To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
TaL
Tales and Legends

Caligomones - Gdzie kurz nie opadł - Uniknięcie Końca

Reggirt - 2010-03-02, 15:44
Temat postu: Gdzie kurz nie opadł - Uniknięcie Końca

    - To było pięć lat temu! Jak możesz ciągle wspominać o tamtym niepowodzeniu.
    - Mogę, i ty też powinieneś. Zauważ, że od tamtego czasu nasza grupa nie osiągnęła nic czym można by się pochwalić.
    - Komu się chcesz chwalić, przecież jesteśmy niezależni od samego początku. Chyba, że liczysz na przychylność jakiegoś boga.
    - Co do bogów to mam inne plany, nie śpiesz się. Póki co, trzeba wykorzystać to, że ten powrót jest wciąż świeży.
    - Nie rozumiem co to nam daje?
    - Poczekaj chwilę, a wszystko ci wyjaśnię... Widzisz, tam gdzie po bogach jeszcze nie osiadł kurz...



Gdzie kurz nie opadł
Uniknięcie końca


Pytając przypadkowego soryjczyka o najgroźniejsze tereny które zna, można otrzymać wiele odpowiedzi. Puszcza Wiecznej Nocy. Gadzie Bagna. Pustynia Wiecznych Piasków. O dziwo gdy o o to samo zapyta się rodowitych mieszkańców owych terenów, potwierdzą oni że niebezpieczeństwo towarzyszy im na każdym kroku, jednak stwierdzą też że do niego przywykli. Jednak czy można przywyknąć do warunków znanych głównie z usłyszanych opowieści? Tam gdzie wszystkie cechy twojej rasy nie mają żadnej wartości, a czasem wręcz utrudniają przetrwanie? Jakie szanse na pozostanie przy życiu, ma na przykład czarny elf zostawiony w centrum Gór Środka Świata?

Pelios. Drow pozostawiony samemu sobie w najwyższych górach kontynentu Soryjskiego. Nie mógł stwierdzić ile czasu zajęło mu dotarcie do niższych terenów. Na pewno były to lata. Podobno w górach roi się od krasnoludzkich miast i wiosek. Mimo tysięcy kilometrów przebytych korytarzy skrytobójca nie spotkał żadnego takiego miasta. Jedynym śladem cywilizacji była pojedyncza wykuta w skale grota, w której zatrzymał się na jakieś dwa tygodnie. Brodatych mieszkańców gór jednak spotykał. Pierwszego jakąś godzinę po tym jak zorientował się w jak beznadziejnej sytuacji się znalazł, jak bardzo potrzeba mu cieplejszego ubrania gdyż dłonie powoli traciły czucie. Nie stracił jednak swoich umiejętności, także dość zgrabnie przywłaszczył sobie ocieplane odzienie przeciwnika. O ile w żaden sposób nie było szyte na miarę elfa, to skutecznie pozwoliło uniknąć ochłodzenia. Zimy były jeszcze gorsze. Metrowe zaspy, zamiecie i lawiny.
Latem mógł wyczuć że zmierza na południe, wspinał się na góry by sprawdzić czy górskie grzbiety łagodnieją i ukazują zaludnione tereny imperium czy też wielkie lasy. Późniejszymi miesiącami jednak musiał wchodzić do tuneli, tam wszelakie kierunki traciły sens. Mijał krasnoludzkie oddziały maszerujące nie wiadomo gdzie, nie wiadomo skąd. Łapał mniejsze zwięrzęta a sam uciekał przed takimi których rozmiary przekraczały elfie pojęcie. Jadł wiele roślin, czasem surowe mięso, co często kończyło się bólami i chorobami. Gdy wyszedł z tuneli po pierwszej zimie nie sądził, że kiedykolwiek ucieszy go dzienne światło. Dopiero koniec czwartej zimy przyniósł oczom drowa to na co czekał cały ten czas. Góry łagodniały. Iglaste drzewa nie stały już pojedynczo a tworzyły drobne lasy.

Nie minęła godzina wieczornego marszu przez leśne tereny gdy naprzeciw elfa pojawiła się brukowana droga . Pierwszy ślad Imperium od niepamiętnych czasów jakby czekający na przybycie Peliosa. Zwykły trakt o szerokości wozu biegnący między świerkami i sosnami. Udało się. Drow pokonał Góry Środka Świata.

[Pelios otrzymuje Wiedzę: Góry Środka Swiata, oraz Umiejętność: Sztuka przetrwania - o tak coby dobre wrażenie zrobić w pierwszym poście]


~*~


Ervin Ichaer żył, ale zakończył swój żywot. Umarł, ale przeżył. Przeżył we śnie. Choć nie potrafił się obudzić, gdyż to nie był jego sen. Więzień czyjejś woli, jak i niewolnik samego siebie. Nie mógł stwierdzić że istniał. Nie czuł. Nie widział. Nie słyszał. Ale w pewnej chwili, w nieznanej mu godzinie, nieznanego dnia poczuł. Zobaczył huk, i usłyszał blask, albo na odwrót. Coś go szarpnęło, uderzyło, rozszarpało, pożarło, wypluło i złożyło do kupy.

Obudził się nagi w wodzie z głową na brzegu. Nie mógł opanować swojego ciała. Jakby nie było jego. Wiedział, którym mięsień i który nerw mogą ruszyć jego ręką, nogą czy chociażby okiem, jednak nie potrafił. Patrzał w niebo. Niebo. To słowo zrozumiał po jakimś czasie. Później dochodziły kolejne. Chmury. Wiatr. Ptaki. Słowa rodziły się w zdania. Mózg zaczął wykonywać rozkazy wydawane przez wolę.

Gdy zrobiło się ciemniej podniósł się na nogi. Wieczór. Nie można leżeć cały dzień. Obok niego leżała szmata. Szmatę można użyć. Można się nią wytrzeć. Można się nią osłonić.

Napił się wody tworząc z dłoni miskę. Miskę. Zaczął przypominać sobie słowa przedmiotów których nie było w pobliżu. Stół. Okno. Miecz.

Napił się ponownie i zauważył w wodzie twarz. Mózg szybko przetwarzał informacje. Woda nie ma twarzy. Woda może odbić obraz przy odpowiednim świetle. Ta twarz się odbija. To twoja twarz.

I wtedy dotarło do niego kim jest. Ervin Ichaer. Wypluty przez plany.

Ervin - 2010-03-02, 17:01

Ciemność. Cisza. Pustka.

Ostatnie chwile życia jego duszy. Umarł, przestał istnieć dla swiata, w którym egzystowal. Co się stało?pamiętał zimno. Zimno i ciemność, która zamiast powoli, przyszła nagle i z prędkością, która nie pozwoliła mu nawet wspomnieć swojego życia. Wszystko zniknęło i zapanowała pustka. Był w miejscu, gdzie nie liczył się czas, gdzie nie słyszy się własnych myśli, gdzie nie czuje się swego ciała. Co wiecej... Nie ma się go. Ciało pozostało w miejscu, gdzie nie ma się dostępu. Zostało bez duszy, bez władzy. Pusta skorupa, opakowanie. Nikomu do niczego nie potrzebne, porzucone, wkopane w ziemie, by nie zawadzało, nie smierdzialo. Ciało rozkladalo się, oddawalo się ziemi, zjadały je robaki i znikało. Znikało.

I nagle się pojawiło, wyplute przez fale. Odrętwiałe i obce, nie swoje. Inne.

Kim ja jestem?

Patrzył przed siebie, w niebieskie plamy, które powoli złożyły się w spójne tło.

niebo
usłyszał w swojej głowie dźwięk. W pierwszym momencie przestraszyli się. Nagle przypomniał sobie. myśli. wyłonił się z pustki wprost w świat pełen odczuć, bodźców, które zachaczały o jego ciało, umysł i dusze. Widział, jak niebo zmienia swoją barwę, na coraz ciemniejszą. wieczór. Powtarzał w myślach na nowo poznawane słowa. Za każdym razem do jednego dołączało się następne. Poznał, jak nazywają się białe plamy, przesówające się przez niebo, jak nazywa się ta swiecaca plama, wchodząca w horyzont.

Zapadł zmrok. Słowa pozwalały mu opisywać już prawie wszystko, co go otaczalo. Słyszał szum fal, czuł dotyk wody na swym ciele. Siły do niego powracaly. Tak samo fizyczne jak psychiczne. Coraz swobodniej myślał, co doprowadziło do jednego pytania. Kim ja jestem?

Wstał. Poczuł ciężar swojego ciała. Rozejrzał się, poruszając szyją. Wszystko wracało, wiedział, jak chodzić, jak robić kroki, jak otwierać oczy, by widzieć wszystko wyraźniej. Obok niego leżał kawałek materiału. Zwykła szmata. Schylił się, sięgajac po nią. Wycierając się, patrzył wkolo. Szukał czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc. Wytarł całe ciało, głowę, włosy. Patrzył wkolo bezmyslnie, szukając punktu zaczepienia. Przepasał się szmatą i kucnął przy wodzie, robiąc z rąk miseczkę. Nabrał do niej wody. Płyn miał twarz. Dziwną, podluzną, falującą. Woda nie ma twarzy.. to ja.

Wspomnienia wróciły, ręce były skute na oparciach, całe jego ciało przeszywaly igielki. Słyszał śmiech, ktoś śmiał się do rozpuku, patrząc na jego cierpienie. Głos w jego głowie wrzeszczał wraz z nim. Obolała dusza wyrywala się z ograniczeń ciała.
- wszyscy Cię oklamali.
Twarz mrocznego elfa pojawiła się przed oczami.
- wszyscy, Ervinie Ichaerze.

To ja

Witaj przyjacielu! Hihihi... Znów się spotykamy. Wszyscy Cie opuścili. Tylko ja zostałem. Hihihihi...

Pelios - 2010-03-02, 17:22

Zmęczony, zmarniały i jakby nieobecny wzrok spoczął na brukowanej ścieżce. Lekka iskierka tliła się gdzieś w głębi duszy, była jednak zbyt słaba by nazwać ją szczęściem.
Wzrok uniósł się kierując w okolice słońca. Zawsze ciekawiło go czy inne rasy mogą bez problemów spoglądać w sam środek tej żarzącej się kuli piekielnego światła. Drow nie był w stanie nawet na kilka sekund wytrzymać widoku choćby jego okolic. Krasnoludzkie tunele wcale nie były takie złe...

Kilkuletnia tułaczka odbiła się nieco na jego zdrowiu tak fizycznym jak i psychicznym. Przez głowę przelatywały tylko puste myśli, którym bliżej było do instynktu niźli rozumowania istoty inteligentnej. Emocje zniknęły gdzieś w zapomnieniu, pozostawiając po sobie pustkę wypełnioną przez czyste potrzeby i działanie ku ich spełnieniu.
Długa izolacja od innych potrafi odcisnąć swoje piętno. Całe szczęście tułaczka Peliosa nie trwała na tyle długo, by kompletnie zatracił umiejętność życia wśród innych istot rozumnych.

Nie przystanął by przyjrzeć się ścieżce, by przemyśleć sytuację i radować się z opuszczania piekielnych gór. Po prostu szedł dalej przed siebie, nadal zerkając gdzieś w pustkę.
Być może wyglądał na nieobecnego, nieprzytomnego i bezbronnego. Każdy jednak kto chciałby to wykorzystać mógłby napotkać na niemiłą niespodziankę. Nie przeżyłby tyle czasu sam w górach, łatwo się rozkojarzając. W rzeczywistości zmysły miał wyczulone, ciało zaś gotowe do błyskawicznej reakcji. Bardziej instynktownej niźli przemyślanej.

Reggirt - 2010-03-02, 21:37

Ilość wspomnień jaka uderzyła w Ervina zmusiła go by usiadł. Wola, intuicja, zdrowy rozsądek, czy też może głos jego starego towarzysza zaproponował by bohater rozeznał się w sytuacji.

Był nagi, siedząc nad stawem w którym wymoczył się dość długo by nie myśleć o kąpieli. Wokół znajdował się las. Choć nie był to las elfów, tutaj drzewa były zwykłe, normalne i nudne, do tego w większości iglaste. Czyli jest gdzieś na terenach ludzi.

Jeśli chodzi o czas to nie mógł określić go dokładnie gdyż, nie miał żadnego punktu odniesienia. Wiedział jedynie że słońce za jakieś kilka minut schowa się całkowicie za drzewami i pozostawi go samego w zimnym lesie na noc. Nie była to przyjemna perspektywa, jednak brakowało jej dużo do nazwania ją tragiczną.

~*~


Piekielna jarząca gwiazda w końcu schowała swoją tarczę za czubki drzew. Las zaczynał tracić światło, przez co Pelios czuł się bardziej swojsko. Porównywanie jednak ludzkiego lasu z Puszczą Wiecznej Nocy to tak jakby postawić przeciw sobie jaszczurkę i smoka. Ważne jednak że było to lepsze miejsce do spędzania nocy niż ograniczone ścianami z czterech stron krasnoludzkie tunele. Nawet te ogromne, nie miały w sobie ni krztyny życia. Tam nawet wiatr nie wiał. Już wiadome czemu krasnoludy tak śmierdzą.

Instynkt wyprowadził go jednak z tuneli, i póki co spisywał się doskonale. Także ucho drgnęło natychmiast gdy zza pleców w oddali słychać było kroki. Ktoś truchtał i to dość ślamazarnie, bo dźwięk podeszew uderzających rytmicznie w bruk roznosił się głośnym echem.

Nie minęła chwila by drow wciąż sterowany instynktem znalazł się za najbliższym drogi drzewem. W ręku miast worków już znajdował się sztylet, czy też nóż roboty krasnoludzkiej. Dość toporny, jednak i tak w dużo lepszym stanie niż ten z którym bohater wylądował w górach.

Biegnącym okazał się człowiek. Widać było że się śpieszy, co chwilę oglądał się na boki, jednak zbyt nerwowo i chaotycznie by móc dostrzec coś konkretnego. Klamra pasa odbijała jeszcze resztki światła tu i ówdzie, podobnie jak broń przy pasie. Zapewne sztylet, bądź krótki miecz. Żołnierzem jednak ów człowiek nie był. Nie posiadał żadnego pancerza, a ubrany był w dość dobrze zszyte ciemne odzienie. Rozmiar akurat na średniej wielkości elfa. I pasowałby do czarnego.

[Btw Erv pytał o karmę – dostaliście standardowo Pelios 1pkt, Ervin z racji bycia ludziem 2pkt - jeszcze nie wpisane w kartę ;p]

Ervin - 2010-03-02, 22:05

- Nie, nie, nie, nie... Nie znów... - Mamrotał do siebie Ervin słysząc w głosie szaleńczy chichot głosu. Usiadł, łapiąc się za głowę, znajdował się już na granicy histerii, jego umysł pracował tak szybko jak mógł po tak długiej stagnacji. - Daj mi spokój... - jąkał się, składając zdania z nowo poznanych słów, rozgrzewając nieużywanych długo strun głosowych. Długo. Właśnie... Ile minęło czasu. Co działo się od momentu, który właśnie sobie przypomniał? Ile minęło lat, miesięcy, dni, tygodni?

Umarł.
Pamiętał dobrze. To wszystko zmieniło.

Stracił duszę. Odeszła do niebytu, piekła, zaświatów. Czegokolwiek, jakkolwiek to było nazywane w różnych religiach w różnych krajach przez różnych ludzi.

Oj, przestań pierdolić, mój mały. Hihi.. Musisz się wziąć do roboty, bo tu zamarzniesz.

-Odejdź, daj mi umierać w spokoju! - Wykrzyczał do siebie, choć był to ledwie szept.

Umierać?! Ty już nie żyłeś, głuptasie. Wszystko się zmieniło, wiesz? Wszystko. Wstawaj. Hihihi..

Ervin wziął głęboki oddech. Powietrze wypełniło mu płuca. Kiedy ostatnio miał to uczucie?
Podparł się rękoma ziemi i wstał, prostując szybko nogi. Patrzył jeszcze chwilę na wodę i na zachodzące słońce. Co się stało, że może ciągle oddychać, widzieć wodę, czuć wiatr na swojej twarzy?

Lepiej nie zadawać sobie pytań, których odpowiedzi mogą być dla nas zgubne. Prościej jest działać, niż się zastanawiać.

- Dobrze więc, czas działać.. -

Przepasał się szmatą jeszcze raz, otrzepując ją z ziemi, piasku, czy jakichkolwiek nieczystości, które mogły ją pokryć na ziemi. Instynkt, musiał go w sobie obudzić na nowo, by przeżyć. Rozejrzał się wokół. Jeszcze raz, spojrzał na ziemie, szukając potencjalnej broni - kamienia, albo, przy odrobinie szczęścia - krzemienia.

Pelios - 2010-03-02, 23:10

Człowiek...

Kiedy ostatnio widział przedstawiciela tej rasy? Czy przypadkiem nie był to...Muad? To imię, czemu budziło agresję i złość?
Góry owszem odcisnęły swoje piętno. Szczególnie niezliczone noce mrozu, gdzie każda była walką o przetrwanie dla kogoś nieprzystosowanego do takich warunków. Jednym z efektów tułaczki była najwyraźniej częściowa amnezja.
Człowiek...ludzka istota...bywa czasem niełatwa do zabicia.
Z jakiegoś powodu pamięć wróciła do chwil z końca treningu u Nocnych Noży. Do misji sprawdzającej jego zdolności. Do człowieka, który z przebitą tętnicą szyjną nadal prawie udusił drowa.
Ten człowiek jednak nie wyglądał na tak twardego.

Drow zerknął na swój sztylet z pogardą. Gdzieś w głębi wspomnień mignął Kieł Kataxxu.
Człowiek. Słabo uzbrojony. Nieostrożny. Biegł.
Przez umysł przemknął obraz nieuzbrojonego, pewnego siebie maga, który mimo potencjalnej bezbronności był śmiertelnie niebezpieczny.
Instynkt zignorował ten obraz. Ten człowiek nie wyglądał a maga.

Dopiero teraz uśmiech pojawił się na twarzy drowa. Zważał na kroki. Zważał na hałas. Ruszył biegiem za człowiekiem, trzymając się jednak drzew, nie wchodząc na brukowaną drogę. Starał się zrównać, nawet wyprzedzić potencjalną ofiarę, nie robiąc przy tym hałasu, który zdradziłby jego obecność. Krew drapieżnika zawrzała.

Reggirt - 2010-03-03, 12:44

Ervin w końcu zdecydował się na działanie. Pierwszym ich etapem było wykorzystanie wszystkiego co się może przydać.

Przy stawie było nieco kamieni, głównie gładkie i okrągłe bez żadnych ostrych krawędzi których można by użyć do pomocy przy rąbaniu drwa, bądź kogoś w głowę. Kilka z nich, o znajomej barwie sprawdził pobieżnie pocierając o siebie czy wytworzą iskrę. Nic. Niestety. Póki co zostawił sobie w dłoni taki który dobrze w niej leżał i nie był za cieżki.

Rozglądał się jeszcze trochę, póki światło jeszcze dawało do tego możliwości. Niedaleko siebie znalazł wiklinowy kosz który widać leżał tutaj dość długo, jednak mimo upływu czasu wciąż nadawał się do użytku. Dodatek do szmaty. Zapewne ktoś tutaj kiedyś prał sterty materiałów, jednak Ervinowi otwieranie własnej pralni z jedną szmatą i jednym koszem nie wydawało się obiecujące, zwłaszcza w środku lasu i do tego nocą.

Tylko po co mu kosz? Może położy go sobie na plecach i poudaje żółwia? Zawsze to jakieś znalezisko na początek.

~*~


Pelios szybko zadecydował co zrobi. Worek z kocami i wełnianymi ubraniami zostawił pod drzewem. Nie był mu teraz potrzebny. To w końcu już nie wysokie mroźne ośnieżone szczyty, a zwykły las.

Gdy człowiek minął drzewo za którym chował się elf, drow poczekał jeszcze chwilę i ruszył za nim. Uważnie patrząc wciąż na ofiarę przemieszczał się za nią niczym cień. Widział jak człowiek ślamazarnie się porusza, słyszał jego ciężki oddech, i krople potu które łapały resztki światła. Nie dość że nieostrożny to jeszcze zmęczony. Nieuważny.

I człowiek w tej swojej nieuwadze potknął się, a plan wyprzedzenia ofiary instynkt drowa szybko wymienił na nowy.

Pelios wykorzystał sytuację, gdy widział jak jego cel przegrywa z grawitacją. Doskoczył z jego lewej strony, szybko pochwycił za rękę, wygiął ją do tyłu i pomagając sobie kolanem dokończył to co rozpoczął sam człowiek.

Przyszpilony do zimnego bruku zamruczał coś niedbale, z okolic twarzy przygwożdżonej do kamiennej drogi poleciała strużka krwi. Człowiek uderzył głową dość porządnie jednak nie stracił przytomności bo wciąż napinał mięśnie. Kontrolował to jednak siedzący mu na plecach elf, który nogami zablokował ręce ofiary, jedną dłonią przytrzymywał jej głowę przy bruku, a drugą ze sztyletem przyłożył do karku.

Musiał przyznać ze brakowało mu tego. Nie było to czajenie się aż krasnolud odejdzie od grupy czy to za potrzebą, czy wywabiony hałasem. I choć ofiarą był niezgrabny człowiek, to drow, jako rasowy drapieżnik cenił sobie udane polowania.

Pelios - 2010-03-03, 18:09

Ciało zdawało się poruszać same, niczym bez udziału umysłu. Jakby wiedziało lepiej jak należy się posunąć, co zrobić.
Już po chwili przygwoździł do ziemi swą ofiarę idealną, delektując się każdym jej drgnięciem, skomlnięciem, każdym napięciem mięśni. Jak dobrze, że nie straciła przytomności upadkiem.

Sztylet znalazł się przy gardle człowieka. Naciskał lekko ostrzem na napiętą, jasną skórę. Pelios niemal słyszał krew przepływającą przez tętnicę swej ofiary.
Nie delektował się jednak tą chwilą dłużej niźli sekundę, dwie.
Jednym szybkim ruchem docisnął sztylet, zagłębiając go w gardle człowieka.
Przeciąć tętnicę szyjną, przebić krtań. Szok powinien wystarczyć, by ofiara nie była w stanie zareagować w żaden znaczący sposób. W razie problemów przekręcić sztylet otwierając ranę szerzej i rozrywając krtań.
Głos Ardenii, gdzieś w głębi umysłu przypominał o podstawowych zasadach skrytobójcy.
Drugą dłonią zakrył usta i nos człowieka.
Powstrzymać ostatnie krzyki przy okazji blokując oddychanie. Trzymać silnie i stanowczo póki konwulsje nie ustaną.

Ervin - 2010-03-03, 18:27

Szukaj, szukaj.

Tak, to się przyda, popatrz jak fajnie może uderzyć kogoś w głowę, zawsze jakaś broń, nie?

Patrz, koszyk, koszyk. hihihi...

Głosik w głowie ciągle podpowiadał mu, komentował jego czynności, jego znaleziska, marne próby odnalezienia krzemienia. Przystanął chwilę nad koszem, zastanawiając się nad tym, do czego może go użyć. Przeniósł go do granicy lasu i położył pod drzewem. Zaraz wrócił na plażę i rozejrzał się szukając jeszcze większej ilości szmat, koszy, lub czegokolwiek, co mógł zostawić tu człowiek.

Człowiek... Rozbrzmiały w jego głowie groźne słowa.

Ludzie, oszustwa, spiski.
Wszyscy go oszukali, wszyscy chcą go oszukać. Adrenalina dostała się do krwi, zaczął nerwowo rozglądać się wkoło, przykucnął, unosząc kamień nad głowę, gotowy do rzutu, albo ataku z bliska. Cokolwiek, byleby nie dać się podejść.

Przeczesał wzrokiem brzeg, szukając ostatniego blasku odbijającego się w gładkim krzemieniu. Ogień jest mu potrzebny. Potrzebny jak mało co.

Reggirt - 2010-03-03, 20:29

Jeden ruch. Szybki. Zdecydowany. Wyuczony.

Ciało ofiary drgnęło, a później napięło mięśnie rąk i nóg, sądząc że zrzuci z siebie napastnika. Ręka przystawiona do ust uciszyła mruczenie które szybko przekształciło się w nieudolne charczenie. Mięśnie zaczynały się stopniowo rozluźniać, by w końcu zastygnąć w bezruchu.

Drow znajdował się na środku brukowanej drogi klęcząc na, martwym już, ludzkim ciele. Las umilkł, czy to z szacunku dla śmierci, czy to przez strach który wzbudził nie widziany tutaj wcześniej drapieżnik. Pozostała tylko krew. Na nożu, który przed chwilą rozpoczął zbrodnię. Między palcami dłoni, które nie pozwalały dźwiękom o tej zbrodni opowiedzieć. I w kałuży pod ciałem, które zostało w tej zbrodni ofiarą.

~*~


Ervin otoczył niewielki staw szukając pozostałości po kimkolwiek. Nie było jednak już ani szmat, ani koszy. Niczego co mógłby zostawić człowiek. Tylko trochę trzciny i suchych gałązek, które już dawno potraciły igły.

Niebo, a wraz z nim las, powoli szarzały. Szukanie czegokolwiek było coraz większym wysiłkiem, zwłaszcza dla oczu które dopiero dziś na nowo nauczyły się widzieć.

- Oj Ervinie, nie postarałeś się... - zabrzmiało w jego głowie.

Miał tylko kamień, kosz i szmatę, gdy pierwszy raz usłyszał huczenie sowy.

Ervin - 2010-03-03, 20:46

Chodzenie wkoło, ograniczenie horyzontów. Pole manewru powinno być nieograniczone, chyba, że szukamy pojedynczego punktu w tym polu. Co teraz? Jego pole działania było ograniczone, pora je otworzyć, przejść dalej, powiększyć pole, pomijając to, które już zostało zbadane. Skierował się w stronę kosza, zgarniając z plaży suche gałązki, by potem wrzucić je do kosza, ciągle nie mógł się pozbyć wrażenia, że coś, albo ktoś go obserwuje. Niebo szarzało, słońce zanikało, albo już zupełnie znikło za horyzontem, ciemność się zbliża. w ciemności będzie można go zajść, w ciemności będzie można go zabić. Nie będzie miał możliwości obrony, jest słaby, wszyscy będą chcieli to wykorzystać. W głębi czają się dzikie bestie, które chcą go rozszarpać. Był tego pewien. Widział swoje ciało, skulone pod drzewem, trzęsące się z zimna, otoczone przez krąg ciemnych postaci, czekających, aż tylko zmruży oczy ze zmęczenia, by go dorwać, rozszarpać.

Nie postarałeś się.

Oj, nie marudź mu w głowie elfie... Czym kim ty tam jesteś. Odezwał się piskliwy głosik w jego głowie, zaraz po słowach o marnych staraniach.

- Nie możecie się po prostu zamknąć?! - krzyknął, coraz bardziej zdenerwowany wizją samego siebie rozszarpywanego na strzępy. - Próbuję... Próbuję.. Się skupić. Na tym, co robić.

Doszedł do kosza i wrzucił do niego patyki, które zebrał po drodze. Wziął jeszcze parę kamieni, które lekko poukładał w środku i wyruszył w drogę.
Kamienną broń ciągle trzymał w ręku, w każdej chwili spodziewając się ataku. Wszystko może zmienić się w jednej sekundzie, w jednym mgnieniu oka.

Wyruszył przed siebie w nieznane.

W las.

Pelios - 2010-03-03, 21:38

Gdy ofiara przestałą się ruszać, drow odczekał jeszcze kilka sekund, po czym puścił jej bezwładne ciało i wyciągnął sztylet z krtani.
Pospiesznie rozejrzał się w lewo, prawo, za siebie, niczym jeleń, który właśnie usłyszał trzask patyka w oddali. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, wytarł ostrze o swoje łachy. Ten człowiek miał na sobie zdecydowanie lepsze.


Nie zwlekając dłużej zaciągnął martwe zwłoki w cień drzew, by na spokojnie przejżeć co też udało mu się upolować. Z pewnością przyda się jego ubranie. Wręcz idealnie pasujące do jego stylu. Zupełnie jak gdyby bogowie obdarowali go tą okazją.

Chwila...bogowie? Drapieżnik nie ma bogów. Zwierzę nie spędza czasu na modlitwie, nie zastanawia się nad niczym poza zaspokajaniem własnych potrzeb. Czemu zatem imię Vestriel wędrowało po jego głowie. Zerknął na czoło swej ofiary. Potem zaś na ostrze już czystego sztyletu.

Nie był do końca pewien czemu to robi. Wydawało się to...właściwe. Ułożył ciało pod drzewem, opierając bezwładną głowę o pień.
Naciął jasną skórę na czole, ostrożnie i powoli. Spokojnym, dokładnym ruchem wyciął w niej znak. Literę.




Ther'Noctis
Także to słowo powracało teraz do niego wraz ze wspomnieniami z gildii. Nadal zamazane, ciężkie do zrozumienia i ułożenia, były tam jednak i powoli usadawiały się na właściwym miejscu.

Ponownie wytarł sztylet o swe łachy i przyjrzawszy się przez chwilę bez większych emocji swemu dziełu, rozpoczął przeglądanie upolowanej zwierzyny.

Reggirt - 2010-03-04, 12:40

Półelf ruszył przed siebie. Uzbrojony w kamień szedł powoli, pilnował swojego dobytku składającego się z kosza kamieni i patyków. Ściółka kuła go w bose stopy z każdym krokiem, kilka razy kopnął w gałąź której nie zauważył. Czasem coś zaszeleściło, czy zahuczało, przez co Ervin kładł kosz na ziemię i stał przygotowany na atak ściskając palce wokół kamienia. Ale stojąc tak nieraz po kilka minut, nic nie nadchodziło. Za każdym razem jego zmysły płatały mu figla. Albo ktoś te figle płatał i nie pokazywał się.

-Nie jest ci zimno? Rozpaliłbyś ogień... - rozeszło się w jego głowie kiedy zatrzymał się na chwilę by odetchnąć przy drzewie. - Wiesz w ogóle gdzie idziesz?


~*~


Człowiek nie był jakoś szczególnie ciężki, także drow szybko i sprawnie wciągnął go między drzewa, zostawiając na bruku jedynie mokry ślad. Faktycznie czuł się jak drapieżnik z Puszczy Wiecznej Nocy, który wraca w ciemność z pochwyconą zdobyczą.

Ubranie ofiary nie wchłonęło zbyt wiele krwi, z resztą przy ciemnej jego barwie, lekkie czerwone zabarwienie nie było aż tak widoczne, zwłaszcza po zmroku. Po pewnym czasie i tak zabrudzi się jeszcze bardziej, a krew sczernieje. Koszula leżała na elfie dobrze, była też przyjemniejsza dla ciała niż to w czym wędrował przez ostatnie lata. Spodnie były nieco za szerokie w pasie, jednak wyżłobienie dodatkowego otworu w skórzanym pasku zniwelowało ten problem. Najlepszym fantem okazały się jednak skórzane buty. Dobrze wyprofilowane obuwie trzymające stopę, o kilka klas lepsze i lżejsze niż szerokie luźne kozaki zdobyte w górach. Bronią wiszącą przy pasie okazał się krótki miecz. Pospolity, bez żadnych grawerów czy zdobionej rękojeści. Na wewnętrznej stronie skórzanej kamizelki drow znalazł kieszeń w której znajdowały się dwie srebrne monety oraz wisior.

Na skórzanym sznurku zawieszony była zielonkawa szklana okrągła kula o ściętych ściankach. Wyglądała trochę jak nieco wyszukany flakonik, jednak nie było widać w nim miejsca które można było by otworzyć, bądź odkręcić.

Ubranie, prosty miecz, dwa srebrniki oraz szklany wisior.

Tyle okazała się warta śmierć śpieszącego się człowieka.

Ervin - 2010-03-04, 15:57

Przetrwanie - to jedynie się teraz liczyło. Chciał przetrwać, pozostawić przy sobie to, zostało mu kiedyś odebrane, a teraz ponownie to odzyskał. Chciał żyć, po prostu. Od razu został rzucony na gleboka wodę, tak jakby był to sprawdzian, czy zasłużył na to, żeby pozostać przy życiu. Bal się jego wyniku, bo wiedział, co może stracić.
Nie mam pojęcia co robić. Nie mogę stać w miejscu, boje się.
Powiedział sobie w myślach, wiedząc, że i tak go usłyszy.
Usiadł pod drzewem, jakby przeczac sobie, zaprzestajac wędrówki. Co zrobić? Przyjrzał się swojemu dobytkowi. Pare patykow, kamieni. Wyjął kamienie i po kolei uderzal jednym o drugi, wyczekując iskier.
Jakikolwiek byłby wynik jego ostatecznego sprawdzenia szczęścia, odgarnal ziemie, w miejscu najbardziej osloniete przez korzenie i najbardziej suche, o ile takie było, i zaczął wrzucać tam najmniejsze i najbardziej suche patyczki i igielki drzew, suche liście, czy cokolwiek mogło służyć za latwopalny początek ogniska. Wyjął najbardziej płaski kawałek drewna jaki posiadał, i ulozyl na nim jeszcze trochę sciółki i kawałki drewna. Stary elficki sposób, który poznał kiedyś, dawno dawno temu. Nigdy go nie wyprobowywal. Przylozyl prostopadle inny prosty patyk i zaczął energicznie obracać, nie zwracając na ból rak, który zapewne niedługo się pojawi. Czekał na najmniejszą iskre, która mogłaby przenieść się na ognisko.
Potrzebował ognia. Ogień to ciepło. Ciepło to życie.

Pelios - 2010-03-05, 16:46

Uniósł szklany wisior na wysokość swych oczu i przyjrzał mu się dokładnie. Wciągnął mocniej powietrze nosem zupełnie jak gdyby próbował wyczuć jakiś zapach, po czym wsadził znalezisko do sakiewki z monetami.

Przywłaszczył sobie każdą ze znalezionych przy mężczyźnie rzeczy, uznał że póki nie czuje się obciążony, weźmie ze sobą co tyko się da. Odrzucenie toboka z kocem sprawiło, iż przybyło nieco miejsca w standardowym ekwipunku.

Już samo ubranie warte było zachodu. Ba, sama możliwość zapolowania i łatwego zabicia tego człowieka była okazją i nagrodą samą w sobie.
Stare szmaty pozostawił przy martwym ciele, niedbale rzucając je na wierzch.
W tym ubraniu czuł się inaczej, jakby mniej dziko. Falami nadchodziły wspomnienia z treningów wśród Nocnych Noży. Zwierzęca natura powoli zaczynała ustępować miejsca. Bardzo, bardzo powoli.

Po zakończeniu przebierania, mocowania i chowania ekwipunku ruszył dalej. Nie drogą. Trzymał się cieni drzew, przemieszczając równolegle do samej drogi. Przynajmniej dopóki było to możliwe.
Nie spieszył się. Zabójstwo i nowe ubranie nieco poprawiły stan jego samopoczucia, nadal jednak był zmęczony i nieobecny z twarzy. Poruszał się jednak już nieco mniej ślamazarnie i ociężale.

Reggirt - 2010-03-05, 18:34

Kamienie uderzały o siebie jeden za drugim. Dłonie obracały je na dziesiątki różnych sposobów, poszukując odpowiedniej pary kamieni i odpowiedniego ich ułożenia. Pach! Pach!

- Co robisz? Ściągniesz na siebie uwagę! - rozeszło się w jego głowie i zmusiło do odrzucenia kamieni, jakby nagle zamieniły się w rozwścieczone węże.
- Niby jak on ma rozpalić ogień, skoro mu tego zabraniasz ?! – odpowiedział inny, mniej piskliwy, głos.

Półelf padł na kolana i dokładnie zaczął odgarniać ściółkę. Pod zimną skórą nie było czuć wielkiej wilgotności, a drobna jej obecność była raczej związana z ochłodzeniem powietrza, jak i spędzeniem większości dnia mocząc się na brzegu leśnego stawu.

Ervinowi udało się w końcu stworzyć coś na kształt prostego paleniska,głównie z cienkich gałązek, jednak by oficjalnie móc je tak nazwać, powinno się ono dać rozpalić. Położył więc przed sobą kawałek znalezionej kory i wziąwszy do ręki kawałek dość prostej gałęzi zaczął nim energicznie obracać by 'wwiercić się' w korę.

Nic.

Chociaż przykładając palec, dało się zauważyć, że po miejscu w którym Ervin obracał kijek powoli rozchodzi się ciepło.

~*~


Zadowolony ze zdobyczy Pelios ruszył dalej. Wciąż na południe. Z każdym krokiem górski las wydawał mu się coraz mniej obcy. On sam dla siebie też był mniej obcy. Spokojniejszy, przez co i pewniejszy.

Droga lekko odbijała na wschód. Czy też w lewą stronę elfa, gdyż miał przeczucie, że trzyma się południowego kierunku odkąd opuścił krasnoludzkie tunele.

Las zdawał się łagodnieć. Smutne surowe iglaste drzewa, gdzieniegdzie rozdzielał jakiś dąb, czy też buk. Pojawiały się też krzewy. Ściółka delikatnie szurała pod jego nowymi skórzanymi butami, choć wątpił by ktokolwiek prócz niego, był w stanie to usłyszeć.

Szedł tak dobrą godzinę gdy ponownie pojawił się on. Ten sam który był największym wrogiem Peliosa, odkąd pozostawiono go samemu sobie w wysokich górach. Pojawiał się systematycznie, za każdym razem tak samo mecząc i drażniąc drowa. Tylko, że go nie można było po prostu zabić.

Głód.

Ervin - 2010-03-05, 18:52

Kamienie zostały rzucone. Pod drzewo, i leżały tam, zawsze w zasięgu reki, jakby trzeba było zajebać jakiegoś zbrojnego w pełnej zbroi płytowej jak i rzucać w ptaszki dla zdobycia pokarmu. Tak czy owak, przydadzą się tak samo, jakby ich w ogóle nie miał. Ale myśl, że są przy nim, że ma potencjalną broń, dodawała mu otuchy, gasiła jego manie prześladowczą w takim stopniu, że mógł funkcjonować. Za każdym trzaskiem gałęzi słyszał skradających się przeciwników, za każdym podmuchem wiatru myślał, że coś poruszyło się szybko za nim, zanim zdążył się odwrócić i to dostrzec. Nic mu nie pomagało, wszystko się mu sprzeciwiało, miał cholernego pecha. Pecha miał, kiedy umarł, teraz po prostu sobie nie radzi.

Jesteś niedorajdą, dajesz się wyruchać każdemu, kogo poznasz. Wszyscy Cię oszukują!

-Nie dam się. Już się nie dam! - Powiedział do siebie w miarę głośno, intonując ostatnie postanowienie. zebrał jeszcze jeden patyk z kosza i zaczął ścierać z niego korę, o ile była to kora młoda i bardzo cienka. Położył jej parę drobnych kawałków w miejscu, w którym wcześniej "kręcił kijem". dodał jeszcze parę okruchów i drzazg z drewna. Wydawało mu się, że za pierwszym razem też miał zamiar to zrobić. No cóż, bogowie chcieli inaczej, przedłużając jego męki o kolejne minuty. Kiedy kawałeczków drewna i kory było już wystarczająco, by mógł rozwinąć się na nich żar, z którego będzie mógł przenieść płomień, wyjął najmniejszą gałązkę, którą miał w koszyku, lub jaka leżała koło niego na ziemi, i zostawił ją w zasięgu ręki. Nie będzie miał dużo czasu, jeżeli utworzy się żar, będzie musiał go lekko, bardzo lekko rozdmuchać i przykładać gałązkę, by ciepło i zalążek ognia się na nią przeniósł, wtedy będzie mógł przenieść żar do ogniska. Och... Przydałaby mu się brzozowa kora!

Nie był przystosowany do tego typu warunków.

Pelios - 2010-03-05, 19:04

Potrzeba. Zawsze pojawia się jakaś potrzeba. Podstawowa, pierwotna, najpospolitsza i jakże częsta potrzeba zaspokojenia głodu.
Problemem było znalezienie sposobu na spełnienie zachcianki organizmu.
Co też może znaleźć na tym terenie? Zwierzynę? Owoce? Korzonki? Posiadłość? Wioskę?
Broni dystansowej nie miał, w niebo zatem nie patrzył. Nie był na tyle zdesperowany by poszukiwać dżdżownic, w głębi ziemi zatem także szukać nie miał zamiaru. Pozostawało iść dalej, rozglądając się za najbliższą nadarzającą się okazją.

Trzymał się na tyle blisko drogi, by nie stracić jej z oczu, starał się jednak poruszać w oddaleniu od niej. NA drodze nie rosło pożywienie, poszukiwać należało zatem poza nią. Jednocześnie droga była dobrym punktem odniesienia i mogła doprowadzić go chociażby do jakiejś posiadłości, nie miał zamiaru zatem z niej rezygnować.

Przykulił się nieco i wytężając głównie wzrok rozpoczął poszukiwania, nadal przemieszczając się wzdłóż drogi.

Reggirt - 2010-03-05, 21:40

Półelf ponowił próbę. Mimo tego, że paznokcie bolały go od zdzierania kory i kilka drzazg wbiło się palce, kontynuował. Usprawnił swoją rozpałkę kierując nań więcej drobnych trocin i brudów. Byle tylko jedna z nich otrzymała tyle ciepła by się zapalić.

Kręcił. Kręcił nie zważając na drętwienie dłoni. I pojawił się dym.

To tylko pobudziło Ervina na tyle by wszystkie siły kierować na ruchy dłoni. Choć nie mógł się opanować i w ruch za dłońmi ruszyły tez przedramiona, barki i cały tułów. Wyglądał jakby dostał ataku jakiejś choroby, albo wszystkie głosy siedzące w jego głowie postanowiły się z niego wyrwać.

I w końcu iskra. Płomyk. Malutki niczym kropla, po chwili przeszedł na kolejne kawałki kory, drzazgi i trociny. Powoli i delikatnie dosypał jeszcze trochę suchej ściółki. Później wsunął korę na której budził się płomień pod ułożone wcześniej palenisko.

Sukces. Pierwszy od dłuższego czasu, wynikający jedynie z działalności Ervina. Bo to, że wrócił do żywych nie mogło być jego sprawką.

~*~

Zwierzyna. Owoce. Korzonki.

W górach głodował czasem po kilka dni. Szczęściem było że nie odwodnił się, gdyż zarówno podziemne źródła jak i śnieg, stanowiły nieskończony zapas wody. Ale organizm i tak po pewnym czasie domagał się pożywienia. Poczynając na robactwie i mięsistych larwach, na podziemnych grzybach i wiszących u stropu tuneli korzeniach kończąc. Cieszył się że nauka skrytobójstwa zostawiła dla niego umiejętność rozpoznawania trucizn.

W tym lesie jednak ponownie jest wybór. Wiosną ptactwo zaczynało składać jaja. Wiele zwierząt wypuszczało z nory młode po długiej zimie. Niektóre rośliny uwalniały jadalne soki mające na celu zwabienie owadów, które rozpoczną proces zapylania.

Najważniejsze chyba było to, że to nie była puszcza w której zarówno kwiat jak i latający nad nim owad mogą pozbawić cię życia. Tutaj to drow był drapieżnikiem. To on zabijał.

Od rozglądania się po lesie, odgonił go, a raczej skupił, jeden punkt w zasięgu jego wzroku.

Ognisko? Obóz?

Światło w ciemności łatwo przyciąga uwagę.

Ervin - 2010-03-05, 22:16

Ręce poruszające się wprzód i w tył, rozkręcając patyk, pocierający o drewno, korę, rozgrzewający je. W pewnym momencie temperatura wzrosła na tyle, by powstał dym, by zaiskrzyło, by zaogniło się. By powstał ogień. Mały, ale zawsze ogień. Przedstawiał to, co teraz odczuwał Ervin, był to symbol nadziei na przetrwanie. Tlący się płomyk nadziei, który jest potencjalnie wielkim ogniskiem, ale trzeba o niego zadbać.

Brawo, Ervinku. Hihihi.. Wiedziałem, że mogę na Ciebie liczyć. przy ogniu nie zginiemy. hihihi. Będzie ciepło, ciepło, ciepło...! Hihihihi
Uśmiechnął się mimowolnie do siebie, słysząc zadowolenie w jego głosiku, dorzucił trochę kory do rozpalającego się płomyka, by go zwiększyć. dokładał coraz więcej, porzucając pomysł podpalenia wcześniej ustawionego ogniska. Po prostu wsunął płonącą się korę i kawałki drewna znajdujące się na niej lekko w stronę zagłębienia, by obronić ogień przed potencjalnym wiatrem i zaczął dorzucać do niego coraz większe kawałki drewna, by ognisko zapłonęło, rozejrzał się jeszcze wokół siebie, poszukując zagrożeń, teraz po zwycięstwie nad rzeczą martwą miał wrażenie bezpieczeństwa, lecz była to tylko ułuda, wiedział to, musiał być czujny. Musiał uważać. Ogień to może bezpieczeństwo, ale las w nocy to niebezpieczeństwo wiele razy większe.

Pelios - 2010-03-06, 18:15

Światło. Ogień. Ognisko. Obóz.
Momentalnie zapomniał o otaczającej go faunie i florze. Tam było pewniejsze źródło pożywienia. Nawet jeśli było to duże obozowisko bądź wieś, z pewnością warto było to sprawdzić. Zresztą, kim by nie byli obozowicze, istniała duża szansa, że da się im ukraść zapasy. A jeśli ocena własnych szans wypadłaby pomyślnie, być może dało się zyskać nawet więcej. Łącznie z kilkoma życiami więcej na koncie.
Ten dzień stawał się coraz lepszy.

Uważnie obserwując ściółkę i zważając na swe kroki ruszył powoli w stronę światła. Po drodze wyciągnął nóż krasnoludzki. Ta broń lepiej sprawdzała się na opancerzone cele, była też w lepszym stanie, co umożliwiało nadal parowanie ewentualnych ciosów.
Podekscytowanie ponownie zaczęło wzbierać w drowie, odsuwając na bok znużenie.

Nozdrza łapczywie wciągały powietrze, w nadziei wyczucia zapachu pieczonego mięsiwa, bądź innej potrawy przygotowywanej na ogniu.

Reggirt - 2010-03-06, 20:21

Światło w oddali było zbyt skromne by jego źródłem była wieś, jednak by się upewnić drow musiał zmniejszyć dzielącą go od źródła światła odległość.

Pelios mimo braku konkretnego rozeznania sytuacji zaplanował już kilka pierwszych posunięć. Solidny krasnoludzki nóż znalazł się w jego dłoni, a stopy ostrożnie stąpając po leśnej ściółce zbliżały go do upatrzonego celu. Czasami zatrzymywał przy drzewach chcąc dostrzec więcej szczegółów.

Obozowisko było znacznie skromniejsze niż się spodziewał. W sumie samotnie stojące ognisko trudno było nazywać obozowiskiem. Z daleka widział że przy ogniu siedzi jeden człowiek, jednak wciąż brał pod uwagę, obecność kilku osób.

Podchodząc bliżej, na odległość niecałych stu metrów, zauważył, że grzejący się przy ognisku osobnik jest nagi. Drow przyjrzał się dokładniej, sprawdzając czy człowiek ten nie suszy może swojego ubrania, czy też ma odłożony gdzieś na boku ekwipunek, jednak nic takiego nie dostrzegł. Jakby trafił tutaj przez przypadek, lub przez wybryk jakiegoś maga. Podobnie jak on kilka lat wcześniej porzucony sam sobie w środek gór, tak jego obiekt obserwacji wyrzucony został w tym lesie.

Z rzeczy taktycznych, człowiek siedział do elfa obrócony prawą stroną. Także by móc zbliżyć się do niego od tyłu drow powinien okrążyć go z lewej strony. Ognisko nie tworzyło znacznej ilości światła, także zbliżenie się jeszcze kilkanaście metrów nie powinno być problemem.

~*~


Ervinowi udało się rozpalić ognisko i systematycznie dokładał do niego zebrane wcześniej kawałki drewna. Płomienie przyjemnie ogrzewały jego ciało, choć wiedział że nie może sobie pozwolić na senność. Wydawało mu się, że coś poruszyło się przed nim. Chwilę potem z jego lewej strony, by w końcue nad nim rozległ się trzepot skrzydeł. Ervin złapał odruchowo za najbliższy z kamieni jednak spojrzawszy na granat nieba zauważył przelatującą nad nim sowę. Głupi ptak.

Ervin - 2010-03-06, 20:48

Rozgrzewal się, ogień trochę się powiekszal, gdy dorzucał do niego drewienek, coraz większe, grubsze, które przeistoczą się w żar, dający mu życie. Nowe życie, powstający ogień i noc wokół niego. Iście epicka scena, o której bardowie bedą śpiewać. Pierwotny instynkt został zaspokojony, ogień plonal.

Dźwięki rozchodzily się wkolo, a on poddenerwowany lapal za każdym razem za kamień i rozgladal się przestraszonym wzrokiem. Jednak, kiedy okazywalo się, że to nic strasznego, odwracał się do ogniska i dorzucał kolejne drwa. Patrzył na iskry, unoszące się w niebo, niknące w mroku. Spojrzał na ogień. Tak jak kiedyś dostrzegł w nim pociagającą potęgę. Coś, po co wystarczy wyciągnąć rękę. Raz już po to siegnal. Przeliczył się wtedy. Siegniecie po potęgę nie jest dla wszystkich.

Siedział, wyciągając ręce do ognia, jakby sięgał po ukrytą potęgę.

Pelios - 2010-03-06, 21:30

Nowe znalezisko zarówno ucieszyło jak i rozczarowało drowa.
Nagi, bezbronny człowiek, siedzący przy ognisku, jak gdyby tylko czekając na upolowanie.
Jednak mięso ludzkie nie należało do potraw, którymi z chęcią zaspokoiłby głów. Kiedyś już go próbował i o ile nie było wstrętne czy odpychające, sama myśl o jego przyrządzaniu jakoś niespecjalnie pasowała drowowi. Chyba jednak nie zdziczał jeszcze do tego stopnia.

Cóż. Nawet jeśli człowiek nie miał niczego wartościowego przy sobie, nadal był ofiarą. Ofiarą na terenie, który Pelios uznał za swoje pole łowieckie. I o ile zwierzęta zabijają dla pożywienia, czy walki o swoje terytorium, mroczny elf zabijał z czystej przyjemności. Być może w hołdzie bogini, której imię gdzieś tam krążyło po zakamarkach umysłu, być może z jakiś perwersyjnych dewiacyjnych powodów, być może z czystego sadyzmu. A być może po prostu dlatego, że mógł. Poza tym nic przy treningu nie zastąpi żywego celu.

Uśmiechnął się szczerząc nieco zęby, niczym warczący wilk przed przystąpieniem do ataku. Powolnym i bardzo ostrożnym krokiem okrążył swój cel od lewej strony. Miał czas, nie musiał się spieszyć. To miało być przygotowane, wykonane z gracją i zachowaniem profesjonalności przystającej skrytobójcy, zabójstwo.
Ustawił się za plecami człowieka, po czym uważnie obejrzał cały otaczający go teren, jak i rutynę jego zachowań.
Zupełnie jak gdyby właśnie był w finalnej fazie wykonywania zlecenia na bardzo ważną i dobrze chronioną osobę.

Reggirt - 2010-03-07, 13:32

Drow przystanął by dogłębniej przyjrzeć się swojej ofierze. To też leżało w naturze skrytobójców. Czając się na swoje cele poza zasięgiem ich wzroku analizowali wszystkimi zmysłami ich zachowanie. Spokojna obserwacja mogła zaowocować wieloma informacjami które powodowały, że pierwszy atak będzie zarówno tym ostatni. Systematyczne ataki kaszlu czy też notoryczne sięganie po piersiówkę, pozwalało wyliczyć odpowiedni moment na wyjście z ukrycia i wyprowadzenie ciosu. Oczywiście dobre rozeznanie pozwalało też wyszukać nieosłonięte miejsca, w które łatwo będzie można wbić sztylet i dotrzeć jego ostrzem do odpowiedniej tętnicy.

Ten cel jednak nie miał na sobie żadnej osłony, prócz skrawka materiału którym był opasany. Jego zachowanie również było chaotyczne, rozglądał się tu i tam, czasem zrywając się na nogi niczym spłoszona hałasem w trawie sarna. Jedynym jego uzbrojeniem był zwyczajny okrągły kamień.

Wilk też zapoluje na żaby, gdy taka pojawi się przed jego nosem.

~*~


Ervin na przemian dokładał do ognia i płoszył się przez różne hałasy. Czy to ponownie przeleciała nad elfem sowa, czy też wiatr zaklekotał gałęziami głębiej w lesie, czy też nawet przed jego nosem strzeliło ognisko.

- Uspokój się. Tu nikogo nie ma. Tracisz tylko siły i skupienie. Nikt. Kto by się zresztą tobą interesował. Jesteś tylko ty. - ponownie rozeszło się w jego głowie

- I my. Ale my jestem tobą. Nie oszukamy cię jak wszyscy. Pomożemy ci Ervinie.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group