Erxen - Ostatnie poselstwo - akt I
Farewell - 2025-07-14, 19:52 Temat postu: Ostatnie poselstwo - akt I
Ostatnie poselstwo – akt I
Kroniki Fodrina, Stefana i Taigi
Miasto zmieniło się.
Niegdyś skąpane w optymizmie, pełne woli walki i przekonania o swojej wyższości. Dziś - strzaskane, zderzone z rzeczywistością. 16 dnia Merris przyszła druzgocząca wiadomość - rzeka Siva została sforsowana. Ale nie to było największym zaskoczeniem. Zaskoczeniem było to, jak szybko to nastąpiło. I że wojska Północy wycofały się bez walki. Z czego wyniknęła ta obrzydliwa przewaga wojsk Radomira Zlatnosŭrtskiego? Sam most na rzece był wąski, łatwy do wybronienia, a rzeka - trudna do przeprawy. Te pytania, jak i wiele innych, spędzały sen z powiek mieszkańców Vodenitska.
A ci również nie próżnowali. Cała tkanka miejska zmieniła się diametralnie. Ci, którzy nie mieli w mieście dobytku do strzeżenia i obowiązków do wypełniania, a więc głównie kobiety, dzieci oraz możni, opuścili miasto. Ci, co dobytki i obowiązki mieli, ci, których zmusił honor i ci, którzy nie mieli gdzie się podziać - zostali. Pocieszając się, że wszak to wojna między wielkimi rodami szlacheckimi, więc zwykli mieszkańcy nie muszą na tym ucierpieć, prawda? Zresztą mury miasta są grube i wysokie, zapasy zrobione, i tak zaraz przyjdzie odsiecz. Patriarcha nie pozostawi ich samym sobie w chwili próby.
Ci, co mieli się gdzie podziać, miasto opuścili. A ich miejsce zajęli chłopi ze wszystkich wiosek w okolicy, szukając bezpiecznego schronienia. Miasto przyjęło ich do siebie, jednak miało też swoje limity. Pewne było to, że nie była to ostatnia fala uciekinierów i uchodźców. A jedzenia, chociaż sporo, to mogło nie wystarczyć dla każdego.
Ale mieli jeszcze czas. Na drodze wojsk Południa stał jeszcze kasztel Dúnmara w wąskim przesmyku między Górami Zachodnimi a wielkim jeziorem Erx. On skutecznie spowolni oddział nieprzyjaciela, pozwalając Północy na przegrupowanie się i kontratak.
Miasto czekało w gotowości, jednocześnie przygotowując się na najgorsze. Przygotowywano się do potencjalnego oblężenia, magazynowano zapasy, organizowano ludzi, elfów i krasnoludów, by każdy miał swoje zajęcie. Cechy rzemieślnicze otrzymały swoje partie murów do zabezpieczenia, łodzie zarekwirowano na potrzeby wojenne, port zamknięto.
Każdy dokładał swoją cegiełkę, bojąc się o swoje życie i dobytek. Za dnia praca, nocą eskapizm poprzez zabawę, alkohol i seks. A jednym z centrów mocnej zabawy, popijawy i rozpusty była karczma "Zlatni Čekić". Krasnoludzka karczma, pomimo erxeńskiej nazwy. Tam od blisko tygodnia z ust krasnoludów nie schodziła niedawna, pełna zwrotów akcji historia o wyprawie Fodrina Żelaznego, Stefana Tertera, Taigi Sokolov, a także ich kompanów: Quinn "Złamana Tarcza", Ivo "Twarda Gęba" oraz dwóch, którzy oddali swoje życie za miasto: Zdravko z Kraĭrechen i Svetomir z Chernej Gory. I choć historia ta była opowiadana już wielokrotnie, znana była przez każdego, to i tak tego deszczowego wieczora 18 dnia Merris grupka krasnoludów usiadła przy ciepłym kominku i łapczywym kordonem otoczyła Fodrina Żelaznego. A Fodrin był właśnie w trakcie opowieści…
DarkLord - 2025-08-17, 18:03
Ostatnie Poselstwo
Akt I
Wspomnienia Fodrina
19 Merris
W ciasnej wynajmowanej na poddaszu kawalerce w proletariackiej kamienicy w zwichrzonym łożu leżał opasły krasnolud przygnieciony do puchowego materaca przez spożyty wczoraj alkohol i kotłujące się w głowie myśli. Przez ciężkie zasłony do pokoju sączyły się pierwsze promienie słoneczne, które drażniły zmysły mężczyzny i nie pozwalały mu uciec od rzeczywistości w krainę snów. Krasnolud znany jako Fodrin “Żelazny” Fadrinsson liczył sobie już sto wiosen i zastanawiał się co osiągnął w życiu. Powszechnie wiadomo, że każdy szanujący się dwerg powinien w tym wieku mieć już żonę i potomstwo, nie wspominając już o własnym domu. Tymczasem on Fodrin tkwił w ciasnym pokoiku na poddaszu w kamienicy pod wynajem w obcym mieście, samotny jak drzewo na szczycie pagórka. Czy to jest spełnienie, którego szuka? Młodość mężczyzny była burzliwa. Spokojne życie w wiosce pośród Gór Środka Świata nie było dla niego. Czuł w tedy, jak zamiera i niknie pośród nieróżniących się niczym od siebie dni w sennej osadzie. Postanowił w tedy ruszyć na szlak i zasmakować życia jako najemny ochroniarz karawan. Sam Wojownik nie poskąpił mu talentu do wojaczki, szybko dzięki swojej sile i wytrzymałości otrzymał swój przydomek. Z niejednego pieca chleb jadł, podczas swoich wojaży, aż w końcu podczas starcia z orkami otrzymał potężny cios w wizjer hełmu. Wraże ostrze przebiło się przez blachę masakrując twarz krasnoluda, po dziś dzień nosi paskudną bliznę po tym wydarzeniu. Wielu się w tedy dziwowało, że dwerg nie padł z miejsca ino dalej walczył, chyba tylko dzięki przysłowiowej rasowej upartości. Był to przełomowy moment w życiu Fodrina, nastawianie karku za czyjś majątek, przestało być atrakcyjną formą zarobku. Krasnolud wykorzystał swoje kontakty i zdobyczne złoto, by osiąść w Vodenitsku i terminować w cechu kowali Krasnoludzkiej Kompani Handlowej. Szybko się okazało, że i Rzemieślnik nie poskąpił talentu mężczyźnie, który zdobył szlify zbrojmistrzostwie. Umiejętności pozwoliły Fodrinowi stać się pełnoprawnym członkiem cechu i zdobyć obywatelstwo miejskie. Nawet jako obywatel miejski poza społecznością krasnoludów patrzono na niego z wrogością i niechęcią. Nie ważne jak dobrym był rzemieślnikiem i co czynił dla miasta, to wciąż nim pogardzano. Czuł się obcy w wciąż obcym mieście, pomimo upływających lat. Owe lata spędzone na mozolnej pracy zaowocowały właśnie kawalerką na poddaszu. Dwadzieścia lat harówki, by kisić się na poddaszu! Na domiar złego żadna krasnoludka nie poznała się na jego umiejętnościach i osobie. Nie tak to sobie wyobrażał! Nie tak miało to wyglądać! Pobłogosławiony przez dwóch Synów Ojca - świat powinien być dla niego jak kopalnia pełna złotonośnej rudy, a nie węgla. A może roztrwonił oba talenty, nie osiągając mistrzostwa ani w jednym ani w drugim. Ta myśl spędzała mu sen z powiek. Rozdarty między młotem, a toporem na początku tego miesiąca zapragnął coś sobie udowodnić. Niedostarczone zgodnie z umową do miasta sztaby żelaza stały się przyczynkiem do wyprawy. Wyprawy, na którą z chęcią przystał, by sprawdzić się znów w boju. Podróż okazała się niemałym sukcesem, nie dość, że wraz z towarzyszami odnaleźli brakujące sztaby i skradzioną broń, to doprowadzili do pokoju między krasnoludami z Saltzbergu a erxeńczykami z Mali Gaju, a także rozbili heretycką konfraternię. Nieźle jak na parę dni podróży. Większość zasług zgarnął Stefan Terter, którego gładki język potrafił omotać każdego, to jeśli chodzi o sprawy wojenne prym wiódł Fodrin. Wszyscy wiedzieli, że to właśnie męstwo krasnoluda i kunszt wojenny przyczyniło się do szczęśliwego zakończenia wyprawy. Od tygodnia zbierał pochwały z różnych stron za wkład w sukces przedsięwzięcia i odzyskując wiarę w swoje umiejętności. Powoli i nieubłagalnie sukces ten zaczął blednąć i rozmywać się. Co raz mniej osób chciało słuchać opowieści o wyprawie, głównie jego ziomkowie z cechu, natomiast osoba, na której uwadze najbardziej mu zależało - karczmarce Brianie “Kamiennej Serce” pozostawała niewzruszona. Nie bez powodu urodziwa i rezolutna kobieta nosiła ten przydomek, odmówiła bowiem niejednemu absztyfikantowi o czym teraz boleśnie się przekonał wczoraj Fodrin podczas popijawy, wszelkie próby zaimponowania jej zakończyły się fiaskiem. Na dokładkę w karczmie niosła się wieść, że kolejna delegacja miała ruszyć w tamte rejony zawłaszczając sobie sukces poprzedniej, tyle było z całego przedsięwzięcia. Ulotna chwila sławy. Wyprawa rozbudziła też w dwergu dawno uśpioną tęsknotę za ojcowizną - niedostępnymi górami i zielonymi halami. Wystarczyło jedno spojrzenie na niebotyczne szczyty i jeden wdech rześkiego górskiego powietrza, by rozbudzić pragnie powrotu do ziem ojców. Jego ziomkowie z Saltzbergu przyjęli go serdecznie jak dawno niewidzianego kuzyna, a nawet zaproponowali miejsce pośród nich. Sam Fodrin nie potrafił stwierdzić czy wciąż jest prawdziwym dwergiem czy nie stał się już jak mawiali mieszkańcy gór wielkomiejskim krasnoludem. Nie potrafił znaleźć w sobie tej odpowiedz. Czuł się jakby siedział okrakiem na kamiennym murze oddzielającym miasto od gór i chybocząc się to w jedną to w drugą stronę zależności jak wiatr powiał. Oferta jaką dostał z Saltzbergu była nader kusząca, zwłaszcza teraz, gdy w Erxen szalała wojna domowa. Linia panującego rodu nad chorą gwałtownie wygasła i możni rozpoczęli walkę o przejęcie schedy. Miasto poparło Nosyjevićów ród wskazany przez erxeńskiego patriarchę, na południu zaś boczna linia Zlatnosŭrtsckich nie mogąc się pogodzić z utratą władzy wszczęła bunt. Sytuacja nie wyglądała zbyt różowo, szala zwycięstwa zaczynała przechylać się w stronę buntowników. Całe miasto huczało od plotek. Karlowy Most padł i wrogie wojska maszerowały na Vodenitsko, a dostępu do niego bronił jedynie kasztel Dúnmara. Widmo oblężenia spędzało wszystkim sen z powiek, w całej metropolii wrzało jak w ulu. Najbogatsi pakowali dobytek i uciekali czym prędzej za mury, za to okoliczni chłopi tłumnie zjeżdżali do miasta poszukując z kolei za jego murami schronienia przed zagończykami, którzy zaraz nadejdą. Zwykli mieszkańcy szykowali się najgorsze wzmacniając mury przed wzbierającą wojenną nawałnicą, w tym Fodrin wraz ze swoim cechem. Ostatnie dni minęły mu na kuciu broni dla obrońców i doglądaniu przygotowań powierzonego cechowi odcinka muru. Serce wojownika nakazywało stanąć do boju i w z toporem w ręku udowodnić wszystkim swoją wartość, jednak ponury realizm wyśmiewał to natychmiast. Zbyt wiele razy obiecywał sobie w myślach, że czyny coś zmienią. Niewdzięczni erxeńczycy nigdy nie zmieniali zdania widząc w nim tylko na półdzikiego innowiercę z gór. Czy warto za to stawiać swoją krew na szali, w nie swojej wojnie?
Z gonitwy myśli wyrwało krasnoluda łomotanie w drzwi. Mężczyzna zwlókł się z trudem z łóżka, zastanawiając się któż o tak wczesnej porze chce go niepokoić. Mamrocząc pod nosem odciągnął zasuwę ciężkich dębowych drzwi i je otworzył. Jego oczom ukazał się elfi podlotek ściskający w ręku list. Chłopak prócz pisma miał też wiadomość ustną. Fodrin z lekko rozdziawionymi ustami słuchał, jak zostaje wezwany natychmiast do magistratury przez jakże nie inaczej Stefana Tertera. Krasnolud nie miał pojęcia o co chodzi, przez ostatnie dni nie robił nic co wymagało kontaktu z urzędem - prawda? Nigdy, wszakże nie wiadomo co wymyślą biurokraci, by utrudnić życie mieszkańcom. Wręczył parę groszy gońcowi w podzięce za jego trud i otworzył ostrożnie list. Serce mężny zabiło mocniej, gdy zobaczył pismo urzędnicze, ani chybił kolejne podatki... Przejechał szybko wzrokiem po treści listu i skacowany musiał zrobić to parokrotnie, by uwierzyć własnym oczom. Otóż Stefan Terter na urzędowym piśmie zapraszał do karczmy “Pod Pecenom Svinjom” na wieczór! To się nie mieściło w głowie Fodrina, co ten zgryźliwy człowiek znowu wymyślił. Niedługo miał się o tym przekonać...
***
Zmieszany Fodrin opuścił koło południa budynek miejskiego magistratu. Fasada budynku była przepięknie zdobiona w ręcznie malowane rzeźby i freski podkreślając znaczenie urzędu. Krasnolud poczłapał pod miejską fontannę stoją na środku rynku. Rzeźba na fontannie przedstawiała jednego z erxeńskich bohaterów powalającego bestię, z której ran niczym krew tryskała woda. Niesione przez wiatr krople ochłodziły twarz mężczyzny, pomagając opanować emocję. Rozpiął swój nowy kaftan szyty na miarę, kupiony na takie właśnie okazję. W końcu miał chwilę, by zebrać myśli. Po niespodziewanej pobudce rano, szybko doprowadził się do porządku i pognał co sił do ratusza. Na miejscu spotkał towarzysza z wyprawy Ivo “Twardą gębę”, niestety ten nie był wstanie powiedzieć nic więcej na temat wezwania, poza tym, że otrzymał podobne. Próba rozmówienia się ze Stefanem w jego gabinecie również nic nie wniosła. Po minie zgryźliwego człowieka, można wywnioskować, że wie o co chodzi, jednak nie zamierzał się z tym dzielić. Choć ciekawość zżerała od środka to Fodrin musiał uzbroić się w cierpliwość i zaczekać w korytarzu.
Spokój urzędu nagle zakłóciło się pojawienie Tajgi Sokolov oraz Quinna "Złamanej Tarczy". Ewidentnie coś w Tajdze pękło po dramatycznych wydarzeniach z Sivo Brdo, umysł ludzkiej niewiasty nie nadawał się do bitewnej zawieruchy. Zwłaszcza, że tamto starcie ciężko porównywać do zwykłej bitki, opętani przez mroczną magię chłopi rzucali się im pod broń walcząc do ostatniej kropli krwi. Nawet wojownik wzdrygał się na wspomnienie ich zimnych lśniących oczu, z których ziała pustka. Robili co mogli, by ich w tedy powalić, jednak ich zapalczywość sprawiała, że wciąż parli na nich. Ostatecznie z atakujących ostało się ledwie garstka. Dla Taigi była to niczym nie uzasadniona rzeź, a całą winą obarczyła za nią dowodzącego wyprawą Stefana Tertera i nie zamierzała siedzieć cicho. Oberwało się nawet Fodrinowi za udział w tamtych wydarzeniach, czekając na audiencje w magistracie musiał wysłuchać żalów kobiety. Celniczka zarzuciła mu, że ma krew na rękach wprawiając w zakłopotanie i dyskomfort. Nawet tu z dala od cichych sal urzędu w pełni siły dnia, słowa Tajgi nie dawały mu spokoju. Chwalebne zwycięstwo nad herezją w jednej chwili obróciło się w coś plugawego i niegodnego. Popatrzył na swoje odbicie niepewny czy widzi bohatera czy zbrodniarza. Może uczynienie z tamtych wydarzeń karczemnej opowiastki nie było najlepszym pomysłem. W Sivo Brdo zrobili to co konieczne... Nie pozostał dłużny na słowa celniczki, stwierdzając, że musiał bronić siebie i innych, a wściekły tłum chłopów nie był bezbronny, gdyby udało im się kogoś pochwycić to pewnością zadeptaliby i zarąbaliby narzędziami, które mieli pod ręką. Zapewniał towarzyszkę, że na Ojca i Wojownika starali się powalić agresorów, zwłaszcza jeśli chodziło o dzieci, a nie wyrzynać wszystkich jak leci. Opętane dzieci były największą podłością tej herezji. To nie tych, którzy walczyli przeciw tej ohydzie powinna potępiać, ale jej sprawcę wielebnego Ithela. Jednak Tajga pozostawała głucha na te argumenty uważając decyzję Stefana o konfrontacji za błędną. Co innego mieli zrobić? Nikt nie zdawał sobie sprawy ze skali zepsucia, w normalnej sytuacji plan Tertera, by się sprawdził - poddani winni się ukorzyć przed swoim suwerenem. Kobieta szukała uparcie innego rozwiązania, którym był dla niej zwiad. Kto miał się tam zakraść? On sam ze swoim wielkim brzuchem... Szkoda, że dopiero po fakcie Taiga miała te swoje świetne pomysły, ale tamtego dnia nie oferowała się ochoczo do podkradnięcia się do wioski. Oskarżyła nawet Stefana o niewystarczające przygotowanie środków medycznych. Cóż może i coś jest na rzeczy, ale krasnolud na tym się nie znał. Niemniej Terter po bitwie robił co mógł, by pomóc komu tylko był w stanie. Trzeba było mu to uczciwe przyznać. Cóż wyglądało na to, że uprzedzenia Taigi to tego zgryźliwego człowieka zaczynały przybierać granice absurdu. Potrzeba ogromnych pokładów cierpliwości, by wytrzymać z dłużej niżli trzeba towarzystwo Tertera, naprawdę swoim mędrkowaniem i zajadłością potrafi rozsierdzić każdego, a pokłady cierpliwości celniczki już dawno się wyczerpały. Ta dwójka nie powinna razem pracować ani tym bardziej przebywać w jednym pomieszczeniu. Wyglądało na to jednak, że ratusz ma inne plany co do nich...
Po słowach Taigi w korytarzach ratusza zapadła na długo niezręczna cisza. W końcu tą niezręczną wibrująca ciszę przerwało wezwanie do gabinetu burmistrza. Sprawa była poważna, skoro wezwano ich przed oblicze samego burmistrza Zlatana Nosyjević. Wszyscy członkowie starej kompani stanęli na wezwanie, CI którzy przetrwali intrygę apostatów i powrócili do miasta. Raz jeszcze pogratulowano im sukcesu, łechcząc tym samym ego krasnoluda. Łyżką dziegciu było potwierdzenie, że dalsze negocjacje ze Saltzbergiem przejmie ktoś inny. Im jednak wyznaczono inne zadanie równie odpowiedzialne, jeśli nie ważniejsze. Burmistrz potwierdził ku ich zgrozie plotki krążące po mieście, wojska południa rozbiły ich siły i maszerują na miasto. Od osiągnięcia celu wroga oddziela jedynie kasztel Dúnmara. Ich zadaniem ma być dotarcie do krasnoludzkich osad na obrzeżach Erxen: Svart Juvel, Landsbyen i Skraningen, w celu pozyskania najemników, który uderzą niespodziewanie na rozciągnięte linie wojsk południa. Role zostały im jasno wytyczone Stefan miał ponownie objąć dowództwo i otrzymał stosowne pełnomocnictwa wraz z listem żelaznym, Taidze przypadła w udziale rola zwiadowcy, natomiast pozostali Fodrin, Quin oraz Ivo mieli zająć się ochroną. Dodatkowo w Krairechen miał czekać przewodnik Aljosa, który miał przeprowadzić ich przez lasy i wzgórza. Na to wspomnienie krasnolud westchnął i oparł się o marmurowe kamienne ściany fontanny, aż kamień stęknął pod jego ciężarem. Jak zawsze w obliczu zagrożenia erxeńczycy przypominają sobie o istnieniu krasnoludów i zwracają do nich o pomoc. Rozbudzona w mężczyźnie tęsknota za przygodą i chęć wykazania się przed Wojownikiem, pchła go na kolejną wyprawę. Pewnie sam zgłosił, by się na ochotnika, gdyby dali mu dojść do słowa. Jednak erxeńczycy swoim zwyczajem całkowicie pominęli jego wolę, a także jego zobowiązania wobec cechu, przydzielając do kolejnej delegacji. Rozsierdziło to dwerga i pokazało jak niewiele dla nich znaczy. Jak zawsze krasnoludy są od czarnej roboty... Burmistrz na słowa sprzeciwu zbył go, mówiąc, że gildia na pewno udzieli zgody. Fodrin musiał zagryźć zęby i robić dobrą minę do złej gry, jeśli mają toczyć się negocjacje z jego ziomkami z gór, lepiej by miejskie krasnoludy na tym miały czuwanie. Na spotkaniu wykazała się również Tajga składając raport o odnalezieniu skradzionej broni w miejskim spichlerzu, a także zasugerowała, by przejazdem w Slainbhaile położonym na wzgórzu ustanowić posterunek obserwacyjny, który miałby donosić o ruchach nieprzyjaciela. Celniczka jak zawsze wykazała się bystrym okiem, jak i sprytem. Dziwowało tylko, że burmistrz wolał wysłać ją za miasto niż przydzielić do szukania sprawców zuchwałej kradzieży, a wszystko to pomimo głośnych sprzeciwów Taigi. Na tym spotkanie się zakończyło. Fodrin zerknął na tarczę zegara miejskiego powinien ruszać do kuźni i wyjaśnić swoją nieobecność, a także podzielić się wieściami jakie zasłyszał. Krasnoludy miejskie nie mogą pozostać bez wiedzy, lepiej by byli gotowi na to co nadejdzie.
***
W blasku zachodzącego słońca Fodrin składał ofiary za wstawiennictwo nadchodzącej wyprawie bogom Førstseptu w kamiennej kapliczce przycupniętej obok murów. Opasły krasnolud złożył w ofierze kawałek stali przed obliczem Wojownika, prosząc o siłę w nadchodzących bojach. Następnie przed wyobrażeniem Górnika złożył grudkę węgla, prosząc o wytrwałość w nadchodzących trudach podroży. Kolejną stację stanowiła płaskorzeźba Rzemieślnika, u której stóp złożył gwóźdź, prosząc o mądrość w nadchodzących negocjacjach. Przed figurą Pasterza złożył owcze runo, prosząc, by w nadchodzącej podróży nie zbaczał z obranej ścieżki. Na końcu uklęknął przed wizerunkiem Ojca umieszczonym w centrum kaplicy, składając mu w ofierze złotą monetę, prosząc, by miał go w opiece w nadchodzącej wyprawie. Pogrążony w modlitwie myślał o swojej wizycie w cechu, po opuszczeniu magistratu udał się tam niezwłocznie. Pracy było co nie miara z przygotowaniami do obrony. Niemal cały dzień spędził na kuciu bełtów, chociaż tyle mógł zrobić dla bractwa nim znów zostanie porwany przez władze miejskie. Swoje obowiązki wobec krasnoludzkiej społeczności i gildii traktował z wielką sumiennością i gorliwością. Niezwykle rozsierdziło dwerga przydzielenie do wyprawy wbrew jego woli. Brak samostanowienia straszliwie frustrował. Również jego mistrz Rugrin “Mieczotwórca” kipiał ze złości, że w tak trudnym momencie straci jednego ze swoich zbrojmistrzów i to wszystko bez konsultacji z gildią. “Magistrat robił się co raz bardziej bezczelny! Nie traktują nas z należytym szacunkiem i wykorzystują. Nie pozwolimy na to!” - Starszy krasnolud grzmiał zirytowany. Podczas rozmowy z nim Fodrin przekazał mu wszystko czego dowiedział się o sytuacji na froncie i planach erxeńczyków, te informacje z pierwszej ręki z pewnością przydadzą się jego ziomkom. Miejskie krasnoludy powinny trzymać się razem, by nie paść złośliwym knowaniom ludzi i elfów. Rugrin po ochłonięciu przyznał, że przyda się jednak, by ktoś od nich patrzył na ręce miastu, a jego uczeń spisywał się w dym doskonale. Mistrz również udzielił błogosławieństwa wyprawie. Fodrin poczuł ulgę, że nie został zbesztany za miganie się od pracy, ba nawet zyskał poczucie celu w swoich działaniach. Celu, który od dawna mu się rozmywał, a teraz jasno się klarował jako bycie łącznikiem między miastem, krasnoludzką diasporą oraz górskimi klanami. Mieczotwórca wspomniał również, że w Skraningen odbywa się festyn. Kto wie może ta informacja do czegoś się przyda w nadchodzącej podróży. Podczas pracy zbrojmistrza odwiedziła jeszcze jedna prominentna osoba i to sam przewodniczący Krasnoludzkiej Kompanii Handlowej Adolf “Długa Broda”. Szanowny Adolf słysząc o delegacji w jakiej weźmie udział jego protegowany zwrócił się o drobną przysługę. Okazało się, że matka przewodniczącego Gunda “Królowa” Orwindotter przebywająca Landsbyen przewlekle choruje i potrzebuje leków, które trzeba przewieść z miasta. Drobna paczka zawierała butelkę wina z szałwią, fiolkę z wyciągiem ziół oraz pudełeczko z maściami na okład. Fodrin natychmiast przystał na tę prośbę, nie zwracając nawet większej wagi na obietnicę sowitej nagrody. Dla mężczyźnie ważniejsze było poczucie krasnoludzkiej solidarności jak i przykazany przez Førstsept szacunek dla starszych. Takiej prośbie po prostu nie wypadało odmówić, zwłaszcza, że w żaden sposób nie nakładali drogi. Będąc w kapliczce czuł, że bogowie pochwalają jego zachowanie. Powstał z kolan z uporządkowanymi myślami i znalezionym na nowo celem. Zaskarbiwszy sobie przychylność bogów mógł ruszyć na szlak, nie lękając się żadnych trudów i przeciwności. Tego dnia pozostała mu jedynie wizyta w karczmie na tajemnicze zaproszenie Tertera, po nim można było się wszystkiego spodziewać...
***
Późną nocą lekko się zataczając Fodrin mocno zmieszany i nażarty do granic objętości żołądków wracał krętymi uliczkami do swojego mieszkania. Zorganizowane przez Tertera spotkanie okazało się farsą godną jarmarcznych trefnisiów. Stefan miał co prawda gest w ramach podziękowania zaprosił wszystkich uczestników poprzedniej wyprawy na uroczystą kolację. Prawie wszystkich... poza Tajgą. Na nic zdały się protesty wojownika, że winni świętować razem, a nie budować podziały i pielęgnować urazy. Kobieta co prawda załamała się podczas bitwy, jednak wykazała się na innych polach, choćby odnajdując prawdziwych sprawców zbrodni na poddanych Tychomira Suncevskiego. Stefan pozostawał głuchy na wszelkie argumenty, pozostając głęboko uprzedzony po wybrykach celniczki jakimi były kłamstwa o ciąży i próbie wyzwania go pojedynek. Dla Fodrina te dziwne zabiegi Tajgi zakpicia ze Stefana były kompletnie niezrozumiałe. Zapowiadała się długa podróż...
W tedy w karczmie podano tyle dobrego mięsiwa okraszonego gęstymi sosami wraz ze schodzoną wódeczką, że krasnolud na chwilę zapomniał o waśniach towarzyszy ciesząc się jadłem i napitkiem. Ostatnio tak się objadł na wieczerzy w Mali Gaju. Starszy inspektor celny wygłosił mowę dziękując zebranym za ofiarną służbę, a także ku zaskoczeniu wszystkich wybrał Fodrina na swojego zastępcę na wypadek jak by coś mu się stało. Dwergowi aż mowę odjęło na chwilę, gdy puchł z dumy, że jego zaangażowanie zostało aż tak docenione. Uroczyście zapewnił, że dołoży wszelkich starań by i ta wyprawa zakończyła się sukcesem. Wisienką na torcie była mina Quina na tą decyzję, który sądził, że sam otrzyma ten zaszczyt. Stefan wyjaśnił, że znajomość kultury i języka krasnoludów jest niezbędne do sukcesu delegacji, ukracając tym samym wszelkie wątpliwości co do nominacji. Terter miał jednak, gdzieś w sobie głęboko ukryte za zgryźliwością dobre cechy. Urzędnik miejski wyjaśnił też swojemu następcy szczegóły kontraktu dla najemników. Miasto potrzebuje około pięciu setek woja, płaci dwa denary za lekką piechotę, cztery za ciężką, a dowódcą po osiem. Przewidziana była również premia za bój i zwycięstwo. Dodatkowo Stefan miał przygotowane cztery sakwy z darami dla krasnoludzkich wodzów w postaci tytoniu, kawy i kakao. Fodrin słuchał uważnie i zapamiętywał, nie chcąc zaprzepaścić powierzonego mu zaufania.
Atmosfera przy wieczerzy przybrała groteskowy i absurdalny wymiar, gdy w niczym jarmarcznym spektaklu Tajga okazała się być obecna w oberży i słyszała każde słowo Stefana. Zrobiło się cholernie niezręcznie... Fodrin czuł ogromny wstyd, że brał udział w niecnym przedsięwzięciu Tertera mimo, że nie wiedział o jego brudnym towarzyskim zagraniu. Podpita kobieta ostentacyjnie zignorowała ich formalnego dowódcę i ruszyła do tańca z Quinem, który też nie wylewał za kołnierz. Nieźle razem wywijali na parkiecie, a byli tak zrobieni, że parę razy wylądowali na nim. Oczywiście było nie w smak Terterowi, który utrzymywał, że to ujma dla magistratury. Fodrin został, więc wysłany na interwencje. Krasnolud miał wielką ochotę palnąć Quina już od dawna, po tym jak usłyszał o jego roli w pogromach krasnoludów. Wystarczył jeden pretekst... O dziwo tego wieczora mężczyzna był nawet znośny w obyciu i przechwalał się zbytnio, po prostu chciał się bawić. Zaś Tajga zagadnięta przez dwerga stwierdziła, że nie czuje afrontu. Zbrojmistrz zauważywszy, że nie będzie z tego chryi pozostawił ich na parkiecie i wrócił do stolika. Tam ze zdumieniem wraz z Ivo wysłuchał przemówienia Tertera na temat Wojownika, którego nie powstydzili się piastuni z gór. Dwaj krasnoludowie słuchali wywodów człowieka na temat ich wiary z rozdziawionymi gębami. Wiedza inspektora celnego na różne tematy budziła podziw. Miarka się przebrała, gdy zaczął paplać na temat odszczepieńców, którzy przyjęli ludzką wiarę. Wzmianki o apostazji mocno rozsierdziły Fodrina, tak, że miał ochotę komuś przyłożyć. Na szczęście Stefan sam zrozumiał na jak śliski grunt wdepnął i szybko uciął te dywagację, by mogli w spokoju napić się wina.
W końcu zabawa zaczęła się chylić ku końcowi. Pierwszy opuścił ich “gospodarz” tłumacząc się, że musi wcześnie wstać. Dziwne to było, bo noc wciąż była młoda. Ivo i Fodrin nie narzekali, bo w końcu cały trunek i jadło pozostał dla nich, gdy Quin wciąż tańcował z Tajgą. Następnie arendę chyłkiem opuściła celniczka ze zbolałą miną, może jednak doświadczyła jakiegoś afrontu. Fodrin chciał z nią pożegnać i wyjaśnić całą tą niezręczną sytuację. Niestety kobieta pozostawała obojętna na jego wołania i wyszła nawet się nie pożegnawszy. Taki towarzyszki policzek mocno rozsierdził krasnoluda, aż mu przeszła ochota na dalszą zabawę. Pożegnał się z resztą i ruszył do domu. Nawet teraz dochodząc do drzwi kamienicy, wciąż trzymała go złość. Nie uczynił nic, by zasłużyć sobie na taki traktowanie. Zaczynał powoli rozumieć niechęć Tertera do niej. Zirytowany znalazł klucz w kieszeni, otworzył drzwi i wdrapał się na piętro. Trzeba się położyć, bo z rana ruszają na kolejną wyprawę.
DarkLord - 2025-08-17, 18:05
20 Merris
Rankiem tego dnia drużyna zebrała się na rynku i wyruszyła w stronę bram miejskich. Większość z nich jechała konno, poza Fodrinem, który siedział zaczerwieniony w dwukółce. Okazało się, że dwerg się tak bardzo rozspasł na miejskim wikcie, że koń nie był wstanie unieść jego cielska na grzbiecie. Cóż za upokorzenie. Nawet Ivo, będący też krasnoludem, dosiadał konia. Jak mogło do tego dość? Wojownik w młodości dosiadał kuców, jednak zawsze preferował marsz nad jazdę wierzchem, a teraz mógł być tylko ciągnięty jak worek kartofli...
Jechali okrężną droga w złóż murów, dzięki czemu krasnolud miał sporo czasu na przemyślenia jadąc w dwukółce. Trzeba było przyznaj Terterowi, że wpadł na całkiem sprytny pomysł, rozgłosił wszystkim, że jadą na północ, a nie tak jak planowali na zachód. Nawet ruszyli w stronę bramy północnej, by gapie na rynku to odnotowali. Czemu posunęli się do takiego fortelu, Fodrin nie wiedział, ale z pewnością utrudni to śledzenie ich poczynań.
Mimo wcześniej pory wiele się już wydarzyło. Przy punkcie zbornym z samego rana mężczyzna jako pierwszy spotkał Tajgę i po jej wczorajszych wybrykach nie był zbyt skory do rozmów. Celniczka wyczuła to i w końcu się zreflektowała, przepraszając za wczorajszy nietakt i tłumacząc się, że Quin przypomniał jej Sivo Brdo przez co tak nagle wyszła. Poczciwy krasnolud nie potrafił się długo gniewać i przyjął przeprosiny, rozumiejąc jak trudny to temat dla towarzyszki. Następnie rozmowa zeszła na znów na postać Tertera. Tajga oskarżyła inspektora o bycie interesowną egocentryczną mendą. Krasnolud nie zaprzeczył, że ich formalny dowódca jest trudny w obyciu i zgryźliwy, ale też stanął w jego obronie przypominając, że spór między klanem Słonej Wody, a Mali Gaj rozstrzygnął sprawiedliwie o dziwo nie faworyzując żadnej ze stron. Za ten z pozoru niepasujący do Stefana czyn Fodrin był mu do zgodnie wdzięczny, niestety jego kamratka nie dostrzegała tego. Nie można jej było za to winić nie była krasnoludkom ani innowiercą przez co nie widziała niesprawiedliwości jaka dotykała nie erxeńczyków. Po raz kolejny wrócili do wydarzeń z Sivo Brdo, Tajga uparcie jak mantrę powtarzała, że sprawę należało rozwiązać nie używając siły. Wojownik był już zmęczony powtarzaniem w kółko tego samego tematu i argumentów. Doświadczona trauma zbyt mocno odcisnęła się na celniczce, by była w stanie logicznie to przemyśleć. Obiecał jej, że zrobi wszystko co w jego mocy, by wyprawa była bezpieczna i nie będzie stał z boku, jeśli pomysły Tertera staną się zbyt irracjonalne. Deklaracja ta uspokoiła Tajgę. Celniczka powiedziała równie, że posiada list i zapomogę dla rodziny Zdravka z Krairechen poległego w poprzedniej wyprawie. To była słuszna inicjatywa i poparł w niej kobietę. Tyle chociaż mogli zrobić dla poległego tragicznie kompana. Na koniec krasnolud doradził jej też by tak jak on zacisnęła zęby i puściła koło uszu większość bezsensownej paplaniny Stefana, dzięki czemu można skupić się na pracy. Wątpił jednak, by zechciała go posłuchać...
Niespodziewanie dołączył do nich nie kto inny jak sam Terter, momentalnie atmosfera zrobiła się tak gęsta, że można było ciąć powietrze nożem. Stefan zagaił rozmowę dając wykład o tańcu, przy czym kpił z wczorajszych pijackich podrygów kobiety. Tajga nie pozostawała dłużna sugerując, że skoro inspektor tak dobrze zna się na tańcu powinien wykorzystać to w delegacji, uraczając nim krasnoludzich mehrów. Fodrin słuchał tej wymiany z nieskrywanym zażenowaniem, wołałby być gdzieś indziej niż słuchać bezsensownych waśni towarzyszy. Oczywiście poruszony musiał być temat Sivo Brdo. Terter zbił prześmiewczo argumenty Tajgi, tłumacząc, że potajemny zwiad nie był możliwy w tamtym momencie, a sama kobieta nie była do niego zdolna przez swoja skłonność do wpadania w panikę. Inspektor wykazał się też dużą hipokryzją wychwalając nagle zdolności zwiadowcze celniczki, zwłaszcza po wczorajszym ostentacyjnym pokazie niechęci. Zęby bolały od słuchania tego wszystkiego. Absurd sięgnął szczytu, gdy oboje ludzi skomentowali swoje datki na msze. Sokolov zarzuciła skąpstwo Terterowi, a on jej hipokryzje, bo sama nic nie dała. Przypominało to spór dzieciaków w piaskownicy. Zapowiada się długa podróż...
Po porannej mszy nim wyruszyli wydarzyło się coś niespodziewanego. Oto z kościoła przyszli ich pożegnać sam burmistrz Zlatan Nosyjević oraz biskup Valentin Svetoslavov. Zaangażowanie wierkuszki miasta w całe przedsięwzięcie, utwierdziło Fodrina w przekonaniu, że biorą udział w czymś niebywale istotnym. Miejscy dygnitarze podkreśli znaczenie ich misji i udzieli im błogosławieństwa. Duchowny przestrzegł ich, że okupiony krwią triumf nie jest zwycięstwem w oczach Astariona, choć pokonanie heretyków było chwalebne to cena jaką przyszło za to zapłacić była też zbyt wygórowana. Ku zdumieniu wszystkim biskup mianował Tajgę doradczynią do spraw wiary, by krwawa łaźnia jaka wydarzyła się w Sivo Brdo nie powtórzyła się. Sam Fodrin nie wiedział co o tym sądzić, z pewnością skomplikuje to sprawy i wywoła kolejny spór o kompetencję. To będzie długa wyprawa... Oczywiście klecha erxeński musiał przestrzec ich przed krwiożerczością i chęcią zemsty górskich krasnoludów. To było wysoce niestosowne wobec celu ich misji, a także krasnoludzkich członków drużyny. Fodrin zgrzytnął zębami powstrzymując się od kąśliwego komentarza. Choć rozpierała go złość, wiedział, że nic nie może z tym zrobić. Wszelkie słowa w tamtej chwili mogły mu zaszkodzić, zdobyta przez niego pozycja była zbyt ważna. Zadra pozostała głęboko w jego sercu i z pewnością jej nie zapomni...
Drużyna zbliżała się do bramy miejskie. Dwukółka furkotała na miejskim bruku. Tego ranka wydarzyło się wiele, ale wszystko bledło dla dwerga w obliczu jednego wydarzenia. Otóż pośród tłumu ich żegnającego delegację, Fodrin wypatrzył też Brianne. Jego starania jednak przyniosły skutek, a chyża krasnoludka zwróciła na niego uwagę. Nawet teraz serce Fodrina pulsowało na tę myśl szybciej. Ku jego zaskoczeniu w rozmowie z wybranką serca towarzyszył mu Stefan, nie jako zwierzchnik, ale przyjaciel wspierający jego wysiłki. Zgryźliwy człowiek pokazał, że mimo wszystko potrafi się zachować i ma w sobie dobre odruchy. Brianna osobiście zapewniła mężczyznę, że z utęsknieniem będzie wypatrywać jego powrotu. Te słowa uczyniły go najszczęśliwszym dwergiem na placu. Fodrin nie czuł się tak rozemocjonowany od dawna, nawet spadające pod jego adresem pochwały o jego wojowniczości i kunszcie rzemieślniczym nie wprawiały w taką euforię, jak słowa przepięknej karczmarki. Na jednym tchu zapewnił ją, że z łaską Wojownika powróci do niej rychle z honorem. Po tym inspirującym pożegnaniu Stefan stwierdził, że taka zacna kobieta potrzebuje gonnego męża i jeśli Fodrin zdobędzie szlify mistrzowskie z gildii z pewnością będzie mógł prosić o jej rękę. Krasnolud entuzjastycznie poparł pomysł, po powrocie mógłby starać się o egzamin, a potem rękę Brianny. Marazm poprzednich dni uciekł gdzieś, a przed dwergiem malowały się jasne cele. Patrząc jak miasto powoli znika za horyzontem jadąc w dwukółce Fodrin zastanawiał się jaki prezent powinien przynieść swojej wybrance z wyprawy...
***
Po południu dotarli w znajome strony do wioski Staro Selo na popas dla zwierząt. Po paru godzinnej jeździe Fodrin miał okazję z ulga rozprostować nogi. Krasnolud doglądając koni przy korycie rozmyślał o tym co usłyszeli od wioskowych. Starszy wioski Bryn przyjął ich serdecznie. W przyjaznej atmosferze wymienili się informacjami. Mieszkańcy poinformowali ich o dużym ruchu na rzece, zwłaszcza w jej górę. Dwerg przypuszczał, że byli to uciekinierzy przed wojenną zawieruchą. Sołtys przesadnie nie wierzył, że wojna się zbliża do ich spokojnej osady. Tu na szczęście Stefan zaczął go ostrzegać i radzić co przedsięwziąć, aż dziwne, że Tajga siedziała cicho, przecież dobro maluczkich zawsze leżało jej na sercu. Inspektor przestrzegał starszego, że miasto jest już przepełnione i może nie przyjąć kolejnych uchodźców. Poradził za to, by udać się do Sivo Brdo opustoszałym po ostatnich wydarzeniach i położonym na wzgórzu lepiej przygotowanym do obrony. Bryn nie był przekonany, bał się złej reputacji tamtejszej osady jaką zyskało po herezji oraz gniewu pana, jeśli opuszczą wioskę. Teter uspokoił starca mówiąc, że apostaci zostali zabici i zło wyplenione, a co się tyczy ich pana, że w sytuacji wojny chłopi mają prawo ratować swój dobytek i siebie nawet jeśli muszą opuścić przynależną jej ziemię. Wiele można powiedzieć o Stefanie, ale zawsze wspierał innych radą i pomocą na swój własny nieco zgryźliwy i mądraliński sposób. Nie mniej zawsze można było polegać na jego szerokiej wiedzy. Choć nie była to łatwa współpraca to Fodrin cieszył się z niej razem mogli wiele osiągnąć. Po tym jak konie się posiliły i napiły krasnolud zaczął zaprzęgać je do dwukółki. W oddali było słychać spory miejskich celników, które zdawały się nigdy nie milknąć. Pora znów ruszać...
***
Słońce powoli chyliło się ku upadkowi, a oni zatrzymali się na chwilę w lesie. Fodrin wydrapał się ze stęknięciem z wozu i patrzył zdumiony jak Tajga i Stefan dywagują na temat gówna znalezionego w lesie. Ta wyprawa ocierała się granice absurdu. Najpierw inspektor dał celniczce prowadzić, licząc złośliwie i skrycie, że nie podoła. Kobieta ignorując większość przytyków i poleceń formalnego dowódcy, bez trudu wyznaczyła kurs przez lasy. Ten sukces jeszcze bardziej zirytował i rozsierdził Tertera. Człowiek pokazał się teraz z najgorszej strony. Chyba nawet dzieci potrafiły się lepiej ze sobą dogadywać w czasie zabawy. A teraz dywagowali o gównie. Owszem świadomość co je pozostawiło, mogło być pomocne, ale czy warte to było straconego czasu... W końcu ustali, że należało do dzika. Dzik srający w lesie bardzo odkrywcze, nie ma co... Ktoś dostrzegł w oddali strużkę dymu, niechybny znak, że zbliżali się do celu. Po dokonaniu inspekcji gówna ruszyli dalej...
***
Późną nocą zmęczony Fodrin wartował w Krairechen, a raczej tym co zostało z osady. Mężczyzna zasiadł na progu jednej z chat w zakrwawionej zbroi. Popatrzył na zwęglone truchło świniaka nad dogasającym ogniskiem zastanawiając się jak to możliwe, że w jednej chwili wszystko się spierdoliło. Kiedy przybyli do tej osady nic nie zapowiadało problemów. Tuzin zbrojnych przy ogniu piekło świniaka, tego samego na którego teraz patrzył. Szkoda, że nikt o niego nie zadbał, to by była wyżerka... Było tam dwóch herbowych. Pierwszy młodzian chyba Gabranicz z wizerunkiem złotej syreny z ptakiem na niebieskim polu, według Stefana wasal Vibrowiczów. Tych Vibrowiczów, którzy mieli włości za Karlowym Mostem i byli związani przysięgą z Nosyjevicami. Krasnolud zerknął w stronę jednej z chat, gdzie był teraz zamknięty młodzian wzięty w jasyr. Drugi z czarnym kowadłem na biało-czerwonej szachownicy, według Tertera z rodu Cerak’na’Coile suweren Krairechen. W rzeczywistości niesławny wrogi zagończyk Kovacevicz. Jedna pomyłka mogła przekreślić całą wyprawę nawet zakończyć ich żywota. Tajga oczywiście obwiniła o to inspektora po wszystkim, że pomylił herby. A no pomylił... Ale też ani Sokolov, ani Fodrin, ani nikt inny nie zauważył, że to banda łupieżców ucztująca po zdobyciu osady. To była porażka ich wszystkich, a szukanie winnych nic im nie da, lepiej skupić się minimalizowaniu strat. Nieświadomy niczego ruszył w tedy ze Stefanem powitać możnych panów prosto w pułapkę. Nim zdołali coś zrobić wróg ich otoczył. Kovacevicz złapał i powalił Tertera, a paru żołdaków chwyciło jego. Próbował się szarpać, ale było ich zbyt wielu. Gdzieś z dala doszedł dźwięk świszczących bełtów i krzyki bólu Tajgi i Quina. Pochwycony myślał, że tu już koniec. Zawiódł w oczach Wojownika.... Niespodziewanie w akcje desperacji Ivo spiął konia i w szarżował w napastników roztrącając ich na boki. Bohaterski krasnolud zapłacił za to ogromną cenę, rozwścieczeni zbrojni zarąbali jego konia strącając go na ziemię, a następnie osaczyli i poranili ciężko. To dało jednak czas Fodrinowi, by się uwolnić i chwycić za broń. Tanio nie zamierzał oddać swojej skóry. Kierowany gniewem chwycił swój topór oburącz i zaatakował niespodziewającego się niczego wrogiego dowódcę trzymającego Stefana. Dwa potężne ciosy przebiły się przez wrażą zbroję, wgryzły się w ciało i ostatecznie powaliły człowieka. Terter leżał na ziemi kopany przez parobków. Cud, że poza siniakami nic wielkiego mu się nie stało. Fodrin stał otoczony pośród wrogów czuł jak otrzymał parę ciosów w bok i po plecach, na szczęście Rzemieślnik mu błogosławił i pancerz wytrzymał. Zamachnął się i wbił topór w czaszkę rosłego żołdaka z nadziakiem. Kawałki czaski, krew i szara breja mózgu rozprysnęły się wszędzie. Kierowany przez samego Wojownika, nie czekał szukał kolejnych celów. Wyprowadził kolejny cios wbijając głęboko ostrze topora w bok miecznika kończąc jego żywot. Tymczasem Terter jakoś doczołgał się do wrogiego dowódcy, który mimo ran jeszcze dychał. Inspektor przyłożył mu nóż do gardła i zagroził, że go zabije. To i niepowstrzymalny przez nikogo ciężko zbrojny krasnolud kładących wrogów jeden po drugim, złamało ich morale. Ci co jeszcze trzymali się na nogach rozpierzchli się w panice. Przestraszony młodzian stał w wiosce wryty jak słup soli. Fodrin pogroził mu toporem i zwyzywał go. Widok maszerującego na niego masywnego krasnoluda splamionego krwią sprawił, że zemdlał ze strachu. Bitwa była wygrana.
Dwerg rozmasował obolałe ciało, pewnie miał sporo siniaków po starciu. Wojownik z pewnością nad nimi czuwał, skoro udało im się wyjść z tego cało. Krajobraz po bitwie nie wyglądał zbyt optymistycznie. Ivo, Tajga, Quinn skończyli ciężko rani. Stefan bardzo się natrudził, by opatrzyć ich ranny. Kovacevicz pozostawiony sam sobie wykrwawił się. Nie mieli środków ani czasu, by próbować go uratować. A skurwielowi śmierć się należała jak się nad tym zastanowić... Jego banda wycięła w pień sioło, ostały się trzy kobiety tylko Jelena, Morana i Vladka, a ponoć paru chłopom udało zbiec się do lasu. Fodrin znosząc łupy i sprawdzając okolice znalazł dół, do którego powrzucano ciała. Zarówno mężczyźni jak i kobiety, lekko licząc ponad dwadzieścia. Jebane skurwysyny... Pośród ofiar ze słów ocalałych był też ich przewodnik. Krasnolud myślał czy nie zawrócić do miasta w obliczu doznanych strat, jednak Terter nie chciał o tym słyszeć powtarzając jak ważna jest ich misja. Po raz kolejny Tajga niewytrzymała nerwowo słuchając jego wywodów i rzuciła się na Stefana obwiniając go o stan rzeczy. Inspektor bardziej martwił się o swój cenny dziennik niż o siebie, który kobieta mu wyrwała i poplamiła krwią oraz błotem. To było by nawet zabawne, gdyby nie upiorna sceneria i okoliczności tego pożalcie się bogowie starcia. Fodrin musiał interweniować i delikatnie jak tylko mógł odciągnął kobietę. Na szczęście do Taigi dotarły jego rację i się uspokoiła. Krasnolud cholernie niezręcznie czuł się biorąc udział w tym konflikcie. Na domiar złego służył pod Terterem, więc chcąc nie chcąc musiał wykonywać jego polecenia...
Po tej niezręcznej wymianie zdań ocucili młodego więźnia. Okazało się, że nazywa się Eric. Utrzymywał, że jest lennikiem Vidroviczów, ale oni pod Zlatnosŭrtsckimi, a nie Nosyjevicami służą. Stefan nie wiedział co o tym myśleć, podejrzewał zdradę rodu. Cóż w cholernej wojnie domowej nie było to aż tak dziwne. Więzień powiedział, że dowodził nimi Ivan Kovacevicz i wybrał Krairechen za cel, bo było słabo chronione. Następnie mieli prowadzić podjazdy na kolejne osady w okolicy. Wyruszyli ze Szumskiej Doliny, gdzie długo zabawili, a jakiś tydzień temu przekroczyli Karlowy Most. Tłumaczył ich działanie prawem wojny, ale Fodrinowi bardziej przypominało to zwykłą bandyterkę. Nikt z nich nie spodziewał się, że buntownicy mogą operować tak daleko od linii frontu. Erik zgodził się na warunki Tertera. Chłopak został wzięty w jasyr i ma mu służyć jako przyboczny aż zostanie wykupiony. Fodrinowi nie było to w smak, kolejna rzecz, na którą musiał mieć baczenie w tej wyprawie. Nie mogli jednak tak porostu zabić Erica, nie byli mordercami tak jak ta rozbita banda... Ani nie mogli puścić go po tym czego się dopuścił. Skoro miał już młodziana na głowie to wziął do pomocy przy kopaniu grobów dla pokonanych oraz zakopywaniu ciał pomordowanych wieśniaków. Sporo było pracy i do zmierzchu nie dali rady jej skończyć. W między czasie Tajga chciała rozmawiać, ale był zajęty pilnowaniem więźnia. Zamienili dopiero parę słów po powrocie do osady. Celniczka naciskała na niego, by nie słuchał Tertera we wszystkim, bo doprowadzi ich do zguby. Opowiedziała dziwną historię o dziewczynce w czerwonym kapturze, które chodzi codziennie do domu babci unikając wilka. Czerwonemu kapturkowi musi się udać za każdym razem, a wilkowi zaś tylko raz. Dziwne te ludzkie opowieści, krasnolud chyba zrozumiał ich przekaz. Nie mogą dać się złapać wilkowi znaczy wrogowi... Zapewnił kobietę, że będzie stopował Stefana w dziwacznych pomysłach. Celniczka miała chyba szósty zmysł, bo zaraz po ich rozmowie Terter nakazał mu wartować, a potem zbudzić wieśniaczki na wartę. To nie miało sensu... Dwerg wstał i zrobił ostatni obchód po osadzie, zerknął czy więzień spał w wyznaczonej chacie. Idąc rozważał słowa Taigi i miała rację, w sprawach wojennych Terter nie miał doświadczenia. Trzeba to naprostować... Wszedł do chaty zbudził inspektora. Stefan nie był zachwycony, ale Fodrin sprowadził go na ziemię. Tylko ich dwójka nadawała się do trzymania broni i nadeszła pora zachowywać się jak mężczyzna. Człowiek choć niechętnie przystał na to. Zadowolony krasnolud padł na posłanie i momentalnie zasnął po ciężkim dniu.
Pythonius - 2025-09-26, 00:04
Każda tragedia ma swój początek. Kto mnie budzi?
Trzeba zebrać myśli, aby uzmysłowić sobie ogrom koszmaru… Ojej moja głowa… czasem to mija chwila, nim zbiorę myśli… pan Żelazny. Dobra, coś mówi o tym, że jesteśmy jedynymi tutaj, którzy mogą nosić broń i czas na moją wartę. Przecież ja nie umiem nosić broni innej od paradnej. Chwila, niech tylko on nie zacznie tu panikować. Spokojnie. Trzeba wstać. O tak właśnie, spokojnie i dystyngowanie jak na urzędnika przystało. Tak… Obudziłem się nie od razu świadom, czy to ja powróciłem do rzeczywistości, czy też rzeczywistość zechciała ponownie uchwycić mnie w swoje palce. Pierwsze wrażenie było jak z akt kancelarii – porządek i klarowność, których jednak w tym miejscu nie mogłem się doszukać. Czułem twardość zwijanego posłania pod sobą, a chłód bijący od ścian chatki – prosty, niemal prymitywny, jakby z jakiegoś wiejskiego archiwum, którego nigdy nie odwiedziłem. Obok mnie spoczywali dwaj towarzysze w milczeniu głębszym niż sen: elf i krasnolud, których ranami zajmowałem się nim noc wymogła na mnie kapitulację. Jedynym światłem był bladoniebieski kamień, który swoim zimnym blaskiem wyznaczał sześciometrową sferę bezpieczeństwa, a poza nią – morze nieprzeniknionej ciemności. Gdy uniosłem powieki, spostrzegłem sylwetkę innego krasnoluda – wielkiego, postawnego, znużonego długą wartą. To jego ciężkie kroki i westchnienia przywróciły mnie światu, w którym do świtu pozostawały jeszcze cztery pełne świece.
- Dobrze, niech tak będzie. Proszę wypocząć panie Żelazny.
Trzeba zebrać myśli, aby uzmysłowić sobie ogrom koszmaru… Po co to powiedziałem? Przecież na pewno jestem jeszcze tak samo śpiący jak on. Gdzie my w ogóle jesteśmy. Dobrze, poznaję to miejsce. Ale chwila, tu trzeba wrócić do początku. Dziś jest… nie wczoraj był 20 Merris 380 OZE… zbyt późno, wróćmy wcześniej. Jak się tu znalazłem z panem Żelaznym? Panowie Gęba i Złamana Tarcza ranni. Niedobrze. Wróćmy do początku tego wątku. Wyjdźmy z tej chatki. Rześkość dnienia na pewno przywróci mi pamięć.
Po powrocie do miasta od razu rzuciłem się w wir obowiązków urzędniczych. Raport, który sporządziłem podczas wyprawy, musiał zostać przepisany na czysto i złożony w kancelarii. Poświęciłem kilka dni na uzupełnianie protokołów, porządkowanie notatek i sporządzanie odpisów dokumentów dotyczących odzyskanej broni, sierot oraz ukrytych filakteriów. Spotykałem się z przedstawicielami rady miejskiej i straży, by ustalić sposób rozdysponowania broni, a także z duchowieństwem, które objęło opieką dzieci przywiezione ze wsi. Wieczorami powracałem do pracy przy biurku, poprawiając kolejne wersje raportu, aby nie pozostawić w nim żadnych uchybień formalnych.
W kolejnych dniach musiałem także uczestniczyć w przesłuchaniach i naradach związanych z wydarzeniami w osadach przygranicznych. Rozważałem możliwość powołania ewidencji uchodźców, bo każdego dnia za bramy miasta napływały dziesiątki rodzin ze wsi, które szukały schronienia przed wojną. Na ulicach i w porcie panował ruch niespotykany od lat, a straż miejska miała pełne ręce roboty przy utrzymywaniu porządku. Do moich zadań należało także sporządzanie projektów zarządzeń związanych z wykorzystaniem wozów i zabezpieczeniem przepraw, aby w razie potrzeby wojsko mogło szybko przemieścić się przez rzekę.
W domu życie toczyło się zupełnie innym rytmem. Stara matka narzekała na zgiełk za oknem i nieustannie marudziła o brakujące w kuchni przyprawy, a ja cierpliwie słuchałem jej wyrzekań. Córka odwiedzała mnie regularnie, przynosząc jedzenie i dobre słowo, a jej obecność była dla mnie największą ulgą po godzinach spędzonych w magistracie. Kilkoro uchodźców ulokowanych w piwnicy kamienicy krzątało się po korytarzach i dziedzińcu, a ja starałem się nie dopuszczać, by ich obecność naruszała moją codzienną rutynę. Gdy wieczorem zamykałem księgi i wyciszałem myśli, przez otwarte okno docierał szum Erx i odgłosy werbli, które przypominały, że wojna nadchodzi coraz szybciej. Tak spędziłem dni od 11 do 18 Merris włącznie.
Trzeba zebrać myśli, aby nie musieć już więcej rozpaczać przy powrocie do tego aktu dramatu.
19 Merris 380 OZE obudziłem się u siebie i od rana wybrałem się do Magistratu, tak jak sumienny urzędnik powinien był zrobić. Byłem pierwszy, jak zwykle, stróż otworzył mi drzwi. Rano odbyłem rozmowę z Zlatanem Nosyjeviczem. Zawsze to lekki strach, aby zostać z nim sam na sam w gabinecie za zamkniętymi drzwiami, wszak ludzie mówią czemu mu się małżeństwo sypie… no fakt, że ludzie mówią również, żem impotent, więc ludzie wiedzą rzeczy nie wiadomo skąd wiadome. O czym… tak 16 Merris wróg sforsował rzekę Sivę. Broni się jedynie Kastel Dunmara, ale nasi zmierzają na północ do Vodenitska. Otrzymałem misję poselstwa w celu werbunku wojsk i poprowadzenia natarcia na wroga. Krasnoludowie z Svart Juvet, Lardsbjen i Skråningen są dla nas nadzieją na zdobycie głębokiego zaplecza wroga i odcięcia go od miasta. Zwerbować nawet pięć setek z żołdem miesięcznym 2 denary dla lekkiej piechoty, 4 denary dla ciężkiej, 8 dla dowódców, z premiami za walkę i zwycięstwo. Werbunek na kolejny miesiąc z szansą przedłużenia. Trzeba będzie w Krairechen znaleźć tropiciela Alioszę i z jego pomocą trafić do górskich warowni. Musiałem zebrać swój oddział, który miał być moją obstawą i pomocą w poselstwie. Wezwałem po pana Żelaznego, pana Twardą Gębę, pana Złamaną Tarczę i panią Sokolov, przy czym wszystkich kompetentnych zaprosiłem jeszcze na kolację do gospody "Pod Pečenom Svinjom" na wieczór, aby sprawdzić ich morale i uzgodnić kwestie wyprawy. Później przygotowałem pełnomocnictwa, a wezwani dotarli przed południem w kolejności pan Gęba, pan Żelazny oraz państwo Złamana Tarcza i Sokolov. Później była wizyta u burmistrza i wyjaśnienie roli natarcia na armię oblężniczą Kastelu Dunmara. Później musiałem jeszcze poprawić listy intencyjne, które zredagował w pożal się Asterionie jakości burmistrz. Czekało mnie jeszcze zamówienie koni, dwukółki, prowiantu, podarków i zaopatrzenia na wyprawę, ale to już szczegół. Podczas rozmowy nad wyraz aktywna była p. Sokolov, która wywęszyła spisek związany z brakiem uzbrojenia w zbrojowni. Oczywiście wszystko spaliła, ale nie można jej za to winić, jest po prostu bez-mózgiem o wyjątkowo wielkim ego. Nie mniej ciekawe rzeczy powiedziała, które sugerowałyby, że nasz wróg doskonale zaplanował wojnę na poziomie dywersyjnym i najpewniej miasto Vodenitsko zostanie oddane bez walki wobec złamania morale obrony. Czy zdrajcą jest Daveth Suilighear? Dowodów nie mam, ale przyjęcie założenia, że to on poczuł kierunek wiatrów historii wymusiło na mnie wyprowadzenie szanownej matki Sijeny zd. Ezertsevewy z domu, wraz ze wszystkimi cennymi rzeczami. Oddanie miasta bez walki to jedno, ale uszanowanie poddania go wrogowi to rzecz, która nie do końca może być przez tego wroga uszanowana, a nie po to oddawałem się nauce przez ostatnie lata, aby tracić w rabunku moją ręcznie spisaną bibliotekę. Raja przyjmie babcię. Mam nadzieję. W zasadzie wiele wskazuje, że przegramy wojnę, nim przybędą posiłki. Co dalej? Ja bym już dawno się poddał na warunkach, które jeszcze byłyby akceptowalne, ale nie ja decyduję o tym, aby się poddawać i najpewniej pertraktacje odbędą się wtedy, gdy już nie będzie po naszej stronie żadnych atutów, jeśli kampania będzie przebiegała w ten sposób.
Później jeszcze podbicie dokumentów, podpisy, wydanie upoważnienia dla p. Żelaznego i można było przystąpić do kolacji. W gospodzie zjawili się wszyscy zaproszeni i nawet ktoś nieproszony, ale po kolei. Pani Sokolov oczywiście się zachowywała w knajacki sposób, tarzała się po podłodze i wrzeszczała. Jeszcze mi zarzuciła, że nie potrafię tańczyć, a sama upodobniła się do szmaty, którą można czyścić podłogę. Ja bym jej powiedział, jak się tańczy!
Przecież porządny taniec zaczyna się od révérence basse — głęboki ukłon, wykonywany z kontrolowaną gracją, kolana lekko ugięte, tułów pochylony do przodu. Nie spieszyć się — ukazać świadomość gestu, rytmu i przestrzeni. Krok wprzód, wykonując dwa pas pavane — krok za krokiem, najpierw lewa, potem prawa, płynne przejścia, niemal bezszelestne. Sylwetka wyprostowana, ramiona opuszczone naturalnie wzdłuż ciała, wzrok skierowany ku przodowi — z typowym dla basse danse wyważeniem powagi i wdzięku. Czas na figury double gauche. Dwa wyraźne, ale miękkie kroki w lewo —stopy ledwie muskają podłoże. W ruchu nie ma szarpnięcia, wszystko jest jak woda — płynne, zsynchronizowane z rytmem muzyki. Następnie pojedynczy krok w prawo — single droit — niemal ledwie zaznaczony, z lekkim przeniesieniem ciężaru i sugestią symetrii. Potem nadchodzi najbardziej ozdobna sekwencja: branle tournant. Wykonać obrót wokół własnej osi, zataczając półkole, które domyka się powrotem do pozycji wyjściowej. W dalszej części następują pas glissés en arrière — ślizgowe kroki do tyłu i moment rozjaśnienia — sauts légers alternés. Ruch skromny, ledwie wyczuwalny, jakby powietrze samo podnosiło. Zaraz po tym — pas de bourrée couronné. Trójdzielny krok, po którym ręce unoszą się płynnie nad głowę, z lekkim złożeniem dłoni — gest koronacji, subtelny, teatralny i w sam raz. Wreszcie nadchodzi sekwencja końcowa. Dwa kroki w prawo — double droit avec révérence tournante — zwrot do spół-tancerza i niska révérence z obrotem. To ukłon nie tylko do damy, ale też do widowni, do przodków, do reguł. I na koniec — pas glissé vers l’avant z płynnym zatrzymaniem. Pozostaje się w bezruchu, z obniżonym wzrokiem, jakby zamknięty w kadrze miniatury iluminowanego manuskryptu.
Trzeba zebrać myśli, nim trafi się w nich na obraz tego koszmaru, nie o taniec tu chodzi. Niech Sokolov tańczy sobie ze Złamaną Tarczą. Może są konkubentami. Dopóki nie huczy od plotek, to mogą się bawić w te swoje romanse.
Ale ta wydra bez szkoły, Sokolov, jeszcze miała czelność mnie instruować jak się powinno tańczyć! Żadnego podręcznika nie przeczytała w tym temacie, co jest poniżające w swej gburowatości. Musiałem wyjść! Pan Żelazny wspomniał mi o swoich miłostkach, więc dla podniesienia jego woli realizacji misji postanowiłem wybrać się do krasnoludzkiego przybytku „Pod Złotym Młotem” i tam wymogłem w niełatwej dyskusji wysłanie z rana następnego dnia na rynek panny Kamienne Serce, która jest najwyraźniej bliska sercu mego najdzielniejszego kompana. Jak dobrze pójdzie, to uda się zrealizować zdanie zeswatania pana Żelaznego z tą niewiastą. On będzie szczęśliwy, ona będzie zachowywać się cicho i spolegliwie, a każdy na tym skorzysta. Korzystnym byłoby dla miasta, gdyby pan Żelazny wspiął się na szczyt cechy, bo dzięki temu można byłoby z poziomu miasta korzystać z krasnoludzkich technologii po atrakcyjniejszych kosztach. Serce krasnoluda nie jest jak kowadło, a bardziej jak dzwon. Uderzenie odpowiednim młotkiem może powodować przyjemny dla ucha dźwięk. Czas było wrócić do domu. Na szczęście hołota, która ściągnęła do miasta i koczowała na ulicach była zajęta swoją niedolą i nie zaczepiała inspektora magistratu, bo już nie miałem siły na kolejny wykład.
20 Merris 380 OZE obudziłem się u siebie i od rana dane mi było zjeść jeszcze śniadanie z matką. Nieodparte wrażenie widzenia jej ostatni raz miałem już kilka razy w życiu i tym razem również mnie to naszło. Tęsknota, która kiedyś zawita i już nigdy nie odejdzie. Ja odszedłem zgodnie z literą zadania, chociaż w mieście roznosiłem plotki o tym, że zmierzam z poselstwem do Ivanogorodu. Skoro wrogowie są już po tej stronie murów, to wydawało mi się to sensowniejsze niż mierzenie się z ewentualnym pościgiem lub dywersantem psującym papier, na którym miałem spisać kolejną historię sukcesu.
Na Asteriona, jak tu ponuro i ten swąd palonego świniaka. Surowy od góry, zwęglony od dołu. Nie przejmować się smrodem. Ogolić się trzeba. Tak, ogolić. Nie ma co tracić czasu, tylko lusterko, pędzel, mydło, osełka, skóra, brzytwa i ciepła woda. Gdzieś tu był kociołek… tak jeszcze ciepły. Ach… chyba nawet za bardzo. Odlejemy trochę i będzie po sprawie. Na początek naostrzyć brzytwę. Trzeba przygotować się do obecnego dnia.
Ale wczoraj… Briana „Kamienne Serce” zjawiła się zgodnie z wolą swego ojca, którą poprzedziła moja prośba. Cieszyłem się, chociaż nie okazywałem, że pan Żelazny zazna czegoś, co podniesie mu morale i sprawi, że będzie tym ofiarniej wykonywał moje rozkazy. Czy jestem zbyt utylitarny? Przecież lubię tego krasnoluda, ale nie od tego, że kogoś lubię będzie zależał sukces mojego poselstwa. Czy mu powiedzieć? Nie… nigdy. Jak się dowie, to będę zaprzeczał. Niech się cieszy nawet wtedy, gdy powodem do radości jest zwykłe kłamstwo. Okłamuję towarzyszy. Nie! To po prostu skuteczna narracja. Niech wżdy wiedzą, żem orator. Nawet nie musiałem się z tego spowiadać w kościele do którego wstąpiłem przed wyruszeniem w wyprawę.
Burmistrz Zlatan Nosyjević oraz biskup Valentin Svetoslavov też byli o poranku. Nie było to rozsądne pokazywać się tak w tłumie, zwłaszcza z tego powodu, że na takie osoby mogą czekać zamachowcy, którzy przez brak dopracowanej ewidencji ludności wojennej mogą łatwo przeniknąć za mury. Nie wnieśli oni jednak niczego nowego do kwestii wyprawy, prócz udekorowani pani Sokolov rangą „doradczyni ds. wiary”. Biskup Svetoslavov chyba nie przemyślał tej sprawy i chciał swoim autorytetem wprowadzić coś, co wyglądało poważnie, ale okazało się dość żartobliwe. „Doradca do spraw wiary”, skoro nie posiada umocowania w żadnym statucie, rejestrze czy dekrecie, nie może rościć sobie pierwszeństwa przed przewodniczącym delegacji poselskiej, gdyż jego funkcja ma wyłącznie charakter opiniodawczy, a nie decyzyjny. Delegacja poselska działa w imieniu miasta i podlega wyłącznie jego władzom, stąd jedyną osobą uprawnioną do podejmowania wiążących decyzji jest przewodniczący, który odpowiada za rezultat misji i ponosi pełną odpowiedzialność służbową wobec magistratu. Doradca – z samej definicji – nie kieruje, a doradza, i jego sugestie, choć mogą być wysłuchane, mają charakter pomocniczy, a nie nadrzędny. W praktyce oznacza to, że przewodniczący, nawet jeśli zasięgnie rady, ma pełne prawo jej nie uwzględnić, jeśli uzna ją za sprzeczną z celem wyprawy, interesem miasta bądź powierzonym mu mandatem. Tym samym nieformalny tytuł nie podważa hierarchii i nie może stanowić podstawy do narzucania przewodniczącemu jakichkolwiek rozstrzygnięć, gdyż w przeciwnym razie odpowiedzialność spoczywałaby na osobie, która nie ma ani legitymacji, ani obowiązków urzędowych.
Pora było ruszać, lecz nie wprost, gdyż w końcu „zmierzaliśmy do Ivanogorodu”, co chyba dostatecznie uwiarygodniłem tym, że opłaciłem tam podróż swojej szanownej matki. Aby poprzeć ten kierunek wybraliśmy się okrężną drogą po skompletowaniu drużyny, zapasów, koni oraz dwukółki, która była jedynym sensownym transportem dla p. Żelaznego. Niestety szybkie odchudzenie go nie wchodziło w grę, a zdanie się na jego, co prawda wytrwały, lecz powolny krok, było absolutnie nie do zaakceptowania wobec dynamiki poselstwa. Niestety poranek popsuła mi p. Sokolov ze swoimi już permanentnymi dąsami. Przyczepiała się o wszystko, począwszy od wizyty w kościele, przez uznanie hierarchii, a kończąc na tym, że musiałem wpisać pierwszą notatkę służbową:
20 Merris 380 OZE, Vodenitsko poza murami miasta,
Taiga Sokolov nie wykonuje polecenia odnalezienia kierunku na Stare Selo. Po trzecim poleceniu Taiga Sokolov zrozumiała rozkaz. Jej opieszałość naraziła drużynę na stratę czasu i dezorganizację marszu. Takie zachowanie świadczy o braku dyscypliny i lekceważeniu hierarchii służbowej. W przyszłości podobne uchybienia nie mogą być tolerowane w warunkach zagrożenia, a podkomendna winna otrzymać oficjalną naganę.
Na szczęście dotarcie do Staro Selo było bardzo łatwe, gdzie sołtys Bryn przyjął nas serdecznie i zaprosił na popas dla zwierząt. Rozmówiłem się z mieszkańcami, którzy donosili o ruchu na rzece, szczególnie w jej górę – zapewne spostrzegając uciekających przed wojną ludzi. Bryn nie bardzo chciał wierzyć, że zagrożenie zbliża się do jego spokojnej osady, a ja nie mogłem pozwolić, by ta złudna ufność naraziła jego lud na cierpienia. Przestrzegłem go więc, że miasto jest już przepełnione i nie przyjmie kolejnych uchodźców. Doradziłem, aby rozważyli przeniesienie się do Sivo Brdo – opustoszałego, położonego na wzgórzu i znacznie lepiej nadającego się do obrony. Starzec wahał się, powołując na złą reputację tamtejszej osady oraz strach przed gniewem swego pana. Wtedy wyłożyłem mu rzecz jasno: w prawie erxeńskim istnieje zasada nadrzędnej ochrony ludności wiejskiej w czasie wojny. Pan ma obowiązek bronić swoich chłopów i zapewnić im bezpieczeństwo, a jeśli tego uczynić nie może, nie ma prawa karać ich za to, że sami podejmą kroki, by ratować życie swoje i swoich rodzin. Prawo zwyczajowe, potwierdzane dekretami i normami, mówi wyraźnie, iż chłop w obliczu zagrożenia wojennego może czasowo opuścić ziemię, a wina za to spada nie na niego, lecz na zwierzchnika, który nie był w stanie należycie go zabezpieczyć. Mieszkańcy słuchali w skupieniu, a Bryn kiwał głową, jakby słowa te rozjaśniały mu horyzont możliwości. Powtarzałem, że apostaci w Sivo Brdo zostali już wybici, a herezja wykorzeniona, więc nie ma powodu, by trzymać się przesądów. Wyruszyliśmy niebawem w dalszą drogę, a ja pozostawiłem ludziom w Staro Selo nie tylko ostrzeżenie, ale i narzędzie prawne, dzięki któremu będą mogli podjąć rozsądną decyzję, a dzięki temu tym razem wioska otrzymała wskazówkę pewniejszą niż pogłoski i plotki.
Przyznam, że ten odcinek wyprawy, który był między Staro Selo, a Krairechen był dla mnie trudny, bo o ile liczyłem na to, że p. Sokolov się skompromituje i zabłądzi, o tyle okazało się, że lepiej poradziła sobie z drogą, niż sam byłbym w stanie to zrobić. Trochę mi wstyd, że lepiej zna się ona na orientacji w trudnym terenie, ale w końcu to ona została powołana na rolę zwiadowcy, a nie ja. Gdyby była ona posłuszna i zdyscyplinowana, to jej talenty byłyby nieocenione, lecz z uwagi na swój anarchistyczny, a przede wszystkim krnąbrny charakter, może okazać się w dłuższej perspektywie dla nas zgubą. Najgorsze jest to, że potrafi się ona pokłócić o byle łajno dostrzeżone na trakcie. Przeglądając się w lśniącym metalu mej naostrzonej brzytwy pozostaje mi zapytać sam siebie – co ona we mnie widzi?
Pythonius - 2025-09-26, 00:06
Usiadłem przy stole, rozłożyłem narzędzia i w świetle kamienia, który wypełniał izbę zimnym blaskiem, począłem rytuał. Najpierw pędzlem rozprowadziłem pianę, starannie, jak malarz nakładający pierwsze tło obrazu. Potem brzytwa – ostra, czysta, godna urzędnika – poprowadzona pewną ręką po policzkach, szyi i brodzie, każdy ruch prosty, równy, niemal ceremonialny. Woda parowała delikatnie, a kropelki spływały po mojej twarzy, jakby zmywając nie tylko brud podróży, ale i ciężar wczorajszych trosk. W ciszy, którą przerywał tylko stukot żelaza odkładanego na miednicę, poczułem, że w tym prostym geście przywracam sobie godność i porządek – fundament, bez którego żaden dzień nie może się rozpocząć. Pozbyłem się wyrastających z mej twarzy świadków wczorajszej tragedii, ale z tego koszmaru trudno będzie się uwolnić.
Gotowy do dnia.
A inni… no tak, to jeden krok do koszmaru – moi towarzysze leżący bez przytomności w chatce obok pana Żelaznego. Trzeba sprawdzić co z nimi. No tak. Najpierw pochyliłem się nad elfem, którego poprzedniego wieczora wyciągnęliśmy z pola walki z trzema bełtami wbitymi w okolice jamy brzusznej. Opatrunki, które założyłem nocą, były wilgotne od przesiąkania surowiczo-krwistego płynu, lecz nie nosiły oznak świeżego krwawienia. Palcami sprawdziłem twardość powłok brzusznych – nie było wyraźnych cech otrzewnowych, choć tkliwość przy palpacji wciąż pozostawała. Oddech elfa był miarowy, saturacja krwi zdawała się zadowalająca, a tętno na tętnicy promieniowej było wyczuwalne i równe, co dawało mi pewność, że nie doszło do krwotoku wewnętrznego w stopniu krytycznym. Mikstura lecznicza, którą podałem, musiała zahamować dalsze uszkodzenia tkankowe i przyspieszyć proces regeneracji. Z ulgą stwierdziłem, że pan Quin Złamana Tarcza ma wysokie rokowania na odzyskanie przytomności wraz z nadejściem dnia. Następnie zająłem się krasnoludem, który doznał rany ciętej w boczną ścianę klatki piersiowej. Ostrze musiało zejść po łuku, rozcinając skórę, tkankę podskórną i mięśnie międzyżebrowe, jednak bez penetracji jamy opłucnej – na co wskazywał brak odmy i brak szmerów oddechowych nieprawidłowych przy osłuchiwaniu. Rana była zszyta grubym szwem węzełkowym, założonym jeszcze wczoraj, a brzegi wyglądały na dobrze zbliżone. Wokół obserwowałem wyraźny krwiak podskórny, lecz bez objawów ropowicy czy martwicy. Oddychał ciężko, ale symetrycznie, a ruchy klatki piersiowej nie były zaburzone. Sprawdziłem perfuzję obwodową i choć kończyny miał chłodne, tętno było wyraźne i nieprzyspieszone. Także panu Twarda Gęba podałem wczoraj eliksir leczniczy, a teraz mogłem dostrzec pierwsze oznaki powracającej stabilizacji. Obaj leżeli nieruchomo, ale ich twarze, rozluźnione po nocnych trudach, świadczyły o tym, że głęboki sen przechodził w naturalny stan powrotu świadomości. Mikstury dokonały swego dzieła: ustabilizowały krążenie, wzmocniły procesy gojenia tkanek, a przede wszystkim powstrzymały infekcję, której się obawiałem. Moim zadaniem było teraz utrzymać czystość opatrunków, kontrolować parametry życiowe i czuwać nad tym, by przebudzenie nastąpiło w bezpiecznych warunkach. Wiedziałem, że z nadejściem pełnego światła dziennego obaj odzyskają przytomność, a wraz z nią – zdolność dalszej walki o życie, a być może i o sprawę, którą wspólnie nieśliśmy.
Koszmar…
Moi towarzysze zostali potyczce w bitwie, którą stoczyliśmy w Krairechen. To tutaj… wyjdę i jeszcze raz rzucę okiem. Wyszedłem o poranku przed chatkę i pierwsze, co mnie uderzyło, to powiew wiatru niosący w sobie świeżość wiosny, przemieszaną z ostrym chłodem nocy. Z daleka, z gór, które rysowały się wyraźnie na tle jaśniejącego nieba, docierał ku mnie subtelny zapach żywic drzewnych i wilgotnej ziemi, jakby sam Asterion otwierał przede mną księgę odradzającej się natury. Powietrze było rześkie, ożywcze, przeszywające, a jego strumienie igrały z połami mego płaszcza, przypominając, że mimo obietnicy wiosny, chłód nie rezygnuje tak łatwo ze swego panowania. A jednak ta naturalna woń mieszała się z bliższym, przyziemnym zapachem — od chat i klepisk unosił się swąd spalonego świniaka, drażniący nozdrza i przywodzący na myśl obraz nocy pełnej niedostatku i pośpiechu. Czułem, jak zapach dymu osiada na języku, przygaszając świeżość górskiego powietrza, jakby przypominał o ciężarze ludzkiego bytowania pośród zgliszcz, które będą historię tych, którzy wrócą do tego sioła. Chłód wdzierał się w dłonie i policzki, ale wraz z nim w serce wkradało się poczucie czujności – jakby ten poranek był zapowiedzią, że każdy krok, każda decyzja, będzie niosła wagę większą, niż zazwyczaj niesie zwykły dzień w murach mojego miasta.
Koszmar… batalia.
Nie, nie to było koszmarem. To było zaledwie preludium. Pani Sokolov pokłócona o łajno dzika wyjechała w kierunku skąd dosłyszeliśmy odgłosy. Wymieniła jakieś zdania, nic nas nie ostrzegła, więc zbliżyliśmy się do tych z którymi rozmawiała, a może po prostu słuchała. Dwóch szlachetnie urodzonych z czego pierwszy herbu Kovacevich – kwadratowe pole czerwono-białe, a w środku czarne kowadło. Drugi herbu Gavranich – w niebieskim polu złota syrena z ptaszkiem puszczonym z ręki. Z nimi tuzin zbrojnych maści wszelakiej. Ten herbu Kovacevich, jak się później okazało o imieniu Ivan, pochwycił mnie i obalił, gdy się witałem. Jego ludzie poczęli nas otaczać, w tym rzucili się na p. Żelaznego. Szybkim refleksem wykazał się p. Ivo Twarda Gęba, który stratował koniem tego zbrojnego, co chwycił p. Żelaznego, a p. Żelazny rozłupał trzymającego mnie oprycha Ivana. Doczołgałem się do niego i przystawiłem mu sztylet do gardła. Żądałem poddania się i groziłem, że zabiję dowódcę. Część uciekła, a pozostali stoczyli walkę. Nie widziałem tego jak p. Złamana Tarcza i p. Sokolov zostali ranieni. Dopiero poszlachtowanie p. Twardej Gęby stało się udziałem moich oczu. Trwało to ledwo chwilę, ale w tej chwili wydarzyło się bardzo dużo. Zabiliśmy w tej potyczce czterech wrogów, którzy jak okazało się służą po stronie Zlatnosŭrtskiego. Po potyczce pojmaliśmy jednego jeńca – Erica Gavranicha – młodego chłopaka, który został wciągnięty do oddziału Ivana i z nim przeszedł wojenny szlak do miejsca, w którym jego oddział został rozbity. Ivan odłączył się od armii 12 Merris tego roku, czyli już osiem dni przed rozbiciem jego oddziału. Wedle zeznań jeńca, Kovacevich działał z rozkazu lub przyzwolenia swoich zwierzchników, mając prowadzić podjazdy na terenie wiernym Nosyjeviciom. Oddział jego opuścił główne siły buntowników i przeprawił się przez Karlowy Most, uderzając z Szumskiej Doliny na drobne osady, które były słabo strzeżone. Tam rabował, porywał ludzi i gromadził zapasy. Działał w cieniu głównych operacji wojennych, starając się szerzyć popłoch i siać zamęt na zapleczu frontu. Właśnie w takich warunkach młodzian Eric został zmuszony do towarzyszenia im – jak mówił, przystąpili do tego, co sami nazywali „prawem wojny”, a co w rzeczywistości było zwykłą łupieżczą działalnością. Z relacji wynikało również, że z Szumskiej Doliny ruszyli dalej, ciągnąc ku północnym osadom, i to wtedy wybrali za cel Krairechen. Uważali je za łatwy łup – miejsce słabo chronione, leżące poza bezpośrednią linią działań wojennych. W praktyce ten podjazd oderwał się od głównych działań buntowników i przerodził się w samowolną bandę, która z wojną miała już niewiele wspólnego, a wiele ze zwykłym rozbojem i rzezią niewinnych.
Po bitwie, jeszcze nim przesłuchałem jeńca, opatrzyłem pierwszy raz rannych, lecz zdążyłem zająć się tylko swoimi ludźmi. Mam nadzieję, że nie będę żałować tego, że opatrzyłem p. Sokolov, gdyż w swym stanie zdrowia jest ona po prostu nie do zniesienia. Liczyłem trochę, że ranna będzie bardziej ugodowa, lecz najwyraźniej nie przywykła do krwawienia innego od menstruacyjnego, wobec czego okazało się, że jest w tym stanie jeszcze gorsza.
Tak, to już blisko do koszmaru.
Okazało się, że po zdobyciu sioła Kovacevich wymordował dwudziestu trzech mieszkańców, a ciała wrzucił do dołu. Poleciłem p. Żelaznemu zidentyfikować liczbę pomordowanych, a jeńcowi Ericowi przygotowanie ich pogrzebu. Jego ranni towarzysze spoczną w tej samej mogile. Kaci i ofiary, chyba że trzy niewiasty, które ocaliliśmy zechcą inaczej… tak. Przeżyły masakrę Jela, Morana i najmłodsza Vladka. Od nich dowiedziałem się, że przewodnik Aliosza został zamordowany, lecz na razie tego nie potwierdziłem. Będą musiały teraz od rana zidentyfikować ciała wszystkich pomordowanych. Eric jeszcze nie ukończył przygotowywania grobu, więc pewnie to potrwa cały poranek. Nie wydaje mi się, aby nasi ranni bardzo oponowali przed tym, aby w dalszą podróż ruszyć dopiero w południe. Odnośnie do czynów lubieżnych, których dopuścili się najeźdźcy, będę musiał dowiedzieć się czy uczestniczył w nich jeniec Eric, gdyż od tego zależy również żądanie grzywny, którą będzie musiał wypłacić niewiastom.
Mord na cywilach. Koszmar. Tak… ten koszmar widzę teraz i boli mnie bardziej niż cokolwiek, czego doświadczyłem od śmierci mej jakże pogubionej w życiu żony. Koszmar… spowity krwią i brudem. Mord na cywilach był tym co uwolniło koszmar. Prawdziwy koszmar.
MÓJ DZIENNIK ZOSTAŁ SPLUGAWIONY KRWIĄ!
Mord bandytów uaktywnił obsesję p. Sokolov, która poczęła obwiniać mnie o to, że kolejna osada została wymordowana z mojej winy. Bredziła! Przecież nie było nam dane tu dotrzeć przed napaścią. W ogóle obarczać mnie winą za jakikolwiek mord, to poważne nieporozumienie, które czynione jednak intencjonalnie winno spotkać się nie tylko z krytyką, lecz i karą, gdyż to czyn ze wszech miar karygodny. P. Sokolov bredziła i po opatrzeniu jej, gdy poczęła mnie szarpać uprzytomniłem jej, że wpiszę ten atak na urzędnika do dziennika, a ona otrzyma drugą krytyczną notatkę służbową. Nic sobie z tego nie zrobiła, lecz poczęła wyszarpywać mi dziennik do czasu, gdy odciągnął ją p. Żelazny. Umazała jednak stronę krwią, która, gdy sczernieje pozostawi obrzydliwy wymaz, który odznaczy się na krawędziach górnych kartek.
KOSZMAR!
Gdy p. Żelazny uspokajał histeryczkę wpisałem na stronie oznaczonej jej krwią notatkę służbową:
20 Merris 380 OZE, Krairechen,
Pośród zgliszcz i trupów, które pozostawili po sobie ludzie Kovacevicha, doszło do aktu zgoła niesłychanego. Pani Sokolov, zamiast zachować powagę wobec sytuacji i okazać szacunek dla powagi urzędu, pozwoliła sobie na jawne lekceważenie przy świadkach. W obliczu ocalałych wieśniaczek, na szczęście wówczas nieprzytomnego z wrażenia jeńca oraz własnych towarzyszy, na szczęście w większości nieprzytomnych od ran, zaczęła podnosić na mnie głos i czynić insynuacje, jakobym miał ponosić winę za mord w Krairechen. Tymczasem każdy, kto rozumie choć podstawy realiów wojny, przyzna, że nie sposób było nam dotrzeć do tej osady przed napaścią i powstrzymać rzezi, którą Kovacevich przeprowadził już zgoła wcześniej. Słowa pani Taiga Sokolov były więc nie tylko nietrafne, lecz także szkodliwe, albowiem podważały zaufanie do mojej osoby jako przewodniczącego delegacji.
Na tym jednak nie poprzestała. Gdy chciałem zająć się się notatkami urzędowymi, w których opisywałbym co powyżej – pani Sokolov podjęła próbę fizycznego szarpania mnie i wyrwania mi dziennika. Atak na urzędnika miejskiego w trakcie czynności służbowych, połączony z agresją wobec samego aktu urzędowej rejestracji! Tego rodzaju wystąpienie należy traktować z całą powagą. Pomimo ustnego napomnienia p. Sokolov dalej wyrywała dziennik, aż interweniował p. Żelazny, odciągając ją siłą.
Niestety, szkody zostały wyrządzone. Strony dziennika zostały umazane krwią – jej własną – i nawet po wyschnięciu pozostał na nich obrzydliwy wymaz. Każdy, kto w przyszłości otworzy ten wolumin, ujrzy ślad bezmyślnej napaści na urząd i na osobę go sprawującą. Nie tylko moją pamięć, lecz także kronikę publiczną, którą prowadzę, splugawiono w ten sposób. Wpisawszy niezwłocznie notatkę służbową na oznaczonej krwią stronie, utrwaliłem ten fakt, aby potomni wiedzieli, iż w Krairechen, obok zbrodni dokonanej przez buntowników, miał także miejsce czyn karygodny i haniebny – wystąpienie pani Sokolov przeciw porządkowi i urzędowi, którego żadna racja ani emocja usprawiedliwić nie może.
Patrzę teraz na mój dziennik w barwach wschodzącego słońca i me serce napełnia smutek. Jak tak można? Jak można być tak podłym? Jak można być tak wulgarnym i nikczemnym? Pani Sokolov wykazuje wyraźną skłonność do reakcji impulsywnych i afektywnych, które można zaklasyfikować jako zachowania o wysokiej labilności emocjonalnej. Jej układ regulacji emocji jest wysoce reaktywny, a tolerancja na frustrację — niska. W sytuacjach stresowych przejawia mechanizmy obronne o charakterze prymitywnym, przede wszystkim projekcję i przerzucanie odpowiedzialności na autorytety, zwłaszcza mnie jako osobę wiodącą w poselstwie. Charakterystyczna jest też jej dyspozycja do ruminacji — powracania obsesyjnie do wątku Sivo Brdo i utrwalania traumatycznych przeżyć, które ulegają w jej narracji zniekształceniu poprzez filtr emocjonalny. Zamiast racjonalnej analizy sytuacji, uruchamia schemat kozła ofiarnego, obciążając winą osoby znaczące, co świadczy o deficycie w zakresie poznawczej restrukturyzacji doświadczeń. Nie można jednak odmówić jej silnej orientacji na wartości moralne i postawy prospołeczne, choć przybierają one formę nieadaptacyjną. Posiada wyraźnie rozwinięty system przekonań normatywnych, który jednak cechuje sztywność poznawcza oraz brak zdolności do integracji sprzecznych danych. W kategoriach psychologii osobowości przejawia rysy neurotyczno–obsesyjne: nadmierne poczucie odpowiedzialności za innych, przekształcone w obsesję kontrolowania i krytykowania otoczenia. Jednocześnie można w niej dostrzec cechy egocentryzmu emocjonalnego — uznaje własne przeżycia i interpretacje za nadrzędne wobec faktów obiektywnych. Tego rodzaju profil psychologiczny czyni z niej osobę trudną we współpracy zespołowej, ale zarazem niepozbawioną szczerej motywacji etycznej, która mogłaby być właściwie ukierunkowana, gdyby uzyskała wsparcie w zakresie regulacji emocji i restrukturyzacji poznawczej. Ale to się przecież nie stanie! Ile lat treningu uczuć musiałaby przejść ta nieszczęsna, aby stać się prawdziwie pomocna? Nie mamy czasu na takie dziwactwa, a już szczególnie nie mamy zasobów, aby uczynić je nieszkodliwymi. Przecież w tym poselstwie pokłada się wielkie nadzieje. Może płonne, ale jednak. Jak miałbym zawieść pokładane we mnie zaufanie? Przecież moją maksymą urzędniczą zawsze było imperialne sformułowanie: feci, quod potui, faciant meliora potentes. I jak miałbym stanąć do ostatniego raportu, jeślibym zawiódł? Jak ona może być taka nikczemna? O co jej chodzi? Pomyślmy… skąd ten koszmar… Analizując zachowania pani Sokolov, dochodzę do konkluzji, iż jej nadmierna impulsywność wobec mnie, częste prowokowanie sporów, a także nieustanne powracanie w rozmowach do mojej osoby nie są wyłącznie wyrazem wrogości, lecz raczej przejawem reakcji ambiwalentno-emocjonalnych typowych dla osób doświadczających tzw. konfliktu afektywnego. Wiedza filozoficzna z obszaru psychologii relacji wskazuje, że nierzadko silna krytyka, gniew czy uszczypliwość są formą maskowania pozytywnego zaangażowania emocjonalnego, które jednostka nie potrafi wprost zamanifestować z powodu oporu intrapsychicznego lub lęku przed odrzuceniem. Mechanizm reakcji upozorowanej może tłumaczyć, dlaczego pani Sokolov obsesyjnie wraca do wydarzeń z Sivo Brdo i czyni mnie głównym punktem odniesienia swoich emocji. Jej zachowania wskazują na nieświadome przeniesienie afektu — inaczej mówiąc, obiektem jej uwagi i frustracji jestem dlatego, że stanowię jednocześnie przedmiot jej ukrytej fascynacji. W świetle powyższego nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jej postawa to klasyczny przykład zakamuflowanego zaangażowania uczuciowego, które, choć wyrażane poprzez pozorną wrogość, w istocie jest symptomem przywiązania i skrywanego afektu. Ona się we mnie zakochała.
Trzeba się obudzić. Już ranek. Nie! To już jawa, a nie koszmar… niech inni wstaną.
- Pobudka! Pora wstawać!
|
|
|