełnionym tułowiem. To było za wszystko... Za każdą ranę.
Bohater czuł oddech śmierci na swoim karku lecz nie miał zamiaru się jemu oddawac , jak najszybciej sprawdził oba ciała czy nie miały czegoś co mogło by się nadawac do uratowania życia lub czegoś co można by sprzedac , bierze co sie da i nie będzie mu przeszkadzało. Gdy zakończy przeszukiwac oba ciała bierze swoje dwa miecze i rozgląda się po okolicy nie wykonując zbędnych ruchów by z ran nie wylało sie zbyt wiele krwi. "Dokąd mam się udac ... nic nie wiem o tym miejscu ... gdzie jestem ... czy ktoś mi pomorze..." Mówi zwykłym głosem bohater po czym odwraca głowę w prawo i mówi "znów ty ... czego ode mnie chcesz ... pokażesz mi drogę ... jakoś tobie nie wierzę ... jesteś zwykłym sukinsynem ... więc po co do mnie przychodzisz ... Jaki kurwa prezent ... niczego ode mnie nie dostaniesz ... co moja krew ... płynie i co ... umre co za odkrycie ... ODEJDZ ode mnie " i znów był myślami przy ciałach i jak dostac sie do pomocy.
Oddech śmierci po chwili zamienił się w wiatr, a stąd tylko krok do porywającego ludzi huraganu. Organizm był w stanie, który trudno byłoby nazwać krytycznym. Drow byłby w stanie śmierci klinicznej gdyby nie wrodzona odporność. Organizm był skrajnie wyziębiony i niedotleniony, elf zaczynał widzieć podwójnie, a wszystkie jego polecenia docierały do członków z pewnym opóźnieniem.
Mimo to w jakiś sposób udało mu się przeszukać swego dotychczasowego przeciwnika. Nie było to jednak zbyt trudne, gdyż nie miał on na sobie nic czego nie dałoby się zobaczyć ot tak, nawet nie grzebiąc po kieszeniach. Miał więc "czarny" swe ubranie, ciemny pancerz skórzany w zestawie z kapturem oraz jakiś dobrej jakości sztylet o fikuśnym jelcu.
Drow ledwo co będąc w stanie podnosić swe członki doszedł do niedawno zamordowanego "sługi". Jego fikuśne ubranko było teraz w dużej części czerwone choć gdzieniegdzie dało się jeszcze wyróżnić innokolorowe plamki. Ciało wciąż było ciepłe. Łup przy nim był też o wiele mniejszy od poprzedniego. Prócz oczywistego już ubrania, drow zza pazuchy wyjął na całe szczęście czysty list, a z jednej z wielu kieszeni spodni czerwony specyfik w małej buteleczce. Pływały w nim jakieś nieapetyczne fragmenty mięsa albo czegoś przystającego. Prócz tego gdzieś w pobliżu powinien leżeć miecz, którym jeszcze niedawno walczył ten tutaj.
Signereth spojrzał na czerwony specyfik w małej buteleczce , otworzył ją ostrożnie aby żadna kropla nie chlusnęła. Przystawił pod nos i powąchał . Podczas wykonywania tej czynności pomyślał "Nie wiem gdzie jestem... nie wiem skąd się tutaj wziąłem ... Jakie jest moje zadanie ... A na domiar za chwilkę umrę ... Wiec wypije to dziwne coś. " I chwycił buteleczkę , przystawił do ust i jednym łykiem wypił zawartość. Czekał na reakcję, gdyby jakimś cudem udało mu się przeżyć zabiera ze sobą list sztylet o fikuśnym jelcu oraz ten czary pancerz "czarnego".
Specyfik śmierdział. Elfowi brakowało określeń na nazwanie tego smrodu jakkolwiek był to niezbyt przyjemny zapach. Mimo to drow nie zauważył żadnych przeciwwskazań aby takowy specyfik wypić. I tak jego stan był pre agonalny.
Ku jednak swemu zdziwieniu zaraz po ostatnim łyku jego rany przestały krwawić, oczy zaczęły pokazywać odpowiednią ilość przedmiotów i nawet wystawiona przed się ręka miała tylko 5 palców. Wyglądało na to, że właśnie wypił jakiś leczący specyfik. Albo jakąś naprawdę dziwną truciznę...
Sztylet nie powielany przez narząd wzroku okazał Sai, który różnił się od zwykłej broni tego typu prawie tylko jelcem, który był wręcz stworzony do pozbawiania przeciwnika broni. Niestety w dłoniach wojownika traciła niesamowite właściwości, których nabył w rękach "czarnego". Owszem, Signereth potrafił nim przyłożyć i to wcale nie słabo lecz co z tego jeśli z trafianiem było już gorzej?
Pancerz wyglądał na solidny i wykonany przez fachowca. Cały czarny - czego nie dało się łatwo osiągnąć idealnie przedstawiał naturę drowów. Co prawda nieco rozmiękł w miejscach gdzie uderzył Signereth jednak wciąż nadawał się na pancerz.
List był chyba najbardziej intrygującym ze znalezisk drowa. Cały równo zapisany ozdobnymi rzędami znaczków, których znaczenie stanowiło jednak dla wojownika tajemnicę. Słyszał kiedyś o czymś takim o pisanie czy czytanie, ale żeby się tego uczyć? Phi! Po co? Teraz wiedział. Na dole widniał zajmujący prawie 1/3 wysokości i połowę szerokości kartki podpis oraz dzierżący drugą stronę ogromny glejt przedstawiający najwyraźniej coś na styl wieży.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum