Wysłany: 2012-08-17, 19:03 Zbrodnia i Kara - Prolog
Zbrodnia i Kara
Prolog
Kroniki Peliosa
Erxene, stolica Erxenu, leżąca nad jeziorem Erx... Że Pelios nie poplątał sobie jeszcze języka w tym kraju, mógł zawdzięczać tylko temu, że nie miał do kogo otworzyć gęby.
Znajomość języka Erxenu zdecydowanie przydałaby się drowowi w jego aktualnej sytuacji. Przede wszystkim, odkąd pozostawił swoją wcześniejszą... kompanię nie było wokół niego nikogo, kto zrozumiałby którekolwiek z jego słów. A przynajmniej żaden z napotkanych po drodze nie przyznał się, że rozumie. Nic dziwnego więc, że Pelios skierował swe kroki ku stolicy. Logicznie tam najłatwiej znaleźć pracę, być może transport do imperium, czy choć karczmarzy, którym nie będzie trzeba na migi pokazywać co się chce.
Erxene dla Peliosa była jak każde imperialne miasto, tylko z dużo większą ilością spiczastouchych, głównie mieszańców, chodzących po ulicach. Być może, gdyby znał się nieco na architekturze dostrzegłby piękno stolicy tego, skądinąd bogatego kraju, widocznie mieszające się wpływy kultury elfów i ludzi... Ale się nie znał. Miasto jak miasto. A każde miasto miało swoje karczmy, tak jak każda karczma miała swoich gości.
Gościem jednej z nich stał się więc Pelios. Nie był w stanie przeczytać jej nazwy, jednak szyld z łodzią przechyloną pod kątem czterdziestu pięciu stopni sugerował coś w stylu pod Tonącą Łajbą. Szyld przynajmniej był dziurawy. Ale takie są uroki dzielnicy portowej, gdzie ceny są niższe a zapachy ryb mocniejsze.
Był późny wieczór, przechodzący powoli w noc. Większość gości... właściwie to prawie wszyscy goście, którzy jeszcze zostali byli albo zapici do nieprzytomności, albo właśnie kończyli się zapijać. Pelios siedział sam przy małym stoliku, samemu nie wiedząc to jeszcze tu robi, kiedy jego uszy wyłapały znajome słowa. W całym zgiełku karczemnym zapewne miałby problem usłyszeć Imperialny przez całą salę, szczęśliwie, bądź nie, wypowiadający je okupował sąsiedni stolik.
- Ja?! Skąpy?! - krzyknął człowiek, ubrany w obszerną, kosztownie wyglądającą koszulę i obszerne spodnie, założone zresztą na obszerne ciało. Zgarnął z głowy futrzaną, barwioną na fiolet czapkę ze śmiesznym piórkiem i trzasnął ręką z nią o stół, wstając. - Wy Erxeńskie świnie!
Grubas już zamachnął się by zdzielić jednego ze swych towarzyszy, półelfa którego zakłopotana mina zdradzała, że nie zrozumiał obelgi, gdy zwyczajnie stracił równowagę i runął na plecy, przewracając ze sobą krzesło. Głowa człowieka o centymetry minęła kant stołu, przy którym siedział Pelios. Na czerwonej twarzy osobnika drow zdążył zobaczyć czyste przerażenie, zanim rozległ się głuchy huk i trzask łamanego drewna. Krzesło widocznie nie wytrzymało ciężaru.
Wkrótce nad krawędzią blatu Pelios dostrzegł zaciskające się knykcie, by po chwili z podłogi powstała cała figura. Człowiek powiedział coś do drowa, ale zdecydowanie była to artykułowana mowa, nie bełkotanie pijanego. Grubas jednak po wypowiedzeniu słów nie wstał do końca i nie odszedł do swojego stolika, wpatrywał się dalej w drowa, widocznie oczekując od niego jakiejś odpowiedzi.
Ostatnio zmieniony przez Khazarid 2012-08-20, 23:35, w całości zmieniany 1 raz
Wielokrotnie przez myśli drowa przewijało się pytanie, czemu nikt go jeszcze nie zabił, nie wsadził do celi bądź komnaty tortur. Zewsząd otaczali go przeto zieloni, zielonokrwiste mieszańce, bądź ich ludzcy kochasie.
Chociaż kaptur na twarzy pozwalał całkiem sprawnie ukrywać swoją przynależność rasową, wielu w ciągu ostatnich dni z pewnością zdało sobie sprawę z faktu iż ów czarny nieodłączny płaszcz i skórzane rękawice, skrywają pod sobą drowa.
Nadal jednak żył i co ciekawsze cieszył się wolnością.
Skrytobójca zdawał sobie sprawę, że mieszkańcy Erxen i zieloni z Silvanii, mimo rasowego pokrewieństwa, nie mieli ze sobą zbyt wiele wspólnego. Większość z tutejszych pewnie nawet nie miała do czynienia z czarnym elfem. Bandy mrocznych zapewne nigdy nie najeżdżali i nie porywali mieszkańców tego kraju. Zapewne nie mieli oni zatem powodu do wykształcenia animozji podobnych światłolubom z Wielkiego Lasu.
Nadal jednak ciężko się było Peliosowi do tego faktu przekonać, toteż każda mijana szpiczastoucha twarz wywoływała u niego ciarki i szybsze bicie serca. Nie mógł też oprzeć się nieustającemu wrażeniu, że któryś z obecnych wszędzie kwiatkofili wskaże go palcem wykrzykując coś w swoim plugawym języku, po której to czynności kilkadziesiąt jego kamratów rzuci się na drowa ze sztyletami.
Niezwykle miłą odmianą był toteż otyły człowiek ochrzaniający obecnych w imperialnym języku. Chociaż zachowanie jegomościa jak i jego czapeczka niezwykle Peliosa irytowały, drow powitał jego obecność z wielką ulgą i radością. Szczególnie, że wyglądał na kogoś bogatego.
- W jednym się z tobą zgodzę - odparł spokojnie w imperialnym, zerkając spod kaptura na opasłego jegomościa - pieprzeni Erxeńczycy.
Drugą część zdania powiedział już nieco ciszej jednak z wyraźną pogardą i złością.
Dwójka byłych towarzyszy człowieka odburknęła coś w stronę Peliosa, z wyrazem złości na twarzy, tym razem widocznie zakładając obelgę z góry. Czy spotkali w życiu drowa czy nie, stereotypy gdzie by się bohater nie udał będą jedne. Drow oczywiście słów nie zrozumiał.
Oczy człowieka zaś rozszerzyły się, jakby nie dowierzał, że słyszał imperialną mowę. Zerwał się na równe nogi z szybkością, której po tak tłustym ciele drow nie spodziewałby się za nic. Zatoczył się zresztą przy tym, widocznie również nie spodziewając się takiej prędkości. W jednym z przechyłów zgarnął z sąsiedniego stolika swoją czapę, wyprostował się w końcu i nacisnął ją na głowę.
Ustabilizowany i ubrany grubas począł przyglądać się drowowi pół zapitym, pół uważnym wzrokiem. Jego myśli widocznie doszły do konsensusu, bowiem usadowił się naprzeciwko Peliosa.
- Co sprowadza cię z Imperium, przyjacielu? - zapytał, kończąc zdanie słowem, którego Pelios najmniej mógł się spodziewać. Zaraz jednak zaczął gadać, zanim drow zdążył odpowiedzieć. - Czy z Mrocznej Puszczy, nie ważne. Widzę, że masz broń, jesteś... no, kim jesteś. Walczysz?
Ostatnie pytanie zawisło już i tym razem człowiek czekał na odpowiedź, spoglądając na drowa tak samo lekko wytrzeszczonymi oczami, jak wcześniej, gdy rzucił do niego parę słów po Erxeńsku.
Zaskoczony podnieceniem człowieka Pelios przez chwilę kompletnie zamilkł.
Pośpiesznie zacisnął mocniej płaszcz, jak gdyby fakt dostrzeżenia przez nieznajomego jego broni, równoznaczny był z dostrzeżeniem wystających genitaliów.
- Walczyć? Nie przepadam, potrafię jednak sobie radzić jeśli oto chodzi. - podjął po uprzednim odchrząknięciu i rzuceniu pospiesznego spojrzenia ku innych gościom karczmy. Człowiek z pewością wiedział jak zwracać na siebie uwagę. Umiejętność potrzebna obecnie drowowi niczym dwumetrowy miecz w zadku.
- Trafiłem tu za pieniądzem, jak również z kilku innych powodów. Obecnie jednak poszukuję sposobu na powrót do Imperium.
W zasadzie nie miał teraz żadnego konkretnego celu. Azarth zapewne już zniknął z tego przeklętego kraju, zaś skoro Pelios miał nawet problemy z zamówieniem posiłku, co tu mówić o jakimkolwiek dalszym węszeniu. NA chwilę obecną chciał jedynie wrócić w bardziej przyjazne i zrozumiałe dla niego strony. Najbliżej zaś wedle jego wiedzy było do Imperium.
Człowiek naprzeciwko zdawał się chrząknięcia nie usłyszeć. Pelios nie mógł być pewien, czy był na to zbyt pijany, czy zaś nie uznał tego za stosowne, by je zauważyć. Co jak co, ale o zwrócenie na siebie uwagi Pelios nie musiał się bać. Na drugim końcu sali, naprzeciwko Peliosa, bardziej przytomna ekipa namawiała właśnie jedną z niewiast w swojej kompanii do tańca na stole, zaś jeden z mężczyzn właśnie spadał z owego stołu, po nieudanej próbie wciągnięcia tam rzeczonej dziewoi. Wyglądało jednak na to, że dziś obędzie się bez karczemnej bójki, a nawet jeśli, to wyglądać musiałaby bardziej śmiesznie niż groźnie. Żeglarze potrafili pić, jednak w karczmie było za dużo piwa.
- O to to... - człowiek pomachał palcem wskazującym prawej ręki, jakby pokazując nim wielokrotnie Peliosa. - To się dobrze składa.
Zamiast jednak dokończyć myśl człowiek wstał od stołu Peliosa i odwrócił się chwiejnie w stronę swoich poprzednich kompanów. Pochylił się i sięgnął jeden z leżących tam kufli.
- Nie potrzebuję już was więcej, elfie pedały! - rzucił im na pożegnanie w języku Imperium i wrócił z powrotem do Peliosa.
Zanim znów się odezwał usadowieniu się na krześle długo i hałaśliwie pił zawartość kufla.
- No - odezwał się w końcu, z hukiem odstawiając naczynie na stół. Uśmiechnął się szeroko. - Będę miał dla ciebie robotę.
Fakt, że bywalcy przybytku mieli najwyraźniej ciekawsze rzeczy do roboty niż rozmyślanie nad najbardziej bolesnym sposobem nabicia drowa na pal, nieco uspokoił Peliosa.
Z kolei nastawienie grubasa do jego dotychczasowych towarzyszy jak i rzucona luźno propozycja, zdecydowanie poprawiła skrytobójcy humor.
- Robotę powiadasz? - podjął opierając łokcie na blacie stołu i przysuwając zakapturzoną głowę nieco bliżej do człowieka - Zamieniam się w słuch
Ten człeczyna był obecnie najbardziej realną szansą dla drowa na wydostanie się z przeklętego kraju nad jeziorem. W najgorszym wypadku zaś, sposobem na zdobycie odrobiny grosza bez użerania się rozmową na migi z cudzoziemcami.
Zaczynał już rozważać nocne polowania na samotnie wędrujących mieszkańców miasta, było to jednak nieco ryzykowne, należał bowiem do obcych i niezorientowanych kompletnie turystów. Tacy zaś mieli najmniejsze szanse przeżycia w dużych miastach, jeśli zaczynali działać na własną rękę. Szczególnie jeśli miasto posiadało własne szajki i gildie spod ciemnej gwiazdy.
Człowiek oparł łokcie na stole, złożył brodę w swoich dłoniach i pochylił się nieznacznie do przodu.
- Potrzebuję ochrony dla mojego transportu - powiedział, a twarz drowa owiały opary alkoholu. - Jeden statek rzeczny, później będzie to okręt morski i znów rzeczny statek. Razem z tobą będzie dziesięciu ludzi. Co w tym dla ciebie, zapytasz?
Podniósł się znad stołu by dopić piwo. Naczynie znów z hukiem wróciło na stół, jednak tym razem nie wszystko do końca wyszło człowiekowi. Przymrużone do tej pory oczy rozszerzyły się, kiedy ręka, wraz z urwanym uchem od glinianego kufla, kontynuowała swój ruch w stronę stołu i także się z nim zderzyła.
- Ach, kurwa - krzyknął, łapiąc się za uderzone miejsce i pocierając je nerwowo. - Gówniany sprzęt tu mają...
- Dla ciebie będzie w tym... powiedzmy... dziesięć złotych monet. No i lądujemy w środku Imperium! Dyszka i darmowy transport. Co ty na to?
W zasadzie Pelios zgodziłby się zapewne nawet za darmo, z cała pewnością jednak nie miał zamiaru się z tym faktem zdradzać.
Wygodny transport do Imperium drogą rzeczno-morską i to jemu płacą? Ten grubas rzeczywiście spadł mu wprost z nieba.
Fakt, że w razie jakichkolwiek kłopotów to na jego barkach wisieć będzie zapewnienie ochrony okrętu, tym jednak specjalnie się nie przejmował. Do honorowych przeto nie należał, toteż gdyby 'problemy' przekroczyły w jego mniemaniu zarobek, obowiązki mogą zejść na dalszy plan.
Splótł ręce na piersi i odsunął się odrobinę od człowieka, prostując tym samym na krześle. Przez kilka sekund pozostał w ciszy, by sprawiać pozory rozważania propozycji. Faktycznie jednak jedyne o czym myślał, to jak długo powinien w owej pozycji pozostać, by podchmielony człeczyna nie zaczął się niecierpliwić.
- Parę złotych monet zaliczki i umowa stoi - odparł w końcu, ponownie kładąc dłonie na stole.
Człowiek zaś nie niecierpliwił się w żaden sposób. Być może nie przejrzał gry drowa, być może nawet go to nie obchodziło. Wyraz bólu ustąpił na jego twarzy szerokiemu, handlowemu uśmiechowi numer pięćdziesiąt trzy.
Słysząc słowa Peliosa przymrużył znów oczy i puścił już bolącą rękę.
- Dostaniesz... dwie złote monety - zaczął, wydymając dolną wargę. - Cztery, kiedy dopłyniemy do Learstett, to port w Imperium, a resztę jak dotrzemy na miejsce. Co ty na to? A, cholera, postawię ci jeszcze piwo!
Krzyknął coś, znów przechodząc na nieznany skrytobójcy język. Dziewka roznosząca zamówienia, która stała nieopodal, zdała się zareagować na słowa grubasa. Na twarzy tego widać było już tylko szczęście. Pelios w końcu nawet nie próbował się targować!
- Czemu nie - odparł w pełni zadowolony z ubitego interesu.
W zasadzie trochę żałował, że nie narzucił wyższych warunków, chociażby podwojenia zarobku. Grubas prawdopodobnie zgodziłby się i na to bez problemu.
Niemniej jednak był szczęśliwy. Trafił mu się wygodny zarobkowy transport do Imperium, a to było w obecnej sytuacji najważniejsze. A kto wie czy zbytnia chciwość nie zaprzepaściłaby całej, niczym przez bogów podarowanej okazji.
- Kiedy w takim razie ruszamy? - spytał wodząc wzrokiem za dziewką i obiecanym piwem.
O ile jeszcze przed chwilą nawet nie miał na nie ochoty, o tyle gdy perspektywa darmowego napitku była tak nieodległa, pragnienie drowa znacząco wzrosło.
- Jutro, w samo południe! - krzyknął człowiek. - No gdzie to piwo?
Piwo zaś szło, a właściwie było niesione, właśnie w tej chwili. Barmanka, półelfka, jakich wiele w tym królestwie, bujała biodrami, zręcznie manewrując pomiędzy stolikami i ich poruszającymi się w różne strony okupantami. Kobieta szybko dotarła do stolika, zestawiając z okrągłej tacki dwa gliniane kufle, uśmiechając się serdecznie. Uśmiech zrzedł jej trochę, gdy zobaczyła uszkodzone naczynie grubasa. Zabrała je jednak bez słowa.
Kelnerka była urodziwa, jak na półelfkę nawet. Było w niej wystarczająco krwi ludu drzew, by dla człowieka wyglądała egzotycznie, wystarczająco mało jednak było w niej drzewołaza, by Peliosa nie odpychała. Zapytała się jeszcze coś, zapewne pytając o dalsze zamówienia. Człowiek odgonił ją tylko gestem.
- To jak, panie - zagaił grubas. - Skąd wziąłeś się w ogóle w tym pięknym i bogatym kraju? Znasz język?
Nim podjął się wypróbowania przyniesionego trunku, odprowadził wzrokiem półelfkę jak i jej powabne kształty. Niechęć do zielonych elfów, jak i tutejszych mieszańców w żadnym wypadku nie przeszkadzała w podziwianiu kobiecej urody. Burdele w jego rodzinnych stronach pełne było przeto leśnych elfek, które to stanowiły jeden z bardziej chodliwych towarów w Puszczy.
Uniósł kufel uchylając niewielkiego łyka.
- Do samego Erxen trafiłem z Imperium, z powodów prywatnych. Powiedzmy, że kogoś poszukiwałem. Nie znam języka, przybyłem tu z kimś kto znał go wystarczająco dobrze. Niestety rozłączyliśmy się.
Wolał nie wdawać się w szczegóły, a już z pewnością nie wspominać o tym, że przybył tu jako ochrona transportu. Misja ta bowiem nie skończyła się zbyt pomyślnie.
By uniknąć dalszych pytań, sam zatem przeszedł do 'ofensywy'.
- Chętnie dowiem się czegoś więcej na temat naszego interesu - podjął - Co będzie transportowane, skąd ruszamy i gdzie dokładnie zmierzamy. Czy na pokładzie będzie ktoś poza mną, radzący sobie w walce?
Burdel był pierwszorzędnym skojarzeniem. Pelios mógł być pewien, że kelnerka byłaby bardzo chodliwym towarem.
- Ruszamy z doków, oczywiście! Zachodnia przystań. Kiedy tam trafisz na pewno znajdziesz już nasz okręt. Albo my znajdziemy ciebie. W końcu ilu drowów pałęta się po Erxene?
Handlarz przyssał się do kufla na dłuższy moment. Pozostawił jednak widocznie w pamięci resztę pytań bohatera.
- Jak już mówiłem, z tobą będzie dziesiątka ochroniarzy. Być może jeszcze ktoś z załogi w razie czego złapie za broń... ale nie sądzę. Płyniemy rzeką Naenis aż do morza. Potem spokojnie wzdłuż brzegu aż do... ach, cholera, zapomniałem nazwy. Największa rzeka na wschodzie Civitas, na pewno wiesz o co mi chodzi - człowiek uśmiechnął się porozumiewawczo. - Tam własnie zatrzymujemy się w Learstett, żeby przesiąść się znowu na rzeczny statek, tam dostajesz połowę pieniędzy. A potem wgłąb Civitas. A tam... hm, możesz wysiąść wszędzie po pierwszym głównym dopływie rzeki, przyjacielu.
Pelios nie mógł nie zauważyć, że człowiek pominął sprawę przewożonych towarów. Czy jednak zapomniał, czy zrobił to specjalnie? Cóż, pijanego umysłu zrozumieć nie sposób.
W zasadzie kwestia towaru mało Peliosa interesowała.
Do czasu gdy nie została świadomie, czy też nie, pominięta.
- Ach zatem tych dziesięciu ze mną o których wspominałeś to nie załoga, a ochrona - niby dosyć oczywiste, kto by nieznajomego drowa samopas z towarem wypuścił na wodę - Ile będzie zatem z nami osób do ochraniania i cóż to za towar na który będzie trzeba uważać?
Pytanie zadał ponownie bez specjalnego przekąsu. Zwyczajnie, przy okazji, jak gdyby dotychczas nie było jeszcze zadane.
Dziesięciu ochroniarzy - pomyślał. Gdyby pojawiły się jakieś kłopoty przynajmniej będzie mógł zrobić to co wychodzi mu dosyć sprawnie. Schować się. Przy tej ilości zdolnych do walki jego nieobecność najpewniej nie będzie nawet odczuwalna.
Piwo z kufla umykało do gardła drowa sukcesywnie acz bez pośpiechu.
Grubas zmrużył oczy na ponowione pytanie o towarze. Nagle zdał się dużo mniej pijany, niż wcześniej. Z poważnym wyrazem twarzy rozejrzał się po karczmie, jakby tym razem zależało mu na dyskrecji.
- Towar to... - jeszcze jedno nerwowe spojrzenie za ramię - nie twój biznes. W związku z tym, proszę, nie mów nikomu o istnieniu tej karawany.
Człowiek rozejrzał się jeszcze raz i rozluźnił znacząco. Widocznie rozumiał przekaz za wystarczająco jasny. Zapijaczony obraz człowieka jednak nie wrócił.
- Oprócz ochroniarzy będę ja - człowiek wyciągnął przed siebie pulchny paluch prawej dłoni, odginając go wskazującym lewej. - Jeszcze dwóch moich wspólników - odgiął następne dwa. - Z ważnej załogi no to oczywiście na każdym statku będzie jakiś kapitan... - czwarty palec. - Ale nie powiem ci niestety ilu załogantów liczy każdy statek... nie pamiętam - człowiek z uśmiechem rozłożył ręce.
Uniósł lekko brew ujrzawszy zmianę w zachowaniu człowieka.
Towar, który przewożą musi być albo bardzo cenny albo bardzo kontrowersyjny.
Uznawszy, że grubas więcej mu na ten temat nie powie, ponownie posmakował zawartości swego kufla.
- Dobrze zatem - odparł po krótkiej chwili degustacji - jutro opuszczamy to zawszone miasto.
Miał przeczucie, że Erxeńczycy, gdyby tylko wiedzieli co znajduje się na łajbie, nie puściliby ich tak łatwo. Czy to z portu czy to poza granicę.
Z pewnością miał zamiar porządnie wyspać się przed kolejnym dniem, wyglądało bowiem na to, że kłopoty mogą pojawić się już nawet na samym początku podróży.
- Zgoda! - huknął grubas. - Za naszą podróż - krzyknął znów i wzniósł kufel, po czym dopił go do dna.
Obraz człowieka coraz bardziej powracał do poprzedniego. Czyżby ponowne wspomnienie o towarze spowodowało u niego tak nagłe, i chwilowe, wytrzeźwienie, czy jednak zabierało mu trochę czasu popadnięcie w odpowiednią rolę? Obraz pijanego grubasa. Cóż mogło być bardziej budzącego zaufanie? Ale nie wyglądało na to, żeby człowiek miał go oszukać. Bo i jak i na co?
- Opuszczę cię już - rzekł człowiek, odstawiając kufel i powstał od stołu. Zgarnął swoją czapkę jednym, zamaszystym ruchem, wciągnął ją na łeb. - Do jutra - rzekł i odmeandrował od stołu w kierunku schodów.
Pelios jeno kiwnął w odpowiedzi, w zamyśleniu obserwując jak grubas opuszcza lokal. Miał tylko nadzieję, że nie wykręci mu on jakiegoś numeru dnia kolejnego. Cóż, na chwilę obecną pozostało jedynie czekać, drow nie miał bowiem najmniejszej ochoty na śledzenie grubasa.
Zerknął smętnie do kufla oceniając na ile starczy mu jeszcze napitku, po czym wzrokiem owiał lokum w poszukiwaniu lady, kontuaru czy też jakiegokolwiek stanowiska, za którym to kryć mógłby się właściciel przybytku.
Westchnął szykując się do nadchodzącego, jakże przezeń ukochanego zadania. Trzeba było jakoś dogadać się z karczmarzem w sprawie lokum. Przy odrobinie szczęścia będzie on znał imperialny chociaż odrobinę.
W międzyczasie ocenił również czy i jak bardzo jest głodny.
Jak to kiedyś wymyślił jakiś mądry człowiek (a może był to elf?) - nadzieja bywa zgubną. W tym momencie jednak nic nie wskazywało na to, by te szczególne nadzieje drowa miały się nie spełnić. Co prawda ludzie nie byli rasą, której szczególnie należało ufać ale... któż odważyłby się próbować oszukać drowa? Przecież oczywistym było, że to ta rasa dużo lepiej znała się na wszelkich intrygach, a co dopiero drobnych kłamstwach. Po człowieku zaś Pelios nie był w stanie dostrzec żadnych prób mówienia nieprawdy. Ale znów - kto podejrzewałby pijanego osobnika o tak czysty umysł by był w stanie sprawnie kłamać. Tyle niewiadomych... ale już jutro wszystko miało się okazać.
Kontuar jak najbardziej był. Wyszczerbiony, zapewne przez niezliczone ilości zębów, głów, kufli i krzeseł na nim rozbijanych, sfatygowany, z drewna nie najlepszej jakości i świeżości, jak z resztą cała ta karczma. Za kontuarem zaś stał człowiek, rozglądający się chciwie po przybytku, wodząc wzrokiem po sali szukając tylko z którego pijanego gościa da się jeszcze wyciągnąć pieniądze. Opierał się o blat na wyprostowanych, szeroko rozstawionych rękach a uśmiech na jego twarzy zupełnie nie przypominał tego, który gościł na twarzy grubego człowieka, z którym przed chwilą rozmawiał Pelios.
Czy zaś karczmarz mówił po imperialnemu... to należało się jeszcze przekonać.
Pelios był głodny. Był tak głodny, jak mógł być elf po dniu podróży, siedząc bez jedzenia w karczmie nocą. Nie było to uczucie, którego nie mógł wytrzymać, jednak gdy teraz zaczął o tym myśleć, to poczuł znaczny dyskomfort. Ale do rana by przeżył. Jakoś.
Bynajmniej nie miał zamiaru sprawdzać czy da radę dotrwać do rana bez jedzenia. Zaliczył już wystarczająco tego typu zabawy podczas pobytu w górach.
W razie gdyby z dogadania się nic nie wyszło zawsze miał jeszcze racje żywnościowe wśród swoich tobołków. Na lokum jednak alternatywy już nie miał.
Wypił kolejnego, solidnego łyka piwa, po czym z kuflem w dłoni powstał z miejsca i ruszył w stronę człowieka zza kontuaru. Po drodze dotarło do niego, że nawet tutejszej waluty w sakiewce nie posiada.
Westchnął jeno pod nosem. Najpierw trzeba jakoś dogadać się z karczmarzem, sprawę waluty rozwikła później. Kto wie, może nawet przyjmują tu krasnoludzkie marki.
Była noc, gdyby trzeba było, poszuka sobie ofiary do obrabowania.
Spokojnym krokiem podszedł do lady, po czym postawił na niej kufel, nie puszczając go jednak. Wzrok skierował na karczmarza. Nie był pewien czy jego drowie oczy widoczne są spod kaptura, niemniej jednak starał się pochwycić chciwe spojrzenie człowieka nim wyraźnym, powolnym imperialnym podjął:
Człowiek podejrzliwym wzrokiem zmierzył podchodzącego do kontuaru Peliosa. Ten w końcu jeszcze za nic nie zapłacił, równie dobrze karczmarz mógł go wcześniej nie widzieć. Gdyby nie to, że przez cały czas lustrował salę w poszukiwaniu łatwych pieniędzy. Pelios zdecydowanie nie wyglądał jednak na łatwe pieniądze. Z bliska, gdy widać było dokładnie jego aparycję... cóż, czerwień zasadniczo nie jest często spotykanym kolorem oczu. Tak, drow nie wyglądał na łatwe pieniądze. Ale któż powiedział, że człowiek był początkującym biznesmenem? Uśmiechnął się więc ciepło i nieszczerze, kiedy Pelios postawił już kufel na kontuarze.
- Po-kój..? - powtórzył z wyrazem ciężkich procesów myślowych karczmarz. Zmarszczył brwi a jego nozdrza rozszerzyły się. Wyprostował się w plecach i podrapał ręką po brodzie. W jednej chwili jego oblicze pojaśniało. - Aaa! Imperialny! Pokój, pokój, tak, tak...
Wyciągnął z pod lady żelazny kluczyk, z którym przewieszony był spory kawał drewna. Na drewnie widniały wyżłobione trzy rowki.
- Złote pieniądze - powiedział powoli człowiek, wystawiając przed siebie dwa paluchy i potrząsając dłonią trzymającą klucz.
Pelios przymrużył lekko oczy krzywiąc się przy tym z niesmakiem. Nie za bardzo znał się na tutejszych cenach, ta jednak wydawała mu się stanowczo za wysoka, szczególnie za miejscówkę w portowej obskurnej karczmie.
Do tego miał przy sobie jeno cała Platynę, tej zaś wolał nie 'rozmieniać' u tego jegomościa.
Wlepiał toteż niezbyt uradowany wzrok w jegomościa przez kilka sekund nim podjął dalsze kroki.
Wygrzebał z sakiewki dwie kranoludzkie marki. W sumie były one warte nawet więcej niż monety złote monety imperialne ich jednak miał przynajmniej jeszcze pod dostatkiem. Pomachał nimi przed nosem karczmarza.
- Krasnoludzkie marki. Więcej warte. - odparł odrobinę podirytowanym tonem, po czym wskazał na klucz - za pokój i dużo jedzenia - wpierw dłońmi wygestykulował górkę na ladzie, po czym poklepał się po brzuchu.
Cóż, oczywistym mogło być, że karczmarz takiej aparycji i w takim przybytku postara się oskubać drowa jak tylko mu się uda. Z drugiej strony, Pelios nie znał zupełnie cen w tym kraju, a mówiono o nim, że jest to kraina dobrobytu. Czy więc i ceny były tu odpowiednio wyższe?
Karczmarz wysłuchał drowa z półotwartymi ustami, czynnie przeprowadzając procesy myślowe. Złapał jedną z monet i przyjrzał się jej bliżej. Zmarszczone wcześniej czoło rozjaśniło się nieco, a po wykonanej próbie twardości, oczywiście zębami, człowiek uśmiechnął się. Bardzo, bardzo szeroko. Czyżby nie spodziewał się, że cena będzie odpowiadać Peliosowi?
- Dobra, dobra! - powiedział, i zabierając ze sobą tę jedną markę odszedł wgłąb zaplecza. Klucz do pokoju pozostawił zaś na kontuarze.
Za chwilę zresztą wrócił z zaplecza, niosąc ze sobą parującą miskę. Kiedy człowiek postawił ją na kontuarze okazała się być to breja czegoś... chyba kaszy... z mięsem i czymś w rodzaju sosu, wszystko ze sobą wymieszane. Mięsa również nie było wiele, jednak patrząc na posiłek drow mógł stwierdzić, że sama objętość wystarczająco była w stanie zaspokoić jego głód. I było ciepłe. Skąd karczmarz zdołał tak szybko o tej godzinie wytrzasnąć ciepłe jedzenie? Na pewno wrócił zbyt szybko, by minął czas na podgrzanie w kociołku choć tej porcji. Cóż, co pieniądze robią z ludźmi.
Po postawieniu miski na kontuarze i wygrzebaniu spod niego drewnianej łyżki, karczmarz wystawił łapę wierzchem do góry, widocznie czekając na drugą część zapłaty.
Pelios zgarnął klucz z kontuaru, gdy tylko kardczmarz raczył się odwrócić.
Nadal nie był zbyt zadowolony z wydatków, które miał ponieść w tej karczmie, nie miał jednak ni to ochoty ni chęci na rozwodzenie się na temat 'rozmienienia' przedstawionej waluty, zaś srebrne monety, które w niewielkiej ilości posiadał w sakiewce nie były raczej wystarcająco warte.
Miast tego postanowił zatem wyciągnąć ile się da, za owe dwie marki.
Gdy pojawiła się przed nim przyniesiona przez mężczyznę zupa, powolnym acz stanowczym ruchem cofnął pozostałą mu monetę bliżej piersi.
Zerknął na zupę. Zerknął na monetę. Ponownie na zupę. Ponownie na monetę.
W końcu na karczmarza z wyrazem twarzy rzucającym samoistnie i bezdźwięcznie stwierdzenie: "Chyba sobie żartujesz".
Odczekał chwilę wbijając wzrok w oczy jegomościa z bezczelnie wystawioną dłonią, po czym podjął, już nieco podirytowanym tonem.
- Miało być dużo jedzenia - odparł, ponownie rysując dłońmi sporawą górkę na powierzchni lady. Następnie unosząc ramiona i lekko cofając się wskazał oburącz na miskę - Co to ma być!?
Karczmarz nagle zgubił cały swój poprzedni wygląd. Oczy nie szukały już zarobku, a chciwy uśmiech zniknął, gdy karczmarz odpowiedział Peliosowi przez zęby.
- Bierz pan kurwa i nie marudź - wymowa człowieka pozostawiała nieco do życzenia, ale nie podlegało dyskusji, że zaczął on mówić dobrym imperialnym. - Odjąłem sobie to żarcie od pyska, to raz. Przychodzisz płacić obcą walutą, to dwa. O tej godzinie nigdzie nie dostaniesz ciepłego żarcia, to trzy. To, że nie poszczułem cię psami nie znaczy, że możesz się mieć tu za pana. A teraz dawaj monetę, bierz żarcie i s...
Człowiek nabrał powietrza w płuca.
- No... - dokończył, i popchnął miskę w kierunku Peliosa. - Późno już jest, nie denerwuj mnie pan.
I odszedł na zaplecze, nie rzucając za plecy nawet spojrzenia.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum