- tak Ziku, już dawno, ale to nie jest powód, żeby na mnie wszyscy stawiali krzyżyki. Teraz powiem parę rzeczy, ale błagam Cię nie przerywaj mi ani nie odpowiadaj. Nie chcę byś i ty na mnie krzyczał bo nawet moje podłe serce, które wszystkich rani ma granice przy której pęka. Potem odejdę, a gdy coś Ci się nie podoba spluń mi przed nogi, a od razu się ulotnie. Eh... Nie tylko Han miał trudną podróż, nie tylko krasnolud chciałby tutaj wszystkim wpierdolić i nie tylko elf źle mnie zrozumiał. Ale tylko ja się stoczyłem, cóż mogło być gorzej. Chciałem się zmienić, a wychodzi na to, że wszystko co robiłem za życia... - zatrzymał się bezustannie obserwując piach - o koszmarach też warto pamiętać... by nam przypominały, czym możemy się stać - pomyślał usprawiedliwiając się tym samym. Wezbrał trochę piachu w garść i spuścił obojętnie w to samo miejsce, po czym kontynuował tym samym spokojnym tonem - wychodzi na to, że złodziejskie treningi zbyt głęboko wbiły mi się w serce i pamięć, bym tak po prostu potrafił się ich wyzbyć. Umiem ranić ludzi na wszystkie możliwe sposoby, czas nauczyć się to wykorzystać w dobrym celu. Wiem, że spierdoliłem dużo spraw, a w gruncie rzeczy prawie wszystko, ale teraz nie jest najlepszy czas by się na tym zastanawiać. Muszę działać, jak powiedziałem pozyskanie wody to najważniejszy mój obecny cel. Może tym jakoś odpokutuje. Wątpię by Han chciał mnie wysłuchać, zresztą nie wiem, czy będę miał jakąkolwiek szansę by się usprawiedliwić. Jako, że jesteś jedną z nielicznych osób która chce mnie słuchać bez zbędnych krzyków... a taką mam przynajmniej nadzieje. To proszę Cię byś coś mu przekazał. Powiedz, iż nie to miałem na myśli, że wcale nie zarzucałem mu pląsu. Że sam się zamyśliłem... samo "przepraszam" może powiem dostatecznie szybko by usłyszał, ponadto nietaktem było by, gdybyś ty miał robić to za mnie. Podziękuj mu tak jak ja teraz tobie, za lekcje które mi dałeś i za kont do którego mogłem wracać. Za wszystko ogółem. Gdyby nie wy, sprawy potoczyły by się jeszcze gorzej. Jeśli poczuje się źle, powiedz, że nie mam do niego żalu. Miał racje skoro to mówił. Eh... nie tak to miało być... nie tak... ale sam powiedziałeś, że posługa demonom to zbyt wielki ciężar jak na jednego człowieka. Kolejny raz przyznam Ci rację. Myślałem, że po tym co zgotowała mi Soria w stanie jestem przetrwać wszystko. Myliłem się i zbyt wielki ciężar wziąłem na barki. Będę go dźwigał jak długo zdołam. Teraz jak już powiedziałem, odejdę. Odzyskam wodę, załatwię co nakazał mi ktoś inny i już nie będziecie musieli się na mnie patrzeć. Żegnaj Ziku, przebywanie w twym towarzystwie to najlepsze co mogło mnie spotkać w piekle. Żegnaj raz jeszcze i żeby ktoś wreszcie Cię docenił... - wstał i zwyczajem niektórych wojowników położył pięść na torsie. To było jego pożegnanie, podziękowanie i przeprosiny w jednym. Przez cały czas nie zmieniał spokojnego tonu i ani przez chwilę nie przestał wypatrywać śliny przed swoimi nogami. Odszedł tam, gdzie jeszcze ktoś chciał go widzieć. Do istoty takiej jak on.
Czuł, że zostawia wszystko za sobą. Niewątpliwie jednak były to oznaki zmiany. Nie wykłócał się, nie obracał czyichś słów przeciw niemu. Było dobrze, a i tak nigdy dotąd nie czuł się tak chujowo. Kiedy był już na miejscu powiedział do mrocznego elfa, jeśli ten jeszcze żył:
- czas sie zbierać rodaku.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
Człek roześmiał się nagle śmiechem tak jednocześnie sympatycznym jak i raniącym, a w wymieszaniu tak poważnym, że ni jedno bez drugiego jak i drugie bez pierwszego nie mogło powodować śmiechu tego w pełnej krasie.
- Przepraszam z kim ja rozmawiam?
Rzucił nagle gdzieś między jednym, a drugim spazmem potwornego śmiechu.
- Czy Ty jesteś Syriuszem? Tym drowem, który to przez całą drogę tu mówił o zmianach o tym kim był i kim chce zostać i, że tego nie zaprzepaści?
Niestety nie dał złodziejowi nawet krztyny czasu na odpowiedź i zaraz powrócił do swej wypowiedzi bez specjalnie klarownego celu.
- Nie? No cóż, bo widzisz. Rozmawiał tu z takim jednym. Idealista, w gruncie rzeczy nawet i społecznik. Co prawda był mrocznym elfem, ale z całej siły starał się unikać krążącego wokół niego stereotypu. Poszedł gdzieś przed chwilą i w gruncie rzeczy tyle go widziałem. Przyszedłeś za to Ty i odpierdalasz jakieś melodramatyczne sceny…
Przerwał na chwilę by podnieść spojrzenie pełne przedziwnej mieszaniny rozbawienia i nagany.
- Uważaj, bo się rozpłaczę. Sklął mnie elf, ja skląłem człowieka to czas najwyższy się zabić. Nieważne w sumie czy swoimi czy czyimiś rękami. Rzuć się w orki, daj się zabić i najlepiej zaciągnij za sobą kogoś kto wedle Ciebie umierając jeszcze bardziej poprawi sytuacje. Swoją czy tam kogoś innego. W gruncie rzeczy żadna różnica. - na chwilę przerwał starając się najwyraźniej opanować wciąż na nowo układające się grymasy twarzy – Nie przekaże Hanunowi nic. Zupełnie nic. Jeśli chcesz żeby o czymś wiedział masz mu to powiedzieć sam. To nie jest tania książka czy bajanie dziada. W Piekle nie ma bohaterów i ich przyjaciół, którzy potem płaczą nad swoimi grobami dopiero wtedy orientując się jaki błąd popełnili. Elf ma coś przeciwko Tobie, nic w tym zresztą dziwnego w Sorii też niespecjalnie się lubicie. Do Hanuna Ty wygarnąłeś z grubej rury lecz to zdarza się i w najbardziej zgodnych małżeństwach. Cholera jasna! Mówisz o tym jak, że dopełnisz swych planów, odbijesz źródło. Z kim, czym kurwa? Jedyne co możesz tak naprawdę zrobić to oblizać obu orkom chuja. Zbierałeś do tego grupę, chcesz iść sam. Jakie to heroiczne! Jakie to bohaterskie! Jakie to skrajnie głupie! - raz po raz krzyczał, to zupełnie nie było w jego stylu. Atakował czy tłumaczył? – Nie pożegnam Cię, gdyż niszcząc Twoje założenia wcale nie mam zamiaru wydalać Cię z grupy, którą nomen omen staliśmy się ostatnimi czasy. Teraz masz odejść, ochłonąć do jasnej cholery, wrócić tu i wraz z Hanunem i każdym kto pójdzie za Wami macie pokazać na co Was stać. Tu nie ma miejsca na ostentacyjne odejścia i wielkie obrazy majestatu. Jesteś w Piekle do jasnej cholery, spróbuj to zmienić chociaż na niewielkiej powierzchni.
Mimo, że wyglądał na wycieńczonego starca wraz z tą przemową jakby nagle odrodziła się w nim młodość i związana z nią werwa. Potem jednak zakończyła się wypowiedź i magia czasu wygasła stawiając przed drowem na nowo starca bez sił. Zamknął ten oczy i znów pogrążył się swoim wręcz już firmowym półżyciu jakby mówiąc w ten sposób, że nie ma zupełnie ochoty słyszeć jakiejkolwiek odpowiedzi, a wymaga zupełnego podporządkowania się. Coś jakby „Na dzisiaj koniec”.
Drow wciąż półleżał pod bramą co każda logicznie myśląca istota uznałaby za oznakę zachowania w sobie życia. Siłą rzeczy każda istota w Piekle, prędzej czy później, a więc w chwili śmierci stawała się niczym więcej jak tylko wspaniałym źródłem niezbędnych organizmowi węglowodanów i innych składników odżywczych.
Ianen gdy odebrał przekaz werbalny od Syriusza chwilę walczył najwyraźniej ze sobą czy jest jakikolwiek sens reagować na zawołanie. Głowę jednak podniósł i korzystając z faktu, że jego rodak zasłaniał mu słońce w wygodnej pozycji by porozmawiać z siadu z kimś kto stoi głowę pozostawił.
- Pali się gdzieś?
Orzekł po czym roześmiał się sucho jakby dla podkreślenia swego żartu rozglądając wokół siebie. Co prawda nic nie płonęło ale powietrze było rozgrzane do zapewne temperatury podobnej jak w pożodze. Niejaki „żart” był trafny, ale czy w aktualnej sytuacji śmieszny? Niespecjalnie.
- wiele rzeczy bracie... na przykład moje życie - odrzekł jakoś tak z braku innych odpowiedzi - nie czujesz? To pustynia Ianenie, jej ogień wszystkich dopadnie prędzej, czy później. Ten w duszy i żołądku. Czas ugasić ten niegasnący pożar, a do tego wszak potrzeba wody. Właśnie nadeszła pora by się o nią upomnieć. Wstawaj ile się można opierdalać - dodał żartem coby podtrzymać tę kiepską atmosferę. Podał mu dla pewności rękę, nie chciał już przebywać w tym miejscu, a marnować czasu na zwlekanie też nie należało. Liczyła się każda chwila przy, której ubywało wody, a oni musieli się jeszcze naradzić pomimo tak sprzecznych wierzeń.
- więc miałem rację - począł analizować wypowiedź Zika - nadaję się tylko do denerwowania ludzi. Przynajmniej w rozmowie. Nie umiem ich przekonać, albo robie to raz na jakieś dziesięć przypadków, kiedy to zanoszę modły do sił ponad naturalnych, co lepsze kompletnie sprzecznych z moimi wierzeniami, bądź też po prostu mam szczęście raz na ten krasnoludzki miesiąc. Idąc dalej, nikt tu nie liczy się z moim zdaniem, ani tym co mówię. Jakbym był jednym z tych żebraków którzy mnie zaczepiali w dzieciństwie... wiąże się to również z tym, że dusze w piekle są podłe, chociaż chyba nie z racji swego nastawienia życiowego, a raczej wyczerpania psychicznego. Nieodmiennie powinienem pamiętać, że trafiłem do gwałcicieli i morderców... a przynajmniej w większości. Zbyt wiele od nich oczekuję. Dać mi skończyć? Pożegnać się? Przeprosić? Wzruszyć?! To nie cyrk idioto. To nie dom, gdzie każdy ma na uwadze twoje zdanie i niedojrzałość. To piekło, zachowuj się, więc jak na potępieńca przystało - przerwał doszukując się jeszcze jakiś szczegółów, które uznać by można za istotne. Nie znalazł nic, a w gruncie rzeczy wszystko co wcześniej wymienił w swym umyśle zostało przez niego analizowane dziesiątki razy - wychodzi na to, że w grupie wiele nie zdziałam. Trzeba załatwić to co obiecałem i powrócić do samotniczego trybu życia... znowu. Gdybym miał chociaż sztylet, to wyrżnął bym orki i po sprawie... co ja gadam. Przecież za sztylet każdy bez namysłu zgodził by się mi wylizać. No przynajmniej robię się milszy - trywialny uśmieszek zagościł na jego twarzy. Nie było się czym do końca cieszyć, ale obiecał sobie, że nie będzie się przejmował. W sumie mógłby się równie dobrze roześmiać, gdyby nie fakt, że pożegnanie z Zikiem traktował rzeczywiście poważnie. Fakt, iż zrobił z niego swoisty test niewiele tu zmieniał. Człowiek pozwolił mu wrócić, polepszył w minimalnym stopniu jego opinie o sobie, ale Syriusz nie zamierzał ani mu odpowiadać, ani tam wracać. Chociażby dlatego, że dał słowo, a słów należało się trzymać - możecie być sobie tak bardzo chamscy jak chcecie, ale przykro mi ja do was nie dołączę - skomentował owy fakt. Do Hanuna też nie zamierzał uderzać ze słowami jakie poprosił Zika o przekazanie. Powiedział je raz i to powinno wystarczyć, tak mógłby być uleglejszy, ale takim stwierdzeniem nikogo nie wkurwiał, ani urażał, dlatego uznał je za stosowne i potrafił to sobie wyperswadować.
Poczekał, aż elf się podniesie i razem z nim poszedł w stronę Hanuna. Jeśli ten nie podejmował żadnej akcji, Syriusz ślepo się w niego wpatrywał czekając, aż rzeczywiście coś "zacznie płonąć".
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
- Pierdolisz.
Orzekł filozoficznie drow z kontemplacyjnym uśmiechem złośliwego idioty. W sumie dość przyjemna rola gdy wszystkie Twoje kwestie i odpowiedzi sprowadzają się do tego, żeby w sposób zabawny dla średnio inteligentnej małpy skwitować wszelkiego rodzaju, czy to przydatne czy niezbyt wywody.
- Opierdalać się można i po wieki byleby brak było innych opcji.
Dodał jeszcze próbując wstać wspomagając się to ścianą to ręką Syriusza. W gruncie rzeczy szło mu to nawet nieźle i po kilku sekundach stał nawet równo wspomagając się w tej czynności znajdującą się dosłownie pod ręką ścianą lecz mimo wszystko i tak przypominał bardziej obraz nędzy i rozpaczy niż kogoś z kim można by zdobywać cokolwiek i z pomocą jakiegokolwiek fortelu.
Szedł. Szedł nawet gdy zabrakło ściany. Co prawda i on sam był tym bardziej zdziwiony od wszelkich obserwatorów ale szedł. Czy to leżąc zregenerował siły czy też w ogóle nie raczył ich tracić teraz w pełni popisał się nimi dziarsko maszerując i w prędkości marszu tego jedynie lekko odstępując od Syriusza. Szedł.
Im bardziej przyglądał się Syriusz tym bardziej ostentacyjnie nie odwracał się Hanun. Siedział tak i w gruncie rzeczy rozpaczliwie szukał jakiejś odskoczni dla skoncentrowania. Należał mu się podziw. Mimo przysłowiowej ludzkiej ciekawości, mimo braku jakiegokolwiek innego zajęcia, mimo najbardziej drażniącego z możliwych spojrzeń Syriusza dłuższą chwilę naprawdę wstrzymywał się od choćby odgonienia natręta. Dopiero szturchnięcie ze strony kompana uznał za stosowny motywator, gdyż obrócił się nawet i chwilę z wyrzutem patrząc na Syriusza najwyraźniej zbierał myśli.
- Słucham?
Orzekł w końcu siląc się na beznamiętność. Źle tłumiony gniew brzmiał w jego tonie niczym zbyt mocno uderzony cymbał.
- jak dziecko... - potrząsnął z załamania głową - przecież doskonale wie po co tu przypełzłem, tym bardziej, że jestem z Ianenem, a bawi się w jakieś gierki słowne jakby mnie nie znał. Ile można się gniewać o głupie niezrozumienie? Żenada... no dobrze przeboleje - podniósł głowę z towarzyszącym jej już od dłuższego czasu wyrazem twarzy. Spojrzał na swego przyjaciela, choć sam dziwił się, że ciągle go tak nazywa - przepraszam jeśli Cię skrzywdziłem, lecz nie o to mi chodziło. Teraz jednak proszę byś wstał i skończył tę groteskę. Jeśli chcesz możemy to załatwić jak na mężczyzn przystało, lecz nie teraz. Czas skończyć to co zaczęliśmy. Idź proszę po elfa bo i on nie chce mnie widzieć - skinął jeszcze do człowieka, którego Hanun wcześniej przekonał, bo niejako zapomniał trochę o nim.
- krótko zwięźle i na temat. Tak też się da w gruncie rzeczy - podsumował w myślach radując się przy okazji, tym, że i on potrafi się ograniczyć tylko i wyłącznie do niezbędnych słów. Debatując jednak dalej nad tą sprawą doszedł by do wniosku, że niewiele więcej do powiedzenia miał, a przynajmniej niewiele więcej chciałby powiedzieć. Całą formułkę przeprosin już wydukał... tylko trochę innej osobie.
Wskazał palcem elfów zapominając wcześniej, że człowieka nie było przy tych obradach. Mógł co prawda przypatrzeć się kiedy Syriusz w nich uczestniczył, jednak zbytek ostrożności jeszcze nikomu nie zaszkodził. Strzeżonego Bóg strzeże jak to mawiali kapłani, a on pod pewnymi względami coraz bardziej zaczynał ich przypominać.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
Hanun siedział przez chwilę czekając czy to ręki Boga mającej pomóc mu przy wstawaniu, prywatnego objawienia czy może prywatnego cudu jednak nie doczekując się jego wstał po prostu niebywale zmieszany. Nie odpowiedział, a odwrócił się po prostu i ruszył w wyznaczonym mu kierunku. Bez odpowiedzi, bez nawet skinięcia. Pierwszym sensownym skojarzeniem był golem, dopiero kolejnym obrażony na cały świat człowiek.
Poborowy Hanuna rozumiał najwyraźniej sytuacje, powstał bowiem i uśmiechając się przyjaźnie podał ku Syriuszowi dłoń:
- Witam, choć tak naprawdę nie mam gdzie. Nazywam się Torest, na całe nie szczęście nie doczekałem się jakiegoś miłego przydomku czy nazwiska. Bynajmniej do śmierci. Pan to zapewne drow Syriusz? Hanun mówił o panu bardzo miłe słowa. Co prawda teraz jakoś zamilkł acz wydaje mi się, że jesteście przedziwnym okazem przyjaźni ludzko-drowiej. Bez obrazy oczywiście.
Był… człowiekiem. I tyle z cech charakterystycznych. Nos, miał prosty, obły, poza tym trudny do skwalifikowania. Szare oczy iskrzyły animuszem, choć tak naprawdę trudno było powiedzieć czemu. Prócz tej to widocznej radości były one również – jak zresztą oczy wszystkich tu zgromadzonych – podkrążone i zmęczone. Nie wyglądał na takiego co to dopiero w Piekle specjalnie schudł czy utył. Był przeciętny. Jeden z miliona ciągle następujących po sobie pokoleń. Trudno było sobie wyobrazić jak ludzie mogli rozpoznawać swoich znajomych na ulicach jeśli wszyscy wyglądali aż do tego stopnia podobnie. To było chyba jakieś uwarunkowanie genetyczne.
Chwycił dłoń człowieka i uścisnął w geście przywitania. Bez zbytniego animuszu, czy niechęci. Tak po prostu, jakby owy gest miał być kwintesencją szarości prezentowaną przez Toresta. Co prawda człowiek poprawił mu humor, w tym samym stopniu co kamień rzucony na pustynie zmienia jej krajobraz, lecz zawsze. Ba! Ktoś po długiej libacji mógłby uznać, że na twarz drowa pada cień uśmiechu. Usta ex złodzieja nie pozostały w tej pozycji nazbyt długo, ponieważ, gdy tylko puścił dłoń od razu przeszedł do kontynuowania rozmowy. "Będzie następny?" zapytał głos w głowie bohatera. Głos ów nie był nawet szeptem, toteż drow poprzestał na zignorowaniu go. Miał przecież cel. Cóż mogły go obchodzić jakieś fanaberie jak obce głosy w jego głowie?
- owszem zwą mnie Syriuszem, ten obok mnie to Ianen - ciekawił się ile razy będzie musiał jeszcze wypowiedzieć swe imię pokazując przy okazji swego towarzysza niedoli. Jednakowoż cieszył się, że chyba po raz pierwszy nie musi o nie pytać - nie powiedziałeś nic co mogło by mnie urazić Toreście - dlaczego, cholera tylko na mnie to działa? - dodał w myślach - czemu inni nie mogą zrozumieć sensu tych słów? Eh... kurwa, obiecałem sobie coś. Dlatego jak przystało na prawdziwego mężczyznę, uciekam w las, gdy coś mnie goni - "przyjaźń" - wypowiedział już na głos, lekko afiszując to słowo - z Hanem to jedna z lepszych rzeczy jaka mnie spotkała w tym zapomnianym przez Boga miejscu. Faktem jest to, że... ah nieważne. Nie czas na wypłakiwanie się. Trzeba działać. Hanun jak mniemam wprowadził Cię choć podstawowo w to co zamierzamy zrobić, tak? - było to bardziej pytanie retoryczne, lecz Syriusz odczekał chwilę dla zachowania zasad grzeczności. Ktoś musiał to robić, choć drow nie uważał się za najlepszego przedstawiciela tej funkcji - daleki jestem od wszczęcia walki. Bardzo daleki, gdyż nas trzech poradziło by sobie bodajże z jednym. Dlatego, w naszym obecnym składzie będziemy musieli się przygotować na porażkę, gdy nasz cel stanie się zbyt agresywny. Proszę Cię jednak, byś był gotowy, że znów poproszę o twa pomoc. To, czy się zgodzisz czy odmówisz, zależeć będzie tylko i wyłącznie od Ciebie. Chciałem jednak byś to wiedział. Tyle miałem do powiedzenia, resztę ustalimy, gdy już wszyscy się zbierzemy - skinął głową na znak, że skończył. Było mu obojętne, czy usłyszy jeszcze Toresta. To nie był Zik, z którym prowadziło się długie rozmowy na temat sensu istnienia. To nie był człowiek, z którym drow związał się na tyle, by żałować, że już nigdy się nie spotkają. I to tylko z powodu głupiego postanowienia, które miało na celu wspomóc jego przenajświętszą misje. Idiotycznego " bo tak chce". Wiele, rzeczy w swym życiu ex złodziej żałował. Tej także. Nie samego faktu, że ostatecznie pożegnał się z Zikiem, lecz tego, że była to jego ostatnia z nim rozmowa.
- Nigdy nie zapomnę tego miejsca. Choćby nawet był to koszmar gorszy od mej przeszłości w Sorii, nigdy nie będę nawet próbował się go pozbyć z umysłu. Bardzo miłe słowa hę? Coś, więc tu jednak osiągnąłem. Ciekawe co teraz by o mnie mówił. Co Han? Jak mówił byś o tym, który ośmielił się... - złapał się na tym, że mówi do siebie. Jakby chciał sobie uświadomić jaka przyszłość go czeka. Długa, samotna wędrówka przez tę niekończącą się pustynie. Na pewno tu nie zostanie. Jeśli zawiedzie, będzie spróbował uciec. Aż do skutku, albo, gdy zginie. Spotka Ekrezema, przeżyje prawdziwe piekło, lecz przeżyje. Co by się nie działo, tutaj ma się wiele szans, a on zamierzał skorzystać z każdej.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
Schizofreniczne nieco dyskusje z własną osobą na dobrą sprawę występowały tylko w dwóch przypadkach podczas gdy przyczyna ich była wspólna i bardzo prosta - zbyt długie przebywanie jeno we własnym towarzystwie. W takim to wypadku zazwyczaj człowiek przy nagłym zderzeniu z innymi osobnikami uzna, że dyskusje na jego poziomie może przeprowadzić z jedyną inteligentną w tej grupie osobą, a więc z osobą własną. Druga z sytuacji występuje gdy kolizja z grupą nie następuje przez czas dłuższy niż jest w stanie przyjąć umysł. W takim to wypadku człowiek z braku alternatywy podejmował dyskusję z samym sobą. I pół biedy w sumie jeśli robił to w myślach, bo takie abstrakcje zdarzały się i najbardziej wybitnym, najgorzej gdy zaczynało się animować przedmiot jakiś czy po prostu zwracać się bezpośrednio do siebie. Specjalnie stawało się to uciążliwe gdy odmienność myślenia jednego spośród takich rozmówców zmuszała drugiego do kłótni.
- Tak pokrótce. Wpierw próbujemy rozmawiać ewentualnie po cichu wskazując na naszą liczebną przewagę. Jeśli nic z tego nie będzie mamy...
Pewny jakby wcześniej swych słów i powodzenia przekazanego dotąd planu teraz zgasł jakby i jakby upewniając się w czymś zadziwiającym spojrzał za osobę drowa i dalej w głąb jakby tam szukając czegoś na przykład nadziei.
- Jeśli nic z tego nie będzie mamy dać się poważnie pobić. Opcjonalnie uciekać z tym, że nie ma gdzie.
Uśmiechnął się człek krzywo i niespecjalnie też szczerze jakby drugim wrażeniem nie chcąc zepsuć pierwszego, które w jego mniemaniu prawdopodobnie wyszło całkiem nieźle. Chwilę trwała więc niezręczna cisza, w której Ianen szczerzył się debilnie, a Torest grzebać zaczął nogą w byle.
- Swoją drogą, kto podejmie się tej pierwszej części planu?
Rzucił po chwili człek jakby chcąc rozładować napięcie, co w gruncie rzeczy zadziałało przeciw niemu, bo i napięcie podniosło się mimo wszystko. W tej akurat rozmowie najbardziej na miejscu chyba byłaby dygresja o pogodzie.
Mimo, że wciąż ona była taką samą i jakoś niespecjalnie chyba dążyła do zmiany.
Syriusz po raz pierwszy zastanowił się nad tym najważniejszym problemem. Od tej osoby zależało wszystko, a on jak zwykle to przeoczył. To musiał być ktoś przekonujący, z talentem aktorskim, zdolnościami do negocjacji i umiejętnością wybrnięcia z trudnej sytuacji. Ianen odpadał z powodów oczywistych. Han mógł się przestraszyć i palnąć coś głupiego, co zawaliło by cały plan. Elf... był zbyt honorowy by blefować, zbyt honorowy by knuć i pluć im w twarz, miał pod opieką trzy kobiety, a to zdecydowanie pomniejszało jego możliwości. Poza tym posiadał masę upierdliwych cech, przez które Syriusz względnie powinien nienawidzić jego cała nacje, z którym to z kolei przekonaniem próbował otwarcie walczyć. Słowem: nie miał do niego zaufania. Toresta nie znał... jak nikogo zresztą. Po kletce zdołał porozmawiać z paroma osobami i związać się z nimi dość poważnie, co wcale nie zmieniało faktu, że gówno o nich wiedział. Jeśli jednak rozmowa człowieka z orkami, miała wyglądać tak jak ich obecna, nie wróżyło to niczego dobrego. Sam drow zaś... każdy wiedział jak to się może skończyć, choć żaden z nich nie zdołałby już powiadomić o tym drowa, bo co najmniej połowa z nich leżała by setki dni drogi stąd. Pisze plan po łebkach co? Zik? - pomyślał, uśmiechając się szyderczo - Znowuż, kurwa, masz racje .
Co, więc mam zrobić? - spojrzał na Zika, jakby oczekiwał stamtąd odpowiedzi. Na jego nieszczęście jednak, Syriusz umiał wysłuchiwać tylko swoje myśli miast kogoś oddalonego o kilkadziesiąt kroków - to musi być naprawdę, ktoś bez żadnej skazy mówczej. Istny jebany wierszokleta. Szkoda, że żaden nie byłby w stanie przetrzymać, ani naszej morderczej wędrówki do tego zasranego miejsca, ani tym bardziej utrzymać się na tej pustyni, więcej niż trzy ziemskie dni. Kobiety wytrzymują, Zik wytrzymuje, ale bard... - nawiasem mówiąc drow od paru ładnych lat nie przepadał za poetami. Nie chodziło tu o samą poezję, bo, gdy żył jeszcze w swym dworze jako szczeniak, ojciec próbował nie raz i nie dwa uszczęśliwiać jego życie, nudne zresztą, masą tak wymyślnych rzeczy, że i sam Wazimir dziwił się czytając listy z poleceniami. Raz udało się głowie rodziny sprowadzić parę niewolnych parajacych się takimi rzeczami. Urządzili młodemu Syriuszowi coś na wzór teatru. Nie bawił się może przednio, ale nawet przez chwilę nie przeszło mu przez myśl, żeby kazać im się wynieść. Z biegiem lat zaczął bez mała podziwiać większość z nich za talent, lecz w gildii o wiele bardziej cenił ludzi którzy byli dobrzy w mieczu i zdolni byli ochronić jego plecy, niż spierdolić, gdy zrobi się dym i potem w akcie pokutnym napisać pieśń ku chwale zmarłego. Skutecznie nauczył się odróżniać pracę, od życia rozrywkowego, a że w niedługim czasie praca pochłonęła go doszczętnie niewiele mu zostało dawnego szacunku dla tej profesji, a czegoś w co wierzyło się tyle lat nie można od tak wyplenić. Może kiedyś mu to przejdzie, może... ale teraz byli w piekle, i poeci mogli se dupczyć co najwyżej piasek i grać na własnym interesie. Do tego wszak się nadawali - ... ale o bardów, nie dbało się tak jak o kobiety i Zika. Nie, bez szans na takich. Zatem co mam począć? To musi być ktoś wyjątkowy... - skończył wywód, bo odpowiedź była tylko jedna:
- poczekamy na ochotnika. On na ogólną akceptację, jeśli nikt się nie zgłosi wybierzemy go demokratycznie, kiedy nasz rzekomy "przywódca" nie będzie owej funkcji chciał podjąć, to stanowisko obejmę ja. Wszak to mój pomysł i wydaję mi się, że taki mam obowiązek, wątpię jednak by naszym nieobecnym towarzyszą przypadło to do gustu - odetchnął trochę z ulgą, a trochę z niesmakiem. Z jednej strony wyszedł jako tako z twarzą bo odpowiedział cokolwiek, z drugiej zaś stracił pewne części zaufania u Toresta, a przynajmniej tak sądził... - co zaś się tyczy tego "ciężkiego pobicia"... powiem tak: nie bój się. Kto by nie był naszym mówcą, my wszyscy tam będziemy, także ja i w tym moja głowa, żeby ucierpiało jak najmniej osób. Jednak jak już powiedziałem, w szczegóły was wdrążę, gdy będziemy już w komplecie - odruchowo trochę spojrzał w stronę "elfiej osady" - bo naprawdę nie lubię się powtarzać - dodał tak chicho, że nawet głos w jego głowie, gdyby istniał, nie miałby prawa odpowiedzieć. Tak wyszkolonych uszu nie miał nikt na świecie.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
W efekcie doszedł elf do wniosku jakoby jedyna potrzebna mu osoba nie dość że znajdowała się poza jego zasięgiem to najwyraźniej częstotliwość jej umierania zawierała się w tak poważnej liczbie odpowiedniej jednostki, że szukanie go w miejscu gdzie po śmierci odradzało się po prostu w nowym miejscu było nie tyle nawet bezcelowe co po prostu bezdennie głupie.
Nawet Zik zalegający swą wszechwiedzącą osobą przy murach nie dawał odpowiedzi. Oznaczać to mogło dwie rzeczy jeno. Raz, że samym patrzeniem informacji od nikogo wyciągnąć niesposób. Dwa, że wątpliwości które rozpatrywał Syriusz nie mają konkretnego rozwiązania poza tym, że w razie braku oryginału należy używać zamienników.
I dla przykładu samemu zagrać na własnej fujarze.
- Wiesz, Ty się o wszystko starasz, a mimo wszystko głupio by było zostać tą niewielką ilością poszkodowanych…
Skwitował Torest ku uciesze szczerzącego się głupkowato Ianena. Jego irytujący uśmiech wyroczni w transie jakoś pogłębiał się nawet w miarę retorycznych porażek Syriusza.
Obóz Elfów poruszył się jakby by w kilka chwil niczym fatamorgana przeskoczyć w swym ostentacyjnie dumnym marszu zaraz obok drowa i objawić mu się w całej swej okazałości. Z dumnie więc uniesioną głową stał ramię w ramię elf z człowiekiem rzucając drowowi wyzywające spojrzenia. Co z tego, że gdy elf poczuł się małpowany zaraz odstąpił profilaktycznie od Hanuna i cóż, że w tej chwili Ianen wybuchł wreszcie dławionym śmiechem szaleńca. Mimo wszystko jednak funkcja pogardzającego wszelkim przejawem mroczności osobnika w którymś z kolei wrażeniu znów objawiła się w pełnej swej krasie mimo poniżającej nagości obu jej propagatorów.
Bez pardonu jednak mówiąc, co jak co, ale w każdym ubiorze wyszła by ta dwójka lepiej niż wyglądali teraz. Nawet najmniej zmyślna bielizna nadałaby im więcej dumy niż wymyślne podstawy, które stosowali by najwyraźniej w Syriuszu wzbudzić wstyd.
Efektu domyślić się było łatwo.
Syriusz chciał odpowiedzieć Torestowi coś w rodzaju "Skoro nie chcesz wierzyć moim słowom, to po jaką cholerę każesz mi je wypowiadać", lecz powstrzymał się z pozytywnym efektem. Trzymał gębę na kłódkę każdą z możliwych sił, bo chciał mieć jak najwięcej sprzymierzeńców po swojej stronie. Spojrzał za to na Ianena domyślając się jego obecnej reakcji. Puścił co prawda płazem swą porażkę, lecz nie mógł pozwolić by człowiek miał ostatnie zdanie. Ten głupi zwyczaj, nie przyniósł mu jeszcze żadnych korzyści, lecz nie raz i nie dwa poprawiał w choć minimalnym stopniu samopoczucie. Masa takich drobnych przyzwyczajeń i zachowań trzymała go przy życiu. I w chwili obecnej tylko ona, dlatego drow nie mógł sobie odpuścić tej satysfakcji. Już miał coś powiedzieć. Już otwierał usta...
A wtedy przyszli oni.
- cóż - tym razem nie zdołał się powstrzymać, lecz wyszło mu to raczej na dobre, gdyż stanie z otwartymi ustami w takiej sytuacji wydawało mu się głupsze niż to co widział. Choć "głupsze" z pewnością nie mogło oddać sensu zaistniałej scenie. Zdecydowanie brakowało mu słów, pomimo tego, iż uważał swój gabaryt retoryczny za jako taki, teraz stał i czuł się jak... jak jakiś cofnięty umysłowo, a przynajmniej o całe kilometry niżej w hierarchii niż ork. Przyciągnął, bardzo szybko, prawą rękę do twarzy bynajmniej nie po to by uderzeniem wyrwać się z tego przytępienia, lecz by odkaszlnąć i w tym udawanym geście zakryć usta.
Bowiem chciał zrobić to samo co Ianen.
- popadam w histerię? - zapytał sam siebie próbując się uspokoić - być może, ale zwykłe " jak dzieci" już nie wystarcza... w sumie, nie wiem dlaczego to mnie bawi. Cóż drowy się zmieniają... - skończył dochodząc do siebie. Jego wyczyn, nie mógł ujść uwadze nowo przybyłych, lecz chyba i oto mu chodziło. Nie miał już nic do stracenia, a oni mogli się czegoś dowiedzieć. Co nie było zresztą do końca miłe. Syriusz wyciągnął rękę w stronę mrocznego elfa, starając się go uciszyć, dopomagając sobie przy tym srogą miną. Nie czekał, aż jego towarzysz się uspokoi. Przecież podzielał jego zdanie. Rozejrzał się po obecnych, jakby chcąc sprawdzić, czy każdy dotarł po czym zaczął łagodząco:
- dobrze, że już jesteście - starał się nadać tonowi głos jaki słyszał u Wazimira i jego nazbyt często używanym zwrotem "wspaniale, że państwo przybyli. Panicz już czeka". Ah, te miłe młodzieńcze lata... jakże on ich teraz nienawidził! Jakże nienawidził, zarówno swego domu jak i państwa! Chociaż nie... to nie była ani jego rasa, ani dom. To tak jakby niewolnik mówił o swych kajdanach. Należały co prawda do niego, lecz bardzo chętnie byłby się ich pozbył.
To porównanie zresztą bardzo dobrze, przedstawiało jego sytuację.
Po raz kolejny złapał się na tym, że myśli o "domu". Nawet jeśli tak bardzo go nienawidził, to ciągle o nim myślał. Sam nie wiedział dlaczego. Nawet to co tam doświadczył z perspektywy czasu zdawało mu się niekończącym koszmarem. Najchętniej wrócił by tam, uwolnił Wazimira, zapisał na niego wszystko i zajął się Stalkerem. Lecz, jak to usłyszał w pewnej opowieści, którą czytano mu całe wieki temu, jego kraj "jest tak daleko, że świecą nad nim inne gwiazdy". Zaczął nawet tęsknić do ziemskiego słońca, którego tak rzadko doświadczał. Byle nie tego. Byle nie tutaj.
Byle nie z nimi...
- skoro wszyscy są - dodał chwilę później, zmieniając już ton na ten którzy przybierają stratedzy przed wojną. On oczywiście, nie krzyczał jak głupi, lecz wręcz przeciwnie: ściszył głos - sądzę, że należy zacząć od podstaw. Idziemy na orków, cholernie trudnych przeciwników. Jedyną naszą przewagą jest ta liczebna, lecz nawet ona się na nic nie zda, gdy wszyscy będziemy się przekrzykiwać, każdy dodając co innego. W ten sposób wszyscy się pokłócimy i nic nie osiągniemy. Dlatego nasza liczebność ma służyć tylko do pokazu i módlcie się, aby to wystarczyło. Musimy zatem wybrać kogoś kto przekaże wole za nas wszystkich. Jednak to nie będzie dla niego łatwe zadanie. Osobnik ów musi mieć w sobie dość odwagi by praktycznie sam stawić się dwom, potężniejszym - specjalnie zaakcentował to słowo - przeciwnikom. Obowiązkiem również jest posiadanie na tyle talentu retorycznego by ich omamić i nie doprowadzić do konfliktu. Musi umieć kłamać jak i udowodnić, że mówi prawdę. Być silnym psychicznie by nie dać się zagiąć. No i wreszcie, ta osoba weźmie na swoje sumienie losy wszystkich. Ktoś bez skazy jednym słowem - wymienił po kolei te wszystkie wady, które przekreślały każdego z nich do roli o której mówił - ktoś chętny? - zapytał po chwili, nie wiedząc czemu koncentrując się na Hanunie.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
Ianena co prawda wzrok Syriusza nie zmroził czy nie zamordował jak to niektóre spojrzenia mają okazję ale najwyraźniej zmusił na swój sposób do głębszych przemyśleń na temat źródła swego rozbawienia w efekcie czego śmiech jego wpierw przygasł by zniknąć zaraz uciętym jakby jękiem krótkim, w którym wyraźnie sygnalizował fakt dalszego podwyższonego poziomu endorfin acz przytłumionych na tyle by w najbliższym czasie nie miał się drow w chichocie swym przewracać na grzbiet. Zamilkł więc po kilku salwach dławionego jeszcze śmiechu by nareszcie w pełni dać wypowiedzieć się Syriuszowi bez zniekształceń wynikających z ogólnodrowiej zgodności wobec zjawiska dumy i elfiej pogardy.
Chętnych jako takich niestety czy na całe szczęście nie było. Nuż wynikało to z ogólnie przyjętego zazwyczaj założenia, że jeśli ktoś wnioskował o nadanie komukolwiek statusu dającego mu to sam chciał nim zostać, nuż po prostu każdemu trudno raczej było spełnić cały niepisany statut wymogów.
W efekcie więc po wszelkich namysłach, konkluzjach i dedukcjach, których łączną długość nie sięgnęła zapewne nawet minuty lecz mimo wszystko nadała pozór jakiś pomysłowości całej grupy jedynym wnioskiem sensownym okazały się wspomnienie już demokratyczne wybory. Dodatkowo pomysł ten najwyraźniej wydał się najsensowniejszym całej grupie.
- Skoro nikt się nie zgłasza może należy kogoś wybrać?
Rzucił więc zaraz Hanun na siłę starając się nie spoglądać w stronę Syriusza i trójka skinięć go poparła.
- Ja proponuje szanownego elfa
Dodał zaraz człek i już poparć była tylko dwójka, w tym jedno z szerokim uśmiechem na ustach. Tłumaczyć chyba nie trzeba było, że brakowało jedynie zgody wybieranego. Wyglądało na to, że poparcie tego sposobu maleć będzie w miarę wybierania więc jeśli coś demokratyczną drogą miało być podjęte, musiało być zrobionym jak najszybciej.
Syriusz jednak nie kiwnął głową. W gruncie rzeczy nie zrobił nic, bo jego głos nie miał żadnego znaczenia. Teraz liczył się tylko wywołany elf i od niego wszystko zależało. Jednak ex złodziej z głębi serca czuł, że nie tylko od niego, że on sam gra tu jakąś ważniejszą rolę. Bo to był spektakl. Nie spotkanie przed bitwą, zwykły teatr, gdzie każdy uchodził za kogoś kim nie jest naprawdę. Choć z drugiej strony nie każdy. Ci dwaj z których opinią Syriusz liczył się najmniej, byli ciągle sobą. Trzeba było to przerwać. To nie było spotkanie towarzyskie. Szykowali się na wojnę, największą zresztą jakiej Syriusz miał doświadczyć.
Trzeba było z tym skończyć.
- ale jak? - zapytał sam siebie. Choć czuł, że w obecnym akcie nie gra roli drugoplanowej, doskonale wiedział o tym, że jego zdanie jest niczym powiew wiatru. Niby rusza wszystkich, lecz nikogo nie obchodzi. Spadł tak nisko... On! Drow, dla którego reputacja i pozycja przez długie lata były najważniejsze. Nie, nie tyle dla niego co dla całej rasy mrocznych elfów. To mu wpajano od małego, tylko tego od niego wymagano: by przez całe życie dbał o reputację domu. Nawet tutaj w miejscu tak zatraconym przez wszystko, zawiódł dwie osoby na których zależało mu najbardziej zanim tu trafił. To od nich się wszystko zaczęło... smutne wspomnienia wróciły. Miną lata zanim młody drow się ich wyzbędzie.... lata, albo stosy trupów. Jednak pomimo tego melancholijnego nastroju, pomimo tych pesymistycznych myśli ex złodziej uśmiechnął się i wyszeptał w pełni przekonany swych słów: - źle mnie uczyłeś tatuśku.
Potem podniósł wzrok i spojrzał na elfa. Bezpardonowo, prosto w oczy. Chciał wyczytać z nich, czy on jest na to gotowy. Mało osiągnął dlatego spytał:
- godzisz się na to... "szanowny elfie"? Zapytaj sam siebie, czy jesteś na to gotów. To wielkie wyzwanie. Sam powstrzymam się teraz od głosu, bo nie ode mnie zależy to co się dalej stanie. Jedno słowo i na twoje barki może spaść wielki ciężar. Nie chce Cię absolutnie odwodzić, lecz zarówno Ty jak i my wszyscy musimy być pewni tej decyzji. To nie jest przechadzka po parku. To być może najważniejsza walka na tym cholernym zadupiu! - odetchnął głęboko. Teraz, rzeczywiście już nic nie zależało od niego.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
Nonsensowna, harda duma tak niezbędna w stosunkach ogólnolfio-drowich i tym razem nie zawiodła rozmówców. Elf stał jak stał wciąż ręcę trzymając pod boki i całość sytuacji jakby obrzucał zimnym spojrzeniem. Gdyby zapewne nie ostatnia porażka to samo zrobiłby Hanun lecz najwyraźniej zmądrzał ona tyle by swój konformizm poskromić i zastąpić zgapioną pozycje choć w niewielkim stopniu zmienioną. Stanął on więc w rozkroku, ręce na plecy założył i mimo ignorowania go przez Syriusza z cierpliwością godną najlepszego z magów z gniewem wpatrywał się w twarz drowa. Co przy tym eksponował w pełni niewielkich rozmiarów nie trzeba było chyba nadmieniać…
Wspomnienie o szanownym elfie pogłębiło jeszcze stan, w którym znalazł się zawczasu już rozmówca Syriusza. Duma, którą zawczasu tylko irytował zabijała pewnie teraz wszelkie mikroorganizmy w promieniu trzydziestu centymetrów od jego osoby. Spoważniał nawet Ianen. I gdy Syriusz stwierdził ,że podirytowanie elfa sięgnęło już zenitu okazało się, że to co dla każdego byłoby już granicą mentalnej wytrzymałości i przymusiłoby do agresji elfa jakby nie ruszyło.
- Nie, nie jestem gotowy drowie. Tak samo jak nie jest gotowy nikt z tutaj zebranych. Zapytaj obu spośród ludzi, zapytaj Twojego… rodaka. Nie ma tu nikogo kto zgłosiłby się do zadanej funkcji. Nawet wielki drowi inaugurator gdy przyszło co do czego szuka ofiarnego kozła by za niego wykonał te gorszą część roboty. Co mam więc zrobić w obliczu braku jakichkolwiek chętnych? Brakuje jednego głosu by zagłosowała większość, co powiesz drowie?
Syriusz w gruncie rzeczy spodziewał się takiego obiegu wypadków. Tak, bo on jednak był tu kimś znaczącym. Choć ciągle nie wiedział, czy to zwykła próba polepszenia nastroju, czy rzeczywiście prawda. Nie był, również do końca pewien kto tu tak naprawdę poszukuje kogoś kto wykona za niego tę gorszą część roboty...
- eh... elfie ja wcale nie szukam kozła ofiarnego. Wręcz przeciwnie bym powiedział, lecz nie będę się kłócił na ten temat, bo większość z nas wie jak owa rozmowa by się skończyła. Swojej niechęci do mnie nie musisz okazywać, doskonale o niej wiem. Idąc dalej, nie wiem dlaczego akurat teraz tak bardzo liczysz się z moim zdaniem, wszak niedawno obchodziło Cię tyle co piasek po którym stąpasz... a nawet mniej. Czy aby na pewno ja szukam kozła ofiarnego? Wszak jest tu ktoś jeszcze kto nie wyraził swej opinii - drow rozłożył pokazowo ręce - lecz nie martw się elfie nie pomogę Ci w wyborze. Jak już rzekłem "to nie ode mnie zależy to co się dalej stanie". Ty i, z tego co widzę, tylko Ty możesz podjąć teraz decyzję. Nie mogę Ci jej narzucać bo jest naprawdę poważna. Jeśli powiem "tak" mogę spisać Cię na naprawdę okropne rzeczy. Jeśli powiem "nie" możemy wybrać kogoś jeszcze mniej odpowiedniego. Praktycznie tylko Ty elfie masz teraz prawo głosu, lecz chyba nikt nie każe Ci podejmować decyzji właśnie teraz. Czekaliśmy tyle, poczekać możemy jeszcze chwile - naprawdę elf chciał na tym skończyć. Kłócił się sam ze sobą by nie otwierać już gęby, lecz... on po prostu lubił dużo mówić - jednak... skoro tak bardzo chcesz poznać moje zdanie, to powiem tak: chce byś mógł wrócić tu i dalej chronić swą kompanię. Byś dalej mógł dawać okaz tej powalającej dumy, którą wasza rasa tak wspaniale okazuje. Słowem: chce byś żył i by żyło twoje towarzystwo. Chcę byś dalej mógł walczyć i bym ja choć raz ostatni mógł spojrzeć na okaz piękna w tym przeklętym miejscu, który notabene bez Ciebie długo nie pociągnie - miał już gdzieś, czy uznają go za zboczeńca, czy kogoś kto zbyt łatwo się wzrusza. Mówił prawdę i tylko to się liczyło.
A autorytetu i tak nie miał żadnego.
I ponieważ nie wiedział dlaczego wszyscy stoją i jak debile "opalają sobie plecki" usiadł spokojnie i z pełnym szacunkiem spojrzał na elfa.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
- Bo tylko Twoje, drowie, zdanie zostało do wypowiedzenia. Ja przed chwilą wyraziłem swoje zdanie. Zrobili to obaj ludzie i wątpliwego zdrowia psychicznego drow. Został jeszcze jeden, który zamiast mówić jasno lubi sobie pogadać ale i on w końcu się przełamał. Brawa dla ostatniego spośród głosujących. Niestety nie rozdajemy nagród.
Rzekł elf w tonie setnie zarówno prześmiewczym jak i dumnym. Co prawda wielu osobom takie połączenia takowe wydawały się niemożliwe ale miały one taką wspólną cechę że były ludźmi, nie od dziecka indoktrynowanymi elfami. Niestety ale pewnych umiejętności nie da się tak po prostu zdobyć, co lepsze wymagały jeszcze stosownego wychowania.
Rechot Ianena był już na tyle przewidywalnym, że gdy ten znów zaczął dusić się w swoim kaszlącym śmiechu nikt prócz niego samego nie zwrócił na niego uwagi. Taka już chyba przywara ludzi oryginalnych, że gdy w swej oryginalności się zapętlą szybko robią się nudni. Ianen więc z głównej przyczyny irytacji w krótkim czasie stał się naturalnym tłem dla wszelkich poczynań.
Z niebywale bestialskim uśmieszkiem patrzył elf na siadającego Syriusza. Kilka sekund odczekał by ten zaczął już rozkoszować się nie opalaniem sobie plecków po czym zakomenderował niczym rasowy oficer wojskowy.
- Czas podjąć jakieś działania.
Po czym kiwnął ręką by całość grupy ruszyć ku orkom jakby byli tylko kukiełkami w rękach wybranego przez nich samych lalkarza. Przełamał się nawet Ianen, który najwyraźniej zawiedziony działaniem własnego śmiechu przez kilka ostatnich minut posmutniał wyraźnie.
Tak właśnie elfy odpłacały na "pełne szacunku spojrzenia". Słowami, które miały ośmieszyć i zmieszać z błotem na oczach towarzyszy odpłacali na parę zdań otuchy. Za szczerość, która w nim siedziała. Jednak wszyscy mieli rację. Zik, jego rodzice, nawet krasnolud... wszyscy. Tylko on głupi dumny drow nie miał racji. Próbując się zmienić ponad wszystko, przebić przez tę prawdę która tak mocno prażyła w oczy. Nawet nie miał siły zastanawiać się, czy to wszystko jest mu potrzebne. Czy to ma jakikolwiek sens...
Chciał im pomachać.
Nie wiedział już co robić. Jeśli wstałby i ruszył za nimi, wyszedł by na kogoś kim można pomiatać. Na dodatek udowodnił by wyższość elfa. I chyba wpadł w depresje. Jeśli tu zostanie, zaprzeczy całkowicie temu co wyznawał dotychczas. Zobojętniał na wszystko, a że siedzenie na dupie było o wiele łatwiejsze postanowił tak pozostać. Patrzył na nich, oddalających się i sądził, że traci wszystko co przed chwilą zyskał. Reputacje, której nie miał, druhów, szacunek...
- ciągle się oszukiwałem. Ja nic dla nich nie znaczę. No... na pewno nie teraz. - po raz kolejny elf spojrzał prawdzie w oczy. Był głodny, wycieńczony, spragniony i obolały, a musiał zrobić tutaj jeszcze tyle rzeczy. Położył się na plecach, podkładając pod głowę rękę. Nie chciał o tym wszystkim myśleć. Zdał się na to, że piekące od słońca oczy, całkowicie go pochłoną. Spoglądał zatem w niebo, wytrzymując ledwie kilka sekund. Zamknął oczy. Czekał. Sam nie wiedział na co, ale miał to przeczucie, że czegoś mu tu brakuje. Jako, że nie miał najmniejszej ochoty, ruszać się ze swego tak pieczołowicie wyszukanego miejsca, czekał aż "to coś" do niego przyjdzie. Samo z siebie. Jak nic dotąd.
- jakby nad tym pomyśleć -zagadnął siebie elf, nie wytrzymując nawet dwóch sekund - to on tylko udowodnił, że nie jest dobrym przywódcą. Zniszczył to na co my z Hanem tak ciężko pracowaliśmy: liczebność. Tak, więc wcześniej, czy później zawołają na mnie, albo znów ośmieszą. Tym razem przy wszystkich. Względnie mam to gdzieś bo i tak się nie ruszę puki grabarze nas nie zwołają... a wtedy się zacznie. Powinienem zatem oszczędzać siły. Wody, tęż winienem się napić... ale wcale nie jest pewna wygrana. Może tylko straciłbym siły. Zatem istnieją nikłe szanse, że to do czego tak rzadko się posuwam przyniesie mi wreszcie korzyści - rozmyślał dalej, nie wiedząc nawet, że tylko siebie pociesza.
Bardzo chciał zobaczyć co "jego kompania" właśnie robi. Jak podejmują się tej retorycznej walki z orkami, ale jednocześnie przeczuwał, że niebawem zobaczy rzeź. I mimowolnie sam przeciw sobie, wstanie i pobiegnie im na pomoc. Na zatracenie. Podświadomie, nie wiedząc nawet o tym bał się, że zobaczy jak "zieloni" po prostu odchodzą, a tym którzy go tak psychicznie poturbowali wszystko się udaje. To był prawdziwy powód, dla którego elf mrużąc oczy wpatrywał się w bezkresne niebo - bał się. Sądząc, że całkowicie wyzbył się tego uczucia odrzucał tę myśl od siebie. Nie przyjmował jej tak jak nie przyjąłby teraz wody. Jednak cały dygotał w środku. Ciągle był za młody na piekło jakie się w okół niego działo. Był za młody by zabijać. On nie był nawet przygotowany do życia drowa. To nie był jego świat. Lecz skoro takim go stworzono, należało wstać i walczyć. Jednak drow nie mógł tego zrobić. Był całkowicie obojętny.
_________________ Jest to opowieść o wolności:
tej, która była,
tej, o którą walczymy
tej, która jutro stanie się naszym udziałem
Pełne szacunku spojrzenia miały to do siebie, że przez indoktrynowanych do rasowej nienawiści rzadko były odbierane w sposób poprawny. Podobnie bywało zresztą z wszelkimi właśnie przejawami przyjaznych gestów kierowanych ku właśnie indoktrynacji ofiarom. Tak też trudno było się dziwić elfowi bowiem i drow nie raz nie dwa szczuty był zarówno na mniej mroczną cześć swojej rasy jak i pokurczy czyli jak to w specjalistycznych środowiskach zwykło mawiać się na krasnoludy. To, że akurat na niego niespecjalny miało to wpływ nie znaczyło wcale, że tak samo zdarzyło się i w przypadku reszty soryjskiej populacji.
W swych depresyjnych jakby z lekka myślach Syriusz w pełni chyba znaczenia zrobił z siebie postać tragiczną. Oba spośród wykoncypowanych wyborów dla niego chociaż były tymi gorszymi wyborami. W obliczu takiej to sytuacji depresja zdawała się jakby naturalną koleją rzeczy.
Większość członków wyprawy tej wojskowej powstało by ruszyć za elfem w niemym już marszu. Większość zostało powiedziane bowiem wraz z wewnętrznie na równi z zewnętrzem cierpiącym drowem pozostał ten drugi, bo i jakoś zebrać nie mógł się by iść. Chwilę więc musiał postać on i popatrzeć jak to albo jego brat niejaki siedzi albo jak reszta grupy coraz to wolniej i z coraz to bardziej trzęsącymi się nogami. W końcu jednak pochylił się, a ciężar zrobił już swoje więc i ostatni, który pozostał wiernym prawdziwemu organizatorowi tej społecznej inicjatywy własnymi wartościami fizycznymi zmuszonym został do podążenia za władzą ludu.
Torest obrócił się jeszcze w pół drogi orientując się najwyraźniej, że brakuje może nie większości ale pewnej części sformowanej przecież grupy nie po to by być mało liczebną, a by mnogością swą przerazić orków. Mało brakowało mu by zawrócić gdy nagle i Hanun obrócił się i swego towarzysza trącił by i on szedł dalej. Co jak co ale władza ludu przedziwnie tu duży miała zakres...
Niebo, nawet niebo w Piekle nie dawało takiego ukojenia jak należało. Nie wiadomo skąd powstałe chmury siarki, czerwono-burę zabarwienie. Nie, to nie było niebo. W Piekle zabierano nawet niebo by pozostawić na jego miejscu wytwór ironii, któregoś z wyższych demonów.
Słońce, słońce, nadzieja.
Mógł drow co prawda liczyć na kobiety, które Torest niejako pozostawił lecz liczenie to trwało nie więcej jak minutę. Oczy wystarczyło mu otworzyć by kątem oka wychwycić jak odsuwają się one może nie tyle od samego drowa co od jego przeżyć i uczuć. Prawdą bowiem odwieczną było, że jeśli nie napotka trudno będzie popaść w podobną.
- Ustąp orku, bowiem źródło to nie należy do Twojej osoby jeno, a do całej tu społeczności zebranej!
Okrzyk ten niejaki wyrwał drowa z ogłupienia w jakie powoli wprowadzał go ogół warunków. Chwilę wibrował w coraz dalszych i ciemniejszych głębiach umysłu by po chwili wrócić z siłą zdwojoną i zupełnie już wybudzić elfa z letargu. Przez chwilę tę, w której doprowadzał się Syriusz do stanu używalności najwyraźniej i orki otrzeźwiały nieco i myśleć zaczęły bowiem to zaraz jeden u drugiego najwyraźniej wątpliwość swą wyjaśnić pragnął, gdyż w kilku ciężkich, orczych słowach wymienili się oni sugestiami po czym zamilkli na nowo.
Elf zapewne zmieszał się setnie nie słysząc zrozumiałej odpowiedzi ale tej pięknej chwili Syriuszowi dane obejrzeć nie było. Ważnym za to było, że przez chwilę uszy wychwytywały jeno ciszę, a to oznaczało, że skonfundował przywódca ludu i zupełnie nie wiedział co powiedzieć.
- Czy który z Was na wspólnym dialekcie się wyznaje?
Rzekł w końcu, a odpowiedzi nie dane było drowowi poznać.
- W takim razie nakazuje Wam - odstąpcie od wody i nam się jej dajcie, bo i nie Wy tylko jesteście spragnieni ale ta grupa cała.
- Cokolwiek żeś powiedział drzewołazie, wiem tylko, że o wodę chodzi. Chcielimy ją podzielić jako, chociaż nie bardzo liczenie znamy. Czekalimy więc aż kto się napić podejdzie coby jego o równy podział poprosić ale każdy bał się jako. Pijcie, ale równo to róbta, a Ty panie drzewołaz wytłumaczysz o czym mówiłeś, bo nic nie wiem.
Zdziwienie jakie nastało u drowa zapewne setnie razy mniejsze było niż odpowiednik u jego leśnego kuzyna. Po raz kolejny ta rasa stereotypowych zielonych bezmózgów zadziwiła, ale już nie tylko Syriusza, a cały tłum zgromadzony.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum