Krew. Wszędzie była krew. Gobliny wdarły się do miasta. Zajmowały tunele. Ostatnie niedobitki najdzielniejszych krasnoludów broniły dostępu do królewskich komnat. Nadchodziła jednak już śmierć i ostateczny koniec Klanu Świętego Oręża. Durgrimmst stał wraz z kilkoma innymi krasnoludami przed głowną komnatą. Zamieżał bronić jej do ostatniej kropli z żył. Walczył w każdej najważniejszej bitwie w tej wojnie. Choć krasnoludy były silne, mężne i odważne, gobliny zawsze mieli ogromną przewagę liczebą. Walczyli z nimi i na powierzchni i w podziemiach. Teraz gobliny wdarły się do tunelów największego miasta Klanu Świętego Oręża. Zamieżały wymordować wszystkich mieszkańców i zadać im ostateczny cios. Nikt z sojuszników nie stawił się im na ratunek. Żaden inny krasnoludzki klan nie przyszedł im z pomocą, a ludzie całkowicie zignorowali tę wojnę. Byli sami zdani na siebie.
Gobliny uderzyły, Durgrimmist stał wraz z kompanami twardo i ciął przeciwników raz po raz. Wkrótce jednak zaczęli padać i nawet ich wielka odwaga zaczynała się łamać. Zostali zepchnięci do komnaty. Musieli bronić króla klanu. Nagle coś wybuchło. Durgrimmist upadł. Krew zalała mu oczy, stracił przytomność...
Durgrimmst obudził się. Był w podróży już wiele dni.
Krasnolud nie miał pojęcia jak wtedy udało mu się przeżyć. Był pewien, że wybiła jego ostatnia godzina. Ktoś go wtedy jednak stamtąd wyciągnął. Może bogowie? Może uznali, że jeszcze nie nadszedł na niego czas. Durgrimmst nie był jednak w stanie pozbyć się wspomnieć. Wszyscy zginęli. Cały klan. Żył, choć powinen umrzeć. Samotny i pogrążony we własnych myślach wczoraj przekroczył wchodnią granicę Królestwa Ludzi. Musiał za wszelką jakoś zemścić się na goblinach, a potężne wojsko ludzi mogło zmiażdzyć ich w pył. Zaczynało świtać, a krasnolud miał wyruszyć w dalszą drogę.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Zamyślony podążał gościncem pałając zemstą i chęcią zapłaty. "Czemu, ach czemu inne klany nie przybyły nam na pomoc. W pojedynkę nic nie zdziałamy..."myślał i zasmucony śmiercią reszty kompanów w bitwie, jego rodziny i największego króla krasnoludów. Wiedział, że Krwawe Szczyty mogły przybyć z pomocą były jednak zbyt zajęte wybieranie władców i wewnętrznymi walkami. Święty Oręż był klanem pokojowym lecz posiadał silną, wytrzymałą gwardię wojowników. Na dłuższą metę wiedzieli że przegrają. Lecz zawsze jest nadzieja. Durgrimmst miał teraz nową, wspanialszą. Pragnął zemścić sie za śmierć. Tak jak kiedyś- oko za oko, ząb za ząb. Uśmiechnął się wreszcie i poprawił przyczepiony do pasa topór i zarzuciwszy tarczę na plecy pomaszerował traktem dzierżąc w dłoni swoją ulubioną broń- młot bojowy którego cudem chyba nie stracił w tamtej bitwie. Zastanawiało go jak mógł przeżyć, przecieć goblini starannie sprawdzali czy nie ma żywych wśród ciał. Kto mu pomógł? Myśląc tak maszerował raźno i w końcu przyspieszył myśląc sobie w duchu "Mamy sprawę do załatwienia toporku i młocie, nie możemy sobie pozwolić na przegraną. Niech nasi wrogowie poznają co znaczy nasza siła i co to zemsta Świętego Oręża" Obrócił głowę jeszcze ostatni raz aby zobaczyć górskie szczyty jego kraju "jeszcze kiedyś tu wróce" Durgrimmst zastanawiał się także jak dokonać zemsty... Gobliny były wszędzie, nie trudno było na nie natrafić, lecz jego nie zadowalała satysfakcja w postaci śmierci z setki goblinów. Armia ludzi mogła ich zmiażdżyć swymi siłami, liczebnością lecz aktualnie nie było jak prosić ich o pomoc. Za wszelką cenę musiał coś wymyślić.
Wysokie góry krasnoludów, krasnolud widział z daleka. Jego własny dom, z którego został wypędzony siłą, przez brudnych goblinów. Abraal ruszył gościncem w głąb Królestwa Ludzi. Wkrótce powinen dojść do jakiegoś przygranicznego miasta. Słońce wychylało się zza chmur, które dzisiaj gęsto pokryło niebo. Najprawdopodobniej dziś będzie padać.
Gościniec przechodził przez niziny. Ziemia tutaj była trochę ogołocona z jakiegoś powodu niewiele roślin chciało tutaj rosnąć. Zwierząt też krasnolud nigdzie nie dostrzegł. Tylko ptaki, które latały po niebie. Gościncem, również nikt nie podróżował. Któż z Królestwa Ludzi miałby ochotę podróżować na odległy wschód?
Krasnolud szedł godzinę i jak narazie teren wcale się nie zmieniał. Miasta również nie było widać. Dobrze, że nie było widać również żadnych bandytów.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Zadowolony z braku towarzystwa wędrował gościńcem gdy nagle przypomniał sobie, że od kilku godzin nie miał nic w ustach, a miasta ani widu ani słychu. W dodatku nie podobała mu się perspektywa wędrowania w deszczu toteż tylko przyśpieszył kroku wypatrując ludzkich siedzib. Durgrimmst zauważywszy że przez ciemne chmury przebija się coraz mniej światła, zaniepokojony pustkowiem poprawił topór sprawdzając czy może go swobodnie dobyć. Od tej chwili lustrował wzrokiem także okoliczne tereny w poszukiwaniu nieproszonych "towarzyszy". Na szczęście ciemność która powoli zalegała nie przeszkadzała mu- jak większość krasoludów miał bardzo dobry wzrok i mrok mu nie przeszkadzał- wręcz pomagał, gdyż ewentualnym napastnikom trudniej by było go dostrzec przemykającego traktem w samotności i w ciszy. Uśmiechnął się wyobrażając sobie stosy jedzenia, napitku i karczmiany zaduch i tłum, lecz myśl ta wcale nie przyniosła mu otuchy gdyż za jedzenie trzeba płacić a on miał tylko 2S. "Mógłbym zapolować lecz narazie widzę tu tylko ptactwo, a i tak nie miałbym jak przyrządzić zdobytego pożywienia. Heh..." westchnął myśląc "Swoją drogą krwiste mięso nie jest takie złe a odrobina zieleniny doda mu smaku" pomyślawszy przyglądał się także glebie w poszukiwaniu szczawiu i innych podobnych, jadalnych roślin.
Krasnolud szedł drogą i wypatrując czegoś co mogłoby nadawać się do jedzenia. Po pietnastu minutach jego wzrok wypatrzył duże krzaki z jagodami, oddalone od gościnca o 15 metrów. Na ten widok jego duży krasnoludzki żołądek zaburczał i dał znać, że jest głodny. Krasnolud podczas całej podróży do Krolestwa Ludzi niewiele jadł. Czasem udawało mu się coś upolować, gdy był bliżej znanych sobie terenów. Królestwa Ludzi nie znał zupełnie.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Podszedł ostrożnie do krzaka z jagodami i sprawdzając czy napewno są to jadalne owoce a nie jakieś trujące zielsko zebrał parę wkładając je do prowizorycznego worka zrobionego z naciągniętej koszuli. Wróciwszy na trakt przysiadł na chwilę i rozgniótł w palcach owoc sprawdzając zapach i smak dotykając koniuszkiem języka jagody. Ucieszony nowo zdybytym pożywieniem ruszył w drogę posilając się idąc. Przezornie zostawił sobie kilkanaście jagów na "czarną" godzinę.
Na krzakach jagód było mnóstwo, toteż krasnolud zebrał ich wiele. Wyglądały bardzo apetycznie i żołądek wyraźnie się ich domagał. W smaku były bardzo dobre, krasnolud dawno nie jadł tak dobrych jagód, choć jak ktoś jest głodny, to zawsze wszystko smakuje lepiej. Po posileniu się ruszył gościncem w dalszą podróż. Szedł szybko i w oddali za wzgórzem zdawało mu się, że widzi jakieś budowle. Mogło to być miasto.
Po niedługim czasie Abraal niestety zaczął czuć niewielkie bóle brzucha, a obraz zaczął mu się trochę kołysać, jakby był pijany. Mogło to być efektem zjedzenia jagód. Brzuch jednak był najedzony. Mógł mieć nadzieje, że jego stan się nie pogroszy.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Durgrimmst maszerował dalej nie zwarzając na bóle brzucha i rozmywanie się obrazu. Zamyślony zmierzał w kierunku rzeczonych budowli zastanawiając si.ę czy napewno dobrze widzi.
Im dłużej szedł krasnolud, tym budowle stawały się realniejsze. Wyglądało na to, że wzrok go nie myli, choć trochę rozmywał mu się obraz. Ból brzucha trochę ustąpił, zamiast tego zaczął glugotać. Krasnolud mógł spodziewać się rychłego rozwolnienia.
Gdy Durgrimmst dotarł do wzgórza jego oczom ukazazało się niewielka wieś. Budynkiem, który zza wzgórza widział krasnolud był wysoki młyn. Ze wzgórza krasnolud nie wypatrzył żadnych ciekawych budowli, oprócz ubogich domów i jednej karczmy. Miasteczo zaczęło budzić się do życia, ponieważ był świt. Chłopi podążali na swoje pola.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Durgrimmst czując gulgotanie schował się szybko w krzaki i zrobił co miał. Zadwolony wyszedł z ukrycia podciągając spodnie i wkroczył dumnie do ludzkiej wsi. "Ale mi się zadupie trafiło" pomyślawszy skierował swe nogi w stronę karczmy.
Durgrimmst zrobił to co miał zrobić. Sprawiło mu to ogromną ulgę i poczuł się od razu lepiej. Nawet obraz prawie przestał falować.
Krasnolud dumnie szedł przez wiejską ulicę. Wiejskie dzieci spoglądały na niego z ciekawością, odrywając się od łajna którym się bawiły. Najprawdopodobniej w całym swym krótkim życiu nie widziały żadnego krasnoluda.
- Jaką on ma fajną brodę...
- To jakiś dzieciak?
- Nie głupi! Widać, że to ktoś stary. Widziałeś kiedyś chłopaka z brodą?
- Nie... Ale w przyszłości sam zapuszcze sobie taką brodę.
Durgrimmst wszedł do ubogiej tawerny. Posilało się tam kilku wieśniaków, którzy po porannym śniadaniu mieli udać się na pole. Za ladą stał gruby karczmarz. Większość karczmarzy było grubych. Wygląd karczmy był ubogi. Nie było żadnych dekoracji, zwykłe obskurne stoły i krzesła. Za to kominek sprawiał, że izba prezentowała się przytulnie i było tu cieplutko. W zimę, zapewne wieśniacy przychodzą tu by się ogrzać z czego karczmarz czerpie zyski.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Krasnolud podszedł do lady i uśmiechnął się do karczmarz przymilnie pytając się ni to z gruchy ni z pietruchy czy w mieście stacjonuje jakiś oddział żołnierzy. Pyta się również co jest polecone na dzień dzisiejszy do jedzenia, i prosi o chłodne piwo.
Karczmarz uśmiecha się widząc klienta. Tym bardziej, że jest to krasnolud.
- O witam serdecznie pana krasnoluda! Mamy wspaniałe dania! Cielęcine w sosie! Dobre i świeżutkie schaby! Dziczyzne! Wszystko palce lizać, a piwo najlepsze w całym Królestwie! Za jedyne 2 srebrne monety zimne, dobre piwo dla pana! - Było to akurat tyle ile miał krasnolud. Oznaczało to jednak, że nie ma co liczyć na jedzenie. - Oddział? Mamy kilku strażników, którzy chronią naszą wioskę przed najazdami bandytów.
_________________ "Hej mała! Mam coś długiego, sztywnego, twardego, sięgającego do ziemi, co możesz se dotknąc i popieścić... No nie rumień się tak! Mówiłem rzecz jasna o moim toporze!"
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum