Kalikst pojawił sie w Dornost dzień temu, kiedy słońce było jeszcze wysoko na niebie. Ogrom miasta zadziwił go i wypełnił dozą niepewności. Nigdy jeszcze nie widział tylu ludzi i zabudowań w jednym miejscu. Nigdy jeszcze nie spotkał tylu ludzi, którzy usilnie chcieli mu coś sprzedać. Nazwa Kupiecka Stolica Imperium była jak najbardziej trafna.
Niestety spełnienie w swym złodziejskim fachu nie było tu łatwe, gdyż ulice wprost roiły się od strażników.
Teraz jednak, gdy zapadał już późny wieczór, nadarzyła się wprost idealna okazja. Wzrok jego bowiem ujrzał zamożnego srebrnego elfa. Wyglądał na poddenerwowanego, wyraźnie się spieszył. Ktoś ubrany tak bogato, zazwyczaj chodził z obstawą, której ominięcie było nie lada wyzwaniem. Ten jednak był niczym słaba antylopa odłączająca się od stada. Szczególnie, że kroki swe właśnie skierował w jedną z bocznych, ciemnych uliczek. Było to istne zaproszenie dla każdego złodzieja.
Elfa zauważył już wcześniej. Chyba trudno byłoby go nie zauważyć. Bogaty ubiór- niby nic niezwykłego w tak dużym kupieckim mieście, ale brak obstawy? To było czymś rzadkim, więc kiedy elf skręcił w ciemną uliczkę Kalikst ruszył za nim. Wyciągnął sztylet, starał się utrzymać dosyć dużą odległość na czas nim elf nie zagłębi się dalej w uliczkę, gdzie będą mniejsze szanse iż ktoś, a w szczególności straże, zauważą ich.
Srebrny elf szedł dość szybko, wydawał się nie zwracać uwagi na to co dzieje się dookoła.
Uliczka była wąska, nie licząc śmieci piętrzących się pod ścianami w głębszych jej częściach, miała może 1,5 metra szerokości.
Dalej jednak, znajdowały się całkiem wysokie beczki i skrzynie, które zwężały ją na tyle, że dwójka postawnych ludzi mogłaby mieć problemy z wyminięciem się nawzajem.
Elf nagle skręcił w prawą odnogę, znikając z oczu bohaterowi. Kalikst miał do owej odnogi kilkanaście metrów.
Zniknął. Nie, tak po prostu się nie znika. Przyśpieszył nieco kroku starając się nie hałasować. Boczna uliczka. A więc skręcił. Teraz go widział. Przygotował sztylet. Miał zamiar złapać elfa choćby i za kark i wymusić na nim by oddał cenne rzeczy, albo... Może lepiej zabrać tylko sakwę? Przez chwilę zastanawiał się co wybrać pilnując by elf znów nie zniknął mu z oczu. Postanowił, że spróbuje go napaść, jeśli się nie uda- zwieje z sakwą.
Kalikst po chwili dotarł do bocznej uliczki. W niej to ujrzał srebrnego elfa. Nie biegł już jednak. Przystanął około 10 metrów od bohatera, O dziwo zaczął rozsuwać nagromadzone przy ścianie śmieci. Rzucił małą skrzynką na bok, kolejną zaś za siebie.
Ta uliczka była równie wąska i równie zawalona śmieciami co poprzednia. Nie czuć jednak było szaletowego zapachu. O dziwo, nie unosił się tutaj żaden z rodzai smrodu.
Uśmiechnął się do siebie gdy wreszcie skończył rozrzucać pudełka i inne różne rzeczy. Ruszył w stronę elfa. Szedł szybkim krokiem jednak uważał by nie hałasować. Powoli zbliżał sie do elfa. Kiedy był już wystarczająco blisko naszykował sztylet, zwolnił kroku uważniej stawiając stopy, sakwa elfa kusiła, jednak trzeba było uważać... Wyciągnął rękę by złapać sakiewkę elfa... Potem, może, złapie jego samego i wymusi na nim oddanie innych cennych rzeczy.
Elf pochłonięty teraz odgarnianiem na klęczkach drobniejszych śmieci, wydawał się nie zauważyć skradającego się Kaliksta. Bohater zauważył, iż elf stara ię dokopać, do jakiś ukrytych w ziemi drzwi. Otwierane do góry za żelazny pierścień posiadały jednak również dziurkę na klucz.
Sakiewka kusiła, niemal głośno prosiła "Weź mnie. Weź mnie !".
Tako i uczynił złodziej. Bez większych problemów zdjął sakiewkę z pasa elfa, jednak gdy tylko to uczynił, twarz jego ofiary obróciła się w stronę bohatera.
Nastąpił ułamek sekundy, w którym nikt nie ośmielił się bodaj drgnąć. Elf patrzył na człowieka, człowiek na elfa.
Wzrok padł na sakiewkę.
Przez ten ułamek sekundy przez jego głowę przemknęło całe mnóstwo różnorakich myśli. Przez chwilę chciał nawet uciec z sakiewką i zadowolić się tym co w niej jest, ale w końcu zrezygnował z tego. Ciekawość była silniejsza... Niestety często też zgubna. Miał nadzieję, że tym razem jednak nie przysporzy sobie większych kłopotów.
Spod kaptura spojrzał na elfa. Mocniej zacisnął dłoń na sztylecie gotowy by zaatakować. Nawet by zabić. Był ciekaw co znajduje się za przejściem...
"Co do...!" syknął elf zrywając się na równe nogi.
Błyskawicznie sięgnął po szpadę przy pasie. Nie czekał na wyjaśnienia, nie dał także możliwości Kalikstowi do rozważenia swych poczynań.
Twarz wykrzywił gniew, powodując iż piękne rysy srebrnego elfa stały się nieco mniej piękne.
Zgrabne pchnięcie pozostawiło ranę kłutą na przedramieniu prawej ręki. Nie było głębokie, ledwo co przebiło skórę.
Byłoby głupio teraz uciekać i wyjść na tchórza. Poza tym ciągle był ciekaw co kryje się za drzwiami a elf z pewnością posiadał klucz.
Zaklął cicho. Dobrze, że rana nie była wielka...Trzeba walczyć. Nie chciał zabijać elfa. Może uda mu się rozwiązać to w jakiś inny sposób.
Spróbował wybić broń z dłoni elfa. Drugą ręką natomiast chciał dźgnąć go w nogę. Mimo tego w każdej chwili był gotów odskoczyć.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum