TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 
Znalezionych wyników: 2627
TaL Strona Główna
Autor Wiadomość
  Temat: Ostatnie poselstwo - akt III
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 106

PostForum: Erxen   Wysłany: 2026-02-17, 16:56   Temat: Ostatnie poselstwo - akt III
Krasnoludowie z dowódcami (sprawni/ranni):

Halldor "Niezmordowany" Ketilssonn (46/0)
Ziv "Strącający Lawiny" Zvissonn (42/5)
Hilda "Wszechmatka" Darsdatter (6/0)
Tamir "Kościana Koszula" Hillelssonn (40/0)

Krasnoludowie bez dowódców (sprawni/ranni):

Z rozbitej armii Kjella "Wędrowca" Lauritssonna (5/0)
Z rozbitej armii Ido "Gargulca" Illaissonna, z Gwynn. Kusznicy (10/0)
Z rozbitej armii Evrona "Miastowego" Eviatarssonna, ze Skråningen (9/0)
Z Gwynn (5/4)
Z Vodenitska (7/2)
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2026-02-09, 19:11   Temat: Erxen
Nasi bohaterowie w końcu dotarli tam, gdzie dotrzeć mieli, i to z głową pełną pomysłów. Dzięki Darkowi, Idrinowi i Pythonowi za wspólną grę!

Zapraszam do przeczytania prologu i zamieszczenia przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję do 500 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca kwietnia.

No i gratuluję Idrinowi za otrzymanie Nagrody im. Graczy, którzy przeżyli. Przeżyli wszyscy, ale wojna dopiero się zaczyna. A punkty szczęścia regenerują się powoli :wink:

Ostatnie poselstwo - akt III

Fodrin Żelazny | Stefan Terter | Taiga Sokolov

Przeżycie 2800 2800 2800

Przemyślenia 700 0 0
Nagroda im. Graczy, którzy przeżyli - - 300

Suma:
Fodrin Żelazny: 3500
Stefan Terter: 2800
Taiga Sokolov: 3100

Ponadto:
Za zdobycie nagrody, prócz doświadczenia, Taiga Sokolov otrzymuje dodatkowy punkt szczęścia.
  Temat: Ostatnie poselstwo - akt III
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 106

PostForum: Erxen   Wysłany: 2026-02-09, 19:00   Temat: Ostatnie poselstwo - akt III


Ostatnie poselstwo – akt II
Kroniki Fodrina, Stefana i Taigi





29 Merris. Południe. Szlak Sisteskjold.

Ósmy dzień wyprawy.

Woda lała się z nieba, jakby sam Asterion płakał nad bratobójczą wojną w chorze zapadnej. Szlak górski, idący obecnie granią i będący lekko udeptaną ścieżką mknącą po kamienno-ziemnych zboczach i wzniesieniach, przeplatany okazjonalną trawą i niską roślinnością, stał się trudny do sforsowania. Deszcz spływał i meandrował między kamieniami, zdradziecko nawilżał glebę, ślizgał buty, wpadał za kołnierz i do oczu, bez ustanku, bez ucieczki. A upiorna wichura dorzucała od siebie upiorny gwizd w uszach, nagłe porywy targające ubrania czy też uderzające jak obuchem, zaburzając równowagę nawet twardo stąpających po ziemi krasnoludom. Było paskudnie i zimno. Na tyle zimno, że w pewnym momencie, miast deszczu, zaczął padać drobny, lepki śnieg. Trzeba było tę pogodę przeczekać.

Ponownie. Wszak podobnie wyglądało to trzy dni wcześniej, gdzie równie paskudna pogoda w ten sam sposób skutecznie sparaliżowała landsbyenską armię. Nie była to armia młoda, pełna werwy, zaprawiona w boju i gotowa na każde warunki. Była to armia zastępcza, poboczna, różnie wyszkolona, różnie zdyscyplinowana, różnie wyekwipowana, różnie odżywiona. Wszyscy jej członkowie mieli najlepsze lata wojaczki za sobą… czy może nawet nie mieli ich wcale.

- Nie ma sensu iść w taką pogodę! - krzyknął w języku kamiennym Halldor "Niezmordowany" Ketilssonn. Musimy gdzieś odbić i się schować!

Spojrzeli się za siebie. Widać było tam córkę Halldora, Gerdę "Kamienną Twarz", a także innych zgarbionych, powoli i nierówno sunących krasnoludów. Widać było Ivo „Twardą Gębę” Fridtjofssonna, załatanego i zregenerowanego, a także Quinna „Złamaną Tarczę”, którego przez ostatnie dni udało się wyprowadzić ze stanu agonalnego i niestabilnego, a wprowadzić w stan obolały, lecz bezpieczny. Obaj siedzieli na dwukółce, chociaż Ivo to już właściwie z przyzwyczajenia, bo, jak to na krasnoluda przystało, rany zagoiły się na nim jak na psie. A Quinn potrzebował jeszcze czasu, który wyjątkowo mieli. Był tam też Erik Gavranić, jeniec wojenny, który zachował jednak sporo swobody, w tym swoją broń, zbroję, a także konia, Iskierkę. Przez te osiem dni podróży trudno było znaleźć w nim jakieś zalążki nieufności, buntu, czy wrogości. Wręcz przeciwnie, zachowywał się on jak wzorowy jeniec, który nie miał zamiaru łamać słowa, które dał Stefanowi Terterowi jeszcze w wiosce Kraĭrechen.

Przynajmniej sama podróż była póki co spokojna, bez większych zaskoczeń. Szlak Sisteskjold był pusty, przewidywalny i zdatny do pokonania wozem, co dobrze wróżyło, zwłaszcza patrząc po tym, jak niekorzystnie rozpoczęła się ta delegacja. I nawet krążące co jakiś czas w powietrzu lamie, trzymające od armii dystans i ewidentnie wypatrujące jakieś łatwiejszej ofiary, nie potrafiły rozbudzić niepokoju w drużynie. W końcu stanowili armię. Uzbrojoną, gotową… Ale czy godną zaufania, gdy przyjdzie to zaufanie sprawdzać?
  Temat: Druga szansa - Akt I
Farewell

Odpowiedzi: 9
Wyświetleń: 196

PostForum: Wyspy Zachodzącego Słońca   Wysłany: 2026-01-06, 20:15   Temat: Druga szansa - Akt I
Listy Qahira do domu, spisane w języku ojczystym (khemurskim)


2 dzień roku 1515.

Ojcze,

dawno nie miałem okazji napisać. A jest o czym! Już trzy lata płyniemy na wspaniałym statku u kapitana Ghassana el-Bari, wielkiego męża i mistrza w swoim fachu. I nie płynę jako byle jaki marynarz, tylko jako młodszy bosman! Ha! Tak, takiego tytułu się dorobiłem. Piastuję bardzo ważną pozycję, dowodzę załogą i jestem bitny jak mało kto! Niezliczone śmierci z mojej ręki miały miejsce na wodach Morza Imperialnego, a sam wyszedłem bez szwanku. Ta nasza gorąca, południowa krew i błogosławieństwo Nariry chronią mnie przed niebezpieczeństwem. A jakie łupy mamy! Złoto, sukna, skóry z odległych krain. Naprawdę tyle tego jest, że aż trudno uwierzyć. Nawet pan nasz Ismaeel nigdy nie widział na oczy nawet ułamka takich bogactw. I wszystko to nasze! I moje, mam swoją część, i bogactwa te przyniosę ze sobą do domu! Ha, kupię wam atłasy i wielbłądy, własnych niewolników, nie będziecie musieli palcem kiwnąć! Tylko poczekajcie, aż dopłynę, a póki co ślę ten list, niech dotrze bezpiecznie!

Qahir


4 dzień roku 1515.

Wiele się nie dzieje na morzu. Płyniemy i tyle. Pogoda piękna, deszczowa. Może i u was deszczyk akurat pada? To zawsze błogie u nas, w Yamal, ale na morzu więcej z tego szkody niż pożytku. Z nudów pić poszedłem. Bompur krasnoludzki bimber wyciągnął, zdradzieckie to cholerstwo jest jak setka żmij w piasku zagrzebanych.

[lekko chaotycznym, krzywym pismem napisane] Upiorny statek… jak z opowieści. Z kości i włosów zrobiony, martwa załoga złożona z utopców… Wszyscy mówią, że się przewidziałem. Ale widziałem już ten statek poprzednio. Czy ja wariuję? Czy ten krasnoludzki bimber mnie aż tak omamił? Nawet w to chciałem wierzyć, ale kapitan zareagował dziwnie, jak to usłyszał. Normalnie by mi kazał spierdalać, a teraz kazał siedzieć cicho i nie rozpowiadać. Może ja i kapitan zwariowaliśmy? Ja dotknąłem jego pierścienia, czy to przez to? To magiczny pierścień, na pewno, a w środku jakiś Infryt siedzi, zły z niewoli, ciskający klątwy? Nie wiem, co o tym myśleć, ojcze. Ale spisuję to. Może ten list do ciebie dotrze. A jeśli ktoś znajdzie ten list, a mnie nie znajdzie, to proszę, poproś gospodarza “Snu Podróżnika” w Huriy, by nadał ten list do mego ojca, Wassima z Yamal.


7 dzień roku 1515.

Piszę to rano, zaraz po przebudzeniu, by nie zapomnieć. Sen miałem. Kolejny. Dżiny do mnie mówią we śnie. Infryty, bym powiedział. Infryt jest zamknięty w pierścieniu kapitana i mówi do mnie. Wszyscy wiedzą, że dżiny mają wielką moc, a nie wypełniać ich woli to głupota. Widziałem we śnie swoją przyszłość. Wielki statek, lojalna załoga na każde zawołanie, tony łupów. Honory, fanfary, bogactwo i sława. Moja bandera - smagane wiatrem złote słońce na czarnym tle trzepocze energicznie na maszcie. W takiej chwale wracam do rodzinnych stron. Ha! Potęga dżinów jest bezgraniczna. Wystarczy wsłuchać się w ich głos. To jest ich przewaga nad innymi tak zwanymi bogami. Czy ten Asterion, czy ta rodzina z Ojcem u krasnoludów… oni są tylko słowami. A dżiny są czynami. Wymagają i nagradzają. A miejsce infryta nie jest na dnie morza.


8 dzień roku 1515. Wieczór.

[chwiejne, słabe pismo] Zmarł kapitan Ghassan el-Bari, legenda morza Imperialnego. Zmarł, ale odchodzi spełniony. Jego śmierć uderzyła nas wszystkich. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Nie wiem, co powiedzieć więcej.


9 dzień roku 1515.

Kapitan Ghassan el-Bari miał piękny pogrzeb. Oddaliśmy go morzu, a niebo pięknie i zgodnie padało, mimo że deszcz w tych okolicach to rzadkość. A wczoraj jeszcze dzień był wyjątkowo spokojny... Widać, że Dżiny nad nim rozpaczają równie co my. I że z otwartymi rękami przyjmą go do Wrót Żywiołów. Duch w pierścieniu wariował, gdy oddaliśmy go tym zjawom.

Wszyscy na statku rozpaczają. Maeve chyba najbardziej. Ale nie dziwię się temu. Kobiece emocje biorą górę. Ona uciekając od swego ojca, przyjęła Ghassana jaka swojego nowego, przybranego. Dziwna to historia z nią. W ogóle dziwna ona jest. Skąpana w tajemnicy. Mówiła, że miała wspólną przeszłość z Jasrą. I że z jednego ślubu uciekła, a drugiego narzeczonego utraciła. Nic dziwnego, że chodzi cały czas jak struta. Może kiedyś była radosna? Teraz jest z nią źle… Ale czas leczy rany. Maeve tylko potrzebuje powodu, by być szczęśliwa.

Jasra też jest skomplikowana. Tylko my, mężczyźni, jesteśmy otwarci i mówimy o sobie. Kobiety duszą swoją przeszłość głęboko. A emocje należy wyrażać regularnie, tak jak regularnie należy się wypróżniać. Inaczej tylko można sobie zaszkodzić…

[Nieco późniejszy dopisek, lekko innym pismem, pewniejszym] Coś się kończy, coś się zaczyna? Nie przywidywałem takiego obrotu spraw. Czy sny okazały się prawdą? Czy to tylko ułuda? Druga Szansa… Piękna nazwa. Tylko czy ja temu podołam…


10 dzień roku 1515.

Chciałem coś napisać, ale właściwie to nie wiem, co mam tu zawrzeć. Może to już z przyzwyczajenia? Coraz częściej piszę, coraz więcej się dzieje, ale dziś - jakby znów powrót do normalności. Do nudy. Do meandrowania przez wody imperialne. Do wioski mamy wpłynąć za parę dni. Espagria wygląda malowniczo, różnorodnie, przynajmniej patrząc ze statku. Podobno to tereny odległe od centrum Imperium i nieco zapomniane, więc nie spodziewam się, by żyło się tam tak ciekawie, jak ciekawą mają linię brzegową…

[Nieco poźniejszy dopisek] Teraz mi się przypomniało, że na Wyspach Zachodzącego Słońca, gdzie tych wysp jest dużo, a większość z nich niezbadana, znajduje się mnóstwo ruin po dawnych cywilizacjach. A jak ruiny, to przecież też i skarby, każdy to wie. Może to dobry moment, by po powrocie do Huriy, odpoczynku tam, przegrupowaniu i inne takie, wybrać się do jednego z takich miejsc? Wypytać należy kogoś, kto wie coś więcej. W karczmach nie ma co pytać, tam każdy jak tylko ma taką informację, to zachowa ją dla siebie, albo zapędzi w pułapkę, albo już dawno splądrowane. Ale ktoś z wyższych sfer? Oni operują na wyższych płaszczyznach, ta cała inteligencja. Oni sporo mówią, sporo wiedzą, ale też boją się wszystkiego. Szukają stymulacji, pochlebstwa, ale nie niebezpieczeństwa, ryzyka, wyjścia poza ich ciepłe mieszkanka, kożuszki. Wystarczy się wkręcić.


12 dzień roku 1515.

Dawno nic nie pisałem, bo działy się rzeczy! A jak rzeczy się dzieją, to nie ma kiedy pisać. A jak nic się nie dzieje, to pisze się aż za nadto. Może to dlatego te wszystkie tęgie głowy takie opasłe tomy piszą, a w środku same nudy? A moje notatki krótkie i treściwe, acz trochę się ich już zebrało. Ha! Ciągle przepełnia mnie radość i sukces i spełnienie. Rozbiliśmy bandytów, chujów jakich mało, sprowadzających fałszywym światłem statki na skały, by je potem złupić. Tacy na życie nie zasługują, strasznie to niehonorowe. Jacy bogowie by przyjęli takich w swoje objęcia?


13 dzień roku 1515.

W końcu nie dokończyłem wczorajszych myśli, Jasra nieco mnie rozkojarzyła… Nie mówię, że to coś złego! Wręcz odwrotnie, przywitała mnie odpowiednio, jak zwycięzcę. No ale napisać chciałem i tak, bo jest co. Ci rozbici bandyci to łachmyty, nie wiem, czy uważać ich za godnego przeciwnika… ale też czy ktoś naprawdę mógłby być przeciwnikiem, który byłby godny stanąć ze mną w szranki? No taki pewny to ja nie jestem. Zakradliśmy się do nich, zabiłem jednego po cichu, po mistrzowsku, że nawet nie wiedział, co się stało. Jak tam sobie myślę, to faktycznie, dobrze że Maeve jest taka oczytana, wiedziała coś o tych terenach, jakby tam już kiedyś była. Może i kiedyś była? W końcu z Erxen do Wysp Zachodzącego Słońca tutaj po drodze. Dziwna to elfka… No i narzeka strasznie. Jak dotarliśmy do obozu tych bandytów, to wbiliśmy się w nich, to znaczy ja się wbiłem, sam starłem się z czterema na raz. Jaka to była walka! Zaczarowałem ich, powaliłem jednego po drugim, samemu bez trudu unikając wszystkiego, co na mnie rzucali. Wyczyn godny pochwały samych dżinów! Ci bogowie imperialni czy erxeńscy to tchórze nad tchórze, a nasze dżiny to doceniają bitnych i odważnych.


14 dzień roku 1515 (a właściwie wieczór).

Dopłynęliśmy do wioski. Zwie się Moledo. Czy to coś znaczy? Trudno stwierdzić, oni tam w języku espagrijskim mówią. Bo to Espagria. Część Imperium, ale odległa, jak pryszcz na dupie giganta. Ale ryby mieli, i to wystarczająco, by nas zaopatrzyć.

Drogo sobie liczyli. Maeve stara się być miła dla ludzi, momentami nawet za miła. Mogła się targować… acz wtedy nie naciskałem i puściłem to mimochodem. Wszak i tak z tej wyprawy licznych łupów mieć nie będę. Za to stanowisko wyższe. Czy tak osiąga się chwałę? Nie złotem, a statusem? Złoto jest twarde i silne, a stanowiska i chwały ulotne. Ale i złoto można stracić szybko, statek może zatonąć, a dobre słowo pozostanie na językach zarówno gminu, jak i tych bardziej wpływowych. Więc kluczem do sukcesu będzie nie samo stanowisko, a posłuch za tym idący?

Maeve kapitanem… Niesamowite. W Jaf'Ardzie takie stwierdzenie by skutkowało natychmiastowym śmiechem i drwiną, ale tutaj, wśród nas, piratów, i wśród społeczeństw Wysp Zachodzącego Słońca, o dziwo jest to możliwe. Kobieta na takim stanowisku… Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wszak kobiety nie są i nigdy nie będą na równi mężczyznom, to wiadomo. To sama prawda. Ale mimo to, Maeve pokazała, na co ją stać, trudem osiągając to, co dla kobiety jest blisko niemożliwego, by tylko dorównać mężczyźnie. A nawet przekroczyła ten pułap. Więc skoro tak się stara, pracą, wiedzą i doświadczeniem życiowym, by się wykazać, to może będzie dobrą kandydatką? Zna się na rzeczach, ma gadane, jedynie walką posłuchu nie zyska, chyba że dowodząc z tylnego rzędu. Czy służenie kobiecie jest mniej honorowe niż mężczyźnie? W Jaf'Ardzie bez dwóch zdań, to by była wręcz kpina. Ale tutaj… To zupełnie inny świat i chyba należy się z tym oswoić po tych ponad trzech latach.

Biorąc wszystkie za i przeciw, to wychodzi ona na plus, czyż nie? Obym nie był w błędzie… Wszak mimo wszystko z kobietami to nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza jak te comiesięczne humory im się trafią.


15 dzień roku 1515.

Dziś wszyscy się dowiedzieli. Kapitan Handam al-Pirani oficjalnie przekazał dowództwo Maeve. Wszyscy dobrze zareagowali - mam nadzieję, że faktycznie tak czuli, a nie, że pod przymusem tak zareagowali. Trudno stwierdzić, co im wszystkim po głowach chodzi…

Zaraz potem odpłynęliśmy. Pożegnaliśmy tę wioskę Moledo, cokolwiek by ta nazwa nie znaczyła. Zapadająca w pamięć na tyle, na ile taka wioska na odbycie świata w pamięć potrafi zapaść. Czyli nieszczególnie. Najciekawsze wydarzenie to z tym Abdulem, co się w nocy na brzegu zagubił. Prawie się utopił na bagnach, mało brakowało! Ale znalazłem go i wyciągnąłem. Aż dziwię się, że spity tak daleko zaszedł, a jednak. Niektórzy rozumu na statek ze sobą nie zabrali.

[nieco późniejszy dopisek] Pisałem już trochę o Jasrze, napiszę jeszcze jedną rzecz. Wracamy już do portu macierzystego na Huriy, a to sprzyja myśleniem o przyszłości, o tym mieście, o rzeczach jakie będzie się robić… Maeve zadeklarowała się, że wykupi Jasrę z niewoli. Ja uważam, że tak łatwo nie będzie, że taki mężczyzna jak Pasza (zresztą swoją drogą bardzo rozczarowujący przydomek) będzie chciał po prostu przyjąć za nią pieniądze i zapomnieć o sprawie. Widzę tutaj wielką dumę w nim, mimo że go nie poznałem. Ale czy poznawać trzeba kogoś, kto włada jednym z trzech największych gangów w mieście? Tacy ludzie słodkimi słówkami i miłymi gestami majątków nie zbijają. Jak nic zażąda jakiejś trudnej do wyobrażenia sumy pieniędzy, albo i całej Drugiej Szansy, by wykupić Tygrysooką. A jak nie, to wtedy skrzyczy swoich siepaczy, by siłą ją uprowadzić. Nie wiem, jak się z tym czuję. Dla nas to sytuacja bez wyjścia, czyż nie? Jasry przecież nie oddamy, szkoda mi jej. Byłoby to niehonorowe, tak płaszczyć się i oddać mu kogoś, kto służył z nami ramię w ramię przez trzy lata. Czy w takim razie czeka nas walka? Podstęp? Może Maeve ma plan, bo ma też w mieście znajomości, a jak nie, to czuję, że konfrontacja z kimś takim to coś, do czego stworzyły mnie dżiny. Czyż nie tak tworzy się legendy?

Ha, akurat jak pisałem, to Maeve mnie nawiedziła. Faktycznie ma plany, ale muszą się, jak to się mówi, wykrystalizować. No ciekawy jestem, co jej po głowie chodzi. To o czym ja pisałem? A, właśnie. Jeśli miałaby być konfrontacja, to


16 dzień roku 1515.

No i nie dokończyłem myśli wczoraj. Jasra przyszła, cała spita. Dawno nie widziałem jej w takim stanie. Piła sobie jak niby nic z Bompurem, nawet mnie nie zaprosili! Cóż, widać, że są ze sobą zżyci po tych trzech latach. Dziwna jest Jasra, najpierw radosna, a potem smutna, a potem pijana. Strasznie dużo w niej emocji. No ale to kobieta, zapominam, jak one funkcjonują, spędziwszy trzy lata z prawie samymi marynarzami. Z jednej strony szkoda mi jej, a z drugiej… gdy pomyślę o tych wszystkich pannach, które pozostawiłem na wyspie…

[późniejszy dopisek] Nie wiem, jak zebrać myśli i przelać je na papier. Okazało się, że Druga Szansa to nawet nie nasz statek, a statek Baharata "Szczerby". To znaczy nasz, ale wzięty na procent, kurwa jego mać. Trzy tysiące dinarów miałby nas kosztować. Niezły prezent pożegnalny nam Ghassan zostawił, nie ma co. A Handam ma wziąć ze sobą cztery z pięciu części łupów, zamiast tego "oddając" nam statek. Nie wiem, kurwa, gdzie w tym sens, gdzie logika, dlaczego Maeve w swej grzeczności i upartości nie chce renegocjować umowy z Handamem, skoro nie oddaje nam statku, a statku z długiem, że za taką kwotę to i nowy statek można byłoby nabyć. Dzięki, kapitanie Ghassanie. To zemsta za moje myśli o pierścieniu? Przecież ci go zostawiłem, a wszystko, co mogłem zrobić, pozostało w samych myślach. Handam najlepiej na tym wychodzi, a my zostajemy z niczym. Bez łupów, z jakąś marną resztą do przekazania załodze, z długiem i niepewnością, co tam na tej Huriy się wydarzy. Maeve podobno zna tego "Szczerbę"… swoją drogą beznadziejny przydomek, nie kojarzy się z niczym pozytywnym. Jak szczerba w zębach może się dobrze kojarzyć? Kto miałby taką osobę respektować, która daje sobie taki przydomek wybrać?

No, Maeve ma plan, jak zawsze. Ciekawe, jak tym razem jej się uda? Teraz to nie rozmawia z załogantami, a z bandziorem, który dba o swoich, tak jak my dbamy o swoich. Nawet jeśli mają wspólną przeszłość, to co z tego, gdy mówimy o takim majątku? Którego spłatę odwlekamy trzy lata? Chciałbym to zobaczyć. A jak się nie uda i wszystko chuj strzeli, to pożyczę sztylet od S'Tyssa i pokażę, że sprawy można też załatwiać inaczej…


17 dzień roku 1515.

Dziś nic ciekawego i wiem, że tak samo będzie przez następne dwa tygodnie. Wieloryba znaleźliśmy martwego.


19 dzień roku 1515.

Długi to był dzień… wczorajszy, rzecz jasna. Teraz piszę z rana, przemyślałem to i owo. Statek opuszczony odkryliśmy. Kupiecki, płynący do Erxen. Zniszczony od węża morskiego. Paskudny był to widok, te wszystkie rozkładające się ciała… Był też jeden dogorywający, który miał szczęście, że na nas trafił. Wieźli przyprawy, ale nie udało się ich zabrać. Kapitan stwierdziła, że ryzyko jest zbyt duże, i może miała rację, a może nie. Ja myślę, że nie. Ale słuchać się trzeba, by marynarze nie poczuli nagle, że mają prawo się buntować. Trochę złota i srebra za to pozyskaliśmy z tego statku.

Próbowałem sobie wyobrazić tego węża morskiego, czy raczej walkę z nim. Cóż to by było za wydarzenie! Z jaką opowieścią byśmy wrócili na Wyspy! Skorpiony dawno nie były wykorzystywane, a i mój rapier zgłodniał, a mógłby ugodzić bestię i pozbawić ją życia. Ale cóż, ryzyko nie jest czymś, co Maeve lubi, a towar, który wozimy, trochę ogranicza naszą manewrowność manewrowość.

Mimo że jesteśmy pośrodku niczego, to zaskakująco sporo się dzieje ostatnio. Nie narzekam.


21 dzień roku 1515.

Wczorajszy dzień też był długi. Napotkaliśmy w końcu na tego skurwysyna, węża morskiego. Monstrum paskudne, szybkie i niebezpieczne. A tak przynajmniej o nim mówili, bo byliśmy na niego przygotowani, o tak. Nasz statek uzbrojony jest w skorpiony, mordercze narzędzia przy konfrontacji z innymi statkami, a także, jak się okazało, z takimi potworzyskami. Ale pociski leciały, przecinały niebo, Sam strzelałem, bo chociaż gotowy byłem z moim ostrzem na bezpośrednią konfrontację, to nigdy do tego nie doszło. Powaliliśmy bestię, nim ta zdążyła do nas dopłynąć. Ha! Taka jest potęga Drugiej Szansy! Potwór, który jeszcze niedawno zdewastował i zatopił tak duży statek handlowy, wybił całą załogę, teraz sam leży martwy, głowę jego zachowaliśmy jako trofeum a łuski, twarde jak stal, pozyskaliśmy. Wszyscy najedli się strachu, gdy zobaczyli węża morskiego, ale ja wiedziałem, że z błogosławieństwem maridów i dżinów czeka nas zwycięstwo. To są prawdziwi bogowie! A nie Asterion! Nie jakiś tam Ojciec czy jak mu tam. Ani nie ten imperialny bożek, tak nieistotny, że już zdołałem zapomnieć, jak się w ogóle nazywa.


22 dzień roku 1515.

Przez te ceremonie, co je mamy wyprawiać, to ciągle zastanawiam się nad naszą wiarą. Dżiny, co nie ulega wątpliwościom, władają nami, ziemią, morzem, po którym płyniemy, a także całą resztą. W Yamal to sprawa była prosta, wszyscy wierzyli w dżiny, nikt nie ośmielił się kwestionować ich potęgi. No, może ewentualnie jaszczuroludzie, ale kto by się przejmował ich prostymi umysłami i wiarą w wielkie latające jaszczurki, czy w co oni tam sobie wierzą. W Yamal sprawa była prosta, ale tutaj, na Huriy, jest tyle rozmaitych ras, a wraz z nimi tyle rozmaitych wierzeń… Niesamowite, w co niektórzy potrafią wierzyć. Krasnoludy wierzą w jakiegoś Ojca, jego synów i córki. Tam do jakichś sal biesiadnych zmarli są zabierani, gdzie bawią się i ucztują. Ha, jakie to typowe dla krasnoludów! Istoty, które na co dzień jedzą i piją za czterech, po śmierci mogą robić to dalej. Kto by się spodziewał, że ta ich "wiara" na tym by miała polegać? Zero zaskoczenia, proste i zrozumiałe, każdy krasnolud to pojmie. A wiara dżinów… tu sprawa jest skomplikowana, tak jak i istoty boskie są skomplikowane. Tego nie da się skrócić do zwykłego: "czyń dobrze, a po śmierci będziesz jadł i ruchał". Ha, brzmi to interesująco, ale z drugiej strony… Gdzie w tym chwała, by żyć i żreć? Człowiek stworzony jest do wyższych celów. A krasnolud? Tutaj już trudno mi stwierdzić.

[późniejszy dopisek] Piękna to była ceremonia. Handam al-Pirani, kiedyś pierwszy bosman, potem kapitan, a teraz… w sumie nie wiem, jak określić jego funkcję. No, funkcja się zmieniła, ale szacunek załogi pozostał. Mój niezbyt, ale to już pisałem, dlaczego. Jego obszerna wiedza, też wynikająca z wieku, jest tutaj wielkim atutem i stanowi on istotną przeciwwagę dla tych wszystkich innych wierzeń pozostałej części załogi. No, i on poprowadził tę ceremonię dla dżinów, złożył w ofierze krew węża morskiego, piękne słowa wypowiedział, naprawdę piękne. I czułem, że dżiny się nam w tym momencie przyglądały, słuchały nas, może nawet zaakceptowały nasze modły i ofiarę. Tak myślę. Wierzę, że dalej doskonale wiedzą, że Druga Szansa, chociaż jest mozaiką różnych ras i wierzeń, to w pierwszej kolejności, przed wszystkim innym, stawia zawsze duchy żywiołów.


24 dzień roku 1515.

Niedługo dopłyniemy do Huriy. Imperialni na pokładzie odprawiali te swoje modły do ich bożka "Ulisso". Ech, nie mogłem tego oglądać na moje oczy, jeszcze bym im coś powiedział o tej ich pustej "wierze"… A szkoda, bo wieczorne słońce było miłe i kojące, a teraz muszę kończyć notatki pod pokładem, jak szczur jakiś.

Maeve musi w końcu zrozumieć, że wśród bogów nie ma czegoś takiego jak kompromis. My jako Druga Szansa powinniśmy stanowczo opowiedzieć się po którejś ze stron, czy może raczej: po jedynej słusznej, po stronie Żywiołów. Bo trzeciej szansy mieć nie będziemy…

[później, wieczorem] Handam al-Pirani to żmija zdradziecka, kutas krzywy i pizda, nie marynarz. Wycwanił się jak nikt inny. Oddał nam Drugą Szansę, której nie posiadał, a sam zgarnął majątek i będzie teraz grzać dupę na Jaf'Ardzie! Kurwa jego mać. Widzę, że pisałem już o nim kilka dni temu, a to i tak zbyt rzadko, jak o nim piszę, bo cały świat powinien wiedzieć, jaki to parszywiec i kundel zapchlony. Na co dzień miły, każdy go lubi, ale jak już wyszło, że statek zastawiony, to ani nie pomyślał, by z szacunku do nas, swoich morskich kamratów, renegocjować tę umowę, która okazała się wielce nieuczciwa. Pluję na niego i jego przodków.


25 dzień roku 1515.

A dziś "celebrowaliśmy" Handama i koniec jego służby. No, weteran wśród piratów sam nas skroił jak bezbronne dziecko. W rzeczy samej widać tu jego doświadczenie i kunszt partacza! By własnych braci broni tak w dupę wyruchać, to już trzeba umieć. Oczywiście nie wypiłem jego zdrowia. Splunąłbym zamiast tego, ale wiadomo, że nie jest to coś, co powinno się robić, przynajmniej nie przy załodze. Jeśli Maeve nie chce z nim renegocjować, to może przynajmniej do innych rzeczy będzie jeszcze przydatny… Ale chuj mu na lico i tak, nawet jeśli tylko tutaj, na piśmie.

Jutro dopływamy do Huriy. List ten wyślę czym prędzej, byś miał tu spisany niezbity dowód, że syn twój wielkie rzeczy osiągnął i osiągnie jeszcze więcej. Wszystko, co napisałem, jest prawdą, w co pewnie nie uwierzysz, bo wiem, że trudno pojąć ogrom świata, gdy całe życie siedzi się w jednej wiosce na krańcu świata. Ale wszystko to jest prawdą. A to dopiero początek.
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2025-12-08, 19:40   Temat: Erxen
Chora zapadna pełna jest historii, a w ten weekend napisana została kolejna z nich, pełna wzlotów i upadków. Dzięki Darkowi, Muffin oraz Szopenowi za wspólną grę! Nic tak nie zawiązuje drużyny jak wspólne zabijanie :wink:

Zapraszam do przeczytania prologu i zamieszczenia przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję do 600 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca lutego.

Gratuluję również Szopenowi za otrzymanie Nagrody im. Graczy, którzy przeżyli. Jego pomysły jak zwykle wyprzedają swoją epokę.

Na pograniczu światów - akt V

Eleas Empuse | Folletris D’aubigny | Silvia Velikova

Przeżycie 2800 2800 2800

Przemyślenia 700 0 700
Nagroda im. Graczy, którzy przeżyli - 300 -

Suma:
Eleas Empuse: 3500
Folletris D’aubigny: 3100
Silvia Velikova: 3500


Ponadto:
Za zdobycie nagrody, prócz doświadczenia, Folletris D’aubigny otrzymuje dodatkowy punkt szczęścia.

A, i mam kilka cytatów :wink:

Cytat:
Folletris: jeszcze mi nie wypada obcować z kobietami, bo jestem w żałobie po Anhelmie
(Po kilku chwilach Folletris próbuje "na przywitanie" pocałować nowo poznaną kobietę)

Folletris o Silvii: wyciągam kubek i nalewam jej miodu pitnego.
Silvia: ja dziękuję, ja nie piję.
Folletris: ja też nie.

Dark do Muffin: byłoby śmiesznie, jakbyś miała zaparcia… Magiczne zaparcia.

Dark(?) podśpiewuje: ♪ Jakie piękne są | Grudice bez | Slobodana… ♪

Muffin: jaki macie nastrój?
Szopen: normalny.
Dark: wysłużony strój wędrowca.

Szopen po tym, jak zostali wzięci w niewolę: my jesteśmy jak ci Murzyni, którzy nie rozpoznali znaku Ku Klux Klanu

Far: Najbliższa pełnia wypada 8 Arros.
Szopen: W nocy?
  Temat: Na pograniczu światów - akt V
Farewell

Odpowiedzi: 4
Wyświetleń: 124

PostForum: Erxen   Wysłany: 2025-12-07, 18:40   Temat: Na pograniczu światów - akt V


Na pograniczu światów – akt V
Kroniki Eleasa, Folletrisa i Silvii





Na pograniczu światów - akt V

3 dzień Arros. Poranek.

Tego dnia było już po wszystkim. Osmalone szczątki drewnianych bierzm sterczały ku niebu niczym obgryzione do czysta kości, mieniące się w promieniach wschodzącego słońca, które za nic nie miało współczucia wobec tragedii, która się tu wydarzyła. Wręcz przeciwnie, zdwoiło siły i rozgromiło wczorajsze chmury, intensywnymi i ciepłymi snopami światła zalewając całą wioskę i okolicę.

Wioska była ograbiona, spalona, a jej mieszkańcy - przepędzeni, zbezczeszczeni, wymordowani. Kto miał szczęście, ten uciekł na bagna, do lasu czy do grodu na wzgórzu… w nadziei na to, że palisada nie zostanie sforsowana przez armię Evrona. Kto szczęścia nie miał, ten wciąż czekał na odszukanie przez rodzinę i godny pochówek - jedyne, na co można jeszcze liczyć w tym miejscu zapomnianym przez świat. Pojedyncze osoby krążyły wokół zgliszczy, szukając tego, czego obawiały się, że znajdą. Płacz i lament były jedynymi dźwiękami, które przerywały dotkliwie bodącą ciszę.

Eleas spoglądał na wioskę, powracając ze swojej wyprawy. Oglądał niewzruszonych, uzbrojonych krasnoludów oraz wycieńczonych żałobą chłopów. Widział rodziców wydobywających dzieci spod gruzów, a także dzieci szukające rodziców wśród niemożliwych do odróżnienia ciał. Widok ten złamałby każdego.

Silvia Velikova od trzech dni krążyła po Wiecznym Lesie, a ostatnie wydarzenia w Grudicach pamiętała jak przez mgłę. Nie była w stanie stwierdzić, jak dokładnie dostała się do wioski, jak udało jej się, pomimo ognia, chaosu i hordy krasnoludzkich bandytów, przemknąć do swojej chaty, a następnie z niej cało, lecz samotnie, uciec. Następne dni przeplatane były tymi wyrywkowymi, lecz intensywnymi wspomnieniami, zaburzając myśli o teraźniejszości, a co dopiero o przyszłości. Jednak mimo tego wszystkiego, z czasem myśli można było ułożyć, a ułożone myśli pozwoliły na uformowanie planu dalszego działania. Cel w tym momencie był klarowny, jednak droga do celu złożona była z wielu niezbadanych ścieżek.

W tym samym momencie, nie tak daleko od wioski Grudice, Folletris widział licznych rannych leżących pod gołym niebem, obolałych, proszących o ukojenie bólu, czy nawet z bólu się wijących, błagających o skrócenie ich mąk. Byli tam zarówno ci, którzy stanęli po stronie Meyera, jak i ci, którzy trzymali stronę Evrona. Oraz także paru chłopów: dzieci, dorośli, kobiety, starsi… nikogo los nie oszczędził. A obecnie, w obliczu śmierci, wszyscy oni i tak byli równi, nieporadni, na łasce tych, którzy mieli więcej szczęścia od nich. Podobnie było z tymi krasnoludami, którzy jako jedni z niewielu pozostawali cisi, bierni, niemal niewidoczni. Rozbrojeni, spętani, rozlokowani grupami po kątach i pilnowani. Jeńcy, którzy zreflektowali się w porę i złożyli broń. Teraz ważyły się ich dalsze losy. Ci czekali wciąż na decyzję Meyera "Niezłomnego" Omerssonna, jednak byli też tacy, których losy się już przesądziły.

Eleas wyminął Grudice, wkroczył do lasu, prosto w stronę ruin Starej Wieży. Ponownie spojrzał na nędzne, brudne, martwe ciało Borka Krwawego, powieszonego przed samym wejściem, niczym bolesne przypomnienie ku przestrodze innym, że wybory mają konsekwencje. Ciało skręcało lekko na sznurze czy to w lewo, czy to w prawo, powoli, miarowo, raz w stronę Starej Wieży, by zaś po chwili spoglądać martwymi oczami bardziej w stronę samego lasu, jakby nawet po śmierci trudno mu było się zdecydować, którą stronę obrać.

Folletris zauważył Eleasa, a Eleas dostrzegł Folletrisa. Od czasu straty Anhelma pozostali sami w tym wrogim świecie… acz to właśnie Anhelm był tym spoiwem drużyny, mając z Eleasem wieloletnią znajomość, a z Folletrisem zbliżone usposobienie. Jednak w tym momencie jednoczył ich przede wszystkim wspólny cel. A gdy cel się wypełni? Co będzie dalej z tą dwójką bohaterów? Jaka będzie ich przyszłość i czy będzie ona pisana tym samym piórem?

Spotkali się więc, otoczeni ruinami zamku, rozstawionymi namiotami polowymi, wozami, całym sprzętem, który dało się uratować przed ogniem, i przede wszystkim rannymi, licznymi rannymi, a także felczerami oraz zbrojną ochroną. Sama wieża stanęła w płomieniach i zawaliła się, podobnie jak jej drewniane przybudówki, składziki i stajnia, ale zewnętrzne mury wciąż stały silne, niewzruszone, dając ochronę wszystkim, którzy znaleźli się w środku, a jedyna brama zewnętrzna, pilnowana przez dwóch czujnych krasnoludów, wyglądała na pozostającą w ciągłej gotowości do nagłego zamknięcia, jakby w każdym momencie z lasu miał wyłonić się wrogi sztandar i legion zbrojnych. Póki co jednak nic takiego nie nastąpiło. A Silvia mogła się tylko przyglądać z oddali, z ukrycia. Widziała, jak grupa krasnoludzkich zbrojnych zaprowadziła chłopa do środka. Widziała wiszącego na drzewie trupa krasnoluda, powieszonego tak, by nikt przypadkiem go nie ominął wzrokiem. A po chwili widziała również pewnego elfa, którego skądś kojarzyła, i który żwawo i samotnie wyłonił się zza gęstwiny, by zaraz po chwili przejść przez bramę i znów się schować, tym razem wewnątrz murów leśnej rezydencji, witany przez strażników jakby był jednym z nich…
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2025-10-14, 21:14   Temat: Erxen
Kolejna przygoda za nami. I choć początek mógł byś dla naszych postaci przygnębiający i defetystyczny, to końcówka budziła nawet jakiś niepewny optymizm. Dzięki Darkowi, Idrinowi oraz Pythonowi (oraz ponownie - gościnnie Ikku!) za wspólną grę.

Zapraszam do przeczytania prologu i zamieszczenia przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję do 500 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca grudnia.

Gratuluję również DarkLordowi za otrzymanie Nagrody im. Graczy, którzy przeżyli! Zdecydowanie ze wszystkich graczy, którzy przeżyli, to on przeżył najbardziej.

Ostatnie poselstwo - akt II

Fodrin Żelazny | Stefan Terter | Taiga Sokolov

Przeżycie 2700 2700 2700

Przemyślenia 600 560 0
Nagroda im. Graczy, którzy przeżyli 300 - -

Suma:
Fodrin Żelazny: 3600
Stefan Terter: 3260
Taiga Sokolov: 2700

Ponadto:
Za zdobycie nagrody, prócz doświadczenia, Fodrin Żelazny otrzymuje dodatkowy punkt szczęścia.

Pora na cytaty :wink:

Cytat:
Far: Lepiej jak mąż bije niż ktoś obcy
  Temat: Ostatnie poselstwo - akt II
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 154

PostForum: Erxen   Wysłany: 2025-10-14, 21:03   Temat: Ostatnie poselstwo - akt II


Ostatnie poselstwo – akt II
Kroniki Fodrina, Stefana i Taigi





21 Merris. Poranek.

Dzień był pogodny, lecz jednocześnie niemrawy. Bezwietrzny. Bez wyrazu. Martwy jak wioska Kraĭrechen.

W powietrzu unosiła się woń spalenizny, krwi, rozkładu i złych decyzji. Dopiero gdy słońce wstało nad wioską, widać było rozmach ostatnich wydarzeń. Liczne trupy ścieliły wioskę, a lamentujące, ocalałe kobiety krążyły powoli i bez życia, wyglądając bardziej jak wijące się cierpliwie duchy nawiedzające plan materialny, a nie jak ludzie z krwi i kości. Nie pomogło też dość instrumentalne ich potraktowanie przez tych, którzy do wioski przybyli zeszłego wieczora. Ale czy w obliczu tylu emocji, walki o odebranie i podtrzymanie życia, mogło się jeszcze znaleźć miejsce na tak zbyteczną i abstrakcyjną, zwykłą ludzką empatię? Czy jest to coś, co nie powinno zaprzątać myśli wielkich wojowników i strategów, zwłaszcza w chwilach próby?

Wszak walka przebiegła zaskakująco skutecznie. Z sytuacji trudnej czy wręcz niemożliwej, wyszli z tarczą. Bez strat w ludziach, elflinach i krasnoludach. A dopiero teraz, odespawszy emocje i ustabilizowawszy życie, można było wszystko analizować. A było co.

Stefan Terter stal już wtedy na nogach. Wybudzony w nocy przez Fodrina Żelaznego, spędził następne parę świec w osamotnieniu, otoczony gęstym lasem i własnymi myślami. A materiału na przemyślenia było sporo, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię błędnego zinterpretowania herbu Ivana Kovačevića, co zrodziło bolesne konsekwencje dla całej drużyny.

Na szczęście nic już więcej tej nocy się nie wydarzyło. Nikt ze zbrojnej grupy Ivana Kovačevića nie powrócił do wioski. Wzięty w jasyr Erik Gavranić niczego nie knuł. Dopiero ta trójka osowiałych, zrozpaczonych kobiet przełamała monotonię nocy i wraz z jutrzenką opuściły swoją chatę. Nie zwracały jednak szczególnej uwagi na Stefana.

Taiga Sokolov obudziła się nieco później. Obolała, umęczona, potrzebowała chwili, by przypomnieć sobie, gdzie się znajduje i co się ostatnio wydarzyło. Mocno ucierpiała w starciu, a to był przecież dopiero początek ich długiej wyprawy. Tym razem jej bystre zmysły nie były w stanie wychwycić żadnych wrogich intencji u ludzi Ivana Kovačevića. Dlaczego? Zrządzenie losu? Kara boska?

Fodrin Żelazny spał jeszcze, odsypiając nocną zmianę. To on był głównym powodem dlaczego w ogóle wszyscy wyszli z tego cało. Zamknięty w niemożliwy do spenetrowania pancerz, rąbał i siekał równo, ponownie ratując życie i honor drużyny. A teraz wreszcie zaznał spokoju, choćby przez tę parę świec.

Ich towarzysze: Ivo "Twarda Gęba" Fridtjofssonn oraz Quinn "Złamana Tarcza" mocno ucierpieli w tej walce. Nad ranem obudzili się przytomni, ale słabi. Mikstury lecznicze wiele im dały, jednak wciąż potrzeba było czasu, by w pełni stanęli na nogi. A czas nie działał na ich korzyść. Wróg nie śpi.
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2025-07-14, 22:38   Temat: Erxen
Dobrze znów się spotkać i spędzić razem dzień konia. Dzięki Darkowi, Idrinowi oraz Pythonowi (oraz gościnnie Ikku!) za wspólną grę.

Klasycznie zachęcam do przeczytania prologu i zamieszczenia przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję do 400 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca sierpnia. Gratuluję również Pythonowi za otrzymanie Nagrody im. Graczy, którzy przeżyli - tym razem z bonusowymi 5 punktami doświadczenia, by zaokrąglić dotychczas nierówną sumę otrzymanego doświadczenia. A niech stracę :wink:

Ostatnie poselstwo - akt I

Fodrin Żelazny | Stefan Terter | Taiga Sokolov

Przeżycie 2300 2300 2300

Przemyślenia 500 400 0
Nagroda im. Graczy, którzy przeżyli - 305 -

Suma:
Fodrin Żelazny: 2800
Stefan Terter: 3005
Taiga Sokolov: 2300

Ponadto:
Za zdobycie nagrody, prócz doświadczenia, Stefan Terter otrzymuje dodatkowy punkt szczęścia.

A teraz proszę o wrzucanie cytatów, bo trochę ich mamy :grin:
  Temat: Ostatnie poselstwo - akt I
Farewell

Odpowiedzi: 4
Wyświetleń: 181

PostForum: Erxen   Wysłany: 2025-07-14, 19:52   Temat: Ostatnie poselstwo - akt I


Ostatnie poselstwo – akt I
Kroniki Fodrina, Stefana i Taigi





Miasto zmieniło się.

Niegdyś skąpane w optymizmie, pełne woli walki i przekonania o swojej wyższości. Dziś - strzaskane, zderzone z rzeczywistością. 16 dnia Merris przyszła druzgocząca wiadomość - rzeka Siva została sforsowana. Ale nie to było największym zaskoczeniem. Zaskoczeniem było to, jak szybko to nastąpiło. I że wojska Północy wycofały się bez walki. Z czego wyniknęła ta obrzydliwa przewaga wojsk Radomira Zlatnosŭrtskiego? Sam most na rzece był wąski, łatwy do wybronienia, a rzeka - trudna do przeprawy. Te pytania, jak i wiele innych, spędzały sen z powiek mieszkańców Vodenitska.

A ci również nie próżnowali. Cała tkanka miejska zmieniła się diametralnie. Ci, którzy nie mieli w mieście dobytku do strzeżenia i obowiązków do wypełniania, a więc głównie kobiety, dzieci oraz możni, opuścili miasto. Ci, co dobytki i obowiązki mieli, ci, których zmusił honor i ci, którzy nie mieli gdzie się podziać - zostali. Pocieszając się, że wszak to wojna między wielkimi rodami szlacheckimi, więc zwykli mieszkańcy nie muszą na tym ucierpieć, prawda? Zresztą mury miasta są grube i wysokie, zapasy zrobione, i tak zaraz przyjdzie odsiecz. Patriarcha nie pozostawi ich samym sobie w chwili próby.

Ci, co mieli się gdzie podziać, miasto opuścili. A ich miejsce zajęli chłopi ze wszystkich wiosek w okolicy, szukając bezpiecznego schronienia. Miasto przyjęło ich do siebie, jednak miało też swoje limity. Pewne było to, że nie była to ostatnia fala uciekinierów i uchodźców. A jedzenia, chociaż sporo, to mogło nie wystarczyć dla każdego.

Ale mieli jeszcze czas. Na drodze wojsk Południa stał jeszcze kasztel Dúnmara w wąskim przesmyku między Górami Zachodnimi a wielkim jeziorem Erx. On skutecznie spowolni oddział nieprzyjaciela, pozwalając Północy na przegrupowanie się i kontratak.

Miasto czekało w gotowości, jednocześnie przygotowując się na najgorsze. Przygotowywano się do potencjalnego oblężenia, magazynowano zapasy, organizowano ludzi, elfów i krasnoludów, by każdy miał swoje zajęcie. Cechy rzemieślnicze otrzymały swoje partie murów do zabezpieczenia, łodzie zarekwirowano na potrzeby wojenne, port zamknięto.

Każdy dokładał swoją cegiełkę, bojąc się o swoje życie i dobytek. Za dnia praca, nocą eskapizm poprzez zabawę, alkohol i seks. A jednym z centrów mocnej zabawy, popijawy i rozpusty była karczma "Zlatni Čekić". Krasnoludzka karczma, pomimo erxeńskiej nazwy. Tam od blisko tygodnia z ust krasnoludów nie schodziła niedawna, pełna zwrotów akcji historia o wyprawie Fodrina Żelaznego, Stefana Tertera, Taigi Sokolov, a także ich kompanów: Quinn "Złamana Tarcza", Ivo "Twarda Gęba" oraz dwóch, którzy oddali swoje życie za miasto: Zdravko z Kraĭrechen i Svetomir z Chernej Gory. I choć historia ta była opowiadana już wielokrotnie, znana była przez każdego, to i tak tego deszczowego wieczora 18 dnia Merris grupka krasnoludów usiadła przy ciepłym kominku i łapczywym kordonem otoczyła Fodrina Żelaznego. A Fodrin był właśnie w trakcie opowieści…
  Temat: Na pograniczu światów - akt IV
Farewell

Odpowiedzi: 7
Wyświetleń: 259

PostForum: Erxen   Wysłany: 2025-06-28, 16:09   Temat: Na pograniczu światów - akt IV


Na pograniczu światów – akt IV
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa - epilog





3 Arros. Poranek.

Armia Evrona została przepędzona.

Cała reszta poprzedniego dnia zajęta była opatrywaniem rannych, dobijaniem umierających, liczeniem strat. I odpoczynkiem. Absolutnie nikt nie miał za złe Eleasowi i Folletrisowi, że po takim wysiłku, po stoczeniu dwóch bitew, podczas których nie raz otarli się o śmierć, padli z wycieńczenia i zasnęli.

A rano, gdy odzyskali tę namiastkę sił pozwalającą na jakiekolwiek dalsze funkcjonowanie, zostali raz jeszcze przyjęci przez Meyera "Niezłomnego" Omerssonna i jego brata, Avnera "Orkową Zmorę" Omerssonna, gdzie otrzymali ponowne, wielkie podziękowania i gwarancję, że klan Szarych Kapturów jest ich dłużnikiem i jeśli czegoś by kiedyś potrzebowali, to mogą na to liczyć. Otrzymali również od Avnera drugą połowę artefaktu zwanego Klikaczem. I chociaż rzadko Eleas z Folletrisem się rozstawali, to teraz, gdyby do tego doszło, to mieli możliwość komunikowania się na dystans.

Otrzymali też informację o wciąż jeszcze zliczanych zmarłych po obu stronach. Na ten moment po stronie Szarych Kapturów w bitwach padło 26 krasnoludów, acz jeszcze kilku z nich walczy o życie. Po stronie samozwańczego "klanu" Szklanej Dłoni zmarłych można było naliczyć grubo ponad setkę, acz cały czas liczba ta rośnie, jako że niedobitki w dalszym ciągu są łapane po lasach czy ruinach wioski Grudice i okolicach.

Ponadto, nie wszyscy zdecydowali się podjąć walkę poprzedniego dnia. Część wojska Evrona zdezerterowała, jak to sami stwierdzili, "gdy tylko zobaczyli, jakich bezeceństw oczekiwał od nich Evron, czy to jeśli chodzi o mordowanie bezbronnych chłopów, czy spożywanie plugawej krwi myrkrydii". Niektórzy pouciekali, ale spora część zareagowała dość trzeźwo i złożyła broń, licząc na litość ze strony Meyera. A było ich sporo, bo około sześćdziesięciu. I prawie wszyscy najemni, spoza wioski, wiedzeni przez Evrona obietnicą zysku. Decyzja o ich dalszym losie nie została jeszcze podjęta.

Podjęta została natomiast decyzja o tym tchórzliwym krasnoludzie, zwanym Borkiem Krwawym. Za udział w machinacjach Aharona "Szumu Stali" Eviatarssonna, a także za dalsze sekundowanie Evronowi w Starej Wieży został skazany na śmierć przez powieszenie. Wyrok został wykonany o samym świcie, na jednym z drzew okalającym zwęglone ruiny Starej Wieży. Taki był finałowy los tego krasnoluda.

Eleas miał okazję spojrzeć na martwe, wiszące ciało Borka, gdy udał się na zwiad za Evronem. Złapać jego trop nie było trudno, zwłaszcza że jego pancerne buty zostawiały ciężkie i łatwe do odróżnienia ślady. Evron uciekł w grupie, która uciekała dość chaotycznie, trochę krocząc, trochę biegnąc. Cała grupa musiała liczyć do dwóch tuzinów krasnoludów, ale nie więcej. I wszyscy uciekli w stronę łódek przy wiosce Grudice, gdzie, gdy Eleas już tam dotarł, widać było, że wielu łódek brakuje, a pozostałe były już przechwycone i sprawdzane przez żołnierzy Szarych Kapturów. Nie byli oni w stanie stwierdzić, w którą stronę Evron odpłynął - czy w stronę Skråningen, czy w stronę jeziora Erx. Część wojska Meyera sama wsiadła do łodzi i popłynęła w stronę Skråningen, licząc na najgorsze.

Dalsze poszukiwania Eleasa musiały jednak poczekać - zwłaszcza patrząc na obecną, niepewną sytuację w samych Grudicach. Jeśli ocalali z rzezi dysponowali jakąś przydatną wiedzą, to w pierwszej kolejności trzeba byłoby się upewnić, że są chętni do rozmowy. By znów nie ryzykować otrzymaniem bełtu między oczy.

Gdyż na pograniczu światów, między Erxen, Górami Środka Świata i Wiecznym Lasem, między światem ludzi, elfów i krasnoludów, między asterionizmem, Førstseptem, druidyzmem i bezbożnictwem... Każdy z bohaterów tej historii musi się odnaleźć, by przetrwać.
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2025-05-01, 11:49   Temat: Erxen
No, działo się.

Dzięki Darkowi, Mirce i Shopenowi za wspólną grę.

Takie wydarzenia tym bardziej warto uwiecznić, dlatego zachęcam do przeczytania prologu i dorzucienia przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję do 700 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca czerwca.

Na pograniczu światów - akt IV

Anhelm Padělek | Eleas Empuse | Folletris D’aubigny

Przeżycie (3700) 2000 3700 3700

Przemyślenia (800) 0 800 0
Przemyślenia Dalina - 285 -

Suma:
Anhelm Padělek: 2000
Eleas Empuse: 4785
Folletris D’aubigny: 3700

Ponadto:
Eleas i Folletris za swoje zasługi otrzymali pomniejszy artefakt zwany Klikaczem.

Spisałem też kilka cytatów, które zamieszczam poniżej. Zachęcam do dorzucenia swoich :wink:

Cytat:
MG dopytuje gdzie Anhelm trzyma swój ucięty palec
Mira: Tam gdzie pieniążki

Eleas w swoich myślach: czemu nie mogę mieć normalnych znajomych

Folletris podczas rzucania na ukrywanie się: po śmierci Anhelma stałem się cieniem człowieka. Stałem się niewidoczny.

Far wybierający muzykę: mam playlistę "Nadzieja". Ale jest bardzo krótka.

Dark przy próbie prowokowania krasnoludów: długie brody robią lody

Dark: Szopen ma głupie, ale czasami mądre pomysły

Dark: czuję się jak na plaży Omaha, tylko teraz to ja jestem Szkopem

Dark wymyślający przydomek krasnoluda: Meyer "Trzymaj kurwa linię" Omerssonn
  Temat: Na pograniczu światów - akt IV
Farewell

Odpowiedzi: 7
Wyświetleń: 259

PostForum: Erxen   Wysłany: 2025-05-01, 11:22   Temat: Na pograniczu światów - akt IV


Na pograniczu światów – akt IV
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa





Biesiada w Skråningen trwała całą noc.

Jednak głupstwem byłoby stwierdzić, że jej celem była czcza zabawa. Ci bardziej spostrzegawczy mogliby wychwycić kilka kluczowych elementów, które towarzyszyły tej nocy i które miały tej nocy nadać charakter cezury oddzielającej dawny porządek od nowego. Meyer Omerssonn, syn nieodżałowanego Omera "Kaptura" Orelssonna, był centralną postacią tego wydarzenia. On był w środku, a wszyscy podążali do niego. To, co wcześniej było po prostu powiedziane, tak teraz zostało zatwierdzone okowitą, tańcem i uściskami. Głowy rodów składały mu hołd, zbrojni przysięgali służyć, wioska stała się mu posłuszna. Celem tej nocy nie była ani zabawa, ani nawet konsolacja po zmarłym Omerze. Celem tej nocy była konsolidacja władzy.

A następnego dnia, czyli 29 dnia Merris, patrząc po kalendarzu erxeńskim, gdy krasnoludy i goście się już pobudzili, a więc w okolicach południa, Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn przybył do domu piastuna Hevela, a przybycie to zbudziło Folletrisa, Anhelma i Eleasa. Alkoholowy sen i zmęczenie po niedawnej walce zbrojnej przetrzymał ich tego dnia długo, a obecna mocno deszczowa pogoda nie pomagała, by zmotywować się i wstać. Avner skrupulatnie zachował zasady etykiety, spytał o stan zdrowia Hevela, o samopoczucie Hildy i jej podopiecznych, a następnie zwrócił się ku trójce przybyszy:

- Chciałbym wam jeszcze raz podziękować za wsparcie naszego klanu, zwłaszcza w tak trudnym dla niego momencie - rzekł do nich, i to w języku erxeńskim, okazjonalnie tylko kalecząc gramatykę. - Mam nadzieję, że jadło wam smakowało, a napitki wchodziły jak woda?

Po wstępnych grzecznościach krasnolud przeszedł do bardziej praktycznej części rozmowy. Bo mimo wszystko to o nią tu chodziło, a nie o czcze wymiany uprzejmości.

- Nasz armia się już szykuje, ale potrzebuje czasu i informacji. Mój brat chciałby skorzystać z waszej wiedzy na temat tamtego miejsca z wieżą, gdzie zadomowiły się krasnoludy ze samozwańczego klanu Evrona "Miastowego" Eviatarssonna. Podobno byliście tam w okolicy?





Forpoczta przybyła wieczorem.

Był to niewielki, mobilny oddział zwiadowczy wyprzedzający główną armię. Tych parunastu krasnoludów trudno byłoby nawet zauważyć na tych mało sprzyjających, nierównych, zarośniętych i podmokłych terenach, gdyby nie było wiadomo, gdzie należy ich szukać. A Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn wiedział dokładnie.

Spotkali się późnym wieczorem, na południowy zachód od wioski Grudice. Widać było agresywnie dotkliwą łunę płonącej wioski, która biła zza drzew. Sam gród jednak nie płonął, co mogło napawać odrobiną nadziei.

A kilka świec później dołączyła do nich wlekąca się na tyłach forpoczty armia, a na czele tej armii - Meyer Omerssonn. Zaskakująco sprawnie udało się ją zorganizować, a nie wyglądała na skleconą na słowo honoru. Potężna fala żelaza miażdżyła wilgotne błoto swoimi ciężkimi butami, dotkliwie dając do zrozumienia, że oto nastąpił moment przełomowy.

Była głęboka noc, ale energia panująca wkoło była daleka od sennej. Przyświecała im misja.

1 Arros. Kilka świec przed świtem.

Pogoda wyglądała na przyjemną. Zimny, północny wiatr ustąpił ciepłemu wiatru z południa. Niebo było gwieździste, tylko co jakiś czas przysłonięte chmurami. Wokół panowała kompletna ciemność. Nikt nie był na tyle nierozsądny, by źródłem światła zdradzić swoje położenie, nawet jeśli wszyscy byli schowani wewnątrz lasu, pod koronami drzew. Zresztą, nikomu nie przeszkadzała ciemność. Prawie nikomu.

Folletris stał obok Eleasa, obaj oparci o sąsiadujące ze sobą drzewa. Zapowiada się długi dzień przed nimi. Przynajmniej dobrze, że, czekając na przybycie armii, mieli okazję się wyspać. A resztę zrobi adrenalina.

Mieli jeszcze chwilę na rozmowę. Eleas widział, że Meyer Omerssonn, Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn a także grupa krasnoludzkiej starszyzny dyskutowała ze sobą zawzięcie. Avner odzywał się często. Opowiadał o wszystkim, czego dowiedział się od Folletrisa i Eleasa. Eleas widział, jak Meyer co chwilę spogląda na nich, by znów odwrócić się do Avnera, by kontynuować rozmowę. Wiadome było, że lada chwila zostaną wciągnięci w tę dyskusję, gdzie mają zapaść najważniejsze decyzje, odbijające się echem do końca ich życia.
  Temat: [Legenda] Egzamin dojrzałości
Farewell

Odpowiedzi: 111
Wyświetleń: 50899

PostForum: Księżycowe Lasy   Wysłany: 2025-03-02, 15:32   Temat: [Legenda] Egzamin dojrzałości
- Widzisz, Keigo - mruknął cicho Farewell - z poważną twarzą i poważnymi słowami wyglądasz jak zupełnie inny elf! Acz musiałem zamrugać dwa razy, by mieć pewność, czy mnie przypadkiem alkohol nie zamroczył. Tutaj tak sobie o tym rozmawiamy, wyciągamy jakieś proste i oczywiste wnioski, ale jestem też świadomy, że ten temat jest w głównej mierze intelektualną gimnastyką w kategoriach gdybania. Obecnie w naszych lasach mamy ludzi pod kontrolą i nie wydaje mi się, by się to miało w najbliższym czasie zmienić...

Zamyślił się ponownie.

- Ale to może dlatego, że jakoś tak trudno mi żyć jak elf, myśląc wiekami a nie latami, gdy mamy takie realne zagrożenie w postaci orkowych hord tuż przy naszych granicach. - Machnął lekko ręką. - Ech, no widzicie! Trudno mi znaleźć jakiś temat, który nie byłby posępny. Może to po prostu moja natura.

Spojrzał na przyjaciela.

- Keigo, ty zawsze masz rozwiązanie na takie sytuacje. Może wymyśliłbyś coś, co raz na zawsze pogrzebie te mroczne i pesymistyczne tematy do rozmowy na rzecz czegoś... przyjemniejszego?
  Temat: [Legenda] Egzamin dojrzałości
Farewell

Odpowiedzi: 111
Wyświetleń: 50899

PostForum: Księżycowe Lasy   Wysłany: 2025-01-05, 16:32   Temat: [Legenda] Egzamin dojrzałości
- Nawet jeśli te elfy wyglądem się od nas nie różnią - wtrącił Farewell - to całym swym jestestwem, mentalnością, zachowaniem, priorytetami życiowymi są zupełnie odmiennym bytem od nas, czy nawet od swoich najbliższych krewnych z Wielkiego Lasu. To poślednie, bezbożne elfy.

Westchnął.

- A ludzie... cóż, tury to dobre określenie. Albo może nawet poszedłbym dalej. Ludzie to psy. Służalcze, energiczne, przydatne, gdy się słuchają. Ale gdy zdziczeją, zaczną zagryzać trzodę, zbierać się w watahy, to wtedy przydatne już nie są. Wtedy należy traktować je zupełnie inaczej. Dlatego zawsze należy ludzi pilnować i nie zapominać, że jest to inna, intelektualnie podrzędna nam rasa.

Farewell zasępił się jeszcze bardziej. Negatywne myśli skaczą mu po głowie, obecnie zadziwiająco trudne do zbicia.
  Temat: [Legenda] Egzamin dojrzałości
Farewell

Odpowiedzi: 111
Wyświetleń: 50899

PostForum: Księżycowe Lasy   Wysłany: 2024-09-04, 14:50   Temat: [Legenda] Egzamin dojrzałości
- Hm… To musi być zdecydowanie niesamowite miejsce, skoro nawet elfa potrafi wypaczyć. Pal licho ludzie, bo oni są, jak to celnie zostało przed chwilą powiedziane, niczym te liście, poszarpane przez wiatr, różnorodne, kolorowe, rosnące szybko i szybko też obumierające i gnijące, będące pożywką dla innych istot. Ale elfy, które chcą się zniżyć do ich poziomu? By same stały się śmiertelne? By wyzuły się swojej magicznej natury? Brakuje mi na to słów.

Podrapał się po brodzie. Jezioro Erx znane jest jako ważny punkt komunikacyjny, łączący wszystkie strony i pewnie też rasy świata. Może to tam ojca należy szukać… ale jak? Kogo pytać? Gdzie się dokładnie udać? Skąd pozyskać wystarczające środki? I przede wszystkim czy na pewno trzeba ruszać tak daleko? A co jeśli on gdzieś jest tutaj, w Księżycowych Lasach? Po co zamęczać się myślami o odległych krainach bez zbadania najpierw tego, co jest pod samym nosem?

- Tak to już jest, gdy ludzi zaczyna się traktować na równi elfom. Człowiek zawsze wykorzysta okazję, by się gdzieś wcisnąć, rozepchać i zostać na dobre, a w dalszych latach: rozmnożyć się niczym muchy, zdominować swą masą, kulturą i wiarą, a w końcu: zepchnąć w cień inne rasy, które ongiś tam panowały. Tak jest z Erxen, tak jest z Palmagnus, pewnie podobnie jest z Elidionem, a i dalej przykłady można mnożyć. Nasze lasy jednak pozostają nieugięte.

Farewell zasępił się znacząco. Spojrzał w blat stołu, jakby miał tam znaleźć magiczne rozwiązanie na wszystkie troski jego życia. Ale rozwiązania nie znalazł.
  Temat: Wojna suwerenów - akt I
Farewell

Odpowiedzi: 11
Wyświetleń: 745

PostForum: Erxen   Wysłany: 2024-08-13, 18:04   Temat: Wojna suwerenów - akt I
Epilog


11 Arros. Poranek.

Miasto błyszczało tego dnia. Długo skrywane za chmurami słońce biło teraz całą swoją mocą, uwolnione, samotne na niebie. Światło raziło w oczy i mieniło się pięknie na zbrojach, tarczach i końskiej sierści.

Główny plac targowy był tego poranka wypełniony zbrojnymi, gotowymi do drogi. Mimo że dopiero co przybyli do tego miasta, a poprzednie dni spędzili na statku, zakonnicy Zakonu Wiecznej Walki nie wykazywali się zmęczeniem czy niechęcią. Wręcz przeciwnie – powierzona im misja tchnęła w nich siłę, którą trudno opisać komuś, kto nigdy nie oddał się w pełni Asterionowi Mistrzowi. A sprawność, z jaką przygotowali się do tej wyprawy, była zdumiewająca.

Zakonnicy w swej liczbie dominowali plac, ale nie byli osamotnieni w tej wyprawie. Towarzyszyła im grupka zakonników Zakonu Evgenitów, w tym zakonnik Erestor Carcharoth, o którego osiągnięciach wiele się mówiło ostatnimi dniami w mieście. Można było też zauważyć drobną grupę sprzymierzonej szlachty: Svetlana „Vielica” Vladić i Peter Kostov, którzy raptem kilka dni temu przybyli w te regiony, a już wplątali się gęsto w miejskie tajemnice i intrygi, próbując znaleźć swoje miejsce w tym świecie. Stojan Zlatnosŭrtski, znawca magii i główna nadzieja w konfrontacji ze złem Wiecznego Lasu. Wśród podróżnych była również Konkordia "Kora" Havlíkova – szlachcianka, która mimo swej płci i podeszłego wieku stale potrafiła znaleźć się w centrum wydarzeń. Był tam także jej wnuk, Vaclaw Havlik, wraz ze swoim skromnym konnym oddziałem, służącym jako forpoczta w tej wyprawie.

Drużyna była spora. Obiecująca. Czuć było radość w mieszczanach i prostaczkach, gdy wizja wojny domowej została wyparta przez wizję świętej wojny z plugastwem… czy może raczej po prostu przez wizję wojny gdzieś dalej, poza zasięgiem wzroku, poza miastem, niezależnie od powodu. Ważne, że przywróci to namiastkę stabilności w mieście, które wciąż trochę będzie musiało wyczekać, nim bramy zostaną rozwarte, porty odblokowane, a zarekwirowane statki kupieckie – zwrócone. Nim wróci normalność, handel, dobrobyt.

A póki co licho nie śpi. Tajemniczy zamachowiec mógł być wszędzie. Mógł zostać w mieście, mógł z miasta się wydostać. Wszak strażnicy z bramy, wypytani o to, kto opuszczał miasto w dzień zamachu, stwierdzili, że zauważyli kilka osób noszących barwne ubrania. Nie rzucali się jednak bardziej w oczy – wyglądali bardziej na kupców z towarami szukającymi innego rynku zbytu, a nie na uzbrojonych wojowników szukających kolejnych ofiar.

Wróg nosi wiele twarzy. A teraz, poza murami miasta, należało mieć oczy z tyłu głowy. Nie tylko ze względu na elfa-zamachowca, ale też ze względu na sam Wieczny Las i jego siły, które nabierały na znaczeniu wraz z każdym krokiem, jaki wykonywało się w jego kierunku. A dzień ten był jeszcze młody. I zapowiadało się, że sporo kroków zostanie tego dnia zrobionych.
  Temat: Wojna suwerenów - akt I
Farewell

Odpowiedzi: 11
Wyświetleń: 745

PostForum: Erxen   Wysłany: 2024-08-12, 23:25   Temat: Wojna suwerenów - akt I


Wojna suwerenów – akt I
Kroniki Erestora, Konkordii i Svetlany





Prolog I


3 Arros. Wieczór. Vukove Jamy.

Dotarli. Wiele to ich kosztowało, ale udało się. Dotarli w jednym kawałku.

A podróż ta okazała się najbardziej wymagająca ze wszystkich do tej pory. Wieczny Las tak jak chętnie sprowadził ich do siebie, tak też za nic nie chciał się z nimi rozstawać. A metod, by to dokonać, miał wiele. Samym swoim rozmiarem górował nad nimi, pochłaniał ich, dominował w całości. Jego leśne sługi, fanatycznie mu oddane, wilki, ptaki i inne zwierzęta potrafiły rozszarpać swych wrogów na kawałki. Gajowy, który nimi przewodził, wędrował wśród drzew, to znikając, to pojawiając się nagle. Wchodząc w oczy, uszy, umysł. Gajowy wzbudzał paniczny lęk przed ponownym powrotem do jego domeny. I nawet jeśli ktoś po konfrontacji z nim ocalał na ciele, to mentalnie nie pozostawał bez uszczerbku.

Najdotkliwiej przekonali się o tym czarodziej Tikhomir z Bladego Leża oraz Igor syn Igora, którzy, zmaltretowani i pogryzieni przez stado wilków, ledwo co uszli z życiem. A zwłaszcza Tikhomir, który w momencie dotarcia do Vukovych Jam ledwo co trzymał się na koniu, jakby zaraz miał stracić przytomność, mimo opatrunków, jakimi został opatulony. Igor syn Igora mógł w tym momencie dziękować swojej tężyźnie fizycznej… A także temu, że odziany był tego wieczora w zbroję. Lichą przeszywanicę co prawda, lecz wystarczyła ona, by przedłużyć jego żywot. Choć też trochę krwi stracił.

Rany się zasklepią, siły powrócą. Ta dwójka i tak w dłuższej perspektywie miała lepiej, niż trzeci poszkodowany, Štěpán Adamček.

Štěpán nie odzywał się wiele. Nawet gdy już niebezpieczeństwo zostało odegnane, nie przestał co chwilę oglądać się za siebie. Ani na boki. Jego oddech pozostawał płytki, głośny, niespokojny. Nawet gdy ostatnie szpalery drzew pozostały za nimi, a ich oczom ukazała się wioska Vukove Jamy. Dla wielu był to ostateczny dowód, że udało im się. Ale Štěpán pozostawał czujny.

Dalsza podróż, rozświetlana ostatnimi promieniami słońca, prowadziła ich po dość stromym zboczu, z którego schodzili, by dostać się do wioski leżącej u jego stóp. Wioska ta, zniszczona przez krasnoludzką bandę Sinogębego, powoli wracała do życia. A nasi bohaterowie jej w tym wtórowali.

Łącznie była ich siódemka. Tylu, ilu wkroczyło, tylu też uciekło.

Prócz wspomnianego Tikhomira z Bladego Leża, Igora syna Igora oraz Štěpána Adamčka, do wioski wkroczyli również: Anna córka Kristiny, Valentin Siwy zwany bękartem, a także dwie osoby stanowiące trzon drużyny: Erestor Carcharoth oraz Konkordia "Kora" Havlíková.

Wioska była cicha, gotująca się do snu. Wiatr, który hulał po tych otwartych przestrzeniach, na co dzień będąc najpospolitszą rzeczą na świecie, teraz pieścił niczym dłonie wytęsknionej kochanki. Wszak byli już poza Wiecznym Lasem. Z pewnością byli już bezpieczni.





Prolog II


4 Arros. Poranek.

Pogoda tego dnia była piękna. Wreszcie wiosna na dobre zawitała w Erxen, deszcze ustały, a słońce pojawiało się w pełni na pustym niebie, niezmącone choć pojedynczymi strzępami chmur.
Peter Kostov kończył właśnie składać rozbity poprzedniego wieczora namiot. Miejsce to było wybrane pieczołowicie, odsłonięte od wiatru, świata, potencjalnego niebezpieczeństwa. I nawet mimo że nie były to luksusy i w dłuższym okresie taka praktyka spania w dziczy mogłaby się odbić na nieprzyzwyczajonej do tego Svetlanie, to póki co można to było potraktować jako „przygodę” i drobny koszt, jaki musi zapłacić za to, że jest wreszcie wolna. A mogło to być dość błogie uczucie, gdy wreszcie nie jest się obiektem licznych oczu, uszu i języków w wiosce. Gdyby ojciec był w wiosce, to może i by protestował, ale jako że wyruszył wraz z lwią częścią swych zbrojnych na wojnę, to jurysdykcja matki pozostała niewystarczająca, by przekonać Svetlanę do pozostania w Vjetarach.
Peter podszedł do Svetlany. Nie odstępował ją niemalże ani na krok. Po jego twarzy można było poznać, że i on cieszy się z tej nowej świeżości, jaką daje im podróż ku nieznanym, na północny wschód od Vjetar.





Prolog III


4 Arros. Popołudnie.

Wioska Samsjetvki z każdym krokiem stawała się coraz bliższa. Rosnące w oczach chatki, a także masywne wzgórze górujące nad nimi w tle, przywracały emocje, których dawno nie mieli okazji zaznać. Było to uczucie powracającego bezpieczeństwa. Ciepła ogniska i innych ludzi. Uczucie całego dorobku cywilizacyjnego, który na co dzień był taki oczywisty i niezauważalny, że dopiero jak wszystko to zostało odebrane, to poczuć można było jego istotność. Zupełnie jak ze zdrowiem.

Svetlana szła przed siebie, a Peter dotrzymywał jej kroku, mimo obciążenia nieprzytomnym dzieckiem, które trzymał na rękach. Nie komentował jednak tego, nie narzekał, nie ociągał się. A droga nie pozostała daleka.
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2024-08-12, 22:17   Temat: Erxen
Po roku sesjowania w końcu dotarliśmy do końca pewnego etapu. Udało się osiągnąć sporo, ale wciąż zostało wiele do zrobienia.

Dzięki Idrinowi, Darkowi i Muffinowi za wspólną grę i godziny rozmów. No i podwójne gratulacje dla Muffina za debiut na TaL-u :grin:

Zachęcam do publikacji przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję aż do rekordowej wartości 800 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca września.

Wojna suwerenów - akt I

Erestor Carcharoth | Konkordia "Kora" Havlíková | Svetlana „Vielica” Vladić

Przeżycie (3900) 3900 3900 3900
Przemyślenia (900) 900 0 0

Suma:
Erestor Carcharoth: 4800
Konkordia "Kora" Havlíková: 3900
Svetlana „Vielica” Vladić: 3900

No i zachęcam do wrzucenia cytatów i wszystkich memów :wink: Poniżej wrzucam cytaty, które samemu udało mi się spisać:

Cytat:
Far: TaL to nie jakieś lewackie dedeki, by kobiety były równe mężczyznom

Far dopytujący przy teście percepcji: na oczy patrzysz?

Idrin: twój ojciec zapił się na śmierć 6 lat przed twoim narodzeniem

Far jako NPC o innym NPC o szowinistycznych poglądach: ten elf niby taki elokwentny, a tak naprawdę to po prostu spermiarz i tyle
Idrin: on mówi o Erestorze?

Far o czarodzieju, który wypadł przez okno z trzeciego piętra: można powiedzieć, że zrobił takiego "Magika"

Idrin o współpracy jego postaci z innymi, problematycznymi postaciami graczy: wybór kto jest lepszy między Stefanem Terterem (postać Pythona) a Pavlusem (postać Darka) to jak między tanim kebabem a przegniłą zupą

Dark: powiesili go wczoraj lub pojutrze

Konkordia o Anhelmie i Pavle: W jednej chwili całkiem posłuszni dziwacy, w drugiej mordercy ćwiartujący zakonników

Muffin opisująca współpracę z pozostałymi postaciami graczy: ja się czuję jak to dziecko którego starzy się rozwiedli

Far po tym jak Konkordia długo nie odpowiadała: Konkordia zawiesiła się jak Biden

(Konkordia do wartownika): Czy był przystojny?
(Far jako wartownik): No kurwa... Co ja jestem, pedał?
(Konkordia po chwili zastanowienia): Czy podobałby się kobietom?
(Wartownik): No kurwa... Nie wiem, co tam babom w głowie siedzi!

(Far kalkulując, ile będzie to kosztować punktów szczęścia): To chyba mały problem... Odpisz sobie trzy punkty szczęścia, po znajomości. Jak tam Dark jak twoja pula szczęścia?
(Dark): Ciężko być elfem...
(Far): Już nie narzekaj, Python żądałby 5 punktów
(Dark): U Pythona moja postać już by nie żyła
(Far): W sumie to fakt

(Far kalkulując, ile będzie to kosztować punktów szczęścia): Hm... postrzał z balisty... Myślę, że to duży problem

Kora podczas rozmowy z zakonem: Asesir mi świadkiem... tfu, wróć... Asterion
Dark: I pyk stos zapłonie
  Temat: Manga i Anime
Farewell

Odpowiedzi: 399
Wyświetleń: 143930

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2024-07-23, 21:38   Temat: Manga i Anime
Forum jest spokojne, ale poza forum sesje toczą się jak nigdy przedtem :wink:
  Temat: Na pograniczu światów - akt III
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 1276

PostForum: Erxen   Wysłany: 2023-08-22, 17:47   Temat: Na pograniczu światów - akt III
28 dzień Merris. Wieczór. Sale Førstseptu.

Aż dziw brał, ile krasnoludów może mieszkać w wiosce, dopóki wszyscy nie zbiorą się pod jednym dachem świętych Sal Førstseptu, wewnątrz Czarnej Warowni. Warownia wzięła swą nazwę z powodu ciemnego kamienia, z którego została zbudowana – tak wyróżniająca się na tle głównie drewnianych chat, w jakich mieszkała większość wioski.

Wszyscy, nawet dzieci, obłożnie chorzy i handlarze – kto nie mógł przyjść o własnych siłach, został zaniesiony. Kto oponował, został zaciągnięty. Trudno o przejawy niesubordynacji, nie licząc kilku źle zbuntowanych dzieci – kto miał powiedzieć coś krytycznego, ten już dawno wioskę opuścił.

Wewnątrz czuć było siłę krasnoludzkich bogów. Wysokie na dwa metry, wyryte w kamieniu posągi przedstawiające siedmioro bóstw: Ojca, jego córek: Hvitliv, Svardød, a także synów: Górnika, Kowala, Pasterza oraz Wojownika. Każdy z własnymi atrybutami i każdy łypiący z góry, oceniający każdy ruch, każdą decyzję, każdą przewinę. W tych salach Asterion był odległy, nieznaczny, zapomniany. Był tylko cieniem w słabo rozświetlonej sali.

Piastun Hevel "Pojednawca" Darssonn poruszał się powoli, zmęczony całym dniem. Wsparty był o swój kij, który zwykle wykorzystywany był w celach ceremonialnych, by tego dnia służyć mu też jako oparcie fizyczne. Był zmęczony i słaby, ale Kowal dął w jego miech, aż ponownie nabrał sił.

A ogień zgasnąć nie może. Gdy jedno ognisko dogorywa, nowe należy rozpalić.

Ceremonia była długa i cicha, przerywana jedynie okazjonalnymi inkantacjami piastuna. Najpierw Meyer Omerssonn przyniósł ozdobną, alabastrową urnę z licznymi rzeźbieniami, runami i malunkami, którą następnie złożył w kamiennej ścianie. Wszystko powoli i dokładnie, zgodnie ze ścisłą procedurą pochówkową i w akompaniamencie modlitw piastuna Hevela. W pewnym momencie Hevel rzekł coś do licznego tłumu, a następnie, co mogło być zaskoczeniem dla kogoś, kto wielkiego doświadczenia z krasnoludzką kulturą nie miał, z tłumu odpowiedziały mu same krasnoludzkie kobiety, odprawiając wspólne modły, powtarzając gwarnie formuły. A Anhelm wiedział, że mówią: „Svardød, jego już nadszedł czas. Svardød, prowadź go do Sal Biesiadnych bram”.

Po ceremonii pochówkowej nastąpiła jeszcze jedna ceremonia. Wnosząca promyk nadziei w przyszłość Skråningen i klanu Szarych Kapturów.

Meyer Omerssonn klęknął na środku sali, z opuszczoną głową, mając na wprost posąg Ojca, a po bokach – resztę krasnoludzkiego panteonu. Hevel zaczął znów odprawiać modły, a następnie wyjął kadzidło, szarpnął kilkukrotnie, aż silna woń rozlała się po całej sali. Kontynuując obrządek, sięgnął tym razem przez podany mu przez pomocnika słoiczek ze świętymi olejkami, którymi pieczołowicie namaścił Meyera.

- Meyerze, synu Omera. Z woli Ojca i z woli naszej obrany zostałeś na mehra klanu Szarych Kapturów. My, skromni mieszkańcy Skråningen, służyliśmy twojemu ojcu i służyć będziemy tobie. Wiedź nasz klan ku zwycięstwu i chwale, byśmy wszyscy zaznali miejsca u boku Ojca w wiecznych Salach Biesiadnych.

Tłum wiwatował. W tym momencie tłum był jednością.

Po całej ceremonii gros uczestników udało się na ucztę, by przypieczętować nową erę. Pierwszy rok panowania Meyera Omerssonna. Mehra Meyera Omerssonna.





Wkroczyli tłumnie do obszernej, kamiennej sali zastawionej rzędami ław i stołów, rozświetlonej paleniskami, a na końcu mając szerokie podwyższenie, a na nim osobny, gruby i szeroki stół otoczony z jednej strony krzesłami. Miejsce dla najbardziej zasłużonych. I właśnie w tamto miejsce, idąc na czele orszaku, kroczył Meyer ze swą zadbaną i jasnowłosą żoną, a za nimi szła reszta rodziny: trzej synowie, dwie córy, a także brat Avner. Dalej szedł Hevel, podtrzymywany przez towarzyszy, którzy z imienia znani nie byli, ale z wyglądu wyglądali jak klanowa starszyzna i wojownicy o największych zasługach i wpływach. Dalej szli już bardziej „zwykli” krasnoludowie: wojownicy, rolnicy, pasterze i inni, o zawodach godnych, ale nie dających więcej chwały i poklasku, niż trzeba.

Na końcu szli wszyscy ci, którzy klanem nie byli. A więc kupcy i najemnicy, którzy pozostali w wiosce… a także Anhelm, Eleas i Folletris. Oni zamykali orszak, jednak, mimo wszystko, byli obcymi w tej wiosce, a zaproszeni na ceremonię zostali.

Na końcu sali, zaraz pod podestem, znajdował się sporych rozmiarów drzewny pień otoczony żelazną klamrą. Meyer wraz z żoną usiedli na pokaźnych, drewnianym tronach na środku podestu, tak, że spoglądać mogli z góry na tłum zbierający się w sali, a także na tenże pień, przy którym poczęła formować się kolejka. Mimo że miejsc na ławach było sporo, nikt na nich nie zasiadł.

Na początku kolejki stała najbliższa rodzina Meyera, a jako pierwszy – Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn. Piastun Hevel podszedł obok pnia z przygotowanym, ceremonialnym sztyletem.

- Odprowadziliśmy naszego mehra Omera "Kaptura" Orelssonna do wiecznych Sal Biesiadnych. I jednocześnie namaściliśmy nowego mehra, który przewodzić będzie klanowi Szarych Kapturów. A my przybyliśmy tu po to, by złożyć mu hołd! Naszemu nowemu mehrowi! Mehrze Meyerze Omerssonnie! Tobie składamy nasze homagium! Prowadź nas ku chwale!

Następnie piastun pocałował ołtarz i ciął swoją dłoń tak, że kilka kropel opuściło jego ciało i skropiło ołtarz, a następnie rzekł:

- Będę cierpliwy jak Pasterz, wytrwały jak Górnik, solidny jak Rzemieślnik i waleczny jak Wojownik. Meyerze Omerssonnie, mehrze Klanu Szarych Kapturów, tobie przysięgam wierność i posłuszność aż do dnia, gdy Ojciec upomni się o mnie!

Po tych słowach umieścił na pniu swój toporek, który niósł wcześniej przy pasku. A Meyer uśmiechnął się.

- Piastunie Hevelu, mój dobry przyjacielu! Serce moje jest pełne radości, że wyszedłeś cało z zamachu na swoje życie. Twoje miejsce jest przy mnie, na honorowym miejscu, wraz z moją rodziną. Tak jak doradzałeś mojemu ojcu, tak też chciałbym, byś i mi służył radą i dobrym słowem.

A potem przyszła kolej na następnych krasnoludów w kolejce. W tym na Anhelma, Folletrisa i Eleasa, którzy co prawda krwi nie upuścili i sentencji nie wypowiedzieli, ale dobre słowa wypowiedzieli i broń złożyli na czas biesiady.





Po jakimś czasie Hevel, zakończywszy swoje sprawunki i posiliwszy się, podszedł do Anhelma i rzekł: „a teraz pora na ciebie, synu”.

Sale Førstseptu, tak bardzo przepełnione i głośne jeszcze niedawno, teraz pozostały ciche i tajemne, niczym głęboko schowany, zapomniany grobowiec. Jedynie skaczące płomienie drobnych ognisk rozmieszczonych wzdłuż ścian zapewniały jakąś namiastkę życia, ale jednocześnie podbijały tajemniczość ciskanymi przez siebie długimi, ostrymi cieniami. Cisza pozostała jednak zaledwie przez chwilę, gdyż wydarzenie to zwróciło na siebie uwagę wielu krasnoludów na tyle, że oderwało ich od długo oczekiwanej biesiady i zaczęli powoli zapełniać z powrotem salę.

- Przy bogach tajność i kłamstwo nie przejdzie – pouczył Hevel. - Bogowie wszystko widzą, bogowie wszystko wiedzą. Wiem, że twoje imiona są liczne, jednak tutaj, przy tej ceremonii, tylko jedno z nich jest słuszne.

- Anhelmie! – rzekł głośno Hevel. – Podróżniku, synu dwóch kultur, dwóch ras i dwóch wiar. Poszukiwaczu prawdy i głębszego zrozumienia. Przyszedłeś tutaj, gdyż sam zrozumiałeś, że nadszedł czas na twoje duchowe przebudzenie. Na odrzucenie kłamstw przeszłości i przyjęcie prawdy. Dziś stajemy razem, aby przekształcić twoje serce i umysł, byś mógł odnaleźć źródło mądrości, jakie tkwi w Førstsepcie, a twój kompan będzie świadkami tej ceremonii. Podejdź, proszę.

Hevel przekazał Anhelmowi cienkie, drewniane koło o średnicy dłoni, z okrągłą dziurą w samym jej środku. Symbol Asterionizmu.

- Oto symbol twojej przeszłości, który przyniosłeś ze sobą. Symbol fałszywej wiary, w której zostałeś wychowany i która została ci narzucona. Dziś złożysz ten symbol na ołtarzu jako akt odrzucenia dawnej wiary, by zrobić miejsce dla prawdziwego światła, jakim jest Ojciec.

- Odpowiedz teraz na moje pytania: czy wyrzekasz się Asteriona Mistrza, fałszywego erxeńskiego bożka? Czy wyrzekasz się wszystkich jego świętych, kapłanów, ceremonii, świąt i instytucji, które prowadzą do fałszywej wiary?

Anhelm wyrzekł się wszystkiego.

- Z woli własnej i tylko własnej odrzucasz swą starą wiarę – rzekł, a następnie spojrzał na Folletrisa. - weź proszę ten topór z moich dłoni i przekaż go Anhelmowi. Anhelmie, zakończ szkodliwą więź z bożkiem Asterionem.

Anhelm wykonał to, co zostało mu polecone. Przejął topór, wziął zamach i rozłupał symbol starej wiary, a odłamki wystrzeliły daleko poza zasięg wzroku.

- Możesz teraz oddać topór swojemu świadkowi – rzekł piastun.

- Tym właśnie sposobem odrzuciłeś swoją wiarę, robiąc miejsce na wiarę Førstseptu. Odpowiedz teraz na moje pytania: czy wierzysz w Ojca, stworzyciela świata i wszystkich istot, które po świecie stąpają?

- Czy wierzysz w dzieci Ojca: jego dwie córki Hvitliv i Svardød – nosicielki życia i śmierci, a także czterech synów: Górnika, Kowala, Pasterza oraz Wojownika – kierujących naszymi poczynaniami w każdym aspekcie życia?

Anhelm potwierdził swoją wiarę, bez zawahania.

- Z woli własnej i tylko własnej przyjmujesz wiarę Førstseptu. Przyjmij proszę ten przedmiot jako symbol twej wiary.

Hevel wzniósł do góry żelazny medalion na drobnym łańcuszku. Na jego powierzchni wyryty był skrzyżowany młot z toporem na tle trójkątnej tarczy nad którą są oczy, a pod którą jest broda. Symbol krasnoludzkiej rasy. Zawiesił go na szyi Anhelma.

- Wielbmy bogów! – wykrzyknął piastun, po czym zacząć odprawiać modły dziękczynne, najpierw skierowane do Ojca, następnie do Córek, a pod koniec do Synów.

Gdy skończył, rzekł:

- Anhelmie, wchodzisz teraz na nową drogę duchowego rozwoju. Na drogę słuszną, jedyną, prowadzącą na końcu do Sal Biesiadnych, gdzie Ojciec i jego Synowie będą cię wyczekiwać, a dokąd Svardød cię zabierze, gdy twoje życie na ziemi dobiegnie końca. Twoja podróż jest tylko twoja, a ja jestem tutaj jako twój duchowy przyjaciel i przewodnik. Niech Førstsept prowadzi cię do głębokiego zrozumienia siebie, zrozumienia innych, zrozumienia tajemnic całego świata.

A w tym momencie tłum zaczął wiwatować, ciesząc się z nowego członka swojej wiary. Wśród tłumu był też sam mehr Meyer Omerssonn i jego brat, Avner "Orkowa Zmora" Omerssonn, którzy z uśmiechem na ustach wpatrywali się w półelfa.

Anhelm zwrócił się ku wszystkim. Rzekł:

- Chwała Ojcu, chwała Førstseptowi, chwała Svardød , Hvitliv, Pasterzowi, Górnikowi, Kowalowi i Wojownikowi. Jam jest wasz! - Wzniósł pięść do góry. A wraz z nią wybuchły kolejne wiwaty.

A potem wrócili biesiadować, a stoły dalej uginały się od jedzenia i picia.
  Temat: Na pograniczu światów - akt III
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 1276

PostForum: Erxen   Wysłany: 2023-08-22, 17:44   Temat: Na pograniczu światów - akt III
28 dzień Merris. Poranek.

Nadeszła chwila pożegnania, gdy wioska krasnoludów zatoczyła krąg wokół swego mehra, który z miną pełną spokoju i godności zakończył swój długi żywot. Mehr Omer "Kaptur" Orelssonn, którego męstwo i mądrość prowadziły klan przez wiele pokoleń, zgasł jak wieczorny płomień, pozostawiając tęsknotę i pustkę w sercach wszystkich, którzy mieli zaszczyt go znać.

Na wzgórzu otoczonym szpalerem drzew, które zdawały się stać w milczeniu, z opuszczonymi głowami, zrzeszając się z ubolewającymi mieszkańcami Skråningen, ułożony został duży, drewniany stos. Gdy tylko zapłonie, widać go będzie z daleka. Z daleka będzie widać, że coś się stało.

Na stosie leżał Omer. Odziany w sukna, z mieczem na piersi oraz miną pełną powagi i błogości czy nawet ulgi. Tak jakby za życia wyczekiwał, aż wreszcie złączy się z Ojcem, i czy w ogóle zostanie do niego zaprowadzony przez Svardød, czy może jakaś przewina młodości wróci do niego i przypomni o sobie. Tak jednak nie mogło się stać. Kto znał Omera „Kaptura”, ten wiedział, że jego czyny starczyłyby na kilka pokoleń boskiego błogosławieństwa.

Wiatr delikatnie rozgarniał grube chmury, pozwalając okazjonalnie przedostawać się promieniom słońca, które jednak traciły swoją moc na skutek żalu i smutku, które zapanowały na tym żałobnym zgromadzeniu. Słońce było blade. Blade były też twarze zgromadzonych. Mimo pięknej, budzącej się do życia przyrody, mimo zieleniejącej się trawy. A i ta jedna kapturka schowana w koronach drzew i przebijająca panującą wkoło ciszę swym śpiewem – na co dzień błogi hymn fauny, a obecnie – szyderczy jazgot intruzów, których w ostatnich dniach było zaskakująco wielu. Z wierzchu gładkich i miłych, a wewnątrz – skrywające najmroczniejsze intencje. Tych jednak nie było już w pobliżu. Wszyscy opuścili wioskę, pozostawiając po sobie smutek i ciszę. Tak i z tym kapturkiem – chyba sam Pasterz dotknął go swą laską pasterską, gdyż ten momentalnie się zreflektował i ucichnął. I słuchał, jak przemawiał piastun.

Hevel "Pojednawca" Darssonn prowadził całą ceremonię, chociaż sił wielu nie posiadał. Dopiero co zeszłego dnia wybudził się, cały obolały, ale żywy. Ale słabość ciała nie wpłynęła na tężyznę umysłu, a co najważniejsze – na pamięć. A pamiętał on wszystko. I korzystał z tej łaski, którą obdarował go Ojciec. Jeszcze tego samego wieczora opowiedział o wszystkim Meyerowi Omerssonnowi, Avnerowi "Orkowej Zmorze" Omerssonnowi, a także wszystkim innym, którzy tylko znaleźli się w zasięgu słuchu. Mówił o fortelu Evrona i jego brata, Aharona, który skończył się lawiną na wioskę, zabierając parę żyć i niszcząc plony; mówił o fałszywym i podstępnym Mędrcu z Gór, który, odziany w szaty bogobojnego piastuna, kierował się kłamstwem by obrócić lud przeciwko mehrowi i by sprawić lincz na niewinnych i bezbronnych gościach tej wioski: Olegu, Celu i Konkordiuszu. Tego dnia mówił wiele, ale siły go nie opuszczały. Zbyt ważne słowa miał do powiedzenia, a w wiosce zbyt wielu krasnoludów liczy się z jego zdaniem ponad wszystko. Jego siostra, Hilda, łykała łzy szczęścia, nie odstępując go ani na krok, od momentu, gdy tylko udało jej się wkroczyć do warowni. Tam od razu kazała zabrała go do jego własnej chaty, gdyż, jak to sama stwierdziła: „nie będzie mój brat leżał w tym samym pokoju, w którym zagnieździł się ten kutasiarz Mędrzec z Gór”.

Piastun kroczył powoli w kierunku stosu. Jego ciało wydawało się opierać na cienkich niciach woli, które pozwalały mu przekroczyć ból i słabość. Przeżył zamach na swoje życie i zapłacił za to trwałym uszczerbkiem na zdrowiu. Było to ku zaskoczeniu wszystkich, że wczoraj jedną nogą był w grobie, a dziś chodzi o własnych siłach. Górnik obdarował go tężyzną, by mógł sprawić najważniejszą posługę. Później należycie odpocznie, ale teraz – był potrzebny jak nigdy wcześniej.

Jego głos, chociaż osłabiony, niósł się gromko po całym wzgórzu, wchodząc do uszu wszystkich zgromadzonych. Mówił o mehrze, który wprowadził stabilność i dobrobyt, dzięki któremu wioska rozrosła się do niespodziewanych rozmiarów. Opowiadał o decyzjach podejmowanych z rozwagą, o wizjach przyszłości, które stworzyły oparcie dla tego ludu. Opowiadał o tym, że mehr był jednością z wioską, a każdy krasnolud czuł, że ma swoje miejsce w tej wielkiej rodzinie. A gdy tylko usłyszał, że jego klan, targnięty konfliktem wewnętrznym, podzielił się na dwie wrogie frakcje, jego umęczone serce, zabiwszy po raz ostatni, pękło z rozpaczy. I udał się on w stronę Ojca.

Piastun mówił długo. I choć niebo nie chciało zapłakać, to zapłakali wszyscy inni. Nawet najmężniejsi wojowie musieli pogodzić się z tym, że ceremonię pochówku będą musieli oglądać przez zaszklone oczy. I byli z tego dumni.

Krasnoludem, który rozpalił stos, był nikt inny, jak najstarszy syn nieodżałowanego mehra - Meyer Omerssonn. Jego twarz była jak wyciosana z marmuru, a biała broda dopełniała jego wizerunek grobowej, posągowej powagi. Drżącą dłonią wsunął płonącą pochodnię do wnętrza stosu, by po chwili ogień rozlał się po całym poziomie, powoli wdrapując się swymi skaczącymi szponami aż na samą górę, by dosięgnąć Omera "Kaptura" Orelssonna, by zapewnić mu ciepło i ukojenie, nim na stałe połączy się z Ojcem w Salach Biesiadnych. Płomienie wznosiły się ku niebu, odbijając ciepłe blaski na twarzach smutnych i zamyślonych krasnoludów. To był moment pożegnania z przeszłością, z symbolem ich jedności i siły. Klan został osłabiony i podzielony. Długie rządy Omera zrzuciły wielkie brzemię na barki jego syna, Meyera. Jakim będzie przywódcą? Czy wyjdzie z cienia ojca? Czy wykaże się wystarczającym zdecydowaniem teraz, kiedy nie ma już nikogo, kto nad nim czuwa? Były to pytania, których nikt nie zadał, ale które wisiały w powietrzu gęsto. Niczym te chmury, które wisiały na niebie, szare, brudne, ale za nic nie chcące uronić choć łzy.

Ceremonia trwała, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Była to chwila oddania hołdu, ale też moment na myśli uciekające ku przyszłości, do nowego rozdziału, który bez wątpienia będzie inny, niepewny. Co się stanie w najbliższych dniach, tygodniach, miesiącach? Świat, który znali od tak dawna, właśnie się zmienił. A oni wiedzieli, że muszą zmienić się wraz z nim.
  Temat: Na pograniczu światów - akt III
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 1276

PostForum: Erxen   Wysłany: 2023-08-22, 17:41   Temat: Na pograniczu światów - akt III
27 dzień Merris. Południe.

Gęste chmury kłębiły się na niebie, jednak ani myślały o tym, by zapłakać. Nie tym razem. Ten dzień miał być ciężki, ale bez deszczu. Napięty, ale bez ulgi. Bez łatwego rozwiązania.

Evron wraz ze swoimi podkomendnymi opuścił wioskę tego ranka. Zabrał ze sobą liczny orszak; niektórzy mówią, że dwieście, inni że nawet pięćset dusz, I nawet jeśli nie wszyscy to zbrojni, gdyż armia potrzebuje też markietanów i innej zbieraniny, która się do niej przylepi w nadziei na lepszy byt, to i tak nie była to grupa, którą należało lekceważyć. Zwłaszcza patrząc na to, ile krasnoludów gotowych do walki pozostało wiernych Klanowi Szarych Kapturów. Nie było ich wielu. Sama wioska nie była bardzo liczna, choć jak na standardy krasnoludzkie była bardzo reprezentatywna w regionie.

Większość grupy Evrona musieli stanowić najemnicy zewnętrzni, którzy kierują się tylko chęcią zysku, oraz kupcy, którzy kierują się tym samym i którzy, wyżywszy się w Skråningen, ruszyli dalej kupczyć jedzeniem i alkoholem w zamian za szybko zbywalne zdobycze wojenne.

Trudno było jeszcze oszacować, ilu krasnoludów z Szarych Kapturów porzuciło swój klan. Niektórzy mówią, że co czwarty wojownik, a niektórzy, że nawet połowa. Gdy kurz opadnie, będzie można policzyć wszystkich lojalistów. Ale trzeba będzie na to poczekać. Wiatr wciąż hulał w najlepsze, a kurz nie miał zamiaru osiąść.

Większość kupców poszła, ale nie wszyscy. Niektórzy, będąc w silniejszej konotacji z wioską i z rodziną nią rządzącą, odmówiła jakiejkolwiek współpracy z Evronem "Miastowym" Eviatarssonnem i dalej oferowali swoje towary. Anhelm Padělek znalazł wreszcie chwilę, by odebrać topór, który zamówił. Kupiec Adrijan z Vodenitska pozostał w wiosce i wręczył półelfowi topór z pięknym grawerunkiem w języku kamiennym „Dla Hildy. Anhelm”. I chociaż grawerunek był pieczołowicie i mistrzowsko wyryty, to uwagę Anhelma przykuła twarz kupca, tak inna niż ta, którą widział dnia poprzedniego. Znaczną część twarzy miał w zbrązowiałych już bandażach, tak samo jak bark. Jak sam stwierdził, wieczorem, jeszcze przed lawiną, udał się zobaczyć tę myrkrydię całą, co ją w klatce trzymali. I jakimś zrządzeniem losu bardzo niefortunnie się potknął, tak, że wpadł twarzą na pręty klatki, co bestia momentalnie wykorzystała i cięła go ostrymi jak stal szponami. „Asterion musiał nade mną czuwać, że wyszedłem z tego żywy. I nawet oko zachowałem, mimo że w tamtym miejscu raził mnie najdotkliwiej. Dobrze, że ten cały Evron zabrał tę bestię ze sobą, bo więcej z tego nieszczęścia niż pożytku”.

Anhelm następnie udał się do domu Hevela. Po ostatnich wydarzeniach Hilda zdecydowała krótko, że powracać do zdrowia to on będzie w swoim własnym domu, w otoczeniu najbliższych, tam, gdzie jego miejsce. A dom był mocno oblegany krasnoludami, którzy przyszli życzyć zdrowia i składający modlitwy, by wielebny piastun wrócił do zdrowia. Gdyż wioska bez piastuna to jak ciało bez duszy.
  Temat: Erxen
Farewell

Odpowiedzi: 44
Wyświetleń: 13351

PostForum: Tawerna   Wysłany: 2023-08-22, 17:03   Temat: Erxen
Od stycznia do sierpnia. Sesja trwała dłużej niż niejedna pisana na forum, ale dotarliśmy do celu.

Dzięki Darkowi, Mirce i Shopenowi za wspólną grę.

Zachęcam do publikacji przemyśleń swoich postaci. Za przemyślenia przewiduję aż do 600 punktów doświadczenia, które dopiszę do poniższej tabeli + bonusowe 100 punktów doświadczenia, jeśli przemyślenia zostaną napisane do końca października.

Na pograniczu światów - akt III

Anhelm Padělek | Eleas Empuse | Folletris D’aubigny

Przeżycie (2300) 2300 2300 2300

Przemyślenia (700) 0 600 500

Suma:
Anhelm Padělek: 2300
Eleas Empuse: 2900
Folletris D’aubigny: 2800

Ponadto:
Anhelm za przejście przez ceremonię wiary otrzymuje darmową zdolność: Poznanie regionu (Góry Zachodnie).

No i zachęcam do wrzucenia cytatów :wink:
  Temat: Na pograniczu światów - akt III
Farewell

Odpowiedzi: 6
Wyświetleń: 1276

PostForum: Erxen   Wysłany: 2023-08-16, 20:55   Temat: Na pograniczu światów - akt III


Na pograniczu światów – akt III
Kroniki Anhelma, Eleasa i Folletrisa





25 dzień Merris. Noc.

Łódź płynęła przez mgłę. Drewnianymi zębami rwała ją na strzępy, walcząc o każdy kolejny metr. Drużyna krasnoludek z Hildą Darsdatter na czele rytmicznie ruszała wiosłami, przepychając łódkę w iście rekordowym tempie. Mimo mulistego, rozległego bagniska, mgły ucinającej zasięg widzenia, poruszali się nad wyraz sprawnie, prąc na zachód, ku najdalszym regionom w tej części Erxen. A Erxen swoje granice mogło już mieć zatracone w głębi i niebezpieczeństwie moczar, w braku powodów, by ktokolwiek wytaczał tu dokładne granice. Jeśli znajdą się tu jeszcze jakieś ludzkie czy elfickie osady, będą to osady ukryte przed światem i przez niego też zapomniane.

- Anhelm! Śpisz? – krzyknęła nagle Hilda. - Weź tych swoich kompanów i pomóż. Moim babom przydałby się odpoczynek. Zmieńcie je, co? Później sobie odeśpicie. Chwyćcie za wiosło i uważajcie, by nie władować się w drzewo, a będzie dobrze. I w mig dopłyniemy do Skråningen.
 
Strona 1 z 106
Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group