"W zasadzie najważniejsze jest samo życie. A jak już jest życie, to najważniejsza jest wolność. A potem oddaje się życie za wolność. I już nie wiadomo, co jest najważniejsze."
- Głos Sumienia, bard z Arh-Farre
Dom Me'div, znamienity ród zamieszkały w mieście Hundorath. Siedziba tego rodu mrocznych elfów mieściła się niemalże w centrum miasta zbudowanego w koronach drzew. Kompleks pomieszczeń swą liczebnością przyprawiający o zawrót głowy, a dbałością o komnaty budzącym przerażenie. Me'div posiadali wielu niewolników, w większości pochodzących ze zniewolonych mniejszych domów i tych, którzy zabłąkali się w Puszczy Wiecznej Nocy, mających tego pecha, że zdołali dożyć chwil pojmania. Jedną z niewolnic była Zarth’ae Quar-ffyn. Mroczna Elfka, która swym tańcem i zabawianiem zyskiwała szansę przeżycia następnego dnia. Mroczne elfki - niewolnice. Połączenie to należało do rzadkich w sfeminizowanym świecie drowów, ale jednak było możliwe. Sytuacja Zar była lepsza niż innych niewolników, ale nie na tyle dobra, by móc cieszyć się względną wolnością.
-Skrzypnięcie drewnianych drzwi- Zar otworzyła swe oczy. Była w pokoju-celi, gdzie spędzała noce w towarzystwie dwóch innych niewolnic, które podobnie jak sama Bohaterka umiejętnościami artystycznimi zyskiwały sobie moc przeżycia następnego dnia. Jedna z nich nazywała się Lieu, a druga Vel. Kiedyś posiadały one dłuższe imiona, lecz zbyt długie do wymawiania zostały skutecznie skrócone do kilku liter przez synów matrony rządzącej domem Me'div, wielkiej Valshare'Sarr Royell. Sypianie w pokoju z innymi niewolnicami było jednak czymś o wiele przyjemniejszym niż spędzanie nocy w łożu, któregoś z synów matrony. Cieszący się względną młodością synowie jeszcze używali błogiego stanu opieki swej matki, bezpieczeństwa i zrozumienia. Wiedzieli oni, że się to niebawem zakończy, dlatego też używali oni życia intensywnie ostatnimi czasy.
Drzwi do pokoju niewolnic zostały otworzone. Pchnięte ręką jednej z opiekunek domu. Faery, bo tak miała na imię ów opiekunka gwałtownie przeszła na środek niewielkiego pokoju, gdzie na 3-ch nadpodłogowych posłaniach leżały 3 kobiety. "Zar, Lieu! Natychmiast macie zejść do kuchni, wielka Valshare'Sarr Royell chce, byście były w formie podczas obiadu. Ruszać się!" Powiedziała stanowczo Faery, budząc wszystkie śpiące kobiety. Zar czuła się zmęczona, od niepamiętnych czasów nie było dane jej się wyspać. Ciągle tylko prace, sen, jedzenie, praca. Ale i tak warunki w jakich przyszło jej żyć, nie były najgorsze... w końcu wciąż mogła cieszyć się zdrowiem i życiem.
Faery, wyskoka, trochę zbyt szeroka w barkach mroczna elfka. Zawsze nosząca przy pasie wiekierkę, symbolizującą jej pozycję opiekunki domu i mackowatą rózgę, której nie raz używała. Dziś ubrana w ciemnoniebieski kaftan i tego samego koloru spódnicę. Na swej prawej dłoni miała wypalony symbol domu, pająka z krzyżem na odwłoku. Taki sam symbol na swych czołach mieli wypaleni wszyscy niewolnicy i niewolnice, wszyscy prócz Zar i Lieu.
- Zarth'ae - Powiedziała cicho, zmuszając jednakże swe mięśnie do kolejnego wysiłku. Lepiej poczuć chwilowe bóle rąk i nóg niż spędzić dłuższy czas pod ciosami "opiekunki" bądź być zmuszoną do dotrzymania towarzystwa któremuś z synów matrony, oni byli tak rozbestwieni... Nigdy nie nazywała przyjaciółek skrótami, co dziwiło absolutnie wszystkich, łącznie z zainteresowanymi. Robiła wszystko co jej kazali ulegle, nie pozwalając sobie na porażki, a ten niewielki bunt przed skrótami był jej ostatnią ostoją przed utratą godności. Szybko ruszyła za "Lieu", jak szlacheckie imię przyjaciółki skracała "nadzorczyni", do kuchni mamrocząc do niej półszeptem. - Jak mam być w formie każdego dnia gdy od dawna nie odpoczywałam? Jak mam być w formie, kiedy codzienie poza spełnianiem ich zachcianek robię setkę innych rzeczy, którymi może zająć się ktoś odpowiedniejszy? Do prawdy, jakby szorowanie garów miało mi pomóc w dogadzaniu mężczyznom. - Parsknęła, wyobrażając sobie potraktowanie partnera szczotką do czyszczenia kotłów i od razu poprawił się jej humor. Gdy znalazły się na miejscu opuściła głowę i przybrała usłużną pozę, złamała się? Nie, będzie z nimi igrać delikatnie, ostrożnie... pieczętowania uniknęła to sobie poradzi... a może nie? Kolejne ukłucie niepokoju zmroziło jej serce, choć nie pokazała tego w żaden sposób...
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Lieu kiedyś nazywana była Liester Selue, lecz te czasu już dawno mineły. Zarth'ae idąc korytarzem dzielącym jej pokój od kuchni czuła już te wszystkie obciążenia jakie na nią czekały.
"Im więcej pracujesz, tym dłużej żyjesz, ale praca tyle kosztuje.. i boli." Pociągneła rozmowę Lieu. "Wczoraj słyszałam jak..." - CICHO TAM!!" Wrzasneła Faery, która najwyraźniej usłyszała ciche słowa Lieu, a ta już nie miała śmiałości by coś powiedzieć więcej.
Droga do kuchni była dość krótka, ot jeden korytarz, kręcone schody prowadzące w dół i kolejny korytarz. Bohaterka znalazła się w kuchni, gdzie na 4 paleniskach były ustawione 4 garniki, a pięciu służących płci męskiej szykowało posiłek. Zarth'ae nie znała imion ich wszystkich, ale wygląd tych osób był jej jak najbardziej znajomy. Faery zamkneła drzwi dzielące kuchnię i korytarz, a nastepnie usiadła na jakimś krześle, która stało obok szafek z pożywieniem. "Ty samcze." Powiedziała siedząca Faery do kucharza. Odwrócili się wszyscy, lecz ona patrzyła tylko na jednego. "Daj im strawy, niech sobie zrobią coś na szybko." Powiedziała sucho. To był właśnie ten przywilej Zar i innych kobiet niewolnic. W kontakcie z innymi niewolnikami, były znacznie wyżej w hierarchi. Nie znaczyło to, że nie będą musiały zmyć swych talerzy. Samiec szybko wyciągnął dwa talerze na które nalał gęstej, brązowej zupy. Samego pożywienia nie było dużo, ale powinno być wystarczające, by przeżyć do wieczora. Podał pożywienie kobietą.
Nie uśmiechnęła się do mężczyzny lecz pokazała oczyma nieznaczną wdzięczność. Uśmiech mógłby przywieść kłopoty, podziękowała i zabrała do jedzenia, jadła powoli, spokojnie, od czasu incydentu ze zgagą jednej z tancerek nikt nigdy więcej się nie spieszył. Miała chwilę by się odezwać. Przytłumionym tonem zaczęła - Boli, zniesiemy to, przeżyjemy, oni kiedyś rozpoczną przegraną wojnę... i może będzie lepiej. Dziś możesz się wyspać, chyba będe mogła cię zastąpić. - Cóż, kolejna noc spędzona poza własnym łóżkiem na pewno miła nie będzie ale i tak chciała odciążyć przyjaciółki, czy też, towarzyszki niedoli, od tego co miał oje czekać. Lepiej zaciągać długi u innych, zawsze opłaca sięw przyszłości, to zdanie czasem nadawało sens temu co robi. - Muszę się odświeżyć. A ty?
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Posiłek był gorący, gdy był na talerzu parował dość przyjemnie. Zar już po kilku łyżkach gulaszu czuła jego przyjemny smak. Najwyraźniej był przeznaczony dla członków rodu, a nie dla niewolników i służby. Dziś Bohaterka miała szczęście... przynajmniej na razie. "Dzięki ci, nie zapomnę ci tego, ale wszystko co ma być, jest zgodne z wolą rodu i zwykle to nie jest mój wybór, czy twój, ale gdy coś.." Zaniemówiła by obejrzeć sie na Faery, ta nie zwracała uwagi na tancerki "Trzymam cię za słowo. Pewnie jeżeli mamy dziś zabawiać wojowników podczas obiadu, to dane nam będzie zakosztować kąpieli.. chyba.. co?" Lieu każde słowo wypowiadała ze strachem, niektóre sylaby melodyjnego języka mrocznych elfów były niezrozumiałe w pierwszej chwili.
Zarth'ae zauważyła jak ze stołu, który był obok niej spada talerz, a za nim następny. Bohaterkla poczuła jak drewniana podłoga trzeszczy i wszystko co jest do okoła niej lekko się porusza. 'Wstrząs'. Nie dało się tego nie zauważyć. Wszyscy w pierwszej chwili wydawali się być zaskoczeni tym co się dzieje, ale wstrząs szybko ustał. "Co to ma znaczyć?" Zapytała na głos opiekunka domu. Widać było najbardziej zdziwiona tym co się stało. Wstrząsów tu nigdy nie było, cała siedziba Me'div wydawała sie jak dotąd stabilna. "Co to ma być za opieszałość? Rób co miałeś robić samcze, bo cię zabiję osobiśćie. A ty co się gapisz? Żreć szybko! Nie będę marnowała na was mojego czasu."
- Tak jest, pani. - Odpowiedziała szybko i usłużnie patrząc na kobietę a potem na jej "narzędzia" ze strachem, tak, ból to coś czego nigdy nie zapomni, przynajmniej od pewnego czasu jej nie torturowali, była już grzeczna. Strach przed bólem zaćmił nawet strach przed dziwnymi wydarzeniami. Pomiędzy zjadanym gulaszem zaczęła mówić szybko - Jeśli tylko będzie to... ode mnie zależało to... na pewno dziś odpoczniesz... należy ci się... nie wiesz skąd te... wstrząsy? - Jadła na tyle powoli by czuć ten rzadki smak i miec pewność co do wytrzymałości swojego żołądka, a na tyle szybko by "ta-cholerna-ladacznica-grzejąca-łóżko-każdemu-byleby-być-na-szczycie" nie miała się do czego przyczepić. - Skończyłam. Jestem bardzo wdzięczna Domowi za możliwość skosztowania jego wspaniałych potraw. - Ta mantra była taka żałośnie naiwna, że wepchnęłaby ją im do gardeł, ale lepiej ją odmówić niż potem zastanawiać się jak nie rozchlapywać krwi dookoła podczas tańca czy gry. - Czy... - Celowe wachanie by kobieta myślała, że ma ją w ręku - Czy możemy się teraz umyć, szlachetna? - Dobrze odważona pokora i służalczość w głosie dla uśpienia czujności i może nawet woda będzie ciepła...
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
"Nigdy takiego czegoś tu nie było.. przynajmniej od czasu gdy ja tu jestem." Odpowiedziała ściszonym głosem Lieu. "Może to pierwszy omen zmian.." Chciała coś powiedzieć jeszcze, ale Opiekunka Domu, akurat spojrzała w kierunku kobiet. Bohaterka dokończyła strawy, a po swym podziękowaniu usłyszała: "Milczeć!" od Faery, co było swego rodzaju przytaknięciem grzeczności, ale zawsze to jedno przepełnione złością słowo mniej bolało niż przepełnione złością razy mackowatą rózgą.
"Umyjesz swe brudne ciało, gdy ja tak powiem." Kontynuowała Faery po czasie, gdy usłyszała kolejne słowa Bardki. "Marsz do łaźni!" Rzuciła słowa przez zaciśnięte zęby. "I tak już dziś zbyt wiele czasu na was straciłam. Gdybyście nie były potrzebne całe, już dawno poczułybyście mą dłoń. Do kogo ja mówię? RUSZAĆ SIĘ!! A nie, gapicie się prostacko." Wykrzyczała Faery na Zar i Lieu. Ta ostatnia dość ostentacyjnie schyliła głowę, by nie było widać po niej drgawek, Bohaterka je jednak widziała.
Opiekunka Domu otworzyła drzwi i ściskając Lieu za rękę wypchnęła ją przez próg, by ta zapewne 'szybciej' dotarła do jedynego miłego miejsa w siedzibie rodu, łaźni. Może Zarth'ae była niewolnicą, ale jak każda osoba 'należąca' do Domu przed pokazaniem innym Domom, czy ważnym personą, musiała być umyta i zadbana, przynajmniej do takiego stopnia, by widać było, że Dom jest majętny.
Ruszyła szybko za towarzyszką i w końcu trafiła do upragnionego pomieszczenia. Faera pewnie ma inne zajęcia niż zajmowanie się nimi, ale Zar liczyła na to, że jeśli odda je komuś pod opiekę podczas kąpieli, nie będzie to mężczyzna. Pierwsze co zrobiła to szybkie spojrzenia w poszukiwaniu ewentualnych samców, potem współczujące spojrzenie na towarzyszkę, może zostaną na chwilę same...
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Przeczucia Zar sprawdziły się. Faery brutalnie wepchnęła Lieu i Bohaterkę do łaźni, zamykając za nimi drzwi na klucz. Zarth'ae ujrzała znajomy widok wanien ustawionych na środku komnaty. Po lewej stronie od drzwi były szafki uginające się pod ciężarem olejków i pachnideł, a po prawej stronie było małe okno, przez które było widać Hundorath. Po mieście zbudowanym w koronach drzew, połączonych ze sobą grubymi gałęziami, pomostami i platformami o tej porze nie kręciło się wiele osób. Jak zwykle trudno było ocenić aktualną godzinę, ponieważ brak słońca utrudniał orientację w porze dnia.
Wanny były pełne wody, a pod wannami były małe paleniska, których zadaniem było utrzymanie temperatury. Faery odchodząc nie powiedziała kiedy wróci, ale znając jej nawyki nie pozwoli kobietą na odpoczynek dłuższy niż ten wymagany do odświeżenia swego ciała. Lieu zrzuciła z siebie strój odsłaniając nagie ciało. Na plecach i biodrach miała liczne blizny po rózgach i batach. Była w Domu trochę dłużej niż Zar, doświadczyła większych katuszy. Pod jedną z jednoosobowych wanien po lewej stronie rozpaliła ona mały ogień, by podgrzać wodę, a następnie wybrawszy pierwszy flakonik z pachnidłem zbliżyła się swego miejsca relaksu. "Wiesz Zar. Słyszałam, że żyły robią się miękkie, gdy jest się rozgrzanym, a woda zmiękcza ciało i... i to podobno nie boli tak bardzo." Powiedziała trzymając w dłoni szklany flakonik. "Wolisz ból, czy śmierć?" Zapytała dość otwarcie, gdy nagle Zar poczuła kolejny wstrząs. Trwał on ledwo trzy sekundy i zdążył jedynie przewrócić świeżo zapaloną świecę na ścianie, na wprost od drzwi. Tam jednak było jeszcze 6 świec, więc w łazni było wciąż jasno.
Podbiegła, podniosła świecę i ustawiła na swoim miejscu. - Też słyszałam o tym, że jest lżej... jednak nie myślisz chyba o tym by się wykrwawić? Wiesz, rozcieńczona krew. - Sama również się rozebrała, delikatnie odwiązując wstążki z rąk i nóg, te rany były tak okropne i była pewna, że rozjątrzyłyby się gdyby chciała uciec, wykrwawiłaby się. Napaliła pod drugą z wanien. - Wolę ból, gdybym wolała śmierć to by się tak nie ciągnęło. - Podeszła do Liester i pomogła jej wejśćdo wanny, natarła dłonie olejkiem i zaczęła ją masować. - Pół marki świecy. - Zastrzegła, delikatnie sunąc dłońmi po jej plecach. Nie wiedziała, czy przyjaciółka się odwdzięczy ale chciała jej pomóc, rozluźniona może wypaść całkiem dobrze i Zarth'ae nie będzie musiała widzieć jak ją katują. Po masażu szybko wskoczyła do swojej wanny by się chociaż obmyć, miała jeszcze dosyć czasu nawet na większe rozluźnienie... - Tak bardzo boisz się bólu? - Spojrzała na nią i uśmiechnęła się współczująco. Nie przyzna się, że od pewnego czasu trzeba ją było zmuszać do dotknięcia mężczyzny, oni się nie przyznają bo nie chcą pozbywac się z domu kogoś na kim można się wyżyć, ona się ich teraz bała najbardziej ze wszystkiego a strach ich często zachęcał... ale i tak chciała przejąć po Lieu dzisiejszą noc, chociaż raz jej pomóc, w końcu to ona się nią opiekowała tutaj na początku.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Zar pomogła Lieu nasmarować się olejkami, za co ta odwdzięczyła się obmywając wodą plecy Bohaterki, gdy już sama skończyła kąpiel. "Ból nie jest taki zły.. można się do niego przyzwyczaić. W sumie do wszystkiego można. Gdy tu byłam przez pierwszy miesiąc najbardziej bolały rózgi, później upokorzenia, gdy już plecy przywykły do ran, gdy już się na to uodporniłam najgorsza wydawała się śmierć, choć z początku była mym marzeniem." Pokazała Zarth'ae trzy blizny na wewnętrznej stronie prawego nadgarstka. Skąd ty masz te blizny? Widziałam już je, ale bałam sie zapytać. Chciałaś się zabić?" Kontynuowała rozmowę, wracając do swej wanny "Dziś były już dwa wstrząsy, to na pewno znak... coś się zmieni zobaczysz. Może ja tego już nie doczekam, ale ty... jesteś młodsza ode mnie, masz większe szanse, by utrzymać się przy życiu..." Lieu odwróciła się w kierunku drzwi. Bohaterka słyszała czyjeś kroki, jej koleżanka zapewne także. Ktoś się zbliżał, dość szybko.
- Oni to zrobili, przekleństwo, nowy sposób na zapobiegnięcie ucieczce. - Powiedziała to dosyć spokojnie, tak by ta uwierzyła - umiała mijać się z prawdą, po czym wzięła się za ubieranie, czarna tkanina po chwili owinięta była wokół nadgarstków i kostek a ona sama po chwili ubrana była w lepszy strój niż ten w którym przyszła. - No i zaczyna się... damy radę. Na pewno. - Tylko dlaczego sama w to nie wierzyła?
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Zar i Lieu w jednej chwili ubrały się i nim drzwi zostały otworzone były już gotowe. Naciśnięcie klamki, jeden dość głośny śmiech samca. Do łazni szybko weszło trzech mężczyzn, synowie matrony. Kontakty z nimi nigdy nie nalżały do przyjemnych, ale rady na nie wiele nie było.
"Dwie ledwo ubrane suczki, gotowe i chętne do wychędorzenia." Powiedział najwyższy z trzech synów, najstarszy o imieniu Zae'vay. "Trzebaby cię jakoś naoliwić, wyglądasz na niedopieszczoną." Dodał drugi, średniego wzrostu, patrząc na Zarth'ae. Miał on na sobie skórzane spodnie i szarą koszulę z jedwabiu, bądź jakiegoś innego gładkiego i lśniącego materiału. Hebanowa skóra, niebieskie oczy i ciemnosiwe włosy. Cala'ha Evenai, bo takie imię nosił ten mroczny miał owalną twarz i był dość szeroki w barkach. Chodziły słuchy, że zostanie niedługo przyjęty do najlepszej gildii wojowników, nie z powodu wpłyów swej matki, a swych umiejętności. Z trzech braci to on najlepiej rokował na przyszłość. Zbliżył się do Zar, jego kroki były szybkie i pewne. "Zagrzejesz me łoże. Rozumiemy się?" Powiedział patrząc Bohaterce w oczy.
Zmusiła się aby nad sobą zapanować, jeśli pokaże, że się boi będzie gorzej, wiedziała o tym. Trzeba było zaatakować, może uda się jej tak zawrócić mu w głowie by czekał niecierpliwie nocy? Do wieczora jeszcze wiele może się wydarzyć. Zmrużyła oczy, przechyliła głowę w bok i zrobiła jeden krok w jego stronę, krok który powinien nie tylko jego uwagę przyciągnąć. Uniosła dłoń i powtarzając w myślach "Nie drżeć, nie zadrżeć, nie drżeć. Nie pokazać mu strachu." dotknęła jego policzka, przesunęła po nim dłonią i zbliżyła się jeszcze bardziej by oddechem owionąć jego twarz. - Zrozumiano, mój panie, dzisiejszej nocy... będziesz mieć czego zapragniesz... - Miała nadzieję, że się uda ale na wszelki wypadek zmusiła się by spojrzeć mu w oczy i ustami musnąć jego usta, mimo całej nienawiści wiedziała, że tylko w taki sposób może odciągnąć jego myśli od zrobienia jej albo Lieu krzywdy, potem, niemalże ocierając się o niego spojrzała w bok, na Lieu i mrugnęła do kolejnego z Drowów, może on również da spokój jej towarzyszce. Dotyk ciała Evenai był straszny ale z całej siły powstrzymała reakcje ciała, gdyby w takiej chwili okazała strach on przejrzałby sztuczkę.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Drow miał na twarzy sadystyczny uśmieszek, lecz prócz tego zachował spokój. Pozwolił Zar na jej 'zaloty' i nawet nie mrugnął przy tym okiem. "Grzeczna szuczka..." Powiedział w końcu przez zęby, a przy każdym z dwóch słów tego zdania kropelki jego śliny przeciskały się przez okropne szpary w uzębieniu.
"Co sie tu dzieje!?" Do łaźni wtargneła Faery, a przechodząc przez próg zdażyła wyciągnąć rózgę. "Wynocha stąd, marsz do swego pokoju." Powiedziała stanowczo do Lieu i Zarth'ae, a ta pierwsza nie czekając na powtórzeniem komendy natychmiast ruszyła szybkim krokiem w kierunku drzwi.
"Czego chcesz Faery?" Zapytał Zae'vay. "Nie zrozumiesz tego samcze, jesteś na to zbyt ograniczony. Wyność się stąd i nie waż się dotykać mych służek. "Twoich?" Zapytał ironicznie Zae. "Milcz! To, że jesteś synem matrony Valshare'Sarr Royell, nie oznacza, że masz nademną jakąś władzę. Tylko matrona może wydawać mi swe rozkazy, a to, że jeszcze żyjesz jest tylko zasługą wszechszlachetnej Pani. Jeżeli za dwie noce nie wykażesz się męstwem z przyjemnością wypale twe na wpółmartwe ciało do ostatniego gramu życia. Wyność się!" Powtórzyła Faery.
Pędem ruszyła za Liester pierwszy raz dziękując w duchu za przybycie tej... Serce biło jej jak szalone przez całą drogę a gdy dopadła do swojego posłania położyła się oddychając szybko. - To...było straszne. - Wypowiedziała w końcu i usiadła masując skronie. Rozejrzała się i westchnęła. - Przeliczyłam się. - Wymamrotała cicho, wystraszona.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Zar i Lieu znalazły się w pokoju, którego drzwi się za nimi zamkneły jakby pchnięte magią, lub ich strachem. W pokoju była Vel, która zmywała podłogę. Miała na swym prawym ramieniu świeże nacięcie zrobione jakimś ostrym narzędziem. Vealann była tu bardzo długo, najdłużej z lokatorek tego pokoju. Ale jej dni jak to już czuła Zar zbliżały się ku końcowi. Niegdyś tancerka, dziś zmywaczka podłóg.
"Co się stało, że tak szybko jesteście? Myślałam, że będziecie dziś występowały." Powiedziała ocierając czoło. Miała w ręku szczotkę, a obok niej stało wiadro z wodą i jakimś śrokiem czyszczącym przesączonym jakimś kwasem zapewne. Ręce Vel były od niego strasznie zniszczone, pożołłkłe, chropowate, a zajmowała się zmywaniem podłóg dopiero od 2 tygodni. "To było straszne!" Powtórzyła za Zar Lieu. "Ci samce, synowie matrony dostali się do łaźni, gdy ja i Zar, przygotowywałysmy się i..." Na korytarzu słychać było czyjeś kroki. Po szybkości, wadze i zdecydowaniu marszu to była na pewno Faery. Zar ledwo co zdążyła położyć się na swym posłaniu, ale nerwy jej już wróciły do 'normalności'.
Spojrzała ze współczuciem na zmywającą podłogi towarzyszkę, wszystko dlatego, że zaczęła się powtarzać i starzy goście domu już się nią znudzili... A może dlatego, że przestała być tak dobra w łóżku? Nic dziwnego, że jej dom przegrał z tym w którym obecnie się znajdowała, ci byli bezwzględni. Nie zamierzała skończyć na podłodze, o nie. Leżała wsłuchana w kroki. - Zaczyna się... jeśli w coś wierzysz, módl się za nas. - Mruknęła do zmywającej.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Faery stanowczo otworzyła drzwi i przeszła na środek pokoju, a swą rózgą uderzyła Vel, która nie zdążyła pochylić się, by ponownie wycierać podłogę. "Pracuj suko! A wy marsz ze mną do sali audiencyjnej, nie można pozwolić, by wojownicy i wojowniczki za wami czekały. Ruszać się, bo poczujecie moją rózgę!" Vealann natychmiast wróciła do swej pracy, a na jej plecach, na koszuli koloru szarego, pojawiła się czerwona plama, na razie delikatna. Lieu natychmiast dostała się na korytarz, gdy tylko Opiekunka Domu, skierowała swe kroki ku nowemu miejscu pobytu. Na jej twarzy był uśmiech, najwyraźniej wygrała z synami matrony drobną sprzeczkę. Nie chowając za pas rózgi szła tak korytarzem.
Jej koleżanka nie jęknęła, Zar byłaby pełna podziwu, lecz nie mogła nic dla niej zrobić, zaczynała się praca, ruszyła szybko za nimi naprawdę bojąc się uderzenia. W głowie już miała gotowy plan na to co powinna robić, zrobiła oczywiście luki na życzenia widzów. Nie chciała myśleć o tym co oni mogą sobie zażyczyć bo nie chciała pokazać, że tego również się boi... Nie oglądając się szła równym tempem i szybko przerabiała w głowie występ wiedząc, że i tak każdy jej krok będzie perfekcyjny.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Zar, Lieu prowadzone przez Faery dotarły do przybocznego pokoju sali balowej. Pokoik miał przejście na korytarz i przejście do głównej sali, z której to słychać było odgłosy rozmów. "Czekać na sygnał! Gdy tylko wielka Valshare'Sarr Royell klasnie w swe boskie dłonie macie wejść na salę, a dalej nie potrzeba wam mówić co robić. Czekać teraz!" powiedziała cicho, lecz stanowczo Faery, po czym przeszła przez drzwi prowadzące na korytarz zamykając je za sobą na klucz. Bohaterka i Lieu miały teraz tylko jedną drogę z której mogły skorzystać, lecz nietakt związany z wejściem na salę bez wcześniejszego pozwolenia mógł się skończyć boleśnie...
Lieu wyjrzała zza małej zasłony dzielącej pokój i salę. "Ilu wojów i kobiet... to na pewno znaczące spotkanie, chociaż ta pora... przecież nie jest na tyle późno, by zacznać zabawę, jest chyba środek dnia." Szeptała Lieu oglądając to co jest na sali. "Do których mężczyzn chcesz iść? Ja zbliżę się do tych przy tronie tamtej matrony, to chyba członkowie domu Vespa... o! A tam są członkowie domu Rael'doth i domu Ellistre'elle... chyba. Wolę nie zgadywać." Szeptała z przejęciem Lieu. Nie widać było po niej stresu.
Zbliżyła się z podekscytowaniem. - Poważnie? - Zajrzała przez ramię przyjaciółki, wiedziała, że przez tak niewielką szparę nie zauważą, jak one podglądają. - Posłuchajmy, to dowiemy się co się dzieje. - Słuchała więc, starając się przypomnieć sobie hierarchię rodów, wiedziała, że tutaj była śmietanka, ba, ktoś mógł ją tu nawet znać, choć z jej obecnym statusem mogła liczyć tylko na pogardę ale to jej nie przeszkadzało, być może starzy znajomi nie będa aż tak... straszni? Szybko porzuciła nadzieję i oglądała salę jednym okiem.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Sala była dość spora, ale całej nie udało się zobaczyć Bohaterce. Na lewo od wejścia był ustawiony wysoki tron, na którym siedziała matrona domu Me'div Valshare'Sarr Royell. Po jej prawej i lewej stronie były po 3 podobne, lecz mniejsze trony, na których siedziały córki matrony, jej dziedziczki i następczynie. Przed nimi na poduszkach i dywanach siedzieli wojownicy, wojowniczki, kapłanki, synowie matrony, jednym słowem członkowie domu. Widać gospodarze byli usadowieni w najlepszym miejscu sali, na jej szczycie. Wszyscy siedzili na podeście, gdzie nieopodal stał dość rozległy stół z jadłem. Na wprost od kurtyny, za którą była Lieu i Zar był kolejny podest, tym razem z członkami rodu Ellistre'elle. Matrona i jej dwie córki siedziały na tronach, a pozostali członkowie domu na poduszkach i dywanach rozstawionych wokół stołu uginającego się pod jadłem. Na prawo od Ellistre'elle siedzieli członkowie domu Rael'doth, na takim samym podeście i z takim samym stołem pełnym jadła, ostatni podest, zupełnie na prawo od kurtyny był dom Vespa, najznamienitszy ród w okolicy, niestety ustytuowany w najgorszym miejscu. Matrona, która zarządzała filią domu Vespa w tym mieście siedziała samotnie na tronie, a w okół niej panował lekki harmider. Wojownicy i wojowniczki zachowywali się dość głośno, zbyt głośno jak na taką zabawę, a matrona, Qule'shar Vespa'Salan, miała dość rozgniewaną minę.
"Valshare'Sarr!" Powiedziała dość wyniośle Qule'shar. "Czym to prawda, że twoi synowie lada dzień mają stać się mężczyznami? Nie wyglądają na silnych, zaprawdę wielkim wstydem okryją twój dom, gdy się zbłaźnią." Valshare'Sarr spojrzała na Qule'shar i założyła na siebie swe dłonie w dość wymownym, lecz nic nie mówiącym Zar geście. "Jeżeli polegną, to ich sprawa, w naszym świecie nie ma miejsca na słabych, lecz potomkowie mej krwi mają w sobie wystarczająco wiele siły, by znaleźć się u szczytu gildii miecza jak i magii."
Valshare'Sarr klasnęła w dłonie dwa razy, a klaśnięcia chociaż niezbyt mocne, były dobrze słyszane przez Zar i Lieu.
Uścisnęła dłoń towarzyszki, by sobie i jej dodać otuchy, wyprostowała się po czym z lekko opuszczoną głową wyszła zza kotary, ruszała się jak leśny drapieżca, chcąc w pierwszej kolejności oczarować mężczyzn, następnie dopiero rozpoczęła taniec od ruchów powolnych, wysublimowanych.
_________________ Nie, kochany, jedno, co można zrobić, to podejść do rzeczy filozoficznie, czyli powiedźeć sobie: "Srał to pies".
[Andrzej Sapkowski, Miecz Przeznaczenia]
Zarth'ae jako pierwsza ukazała się publice, która jej przybycie w pierwszej chwili zlekceważyła. Za Zar pojawiła się Liester, która po wyjściu na salę ukłoniła się matronie, a następnie każdemu z domów kolejno, kończąc na Vespa.
Gdy tylko Zar wyszła z pokoju ujrzała jak przy ścienie do gry zbierają się muzykanci. Czterech mężczyzn nie naznaczonym symbolami żadnego domu. Widać byli przybłędami, lub wędrowcami, którzy zawitali w te strony. Jedna lutnia, dwa flety różnych kształtów i bębny. Jedno spojrzenie matrony i w sali popłyneła muzyka. Utwór rozpoczął się wolną grą na szaroczarnym flecie. Delikatna melodia, która po pierwszych akordach została wzbogacona o kolejny flet.
Miejsca do ukazywania swego tańca było tu dość sporo. Kamienna podłoga okryta ciemno niebieskim dywanem zdawała się być bardzo dobra do tańca. Wojownicy wszystkich rodów przyglądali się tancerkom z coraz to większym zainteresowaniem, ale i tak ich obecność tu zdawała się być tylko dodatkiem. Lieu rozpoczęła swój taniec. Wpierw lekki piruet, kilka kroków w przód, ruch biodrami i brzuchem, poparty niemalże magiczną gestykulacją. Tancerki ubrane w dość skąpe stroje, zakrywające jedynie biust i biodra, jednak nie były takim zwykłym wydarzeniem. Leniwy krok w tył i niesmiały ruch ręką ponad głową. Widać Lieu tańczyła nie najgorzej, musiała przyznać Zar, jej ruchy skupiły na sobie uwagę znacznej części widzów.
Do utworu dołączyły bębny. Wpierw muzyk zaczął wolno wystukiwać dłońmi rytm, lecz już po kilku sekundach przyśpieszył, a flety zaczeły nabierać ostrzejszych barw.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum